...

...
M.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Krótko, wrednie i na temat ;]

Jestem złośliwa.
Jestem rozpuszczona.
Jestem rozrzutna.

I wiecie co?
Strasznie mi z tym dobrze ;P.

Ogólnie to jak wiadomo, te cechy nie są zbyt społecznie pożądane.
Fajnie jeśli jesteśmy mili, przyjaźnie nastawieni do ludzi, otwarci, ufni i pomocni.
Mówienie prawdy prosto w oczy, odrobina egoizmu i rozpieszczanie siebie - nie innych, nie są aż tak pożądanymi cechami jak altruizm czy empatia.
Bo przecież trzeba unikać bezpośrednich konfrontacji, nie mówić tego, co się myśli, spełniać zachcianki i wymagania innych osób kosztem siebie i pod żadnym pozorem nie robić tego, na co ma się ochotę...
Tak jest przecież dobrze.
Dla innych ;P.

I wszytko byłoby dobrze.
Można być bezinteresownym.
Można pomagać ludziom.
Można nawet być dla nich miłym i pomocnym.
Ale myślę, że odrobina złośliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Trochę zdrowego egoizmu albo jak kto woli - asertywności też nie.
A sprawianie sobie drobnych przyjemności też raczej nie niesie ze sobą Bóg wie jakich negatywnych konsekwencji.

Bo tak naprawdę unikanie mówienia prawdy kończy się tym, że nie umiemy wyrażać swojego zdania, czaimy się, żeby powiedzieć coś komuś prosto z mostu i koniec końców - robimy się fałszywi.
A wiecznie ograniczając się i nie robiąc tego, na co mamy ochotę, w pewnym momencie możemy się zrobić sfrustrowani.
Podobnie jest z odmawianiem sobie wszystkiego, ograniczaniem się, oszczędzaniem...
Kurczę.
Życie jest za krótkie, żeby wszystkim wkoło robić dobrze i nie myśleć o sobie...


Więc choć dla wszystkich jestem miła, grzeczna i pomocna, to i tak będę wredna i złośliwa, jeśli uznam, że tego wymaga sytuacja.
I rozpuszczać też się dam, a co?
Pozwolić sobie na luksus w postaci lepszych ciuchów, porządniejszych butów, droższych kosmetyków?
Niby czemu by nie?
Tyle mojego... ;D
I może przynajmniej nie będę się frustrować, wyżywać na nikim ani złościć.
No, chyba, że będę mieć taki kaprys.
Złośliwej, rozpuszczonej i rozrzutnej chyba wolno... ;) ;P.


http://kropa.iai-shop.com/product-pol-57998-Koszulka-MALA-MI.html







poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Za czysto ;)

To, że nie piszę, wcale nie oznacza, że wpełzłam pod kołdrę i opłakuję śmierć szynszyla...
Po prostu jak zawsze - nie mam czasu.

Ogólnie jest już prawie normalnie.
Wróciłam dawna "ja".
Znów jestem pogodna i wesoła, znów się śmieję i myślę pozytywnie.
Co nie znaczy, że nie bywają momenty, kiedy w oczach zabłyszczą mi łezki, a w moim gardle nie pojawia się wielka klucha, której nie mogę przełknąć.
Póki co miałam tak dwa razy.
Na siłowni, kiedy ćwiczyłam uda i w domu, kiedy miałam sprzątać klatkę Borysa.
Co innego sprzątać osikane troty, kiedy mój budrys biega radośnie po pokoju, zabierając mi łopatkę i rozsypując świeże troty, a co innego robić to, kiedy wiem, że już więcej nie wpadnie z impetem w worek z karmą i nie przyjdzie na  moje kolana, szukając pocieszenia...

Weekend nie był więc super udany.
Dom bez Borysa jest za cichy, pokój za pusty.
I zdecydowanie za czysty...
Klatka została wywieziona na taras.
Wciąż nie przekonałam się, żeby ją wymyć...
Jej miejsce zajęły sprzęty do ćwiczeń.
Oddałabym je za darmo, w zamian za klatkę z żywą zawartością ;).

Wchodząc do domu po przyjeździe z Rzeszowa myślę - "Pójdę nakarmić Borysa".
Wchodząc do pokoju, dziwię się, widząc pustkę w miejscu, gdzie stała jego klatka wielkości niemowlęcego łóżeczka, bo mój mózg chyba wypiera wiadomość o jego śmierci.
Powrót do domu stracił na wartości, odkąd nie muszę wracać, żeby się nim zajmować, brać do weterynarza, bawić się z nim, kiedy pakuję się do Rzeszowa...
Brakuje mi szelestu, kiedy zakopywał się w troty, brakuje brzęczenia o pręty klatki, tarmoszenia poidełkiem, odgłosu gryzienia drewnianych półek, od którego puchły uszy.
Wszystkiego mi brakuje...
Wiem, że od razu mogłabym kupić sobie szynszyla.
Albo nawet dwa, pięć, osiem szynszyli
Ale to nie będzie TEN szynszyl.
Nie będzie taki psotny, humorzasty, obrażalski i wymagający...
Nie będzie myślał, że ma na imię "pycha, pycha" i nie będzie wchodził mi pod bluzę...
Przykra prawda...


Na szczęście mam zajęcie.
Mam pisanie, które mnie odrywa.
Mam pracę, która absorbuje.
Mam psa, który też wymaga troski.
No i mam K.
Zakatarzonego, ospałego po lekach K., który pobił mnie w rekordzie chorowania ;P.
I którego nijak nie umiem zagonić do lekarza...

W ten weekend byliśmy na mrożonej kawie (faza, pobudzenie, hiperaktywność), na pizzy (takiej zielonej, z brokułami ^^) i na dwóch szybowiskach. Żeby pooglądać starty i lądowania, wdrapać się do wyciągarki i popodglądać kolegę K. przy pracy i żeby zobaczyć, z jaką fascynacją K. obserwuje wszystko, co lata ;].

A poza tym...
Zaczęłam bawić dziecko jako niania. Kolejny niemowlak - 11 miesięczny, słodki.
Płeć żeńska, brązowe oczka, cztery ząbki... ;).
Póki co 1-2 dni w tygodniu.
Bo nie wyrobię ;P.
Mam dużo do pisania i jeszcze więcej do poprawiania.
Mam też ostatni tydzień karnetu na siłownię, potem planuję zacząć biegać.

Wstałam dziś przed szóstą, więc mam ochotę walnąć się w kimono, a wiem, że mam milion innych rzeczy na głowie...
Spoglądam na lakiery do paznokci poukładane na półce i myślę, że chciałabym pomalować sobie pazurki i u rąk i u nóg.
Dla odpoczynku, dla komfortu, dla własnej satysfakcji.
Zamiast tego zakładam skarpetki.
I miętowe dresy.

Idę pisać.
Choć to niezbyt dobre określenie ;P.
I chociaż tyłek już mi ścierpł od siedzenia, mimo, że siedziałam na łóżku... ;P.


PS Czy Wam też wydaje się, że ten tydzień będzie bardzo, bardzo krótki? ;]



http://www.moaa.pl/10-rzeczy-ktore-czynia-mnie-szczesliwa-na-co-dzien-w-domu/



czwartek, 23 kwietnia 2015

Parasolki

Chyba musieliście być wczoraj w niemałym szoku, widząc zdjęcie łzy trzęsącej się na rzęsie i tytułu bez radosnego emotikona, skoro weszliście tu tak tłumnie...

Mimo wszystko dobrze, że o tym napisałam.
Dostałam strasznie dużo wsparcia, miłych słów i pocieszenia, którego potrzebowałam.
Od niektórych osób spodziewałam się, że mnie zrozumieją i przytulą, bo określałam ich mianem Przyjaciół, więc nie zdziwił mnie zalew pocieszeń z ich strony.
Od niektórych miałam nadzieję usłyszeć coś miłego, ale się nie doczekałam.
Jeszcze inni zaskoczyli mnie, pisząc jak mi współczują i że mnie ściskają, choć nie wpadłabym na pomysł, że przejmą się mną i moim szynszylastym.
Tak to właśnie bywa.
Zaskakujące niemiłe sytuacje często robią nam selekcję prawdziwych przyjaciół...

Moja rodzinka i znajomi też wykazali się na tym polu.
W poniedziałek tato kilkakrotnie zaglądał do Borysa, głaskał go i mówił do niego.
Poza tym prawdopodobnie był z nim na parę minut przed tym, jak Borysiasty odszedł.
Może to naiwne, ale strasznie chcę wierzyć, że Młody nie czuł się wtedy opuszczony i samotny.
Że czuł się kochany i szczęśliwy na tyle, na ile kochany i szczęśliwy może być szynszyl ;).
Moja mama od początku moich studiów magisterskich karmiła go i się nim zajmowała, jak umiała najlepiej.
Zdawała mi przez telefon relacje, jak Borys się miewa i robiła za "dobrą babcię" czasami robiąc mu wybieg, a czasami skarżyła się, że jest nieposłuszny, niegrzeczny i nieokiełzany.
Nawet siostra, która nie była jakoś specjalnie fanką szynszyli, też zmartwiła się, kiedy okazało się, że Borys nie żyje.
I wszyscy, dosłownie wszyscy roztoczyli nade mną parasol ochronny.
Zupełnie jakby wiedzieli, że akurat teraz potrzebuję tyle wsparcia, ile jest to możliwe...
Dziękuję Wam bardzo i bardzo, bardzo mocno to doceniam.
Cieszę się, że mam takich przyjaciół i bliskich ludzi wkoło ;****. 


Z innej beczki - po raz pierwszy mam takie dziecinne zagrywki, że zamiast tych ponad stu wejść na bloga, białych Conversów, miętowych Air Maxów, kasy na koncie, stypendium i innych materialnych rzeczy, myślę sobie: "I tak wolałabym, żeby Borys żył".
Gdyby życie było na sprzedaż, wiem, że wyjęłabym z konta wszystkie pieniądze, żeby kupić mu rok, dwa, całe życie.
Bo co tak naprawdę mogę kupić za te pieniądze?
Nowe buty?
Spodnie?
Książkę...?
To dowodzi tylko temu, że choć - wiadomo, pieniądze są fajne i fajnie się je wydaje, ale mimo wszystko nie kupimy za nie przyjaźni, uczucia, czasu ani niczyjego życia.
Czy to ukochanego zwierzaka, czy bliskiej osoby.
I choć zdaję sobie sprawę z tego, że za chwilę dopadnie mnie proza życia, zacznę żyć na własne konto, płacić rachunki, martwić się, czy wystarczy mi kasy etc. to jednak muszę pamiętać o tym, co naprawdę jest ważne, bezcenne i niepowtarzalne.
Bo niektóre chwile, sytuacje już nie wrócą.
I nawet, jeśli "dorosnę" i przestanę mieć te dziecinne cechy, które czasem drażnią otoczenie, a czasem mnie samą, to nie chcę tracić tej umiejętności dostrzegania tego, co liczy się najbardziej.
Nawet dostrzegania szczęścia w puszystym kłębku futra, które nie daje pieniędzy, sławy, sukcesów, korzyści, a wymaga opieki, czułości i czasu.
I które najwięcej daje tym, że po prostu jest, a kiedy już przestaje 'być", wtedy zostaje na zawsze wkodowane w pamięć, wspomnienia i serce, ucząc czym jest zaufanie, poświęcenie i bezinteresowność.




http://natemat.pl/69117,teczowa-alejka-w-portugalskim-miasteczku-gueda





środa, 22 kwietnia 2015

Choć raz na poważnie

Mój szynszylasty nie żyje...

Nie wiem, jak mogę to lepiej ująć.
Napisać, że odszedł? Ale gdzie?
Stwierdzić, że zdechł? To tak brutalnie brzmi... Zdechnąć to może świnia... Ewentualnie krowa...
Umarł? Przecież to zarezerwowane dla ludzi...

O jego śmierci dowiedziałam się w poniedziałek. W sumie tuż po opublikowaniu wpisu.
Właściwie wtedy nie żył już od kilku godzin, tylko rodzinka nie wiedziała, jak ma mnie o tym powiadomić.
Uknuli już cały chytry plan, włączywszy do konspiracji K.
Zupełnie niepotrzebnie...
Podobnie jak Richard Gere w filmie"Niewierna" w pewnym momencie mówi do zdradzającej go żony: "Myślałaś, że nie wiem? Że nie wyczuję? Że się nie domyślę? Wiedziałem to od samego początku...", tak samo ja od razu wiedziałam, że Borys nie żyje.
Od początku to podejrzewałam.
Od początku czułam...
Nie dałabym się nabrać na nędzne wyjaśnienia i tłumaczenia...
Wiedziałam to, bo widziałam, że jest z nim coraz gorzej.

Przez weekend był ospały i apatyczny.
Nie chciał się głaskać, nie chciał jeść...

Początkowo miałam ogromne wyrzuty, że nie wzięłam go do weterynarza w sobotę i że poszłam na urodziny Toś, nie siedząc pod klatką i nie próbując go z niej siłą wyciągnąć.
Ale teraz wiem, że to i tak byłoby na nic.
Borys od ponad roku miał problemy z zębami.
Co 2-4 tygodnie byliśmy stałymi bywalcami kliniki weterynaryjnej.
Miał skończone 11 lat.
Był już coraz słabszy. Szybko się męczył, często marzł.
Najchętniej siedział pod moją bluzą albo zakopywał się pod kocyk.
Może to dobrze, że nie będzie cierpiał...

W niedzielę przed wyjazdem do Rzeszowa głaskałam go przez pręty klatki.
Inaczej się nie dało, bo uciekał przed dotykiem.
Miałam gulę w gardle i mokre oczy.
Chyba poniekąd czułam, że to pożegnanie...
Oczywiście wiadomość o tym, że nie żyje to była to największa tragedia, jaka mogła mnie spotkać.
Pierwsze co zrobiłam, kiedy odłożyłam słuchawkę telefonu, to sprawdziłam na necie autobusy.
Chciałam tylko wrócić do domu i go zobaczyć.
Wyszłam z mieszkania i ze łzami cieknącymi po policzkach poszłam na dworzec.
Całą drogę przepłakałam.
Przepłakałam też trasę dworzec - dom.
W domu od razu poszłam do klatki.
Borys wyglądał jakby spał.
Leżał na boku.
Wyglądał prawie zwyczajnie.
Słodko i niewinnie jak zawsze.
Tylko miał nienaturalnie wyciągnięte ciałko.
I otwarte oczka...

Oczywiście przeryczałam jakiś czas na podłodze, tuląc do siebie psa.
Oczywiście na nic nie pomogło myślenie: "Był już stary. Wiedziałaś, że kiedyś odejdzie. Lepiej, żeby nie chorował".
Oczywiście swoje musiałam wypłakać...
Aż się rozchorowałam z tego płaczu.
Dostałam gorączki, rozbolała mnie głowa, dostałam kataru, potem się rozkichałam i rozkaszlałam.
Oczy miałam czerwone, tusz zmył się bez mleczka, a powieki nabrzmiały od płaczu i oczy wyglądały przez to jak dwa ping pongi.


Resztę szczegółów związanych z wyciąganiem zesztywniałego ciałka z klatki (K.) i zakopywaniem pudełka z jeszcze niedawno żywą i radośnie gruchającą zawartością (K.) pomijam...
Wciąż mam w pokoju klatkę, którą będę musiała wymyć.
Wciąż mam ledwo napoczętą karmę i piasek dla szynszyli.
Jego miski, poidełko, zabawki...
Ślady ząbków na meblach.
Osikany materac.
Pewnie jakieś bobki za łóżkiem...

Poniedziałkowego wieczoru prawie nie pamiętam.
Byłam w masakrycznym szoku.
Na noc został u mnie K.
Rano siostra zawołała mnie do siebie i do dziesiątej leżałyśmy razem w jej łóżku.
Miałam ochotę leżeć tak cały dzień.
Potem ubrałam się i pojechałam do Rzeszowa. Żeby iść do pracy.
Pracy, która choć trochę oderwała mnie od smutku.

Dziś jest już lepiej.
O niebo lepiej.

Powiedziałam przyjaciółkom, że Borysa już nie ma.
Powiedziałam o tym współlokatorce.
I koleżance z pracy.
Nikt się ze mnie nie śmiał, że przepłakałam cały dzień z powodu szynszyla.
Wszyscy rozumieją, że po jedenastu latach można się przywiązać do zwierzaka.
Zwłaszcza takiego, którego miało się od maleńkiego 4-miesięcznego gryzońka.
Zwłaszcza takiego, o którym wcześniej marzyło się parę lat.
Zwłaszcza takiego, który był oswojony.
I takiego, który był pępkiem świata...

Choć wczoraj i dziś udało mi się już nie płakać, wiem, że jeszcze nie raz i nie dwa zatęsknię i nagle wyrzucę z siebie fontannę łez.
Jak coś mi się przypomni.
Jak ktoś o niego spyta.
Jak będę miała ochotę przytulić do siebie to kosmate szare ciałko, które wymruczy coś w proteście i pozamiata puszystym ogonem podłogę...


Szkoda mi też mojego psa, który piszczał pod klatką, chuchając na leżącego bez ruchu szynszyla.
Potem zaczął wyć.
A potem, kiedy klatka była pusta, zastygł w bezruchu, wpatrując się tępo przed siebie...

Siebie też mi szkoda.
Tego, że już więcej nie wezmę go pod bluzę i nie będę pisać, siedząc z nim na pufie, czując ciepło emanujące z jego ciałka
Tego, że nie przyjdzie do mnie, żeby pomiziać go pod bródką, jak będzie biegał po pokoju.
Tego, że nie będę go opierdzielać, żeby nie jadł mi zasuszonych kwiatków.
Nawet tego jego złośliwego zachowania, strącania długopisów, gryzienia kabli i sikania na łóżko...


Ale na pewno nie będzie mi brakować widoku Borysa, który nie może jeść.
Który ma wiecznie oślinione futerko.
Który wyrywa się podczas przycinania ząbków u weta.
Który potem jest wymęczony i zestresowany.
I który choruje.
Tak.
Za tym tęsknić nie będę.

I jeśli ma to oznaczać, że ja pocierpię i potęsknię, ale przynajmniej on nie będzie cierpiał, to dobrze, że tak się stało.
Bo ten futrzasty kłębek szczęścia był dla mnie tak ważny, że nie mogłabym patrzeć na jego ból.
I wolę, żeby bolało mnie, choć wiem, jak melodramatycznie to brzmi.
Ale - moje prawo.
W końcu jestem szurniętą wegetarianką, kochającą zwierzęta... ;).


PS A i tak przyznam, że przez ostatnie 11 lat nauczyłam się o poświęceniu, trosce, obowiązkach i akceptacji więcej niż przez całą edukację i studia... ;).


 http://archive.news.softpedia.com/news/How-Tears-Work-98391.shtml

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Poniedziałkowo ;]

To tylko ja planując weekend, w głowie układam sobie listę zadań do zrobienia, a potem, kiedy okazuje się, że nie umiem rozciągnąć doby do 50 godzin - frustruje się, spinam, a wreszcie daję się przekonać, że nie ma co się tak spalać, biorę głęboki wdech iiii... w efekcie robię wielkie NIC ;P.
To tylko ja mogę cieszyć się jak głupia, że dostałam zaproszenie na roczek swojej eks podopiecznej, na co mówiąc szczerze - skrycie czekałam... ;P.
To tylko ja chodzę po całym mieście i szukam czegoś fajnego na prezent, żeby upominek był niezobowiązujący, nie za drogi i dany od serca, a w ostateczności kupuję praktyczny kubek niekapek 12 miesięcy + i twardą książeczkę o owieczce, bo znalezione zabawki podchodzą pod kategorię "chińskich badziewnych shitów bez atestu".
To tylko ja kupuję kartkę urodzinową dla dziecka, które czytać nauczy się najwcześniej za parę lat.
To tylko ja jako "młodsze rozpuszczone" kupuje drobiazg dla starszego brata solenizantki, żeby mu nie było przykro, że Toś zgarnia upominki, a on nie.
To tylko ja nie jem obiadu ani nic treściwego przez wyjściem z domu, bo przecież skoro nie mam ochoty, to po co jeść? ^^.
To tylko ja decyduję się w kawiarni na owocowe lody z owocami, odmawiając jedzenia tortu.
To tylko ja ewakuuję się z imprezy, biorąc na spacer niemowlaka w wózku, po czym dopada mnie dwójka szkolnych dzieci "na doczepkę" , więc muszę pilnować całej tej ferajny, dbać żeby nie zmokła, nie zmarzła i jeszcze się nie nudziła ;].
To tylko ja spędzam na kinderbalu, gdzie jestem jedyną osobą bezdzietną całe trzy godziny, pilnując raczkującego szkraba, rozmawiając z młodymi mamusiami i pijąc zieloną herbatę i się nudzę, a wręcz - jestem zadowolona i "na miejscu".
To tylko ja wracam do domu z imprezy głodna jak wilk i wyciągam K. na sałatkę, którą pałaszuję, jakbym nie jadła tydzień.
To tylko ja jestem takim zadziorem, który mówi co myśli, nie boi się wyrażać siebie i ogólnie robi co chce, ale jak coś go "boli" w związku ze związkiem, nie umie powiedzieć o co chodzi, bo... nie wie o co mu chodzi... ;].
To tylko ja za wszelką cenę chcę uchodzić za twardą, ale jak wieloryb wypuszczam z siebie fontanny łez, kiedy mama opowiada mi o drastycznym przypadku dziecka z TV.
To tylko ja potrafię przejmować się wszystkim - pracą, studiami, prywatnymi sprawami, zdrowiem szynszyla i problemami całego świata tylko po to, żeby po chwili martwić się wielkością tyłka.
To tylko ja nie umiem sobie odpuścić i wyluzować się, kiedy mam wrażenie, że ktoś się ze mnie nabija.
To tylko ja stawiam sobie granice, które za bardzo mnie ograniczają.
To tylko ja wolę oglądać "Szybkich i wściekłych" albo "Snajpera", niż skusić się na Grey'a albo jakąś komedię romantyczną.
To tylko ja chodzę po ścianach i nie śpię do 2, kiedy wypiję kawę z Orlenu.
To tylko ja przeglądając Instagramowe fotki dziewczyn, które mają równie dużo powodzenia u facetów, co kasy w portfelu, stwierdzam, że laski szpanują robiąc zdjęcia eleganckim ciuchom z metkami i szpilkami od znanych projektantów, po czym dla śmiechu robię zdjęcie swoich nóg w dżinsach i butach (równie miętowych, co markowych^^) po to, by potem dojść do wniosku, że miętowe kolory tak ładnie komponują się z pastelowym odcieniem bluzy i błękitem dżinsu, że zdjęcie ostatecznie ląduje na blogu... ;).


PS Zmęczona wyzwaniami pracy i trzylatkami, które oblazły mnie dziś jak mrówki, przestraszona dzieckiem, które nabiło sobie przy mnie guza na czole, zmartwiona szynszylem, który nie je i jest apatyczny, zestresowana zbliżającymi się deadline'ami i najedzona jogurtem naturalnym z borówkami, oczekuję na maturzystkę, którą będę przygotowywać do matury z angielskiego. Potem biorę się za korekty, porządki i obiad. Cóż za uroczy poniedziałek ;P.



czwartek, 16 kwietnia 2015

Korektor ;]

Lecą, lecą...
Na łeb, na szyję ;P.
A co?
A statystyki... ;]

Wiem, wiem...
To niby nic.
Raz jest Was więcej, raz mniej.
A skoro nie piszę, Wy nie wchodzicie - sama jestem sobie winna, że daję wpisy raz na parę dni.

Najśmieszniejsze jest to, że praktycznie każdą wolną chwilę (wyłączając pracę, uczelnię i siłkę) spędzam na pisaniu.
Może nie do końca jest to takie pisanie, jak chcę.
Może to raczej pisanie czegoś, co mniej cieszy i zabawa w korekty i poprawki...
Ale to wciąż pisanie ;).

Część rzeczy, które miałam napisać już poogarniałam, reszta wciąż wymaga ogarnięcia.
Wcale więc nie marudzę, że weekend ma być deszczowy.
Przynajmniej nie będę wychodzić z domu ;P.
Jedyny problem polega na tym, że w czasie deszczu albo burzy, uwielbiam zakopać się pod miękki koc z kubkiem herbaty i książką.
A niekoniecznie bawić się w korektora ;P.

Ostatnio zaczęłam też chyba przyciągać do siebie pecha ;].
W sumie te moje problemy trudno porównywać do tragedii i ogólnie nie jest najgorzej, ale...
Niemiłe zdarzenia, nieporozumienia, ambiwalentne uczucia, przygnębienie, częste infekcje, brak czasu dla znajomych...
To wszystko nakłada się na siebie i razem sprawia, że nie szczerzę się już all day long.
A ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni, że na ogół tak się właśnie zachowuję, od razu zasypują mnie pytaniami, czy wszystko w porządku i czy coś się stało...
Co czasami jest mocno frustrujące ;].
Wkurzam się więc trochę, bo co mam odpowiadać?
Że mam tak naprawdę wyssane z palca problemy, które w sumie są tylko i wyłącznie moją winą, bo jestem uparta, naiwna, nieogarnięta i nie umiem się określić?
Czasami, kiedy akurat mam naprawdę gorszy dzień, a ktoś wyjątkowo docieka, co się stało, zastanawiam się, czy fakt, iż do maja mam ważną szczepionkę na wściekliznę upoważnia mnie do tego, by tego kogoś pogryźć ;D.

Co jeszcze?
Oduczyłam się kupowania przez Internet...
Kiedy dwa dni temu dostałam zamówione przez internetowy sklep ciuchy, byłam przerażona.
Musiałabym przytyć chyba z 10 kg, żeby nie wyglądać w sportowym żakiecie i w dresowej sukience jak w szlafroku...
Odesłałam ubrania praktycznie od razu, a teraz tylko czekam na zwrot gotówki.
I raz na zawsze postanowiłam sobie nie lecieć na okazje w sieci...
Dziś za to poprawiałam sobie humor zakupami w Galerii.
Ciuchami, które mogłam przymierzyć ;).
Sukienki niestety ładnie wyglądały tylko na wieszakach, co trochę popsuło mi nastrój.
Jednak parę bluzek (zwiewna granatowa z nadrukiem, czarno biała z wieżą Eiffla, dwie miętowe i jedna dżinsowa) i jedną parę białych Conversów później (klasyczne, płaskie, rozmiar - 35 ;P) byłam już o wiele bardziej zadowolona z życia ;).

Odkąd śmigam na siłownię, mam o wiele lepszą kondycję i znów wróciła mi siła i energia.
Zostałam też stałą klientką baru smoothie, kupując coraz to nowe koktajle i soki po treningu.
Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką, dwóm koleżankom musiałam odmówić spotkania, wymigując się pracą...
Niby pracuję tylko kilka godzin dziennie, ale i tak burzy to rozkład dnia.
Kończę pracę wieczorem i jestem na ogół zbyt zmęczona, żeby gdzieś iść.
Chyba, że jest to siłownia ^^.
Z kolei przed pracą (o ile nie piszę wtedy albo nie ćwiczę...) też mam na uwadze, że za parę godzin idę do przedszkola, więc muszę wziąć prysznic, zjeść, ubrać się etc...
Dobrze mówili ci, co ostrzegali, że pracując na studiach kończy się zabawa ;).
Ale jest okej.
I tak nie byłam typem zabawowym ;P.

Jutro jak zwykle idę na uczelnię, na siłownię, do pracy i wracam wieczorem do domu, więc też Was niczym nie zaskoczę ;D.
Boże, strasznie nudna jestem ;P.
Aż się dziwię, że dotrwaliście do końca wpisu ;P ^^.
Ostatnio koleżanka - czytelniczka powiedziała, że czyta moje posty, ale czasami nie ma siły doczytywać ich do końca ;P.
Obiecałam sobie wtedy, że będę wrzucać częstsze, ale krótsze wpisy i co?
I oczywiście nic z tego... ;D.


PS No to pozdrawiam i idę pisać. Tfu - korektorować... ;].

http://lejdisbook.pl/biale-conversy/


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Półśpiący post ;]

Wiecie co?
Nie mam kompletnie pojęcia, o czym pisać, bo nie wiem co piszę ;P.

Obudziłam się właśnie po dwugodzinnej drzemeczce, głowę mam zamroczoną snem i jestem przymulona ćmieniem w skroniach.
Język mi skołowaciał i próby obracania nim w gębie kończą się fiaskiem.
Ogólne osłabienie ogarnęło też palce, które dziwnie nie mogą się rozkręcić i ciągle plączą się po laptopie...

Najlepiej wychodzi mi ziewanie i mruczenie.

A za godzinę chcę iść na zumbę ;].
Nie tańczyłam chyba od miesiąca.
Cały weekend nasłuchałam się zumbiarskich piosenek, a moje nogi same pląsały w powietrzu, nawet podczas czytania thrillerka psychologicznego w niedzielne popołudnie.


Ogólnie to nosiło mnie okropnie i dziwiłam się, że K. nie ma mnie jeszcze dość ;].
A jeśli nawet miał - nie dał tego po sobie poznać.
Musicie wiedzieć, że poza momentami wyciszenia, kiedy jestem chora, słaba, zmęczona, senna, smutna, przygnębiona albo - refleksyjna, jestem prawie zawsze żywa, ruchliwa i energiczna.
Szybko mówię, dużo się śmieję, szybko chodzę, dużo biegam.
A jak nie mogę - to mnie roznosi.
I dosłownie chodzę po ścianach ;).
Nie trzeba mi kawy ani alkoholu.
Choć po nich efekt jest jeszcze lepszy - wtedy do ogólnego pobudzenia dołącza rozfazowanie.
I wtedy zaczyna się zabawa ;).

Ale w sumie ja nie o tym.
Zaświeciłam światło w pokoju, może to pobudzi mnie bardziej do życia.
To i stukot czerwonych pazurów na klawiaturze.
Bo przez weekend malowałam paznokcie na krwistoczerwony kolor ;).
Wzięło mnie na udawanie damy i szarpnęłam się na kupienie kilku różnych kolorów lakierów.
Szkoda tylko, że zapomniałam, jak trudno jest mi się skupić na idealnym pokrywaniu lakierem paznokci i jak trudno jest wysiedzieć na tyłku, w oczekiwaniu na wyschnięcie lakieru ;).

Co innego robiłam przez weekend?
Siedziałam na tyłku ;D.
Ach.
Wreszcie takie nicnierobienie w 100%.
Porządki i pierogi - owszem, ale zero odwiedzin, zero weterynarzy, bibliotek, zakupów, sprzątania klatek, ogarniania pokoju, zmiany pościeli, składania ciuchów czy whatever.
Pisałam pracę, piłam rooibosa i pierdziałam w stołek.
Tfu - w pufę ;P.
W sumie nie miałam jakoś specjalnie czasu na czytanie ani pisanie, ale za to pomalowałam szponki (już mi odpryskuje lakier, a taki był niby porządny, czytaj - drogi...).
Byłam też w Słodkim Domku, gdzie umówiłam się z mamą Toś.
Stęskniłam się za Małą, no i postanowiłam trochę poniańczyć blisko roczną pannę Toś.
Łażenie w pół zgięta po placu zabaw, wyperswadowywanie jedzenia śmieci z ziemi, namawianie do rezygnacji ze wspinaczki na elementy placu przeznaczone dla dzieci 7+ i picie mrożonej kawki.
Mmm... ;).
Do tego cmokanie Toś w czółko, przytulanie i ściskanie, mówienie: "Ale jesteś już duuuża!" z równoczesnym obcałowywaniem jej buzi i spacerek po okolicy z wózkiem.
A potem gonitwa do domu, prysznic i jazda do kaplicy.
Zmarła babcia mojej przyjaciółki, a z racji pracy nie mogłam być na pogrzebie.
Moment wyciszenia, rozmowa z przyjaciółką i jej rodzicami.


Wieczorem z kolei przyjechał do mnie K. i wieczór upłynął nam pod znakiem wyjadania z Thermomixu malinowo - bananowego sorbetu, który zrobiłam w ilości jak dla wielodzietnej rodziny ;).
A niedziela?
Śniadanie na wypasie, bo zrobione przez K. Sałatka grecka, awokado, odtłuszczone serki, hummus, pomidorki koktajlowe z mozzarellą i ciemne bułeczki.
I kilka herbat z kilkoma plasterkami cytryny podsuwane to przez K., to przez jego młodszego brata.
I nudzenie się na kanapie, kiedy K. oglądał programy motoryzacyjne ;P.
A potem obiad, zakupy, pakowanie i wyjazd do Rzeszowa.
Kino, czyli "Szybcy i wściekli"- film, który podobał mi się mimo, że nie widziałam poprzednich części, na którym wzruszyłam się widząc zmarłego już Paula Walkera i nie wycisnęłam ani jednej łzy na zakończeniu.

I szpital.
Bo zapomniałam powiedzieć, że ostatnio mamy z K. Misję Mleko i wozimy znajomym bliźniaczkom wcześniaczkom mleko do rzeszowskiego szpitala ;].
Wczoraj, podając się za ich ciocię (^^) weszłam na oddział noworodkowy i podglądałam dziewczyny w inkubatorach.
Wielkością zaczynają przypominać moją lalkę bobas, którą bawiłam się jako siedmiolatka i mają jednakowe, czarne czupryny na główkach wielkości małej pomarańczy ;).
Razem ważą tyle, co standardowy noworodek, czyli jakieś 3 i pół kilo ;).
Nie co bądź ;P.


Uf.
Trochę odgoniłam od siebie senność.
Jeszcze tylko umyję pandzie rozmazane oczy i doprowadzę to gniazdo na głowie do jako takiego porządku.
A potem idę się zumbować ;].


PS Miłego tygodnia!!! ;].


       http://likely.pl/zdjecie/282164/dziewczyna-przy-oknie



środa, 8 kwietnia 2015

Misjonarka ;]

Sama nie wiem, co jest lepsze:
Wziąć się teraz za uczelniany projekt, obiecując sobie że napiszę wpis, jak znajdę chwilkę (pewnie nie znajdę, bo wieczorem chcę iść na siłownię), czy może lepiej napisać parę słów wyjaśnienia i odłożyć projekt na "za chwilę"? ;)
Chyba zrobię coś pomiędzy.
Napiszę teraz, ale krótko, zwięźle i na temat.

A więc...
Święta spędziłam tak rodzinnie, jak tylko to możliwe.
Ciocie, kuzyn, babcia, dalsza i bliższa rodzinka K.
Pies wygłaskany, szynszyl wynaciągany.
Wszyscy usatysfakcjonowani ;).
Jedzeniowo jestem bardzo zadowolona.
Nikt do niczego nie zmuszał, nikt nie namawiał.
Ze świątecznych specjałów zjadłam pół jajka, trochę sałatki jarzynowej i ciasto pomarańczowe, które nie było ani słodkie ani mulące.
Zero chrzanu, żurku, sałatek.
Na śniadanie raczyłam się pomidorami z mozzarelą i sałatką grecką.
Awokado i ciemne pieczywo też się znalazło ;).
Raczej nie przytyłam, a już na pewno się nie przejadłam ;].
A'la zimową pogodą się nie przejmowałam.
Nie straszny mi był deszcz, śnieg ani grad.
Dalej nosiłam ukochaną zimową kurtkę i zimowe UGGi, które grzały mi stopy na spacerze z psem.
I obserwowałam śnieg wirujący za oknem ;P.

W sumie miałam tylko trzy dni na odwiedziny i spotkania, bo już w świąteczny poniedziałek wróciłam do Rzeszowa.
Może to i dobrze.
Przynajmniej skupię się na pisaniu, a tego teraz będę mieć niemało.
Powinnam skakać z radości, bo przecież pisanie to mój konik...
Problem tylko w tym, że to pisanie się nawarstwiło i w tym momencie mam do pisania projekt na zaliczenie, pracę magisterską, Projekt Misja Specjalna 1 i Projekt Misja Specjalna 2, które są moimi słodkimi tajemnicami ;].
I co gorsza - wszędzie ścigają mnie terminy i deadline ;).


Mam gdzieś ze dwa gotowce, które wrzucę, jak zobaczę, że ktoś tu wchodzi z utęsknieniem czekając na nowy post ;).
A jak nie zobaczę, to nie wrzucę.
O ;P.


PS A w dzisiejszym PS-ie gratuluję mojej przyjaciółce znalezienia pracy na wakacje jako wychowawca kolonijny na obozie jeździeckim! Brawo! ;***


piątek, 3 kwietnia 2015

I love Friday ;]

Zrobiłam sobie kilkudniową przerwę od blogowania.
Raz, że nie miałam czasu pisać.
Dwa - nie było za bardzo o czym.

Ten tydzień był tak naprawdę mało ciekawy.
Choć ostatnio mam wrażenie, że wszystkie tygodnie takie są ;).
Nigdzie nie wychodzę, nie robię nic nowego.
Ale szczerze?
Bardzo mi się to podoba ;P.

Ta rutyna działa na mnie uspokajająco.
A "nic nierobienie" jest bardzo przyjemne ;).

Mam wrażenie, że kiedy spada moja forma, wystarczająco dużo zachodu wymaga ode mnie studiowanie i praca.
Wolny czas poświęcam na ogarnianie tego, co powinnam ogarnąć, a kiedy złapię chwilę wolnego - chcę posiedzieć z książką i wielkim kubkiem herbaty, a nie wychodzić z domu.
Zwłaszcza w taką pogodę ;P.
Dobrze chociaż, że muszę chodzić do pracy i na uczelnię.
W przeciwnym razie pewnie nie wyściubiałabym nosa za drzwi i tylko oglądałabym przez okno, jak wygląda połączenie deszczu ze śniegiem z czwartego piętra mieszkania ;).

Z jednej strony bardzo się cieszę, że kończę już studia.
Wprawdzie samo chodzenie na zajęcia, spotykanie się ze znajomymi, notowanie treści wykładów (i podczytywanie Findera pod ławką...), praca w grupach - bardzo mi się podoba.
Podobnie jak kontakt z ludźmi, poznawanie nowych osób, uczenie się nowych rzeczy i fakt, że trzeba się lepiej ubrać, pomalować i wyjść z domu.
Mimo wszystko kiedy przychodzi pora zaliczeń, robienia pogmatwanych projektów albo pisania pracy - mam dość edukacji ;).
Wiem, że byłoby mi łatwiej studiować, gdybym nie pracowała, bo przez pozostałe lata studiów zajmowałam się głównie nauką. Dorabianie sobie korkami czy bawienie dzieci nie kolidowało zbytnio ze studiami.
Wtedy miałam czas na odręczne notatki, dopieszczone referaty, piątki w czasie sesji, a nawet koła naukowe czy konferencje, na widok których teraz odwracam wzrok w drugą stronę ;].

Mimo wszystko - praca, a co za nią idzie - satysfakcja, kontakt z dziećmi, znajomi z pracy, no i wynagrodzenie są nie do przereklamowania ;).
Codziennie mam powód, żeby wstawać rano (wcześniej bądź później), bo wiem, że idę do pracy.
Na brak wyzwań, nowych zadań i emocji też nie narzekam.
Codziennie uczę się czegoś nowego, od rozmowy z trudnym rodzicem, przez uczenie dzieci słów angielskiej piosenki, po robienie wymyślnych fryzur na głowie pięciolatek.
Codziennie jakieś dziecko daje mi wyraz swojej sympatii.
Wdrapuje mi się na kolana, przytula, obłapia mnie łapkami w udach, wtula  się we mnie, zanim pójdzie do domu albo po prostu mówi, że mnie kocha ;). Co smakuje równie dobrze zarówno powiedziane po polsku, jak i po angielsku ;D.
Codziennie uczę się nowych zasad obcowania w pracy.
Bycia koleżanką z pracy, dzielenia się, dzielenia obowiązków, spełniania zaleceń szefostwa.
Codziennie muszę się wykazać.
Czy to pedagogicznym podejściem, czy sprytem, czy kreatywnością.
Czasem też asertywnością albo dystansem do siebie.
No i fakt, że nie muszę się martwić, że wydaję wszystkie pieniądze na owoce i leki, bo mam stały przypływ gotówki, którą mogę spożytkować na ciuchy i książki też jest znamienny ;).
Naprawdę cieszę się, że pracuję ;).

Przez te parę dni nie pisałam też, bo skoro ostatnie posty dotyczyły zestawu moich chorób, wypadałoby uspokajająco napisać, że wszystko jest okej.
A nie do końca było okej ;D.
Przez cały tydzień kładłam się w ciągu dnia, bo bolała mnie głowa.
Miałam straszny katar i męczył mnie kaszel.
Mimo to gdzieś w połowie tygodnia zaczęłam już powoli wracać do siebie, co odczułam po energii, jaka mnie czasem roznosiła.
Ale właściwie dopiero wczoraj poczułam się na tyle silna, że poszłam na siłownię.
Kupiłam sobie nowy karnet i wreszcie wróciłam na stare śmieci.

Przerażają mnie te kilkutygodniowe przerwy w treningach.
Mam wrażenie, że zaczynam wszystko od nowa.
Postępy, które poczyniłam, kondycja którą sobie wypracowałam...
Zaczynam praktycznie od zera.
Od niezbyt intensywnego orbitrekowania, chodzenia na bieżni, ćwiczeń na macie.
Mam nadzieję, że stopniowo, małymi kroczkami odbuduję formę i swoją odporność.
Po jesiennej mykoplaźmie, lutowej infekcji nerki i marcowym miksie anginy, rotawirusa i zapalenia spojówek - mam już dość chorób do końca roku.
Mam dość spania w ciągu dnia, tracenia kasy na leki, budzenia się w nocy targana kaszlem i braku apetytu, który później nadrabiam ;P.
Mam dość słuchania pytań: "Jak się czujesz?", choćby były zadawane w jak najlepszej wierze.
I mam dość siedzenia w domu, kiedy mogę robić coś ciekawszego ;).


Ten tydzień poświęciłam więc na dochodzenie do zdrowia (głównie przez intensywne spanie w ciągu dnia i zażywanie drogiego leku wspierającego układ immunologiczny, na który wysępiłam receptę ;P), ogarnianie grupowego projektu, pisanie pracy magisterskiej i odbudowywanie formy przez spacery i siłownię.
Wolne chwile spożytkowałam na gotowanie (naprawdę, zaczęłam jeść coś więcej niż zupę krem z marchewki ^^), sprzątanie (i to takie porządne - z odkurzaniem za łóżkiem, wymiataniem śmieci zza kuchenki, odkurzaniem, myciem, szorowaniem kuchni i łazienki), pisanie (w minimalnym zakresie, tylko po to, żeby nie oszaleć od rozsadzającej mnie weny i myśli, że zapomnę jak się pisze, jeśli nie będę tego robić przez kilka dni z rzędu), czytanie ("Człowiek firmy" - kolejny thrillerek Findera. Jak zawsze mnie nie zawodzi ;)).
Czyli gdyby nie te resztki choroby, byłoby idealnie ;].


Dzisiejszy piątek spędziłam więc na siłowni i na porządkach.
Podczas ćwiczeń dokończyłam czytać książkę.
Podczas porządków wypociłam z siebie całą chorobę.
Mam przynajmniej taką nadzieję ;P.
Na projekt i pracę brakło mi czasu...


Teraz zbieram się do moich dzieciaczków ;).
A wieczorem jak zwykle wrócę na mieszkanie odprowadzana przez amerykańskiego kolegę z pracy, który zawsze daje mi cynamonowe gumy albo domowej roboty brownie, wypiję coś ciepłego, spakuję klamoty do toreb i wrócę do domu na weekend.
I na Święta, w które zamierzam spędzić z bliższą i dalszą rodzinką ;).
I przez które nie zamierzam się martwić żadnymi projektami ;P.
Chyba, że projektem "Upojne, leniwe Święta" ;).

PS Wesołych Świąt dla wszystkich!!! ^^. Odpocznijcie, nabierzcie sił, bawcie się dobrze w domowej atmosferze ;].