...

...
M.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;]

Pakowałam się dwa dni.
Prostownica, ciuchy, pierwszej potrzeby kosmetyki w ilości takiej, jakbym jechała na wojnę albo przynajmniej w koszary ;).
Rzeszów przywitałam z uśmiechem, Rzeszów mnie chłodem.
Znajoma pani, u której się zatrzymałam od razu pokazała mi pokój, objaśniła topografię mieszkania i wręczyła klucze.
No i poszłam w tango ;)
Codziennie znajomi; z mieszkania, ze studiów, ze Szkoły Policyjnej.
Codziennie zakupy: od odświeżaczy powietrza i wegańskich past do chleba po bieliznę, spodnie z Calzedoni i piżamę. Z Minnie, bez Minnie.
Codziennie łażenie i "oddychanie miejskim powietrzem".
Chłonięcie miasta, tego tłoku, świątecznych dekoracji, hałasu, zgiełku, świateł, samochodów i szarych budynków.
Codziennie łaziłam do odcisków na stopach, codziennie poznawałam nowe trasy i skróty.

Już pierwszego dnia cieszyłam się, że nie wzięłam pokoju w bezpłciowym hotelu tylko skorzystałam z gościnności znajomej.
Wracałam do ciepłego mieszkania, gdzie szybko zadomowiłam się na tyle, że między bieganiem po mieście kwitłam na krześle w dresach i kapciach, sącząc herbatę.
Były rozmówki, pogaduszki, nawet telewizja z wiadomościami i wieczorny film.
Niby starałam się być gościem, którego nie ma, chociaż wyszczerzem i energią chętnie się dzieliłam.
Najbardziej pilnowałam się, żeby nic nie zniszczyć i nie zepsuć, bo ja to przecież jestem chodząca dziewczyna - demolka i im bardziej się staram, tym częściej w coś wpadam.
Najbardziej w mieszkaniu nęciły mnie książki i najchętniej zalegałam pod regałami, przeglądając opasłe tomiszcza.
- Ej, patrz co ona robi. Bezczelna. Przegląda nam książki. Ciekawe, co robi jak nas nie ma...
- Wtedy to już bezczelnie czytam - szczerzyłam się.

Praktyczna byłam za to pod kątem jedzenia.
Po prostu nie jadłam.
Pierwszego dnia kompletnie nic.
Drugiego zjadłam płatki i umyłam wszystkie znalezione w zlewie naczynia.
Trzeciego dnia zjadłam pół obiadu w wegańskim barze.
Potem zjadłam na mieszkaniu resztki.
- Jem - oznajmiłam triumfalnie, machając w powietrzu widelcem.
- Uff, no i wreszcie! - usłyszałam w odpowiedzi.
Potem znów wróciłam do płatków. Podgrzewając mleko w mikrofali poczułam dziwny swąd i w panice zaczęłam wołać domowników.
- O Boże, o Boże, zepsułam mikrofalę!
Mikrofala się nie zepsuła, ale następnego dnia dla bezpieczeństwa mleko grzałam w garnczku.
Garnczek zalałam wodą i zostawiłam w zlewie.
Rano o mało nie padłam na zawał, widząc, że zostawiłam tak namacalny ślad swej bytności. Dla spokoju ducha wymyłam wszystkie naczynia.
- Chyba zwariowałaś - usłyszałam w odpowiedzi.
Piątego dnia wsunęłam cały talerz ryżu z jabłkiem i cynamonem.
- Czyli jednak zdarza Ci się jeść, a nie tylko czerpać energię z kosmosu...? - usłyszałam ironiczne.
Mocą wziętą z kosmosu i cynamonu wyszczerzyłam się, chowając przebiegły uśmiech za kubkiem z setną z kolei herbatą.
Picie gorących napoi to mi wyjątkowo dobrze wychodzi ;)

Pilnowałam się bardzo, a najsumienniej pilnowałam swoich włosów.
Jeszcze nigdy nie wyciągałam ich z taką precyzją z wanny ^^.
Pewnie dlatego, że na ogół z wanny nie korzystam.
Czujnie rozglądałam się wkoło, żeby nie zostawiać po sobie miliona tajemniczych wacików, nie porzucać tuszu w dziwnych miejscach i nie zostawiać kubków tam, gdzie czytałam czyli wszędzie.
Jako istota rozkojarzona, specyficzna i zakręcona starałam się nie sprawiać wrażenia jakbym spadła z nieba i nie robić problemu z faktu goszczenia swojej skromnej osoby.
W zasadzie to zachowywałam się jak w domu, czyli w normalny dla siebie sposób - więcej mnie nie było, jak byłam to siedziałam i czytałam albo śmiałam się i gadałam.
Wszędzie chodziłam z herbatą i o wszystko pytałam, żeby nie dać się złapać na domowe pułapki typu odpadające drzwiczki czy zatrzaskujące drzwi.
Tak więc z dumą oznajmiam, że ostatecznie nic nie strąciłam, nie wylałam, nie zniszczyłam, nic nie eksplodowało, nie wybuchło, nie zatkało się i się nie stłukło ;).

Oprócz spotkań ze znajomymi (*ze wszystkimi i tak nie udało się spotkać, myślę, że dwie koleżanki będą miały o to lekkie pretensje, więc publicznie ogłaszam - w grudniu mam urlop, jeszcze mogę Was nawiedzić, zaszczycić mieszkanie swoją osobą i zakwitnąć i w Waszych fotelach z kubkiem, jeśli zniesiecie mój nadmiar energii i fakt, że będę kręcić głową za każdym razem kiedy dacie mi coś do jedzenia) miałam też oczywiście wychodne.
Obskoczyłam dwa kluby podczas jednej imprezy, spałam w jednym łóżku z dziewczyną, z którą kiedyś spałam w jednym pokoju ("Ale Ty znormalniałaś. Nie rzucałaś się, nie łaziłaś, nie gadałaś przez sen. Normalnie Cię nie poznaję"), tradycyjnie nie jadłam, tradycyjnie mało piłam, tańczyłam bardzo chętnie.
Na imprezę nie udało mi się pójść w zwykłej czarnej koszulce, ale nie dałam na siebie wcisnąć nic prześwitującego, bo chciałam iść tańczyć, nie wyrywać ani być wyrywana, a nieodpowiedni strój wiąże się z nadmiernym zainteresowaniem nawet jeśli wygląda się niepozornie.
Oczy łaskawie pozwoliłam sobie pomalować, chociaż widząc odrobinę brokatu na powiekach aż się zapowietrzyłam, bo świecić to ja lubię tylko iskierkami w oczach.
W sumie nie wyglądałam ani wyzywająco ani dziecinnie.
Wyglądałam prawie normalnie, przy czym inaczej, bo byłam odstawiona bez odstawienia.
Kreski na powiekach, odrobina cieni, dobrze dopasowane ciuchy - ani za fikuśne, ani za skromne.
Generalnie wyglądałam jak kot, bo miałam panterkową bluzkę bez ramion i choć lamparcich wzorków nie cierpię - przyznam, że do obcisłych ciemnych dżinsów, czarnych kozaków typu "cichobiegi" bez obcasów, koturnów czy platform i prostych rozpuszczonych włosów wyglądało całkiem dobrze.
Wyglądałam trochę jak taka miniaturka; ni to kobieta, ni kot, ni nastolatka, przy czym nie dało się ani jednoznacznie określić mojego wieku ani charakteru ani niczego innego.
Ani nie byłam królową parkietu ani jej gwiazdą.
Poderwać się nie dałam, bo bez sensu dać się poderwać wtedy kiedy wygląda się inaczej niż zwykle i przyciąga się do siebie samym wyglądem.
Jednak chyba wolę, żeby ktoś leciał na mój wewnętrzny niż brokatowy błysk ;)
No i - z całym szacunkiem - nie ma nic trudnego w przyciągnięciu do siebie facetów jeśli ma się fajne ciuchy i makijaż.
Żaden szał, żaden problem, żadna przyjemność.
Wyglądać "wow" też żadna sztuka przy odpowiednim doborze tony kosmetyków czy mazideł plus obecność kogoś kto posiada umiejętność ich użycia, najlepiej obyta w babskim świecie koleżanka.
Wszystko można podkreślić, zatuszować, skorygować i wszystkim można olśnić jak się posypie czymś odpowiednio błyszczącym, tylko po co?
Zdjęcie w lustrze z całą tą otoczką kosmetyków, ubrań i nowych spodni też sobie daruję, jeszcze nic mi nie padło na mózg i ani mi się śni świecić, błyszczeć, wabić, liczyć lajki czy podniecać czyimś podniecaniem.
Fajnie było tak dla odmiany ubrać się ładnie i imprezowo, wyjść z domu i się pobawić, ale na dłuższą metę ja i tak wolę siebie w normalnym wydaniu.
I zdecydowanie wolę swoją bezpretensjonalność, swoje proste ciuchy, bluzy i tusz na rzęsach niż bycie "gwiazdeczką" z pretensjonalną nutką w głosie.
Nie jestem aż taką ignorantką i nawet mając swój świat i swoje poglądy ja mniej więcej wiem, co przyciąga i wiem, jakie dziewczyny lubią faceci.
Dziewczyny modeleczki.
Dziewczyny ozdoby.
Dziewczyny gwiazdeczki.
Dziewczyny, które wyglądają, dziewczyny, które są, dziewczyny, którymi można się pochwalić.
Ale wystarczy mi, że to wiem.
Jakoś nie mam aspiracji, żeby być dziewczyną ozdobą czy dziewczyną, która wygląda.
I nikt się mną nie musi chwalić ani dla nikogo nie muszę błyszczeć ;)

Chociaż po powrocie do domu i tak ostatecznie skończyłam jako "gwiazdeczka".
Babci, bo spędziłam z nią całe przedpołudnie i pościeliłam jej łóżko co oznajmiła już chyba wszystkim w promieniu kilometra i znajomej nauczycielki, która poprosiła mnie o przysługę.
Pod koniec tygodnia wybywam więc do szkoły czytać dzieciom bajki, a przyznam, że wśród dzieci, szczególnie tych które uczyłam  - zdecydowanie robię za "gwiazdę". 
I tak - zdecydowanie - mogę gwiazdorzyć ;)
Wchodzę, uśmiecham się, dzieci się do mnie kleją, ja im na to pozwalam.
Błyszczenie, wabienie, lansowanie i pozowanie zostawiam innym.
Pretensjonalne głosiki, szczyptę arogancji, puder, nosowy głos, wysokie mniemanie o sobie, najwyższe szpilki świata i fotki w markowych ciuchach w lutrze też.
Mi wystarczą iskry w oczach.
Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;)





niedziela, 20 listopada 2016

Udomowienie bieszczadzkiego kota (part II) ^^

Bieszczadzki kot po półrocznej niewoli zaczyna dostrzegać coraz więcej uroków powrotu do dawnego życia.
Z jednej strony wypuszczony na wolność, z drugiej zadomowiony.
Wygłaskany, wychuchany, odpędzający się od rąk, słów i wywracający oczami na przejawy naopiekuńczości, znów wrócił do siebie.
W przenośni i dosłownie.
Upojony wolnością, świeżym bieszczadzkim powietrzem (które powoli zaczyna już mrozić smarki w nosie...) i optymalną ilością snu, która wyjątkowo dobrze mu robi - wygląda jak chodząca reklama witalności.
Jego oczy błyszczą zdrowym blaskiem, wysyłając czasem radosne, czasem gniewne błyski, okrywa włosowa połyskuje jakby była posypana brokatem; nawet skóra nabrała zdrowego wyglądu, chociaż wszyscy zgodnie twierdzą, że jest zbyt pomarańczowa i radzą odstawić marchewki.
Kot lekko wysmuklał, choć łap mu to niestety nie wydłużyło...

Bieszczadzkiego kota wiecznie rozpiera energia, pozytywne nastawienie i obrzydliwie dobry nastrój, najczęściej bez powodu.
Dzieje się tak głównie dlatego, że kot wreszcie wypoczął.
Deficyty snu dość szybko zostały wyrównane dzięki kilkakrotnemu pełnowartościowemu spoczynkowi nocnemu, a także przez początkowe codzienne spanie do oporu i dziś bieszczadzki kot znów żyje w zgodzie z naturalnym biorytmem, budząc się o świcie i układając się do snu po zmroku.

Bieszczadzki kot ponownie znalazł się w warunkach sprzyjających zdrowemu rozwojowi.
Ma szeroki dostęp do naturalnej żywności, czyste powietrze, legowisko pełne miękkich poduszek, rozrywki intelektualne, czas i przede wszystkim chęci.
Miłe otoczenie, ładne przedmioty wkoło, jakość, ciepło i wygoda znów stały się stałymi punktami codzienności kota, a rozpieszczanie i obejmowanie go troską pozwoliło zapomnieć o tym, do czego tęsknił.


Bieszczadzki kot słynący ze swej lekko dzikiej natury, uspokoił się nieco i zadomowił, choć początki adaptacji były ciężkie.
Zdziczały, odwykły od codziennych wygód tego świata i nieprzyzwyczajony do obecności ludzi, których tryb życia odbiega nieco od trybu życia kota, musiał nauczyć się jak przetrwać w otoczeniu rozgadanych i rozemocjonowanych istot.
Pierwsze dni w nowym otoczeniu były niepewne, nowe i zwyczajnie trudne.
Bieszczadzki kot czuł się lekko zdeprymowany i zagubiony, a nowe obowiązki, ludzie i sytuacje wcale mu w tym nie pomagały.
Z pomocą przyszło jak zwykle zrozumienie i czas, który pozwolił na oswojenie się z tym, co inne.
Środowisko domowe, które przytłaczało kota pytaniami i dociekaniami, drażniło wysokimi tonami niepotrzebnych rozmów i męczyło troską szybko stało się czymś zwyczajnym i czymś, do czego chętnie się wraca.
Kot nauczył się nadawać na jednej fali z resztą domowników, usiłując posługiwać się z nimi tym samym językiem.
Wyrażanie emocji i uczuć wciąż są dla kota trudne, dlatego nie stara się na siłę zrozumieć ani pokazywać, co czuje, gdyż zwyczajnie tego nie wie, jednak utrzymywanie relacji na minimalnym poziomie i nie pozwalanie na zbytnie ingerowanie w swoje życie pozwalają na zachowanie zdrowej równowagi.
Nowe wyzwania i zadania kot rozpoczął od solidnej nauki od mądrzejszych i bardziej doświadczonych, a dzięki swojej chęci do działania szybko zaczął wdrążać się w to, co nowe i dotąd nieznane.

Jeśli chodzi o zachowanie, początkowo bieszczadzki kot był mocno wyciszony.
Stonowany i spokojny, z jednej strony śmiertelnie poważny, z drugiej chłodny i racjonalny.
Przez chwilę był nawet cichy, grzeczny i potulny, jednak po kilku tygodniach, kiedy przywykł do nowego systemu i stylu życia zaczął przejawiać pewne oznaki swej dawnej żywiołowości.
Znów pojawiła się chęć do psot i zaczepek, wygłupy, lekkie oznaki niewyżytości i nieokiełzania.
Powrócił charakterystyczny ogień w oczach i zawadiacka mina.
Wróciła też siła, zadzior i hart ducha, a także ochota by robić coś spontanicznie.
Kot nie zawsze jest w stanie poradzić sobie ze swoim temperamentem, choć aktywność fizyczna jest jednym z jego sposobów na to, by spożytkować nadmiar energii.
Znowu jest silny, szybki, gibki i zręczny.
Wspina się, skacze, biega, turla, skrada.
Dalej lubi się droczyć i zaczepiać.
Choć kot stał się łagodniejszy i grzeczniejszy, bywa, że sprowokowany atakuje, a jego ataki wciąż wyglądają w ten sam sposób.
Szybko, gwałtownie, ni stąd ni z owąd, na ogół z wyskoku.
Póki co nowe otoczenie zyskało już zarys charakteru kota i ocenia go jako zadziorny, przewrotny, lekko nieprzewidywalny, co też pozwala kotu na utrzymanie zarówno dystansu, jak i optymalnego poziomu spoufalenia.

Na co dzień kot budzi się w zgodzie ze swoim naturalnym biorytmem, wstając w dobrym humorze i w pełni sił.
Ziewa, przeciąga się i wyskakuje z legowiska z zapałem do działania.
Noce kot przesypia w całości, zniknęły prawie całkowicie problemy ze snem. Przed snem wciąż mruczy, na śnie dalej się kręci.
Potrzeba snu w dzień została zredukowana jedynie do kilku godzin odsypiania nieprzespanych nocy.
Noce, podczas których bieszczadzki kot musi wykazać się trzeźwością umysłu i aktywnością wciąż są dla kota nieco otumaniające, jednak dzięki kofeinie jest w stanie przetrwać całą noc na pełnych obrotach.
Po nocnej aktywności kot potrzebuje regeneracji.
Zmęczony i senny kot jest mocno drażliwy, a często nawet wybuchowy.
Wybuchowość wiążę się z agresją, najczęściej słowną, z tego względu lepiej trzymać się z daleka od sfrustrowanego zmęczeniem kota i absolutnie nie wybudzać go ze snu.

To co najbardziej męczy kota w nocy to jego trudności z utrzymaniem ciepła.
Z powodu błędu w kodzie genetycznym bieszczadzki kot cierpi z powodu braku odpowiednio grubej ilości tkanki tłuszczowej, która pomogłaby mu przetrwać chłody.
Choć usytuowana w okolicy klatki piersiowej ochrona zapewnia kotu ogólną sympatię otoczenia i żywe zainteresowanie swą osobą, nijak nie spełnia swych funkcji grzewczych, wobec czego kot chętnie spędza czas przy kaloryferze, piecu lub innych źródłach ciepła.
Zdobywanie pożywienia także nie nastręcza kotu problemów i od paru tygodni dieta kota stała się bogata w składniki odżywcze i witaminy.
Kot bazuje głównie na świeżych owocach i warzywach, zbożach, pestkach i nasionach, które zapewniają jego włosom połysk, skórze czystość, a organizmowi odporność.
Jedynie wkoło oczu kota pojawiły się lekkie zasinienia, na które otoczenie zwraca uwagę.
Zasiniałe obszary są jednak czymś normalnym i naturalnym jako reakcja na przełączenie się na funkcjonowanie nocą.
Widoczne zmiany są jak znak ostrzegawczy, który pokazuje, że niedospany kot może być niebezpieczny i że wtedy lepiej się do niego nie zbliżać.



Bieszczadzki kot zrobił się chyba trochę bardziej wrażliwy, żeby nie powiedzieć, że kruchy, co przy tym, że stwardniał i zrobił się odporniejszy brzmi jak zwykle paradoksalnie.
Dalej mało subtelny, dalej bezpośredni, konkretny, wredny, męczący, rozpuszczony.
Jeśli chodzi o stosunki międzygatunkowe - kot wciąż utrzymuje przyjazne relacje ze swoim najbliższym otoczeniem.
Ufnie i chętnie podchodzi do swoich, a od pewnego czasu powoli zaczął dawać szanse nowym osobnikom, szczególnie jeśli spędza z nimi dużo czasu.
Czasem się zrazi, czasem sparzy - szczególnie jak da do siebie podejść za blisko albo jak pozwoli na za dużo. Wtedy znów lekko się cofa, ochładza stosunki i robi się dziki, jak na dzikiego kota przystało.
Bieszczadzki kot jest oryginałem samym w sobie, gatunkiem praktycznie wymarłym i zjawiskiem na tyle rzadkim, że doskonale zdaje sobie sprawę, że znalezienie drugiego tak dziwacznego stworzenia byłoby trudne albo wręcz niemożliwe, dlatego póki co nie myśli jeszcze o tym, by szukać czegokolwiek lub kogokolwiek, a szczególnie dziury w całym.
Jest mu dobrze, kiedy ma zajęcie, możliwość wytracenia niespożytej mocy w zabawie, rozwijaniu zainteresowań, przebywaniu w przyjaznym mu środowisku i rozpieszczaniu.
Bieszczadzki kot nie przekonał się chyba jeszcze do idei łączenia się w pary, choć jest na tyle ustabilizowany i otwarty, że byłby skłonny podjąć ryzyko i spróbować pozwolić komuś do siebie podejść na odległość bliższą niż dwa metry.
Bo bieszczadzkie koty można podejść.
Tylko umiejętnie.
Na pozwoleniu podejścia póki co kończy się kocia odwaga, a z racji tego, że bieszczadzki kot jest stworzeniem raczej bezpośrednim i konkretnym, nie bawi się w żadne emocjonalne gry, zachęty, zwody i obietnice, które są tylko pustymi słowami.
Kot nie lubi słów, choć biorąc pod uwagę tę ilość, którą codziennie wypowiada ciężko w to uwierzyć.
Słowami można się bawić, a zabawa to przecież sposób na oswojenie rzeczywistości.
W słowa i zapewnienia kot dalej nie wierzy, wierzy za to w czyny i na czyny patrzy.


Kot stał się więc poniekąd trochę maskotką, trochę drapieżnikiem, trochę oswojonym zwierzęciem domowym, trochę stworzeniem samotnym, a trochę stadnym - w zależności od dnia, nastroju, potrzeb, chwili i otoczenia.
Częściowo zdystansowany, częściowo przymilny.
Trochę się łasi, trochę od siebie odpycha.
Ni to wabi, ni to drapie.
Chodzi swoimi ścieżkami, ma swoje dziwactwa, robi wszystko tak jak chce, śpi powykręcany jak zawsze, mruczy, pręży się, przeciąga i ziewa.
Jak to kot, w dodatku bieszczadzki... ;)



PS Część pierwsza, jakby ktoś pytał (i się bardzo nudził ;]).
 https://little-misss-naughty.blogspot.com/2016/04/dzien-z-zycia-bieszczadzkiego-kota.html





środa, 16 listopada 2016

Syndrom odstawienia ;]

Odstawiłam rurki.
Leki, antybiotyk i płyny dezynfekujące też.
Zaczęłam używać łyżeczek do jedzenia.
O - i jeść też zaczęłam.
Buzi już nie mam jak chomik i przepełnia mnie niczym niekrępowana radość, że mogę gryźć.
Ludzi jeszcze nie zaczęłam ;)

Mam trochę wolnego, więc... Co ja to robię?
Wszystko.
Chodzę po koleżankach, huśtam kilkumiesięczniaki, odwiedzam dzieci w szkole, wychodzę kretyńsko na zdjęciach...
Kurde i weź tu zdobądź pisarską sławę i uznanie, skoro nie możesz się do ludzi pokazać na zdjęciach, bo co jedno to i gorsze i na jednym wygląda się jak pyza, a na drugim jak homo niewiadomo.
Koniec, nie będę się fotografować, nie ma opcji.
Jak mnie zobaczycie to tylko na żywo.
Albo pierdzielnę sobie selfie srelfie jak ostatnio po winie.
Na selfie każdy wychodzi ładnie.

Ja za to wrzucam linki do bloga, bo kto bogatemu zabroni.
Wrzucam też na luz i przestaję się przejmować głupotami. Cyckami, ludźmi, ściskaniem w trzewiach z frustracji. We właśnie takiej kolejności.
Przerzuciłam się już też na kombinezony do spania (zdjęcie sobie daruje, ale jestem pewna, że z miejsca byście padli ^^), zimowe buty, rękawiczki, czapkę i krem na mrozy, choć mrozy póki co całkiem nieduże.
I na czerwone kubki, zwłaszcza na kawę (*kofeina mi prawie nie szkodzi. Prawie), kluczyk i koniczynkę zamiast nieskończoności.
Do zimy jeszcze się psychicznie nie przyzwyczaiłam.
Chyba nie byłam na to gotowa.

W tym roku w ogóle na nic nie byłam gotowa.
Wiosnę przespałam, lato przegapiłam, jesieni nie zauważyłam, a zima mnie zaskoczyła.
Dobrze, że mam chociaż opony zimowe w nieswoim aucie, kurtkę z alarmem lawinowym, chociaż nart to ja na nogach nie miałam i UGGi, których miałam nie nosić, bo tu- tiu tiu - znowu jogurtki sojowe, a buty czysta skóra, ale ciul.
Kupiłam sobie szare podkolanówki ze wstążeczkami, szary pojemnik na pranie, szare prześcieradło i czarną parasolkę.
Zapachniłam sobie pokój odświeżaczem wersja a'la święta, bo nigdzie mięty i białej herbaty nie uświadczy, a do Rzeszowa po pachnące patyczki jechać nie będę.
Do Rzeszowa swoją drogą to się chcę wybrać za tydzień, bo mam wolne.
Chodzę wciąż namiętnie na zumbę, skaczę jak potłuczona, wybieram się na charytatywny maraton i w ogóle ogólnie to mnie nosi jeszcze bardziej niż zwykle.
Z tego wszystkiego to ostatnio mniej czytam, a odstawienie książek kończy się tym, że pisać mi się chce i palce mnie dziwnie świerzbią, więc pisać też piszę jak potłuczona, aż mi się wyszczerbił kubek, o.

Tak ładnie woalowałam wpisy, tak pokrętnie pisałam i tak kodowałam, że już mi się w oczach zrobiły małe pytajniczki zamiast źrenic, więc w końcu muszę pęc, pęknąć czy whatever ;].
Tyleee.
Do spania!












poniedziałek, 14 listopada 2016

Kiedyś ^^

Kiedyś napiszę coś mądrego.
Kiedyś nauczę się robić sobie kreskę na górnej powiece i malować rzęsy bez robienia przy tym min jakbym była upośledzona.
Kiedyś zacznę mówić cicho, wolno i spokojnie i absolutnie nie będę przy tym gestykulować.
Albo kiedyś w ogóle nie będę nic mówić. Będę siedzieć, patrzeć, pachnieć i wyglądać.
Kiedyś przestanę kręcić się podczas siedzenia i nie będę wszędzie siadać po turecku, zwłaszcza na chybotliwych taboretach, wysokich krzesłach i oparciach od fotela. A już na pewno nie będę robić tego w sukience.
Kiedyś przestanę wymawiać się brakiem czasu, pisaniem, siłownią i pracą i zacznę poświęcać znajomym tyle czasu, ile oni poświęcają na czytanie mnie.
Kiedyś przestanę nadużywać słów "nieszczęsny", "subtelnie", "namiętnie" wtedy kiedy nie potrzeba.
Kiedyś zacznę wreszcie rozwijać swoje ukryte talenty i zdolności w sposób, który przyniesie mi coś pożytecznego.
Kiedyś nie będę głośno śpiewać piosenek, jeśli nie znam słów.
Kiedyś będę pisarką, będę się pławić w groszkowanych kocach i kubkach po herbacie.
Kiedyś będę liczyć w głowie słowa, które składają się na jedno wielokrotnie złożone zdanie i jeśli przekroczy ono niedozwoloną liczbę to nie wypowiem go na głos.
Kiedyś przeczytam wszystkie te książki, które mam na regale.
Kiedyś nie będę szczerzyć się na widok znaku Poczty Polskiej, dziuni w białych kozaczkach, dzieci ze smartfonami i facetów w rurkach chodzących jakby mieli kij w tyłku.
Kiedyś przestanę się podniecać padającym śniegiem, wiatrem, widokiem za oknem.
Kiedyś okiełznam się na tyle, że będę ogarnięta, odpowiedzialna, spokojna i opanowana.
Kiedyś nauczę się zadawać pytania, które chcę zadać i mówić głośno, to co chcę powiedzieć.
Kiedyś będę umiała poznać kto jest fałszywy/kto mnie lubi, a kto mnie podrywa zanim pół miasta dowie się czegoś na mój temat/ zanim sam mi to powie i zanim wejdzie mi do łóżka.
Kiedyś kupię jakiś modny ciuch i ubiorę się porządnie i elegancko od góry do dołu, nie nosząc szarej bluzy, sfatygowanych dresów i troczących się kolorowych rękawiczek.
Kiedyś jak ubiorę sukienkę to nie będę turlać się w niej z psem po podłodze tylko założę buty na obcasie i przeparaduję w nich majestatycznie, nie wybijając sobie przy tym zębów.
Kiedyś przestanę kiwać się na dźwięk muzyki, wygłupiać pod prysznicem i tańczyć w samych skarpetkach podczas ubierania.
Kiedyś nie będę dusić kolegów i już nikt nie będzie się bał odwracać do mnie tyłem.
Kiedyś użyję pudru do twarzy, lakieru do włosów i cieni do powiek.
Kiedyś nie będę paradować pół dnia w ręczniku i nie będę zaskoczona musiała gnać po spodnie kiedy kurier zadzwoni do drzwi, a ja biegam po domu w koszulce, bokserkach i skarpetkach.
Kiedyś będę mogła pić kawę i nie będę po niej chodzić na czworakach po salonowym narożniku, gryźć pasa w aucie i skakać przez wyspę w kuchni.
Kiedyś nauczę się szyć, prasować koszule i składać prześcieradła.
Kiedyś nie będę przeskakiwać przez płot, łazić po murkach i spacerować po korytarzach na "taczkach".
Kiedyś nie będę przeklinać, bo młodej damie nie przystoi ;)
Kiedyś nie będę tak bezpośrednia, że walę wszystko prosto z mostu tylko zacznę tajemniczo milczeć i nauczę się trzepotać tajemniczo rzęsami.
Kiedyś nie będę miała problemów z powstrzymywaniem się od śmiechu.
Kiedyś przestanę się huśtać na bramie, podciągać na rękach na schodach i wspinać po wszystkim możliwym do wspinania.
Kiedyś ugotuję coś porządnie i nie będę podjadać podczas gotowania, tylko wyłożę jedzenie na talerz, udekoruję go kleksem octu balsamicznego, płynnej czekolady i listkiem mięty, którego - obiecuję, że nie zjem - i dostojnie zjem posiłek siedząc spokojnie i używając do jedzenia wszystkich tych śmiesznych specjalistycznych widelców i widelczyków.
Kiedyś nauczę się robić wystudiowane miny i nie będę odwalać takich wyszczerzy, że oczy maleją mi do wielkości szparek.
Kiedyś będę grzeczna, cicha i potulna.
Kiedyś nie będę spać w piżamie z Myszką Minnie i chodzić w kapciach, w których można ślizgać się po płytkach tylko będę ubierać do łóżka satynową piżamę i przechadzać się po domu w baletkach z oślej skórki, a po wyjściu z łóżka nie będę mieć na głowie buszu tylko fryzurę godną księżnej Kate.
Kiedyś ubiorę ładne kolczyki i nie będą one miały kształtu jaszczurek ani zamków błyskawicznych.
Kiedyś zacznę wyrywać sobie sama brwi i przestanę być taką ignorantką w babskich sprawach, a już na pewno nie będę się śmiać z czyjegoś pomysłu na życie, jeśli na co dzień maluje paznokcie na różowo.
Kiedyś nie będę fikać, skakać do kolegów, którzy się ze mną droczą, a już na pewno nie będę wskakiwać im na plecy.
Kiedyś pójdę na siłownię i będę wdzięcznie pedałować na rowerku, a z kucyka nie wymknie mi się ani jeden kosmyk włosów. I nie będę się już poniewierać przez dwie godziny do takiego stopnia, że wyglądam jak upiór i z każdym machnięciem kucyka robię z siebie żywy zraszacz sali.
Kiedyś przemyślę swój stosunek do związków, facetów i zobowiązań, a może nawet najdzie mnie fantazja na temat wspólnego mieszkania czy tupotu stópek po parkiecie.
Kiedyś nie będę pierwsza zsuwać szpilek na weselu i nie będę skakać tylko łagodnie się kiwać.
Kiedyś oduczę się oblizywać palce podczas jedzenia lodów, siorbać kiedy piję mrożoną kawę przez rurkę i machać kucykiem do rytmu muzyki, nawet tej w mojej głowie.
Kiedyś przestanę na wszystko reagować dziecięcym entuzjazmem.
Kiedyś pooglądam jakiś film od początku do końca, bez skakania po łóżku, bez jęczenia, że mi się nudzi. O i po łóżku ogólnie przestanę skakać, przestanę bić się na poduszki, rzucać w kogoś kapciami i grozić, że mogę gryźć, bo szczepiłam się na wściekliznę.
Kiedyś pójdę do kościoła i zamiast śmiać się z dzieci, zawodzących przygłuchawych staruszek i fałszującego księdza będę wsłuchiwać się w słowo Boże. Prychać, parskać i wywracać oczami też przestanę.
Kiedyś przeczytam coś głębokiego i nie będzie to thriller, gdzie trup się ściele.
Kiedyś uspokoję się do tego stopnia, że nikt nie będzie mi musiał grozić kneblem ani kajdankami, żeby mnie uciszyć. 
Kiedyś przekonam się do jakiegoś ładnego sweterka i ubiorę go zamiast bluzy z kapturem.
Kiedyś ubiorę nawet szpiki i obcisłą sukienkę.

Kiedyś.
Kiedyś na pewno ^^.

Ale teraz...
Teraz dalej będę spać z Minnie na piersi, siadać po turecku wszędzie, nawet na rodzinnych spotkaniach, wchodzić do pomieszczeń przez okna, wyjadać listki mięty z deserów, robić "taczki" dopóki będę miała kogo gnębić, żeby mi je zrobił, nosić dresy albo chodzić w samej koszulce, bokserkach i skarpetkach, nosić bluzy z kapturem, robić fikołki w sukience, ściągać pierwsza szpilki na weselach, wskakiwać na kolegów od tyłu, oblizywać palce, wspinać się po meblach, skakać po łóżkach i forsować płoty.
No ba  ;] ^^.







sobota, 12 listopada 2016

Po amerykańsku ;)

Postanowiłyśmy zrobić sobie z przyjaciółką wieczór jak z amerykańskiego serialu.
Z pogaduchami, piciem wina, wspominaniem szczenięcych lat i pląsami w piżamach.
Wyszło prawie po amerykańsku.
Prawie.
Bo to nic, że to ja się do niej wprosiłam, skoro mieszka sama w mieszkaniu po babci.
To nic, że zrobiłam jej nalot praktycznie zaraz po służbie.
Z pełną torbą, swoim mlekiem sojowym, płatkami w zielonym pojemniku, kapciami i podkrążonymi oczami.
To nic, że byłam połowicznie zmęczona, a połowicznie nakręcona.

Na wstępie uznałam, że jest mi zimno i poodkręcałam wszystkie możliwe źródła ciepła na maksa.
Oplotłam się chabrowym kocem, poiłam się gorącą herbatą o smaku tropikalnych owoców i ubrałam aseksualne grube skarpetki.
Następnie zaczęłam rozgrzewać się od środka białym winem.
Wina na początku nie mogłyśmy otworzyć, cierpiąc na brak korkociągu (ona) i upośledzenia społecznego (ja), które obejmuje nieumięjętność otwierania wina, pewnie głównie spowodowana tym, że na ogół nie piję  więc...
"Mam na sobie elegancki miętowy sweterek w kropki i mam fazę" - stwierdziłam po paru łykach.
Rozchichotałam się, zmieniłam miętową kreację na piżamę i zaczęłam drugą część świrowania.
Tańczyłam po pokoju z zabawkowymi kościotrupkami, twierdziłam, że lubię disco polo i przytulałam się do kaflowego pieca.
Obejrzałam "Damy i wieśniaczki", doszłam do wniosku, że mam cudowne życie, genialną prostownicę, wygodne łóżko, ładny regalik na książki i mięciutkie skarpetki, które uwieczniłam na zdjęciach, przebierając palcami, żeby tchnąć w nie trochę życia, skoro wyglądają jak pingwinki.
Wygłupiałam się, kręciłam bardziej niż zwykle, gadałam szybciej, więcej, głośniej.
Mówiłam od rzeczy, przechodziłam z tematu na temat, debatowałam to o tym, to o owym, głównie o niczym.
Zamiast śpiewać "chcę spędzić resztę życia z Tobą w parze", śpiewałam "w barze" i dziwiłam się czemu przyjaciółka płacze ze śmiechu.
Urządziłyśmy sobie z Goś. sesję zdjęciową z rąsi, produkując zdjęcia w coraz mocniejszym stopniu wypieków na twarzy, piłam to ze swojego, to z przyjaciółkowego kieliszka, zażyczyłam sobie kubka herbaty, a najlepiej to dwóch i ogólnie robiłam dużo ruchu.
Zaczęłam przysypiać w trakcie trzeciej lampki, udawałam przytomną, kiedy przyjaciółka spytała: "Śpiiiisz?", wszystko kwitowałam śmiechem, chichotałam praktycznie cały czas, a jak nie chichotałam to gadałam.

Padłam po drugiej, wstałam przed dziesiątą, podgrzałam mleko w emaliowanym garnku, zażyłam antybiotyk.
Czytałam tekst na opakowaniu niemieckiej herbaty, wczuwając się w to tak bardzo, że o mało nie zaczęłam jodłować.
Zaczęło mnie lekko nużyć, więc walnęłam sobie czarną kawę.
Zainspirowało mnie to do śpiewania.
Podśpiewywałam "Czarny chleb i czarna kawa, opętani samotnością" w pokoju, "Trum, trum, misia Bella" w kuchni i "Jesteś taka jak ja, lubisz to lubisz" w łazience.
Pomalowałam pazury u nóg na czerwono.
Siedziałam wydymając policzki z płynem do dezynfekcji ust, porozumiewając się z Goś. chnykaniem i mruczeniem.
Zażyczyłam sobie kolejną herbatę i siedziałam z plasterkami ogórka na powiekach, twierdząc, że będę teraz leżeć i pachnieć.
Śpiewałam piosenki z Disney'a, ruszałam do rytmu palcami u stóp, tańczyłam kroki z zumby do Biebera i opowiadałam koleżance takie głupoty, że dziwię się, że mnie nie zamordowała.

Na koniec uznałam, że jestem zmęczona wygłupami, że kawa jednak za bardzo idzie mi do głowy, że mam ładną apaszkę w jaskółki i rękawiczki pod kolor i ciekawe czemu mam takie zasinienia pod oczami, skoro cały ranek robiłam sobie ogórkowy okład.
Wstałam, ubrałam się, potknęłam na kapciach w przedpokoju, o mało nie zmiotłam chustką połowy kremów i perfum na komodzie przyjaciółki, wyściskałam ją, powiedziałam, że musimy to powtórzyć i wyszłam, chichocząc.
 
Doprawdy, bardzo amerykańsko ;).





























piątek, 11 listopada 2016

Cena życia ;]

Zostały mi dziś wyliczone koszty życia.

Już wiem, co oznaczały te balony malowniczo walające się po podłodze, ten napis powitalny, to ciepło, ta radość, ten przebłysk szczęścia na mój widok, to podlizywanie, to podsuwanie jedzonka, te herbatki, uśmieszki, głaskania po główce, to dawanie auta na żądanie, to podwożenie do krzyżówki, żebym nie mokła w deszczu, czekając na kolegę, te słodkie słowa, miłe gesty, grzeczne zwroty.
Już wiem.
Już wiem, że te moje słynne iskierki w spojrzeniu, ta ikra w ruchach i ten pozytyw nie biorą się znikąd.
To nie tak, że śmieję się sama z siebie i mam moc z kosmosu.
To nie tak, że jestem wyszczerzem i chodzącym promyczkiem szczęścia samym w sobie.
Dziś już wiem, że wszystko to, co daję, najpierw biorę.
I już wiem, skąd je biorę.
Czerpię je z gniazdek elektrycznych.
Posilam się drogocenną energią, ciągnę ile mogę, korzystam, wykorzystuję, wdycham, biorę, wsysam, wciągam.
Żyję ;).

Narada rodzinna, w której zasiadła rada starszych siedząca dostojnie na kanapie i my - jedna energooszczędna latorośl rozwalona w fotelu i druga - nadmiernie energiczna, wysyłająca dodatkowo zelektryzowane błyski z dwojga ciemnoniebieskich ocząt siedząca po turecku na oparciu odbyła się w uroczystym klimacie wolnego dnia i nieco ponurej atmosferze sinociemnych chmur na niebie i lekkiej szarówki za oknem.
Tato poprawił okulary, wyciągnął przed siebie dłoń z pieczołowicie zapisaną kartką, odchrząknął i rzekł:
- W kwestii wydatków sprawy wyglądają następująco...
Ooo.
Poruszyłam się na fotelu.
Z błyskiem w oku.
Póki go jeszcze mam.
- Podliczyliśmy koszty Waszego życia. Wzięliśmy pod uwagę wszystkie czynniki i - rzecz jasna wszystkie opłaty. Obliczyliśmy wszystko dokładnie, rzetelnie i sprawiedliwie. Staraliśmy się pójść Wam na rękę. Doszliśmy do porozumienia w kwestii opłat stałych. Wyłuszczę Wam teraz, jak sprawy się mają.
Cisza.
Konsternacja.
Tato zaczerpnął oddech.
- Podatek w tym roku wyniósł... Po przeliczeniu na cztery osoby, zsumowany przez rok, podzielony na miesiące...
Oho.
Wyprostowałam się.
Siostra nieco się podniosła.
Mama spojrzała czujnie znad kartki papieru.
Pies poruszył się na podłodze, zamiatając ogonem.
Tato poprawił okular.
Czuję, że wytrzeszczyłam lekko swoje nadmiernie błyszczące oczy.
Siostra siedzi niewzruszona.
Nic jej nie błyszczy.
- Aktualne opłaty za prąd zostały zredukowane, jednak w zeszłym miesiącu w porównaniu do miesiąca poprzedniego...
-...jeśli wziąć pod uwagę...
-...abstrahując od ciosu finansowego, jakim była naprawa samochodu w zeszłym miesiącu...
-... pamiętajcie, iż w ogólnym rozrachunku...
-... miesięczne zużycie...
-... podliczając ubiegły kwartał...

Chce mi się śmiać, ale tego nie robię.
Błyskam tylko oczkami.
Nie śmiej się - mówię sobie.
Oddychaj.
Zrób poważną minę.
Spłyć oddech.
I się nie śmiej. 

- Biorąc pod uwagę fakt, iż zużycie prądu za okres ostatnich dwóch miesięcy...
-... po przeliczeniu średnich wydatków na...
- ... średnio...
-... opłaty za telewizję wynoszą...
- Haa! Ale ja nie oglądam telewizji! -  wyskoczyłam radośnie.
- Ach, no tak. Ale w ogóle, w ogóle? A nie słuchasz czasem z boku? - patrzy na mnie przenikliwie spod szkła okularów.
Konsternacja.
Że co?
W gardle wzbiera mi śmiech.
Nie rób tego.
Nieeet.
Oczy lekko zachodzą mi łzami, kiedy usiłuję się nie roześmiać.
- No nie. Nawet nie patrzę w jego stronę. Przecież ja bojkotuję telewizję - mruczę.
Mam ochotę dodać, że piorę w orzechach, nie jem mięsa, żyję w celibacie i czytam książki, ale byłaby to zbyt jawna prowokacja, zwłaszcza ta z seksualnym podtekstem.
No i jeszcze z racji niezaspokojonych potrzeb może mi zostać wyliczone wzmożone zużycie prądu na terapię światłem albo pojawi się pomysł, że tą swoją frustracją zużywam jeszcze więcej drogocennej energii.
Cisza.
Trybiki w tatowej głowie pracują.
Liczą.
Kalkulują.
- Hm. Ale akurat za telewizję nie wyszło dużo. To jedyne tyle i tyle w przeliczeniu na osobę, a biorąc pod uwagę fakt... licząc... wnioskując... analizując...generalnie... zasadniczo...
- Okej, okej. Dobra. Dalej.
- Ubezpieczenie domu...
- ... i samochodu...
-... samochód...
-... tegoroczny zakup opału...
-... kwestia paliwa...
-... remont zlewu...
-  Z Internetu ja nie korzystam, wobec czego koszty zużycia zostały podzielone na dwie osoby...
-...światło...
- ...woda...
- Jestem skłonny rozłożyć Wam tę sumę na raty...
- Czy nie sądzicie, że w kwestii ogrzewania możemy rozważyć i przekalkulować pomysł płacenia przez klika lat?
- Ale ja nie wiem, ile tu pomieszkam - mówię słabo.
- Dobrze, weźmiemy to pod uwagę... Jeśli chodzi o gaz...
Rozkojarzam się.
Pozwalam myślom błądzić.
Rozpływać się, biegnąć, krążyć.
- A jak pojadę na adaptację do Warszawy to też będę musiała płacić? - przebudzam się nagle.
Moment refeksji.
Lekko rozchylone usta.
- Nie no, wtedy nie.
Uf.
- I nie zapomnij, że wszelkie koszty poniesione na drodze regularnego przywożenia Cię z Rzeszowa, gdy wracałaś z koszar zostały Ci odpuszczone - ciągnie wspaniałomyślnie mój rodzony, a ja płodzę sobie w głowie podniosło - żałobną pieśń do spontanicznie wymyślonej melodii "Wszeeelkie koszty poniesione na drodze regularnego przywożenia Cię z kooooszar zostają Ci odpuszczone... Pan odpuszcza Tobie grzechy, idź w pokooooju..."
Próbuję się uspokoić głębokimi wdechami.
Dobrze, że prysznice brane cztery razy dziennie też zostały mi zapomniane.
- Czyli jak Warszawa to nie płacę? - dukam, trzymając się za brzuch ze śmiechu.
- Nie. Chyba, że chcesz sobie zabukować miejsce - mówi mama.
-...
- Czy za jedzenie też muszę płacić, skoro żywię się sama?
- Nie.
- Dobra. Co jeszcze?
- Postaraliśmy się zminimalizować koszty, zaokrąglić sumy, zaoszczędzić wydatki, zaplanować, wziąć pod uwagę, wyliczyć, ustalić...
- Do rzeczy.
- Z tego co wynika, obliczyłem, że, jeśli popatrzeć...
- Do rzeczy...
- Opłaty stałe wyniosą tyle, jednak musiałem wyliczyć średnią arytmetyczną z kosztów poniesionych na drodze...
- Do rzeczyyyyy...
- Podsumowując, reasumując, idąc do sedna sprawy...
- Ile?
- Tutaj obliczyłem, podsumowałem, dodałem, podzieliłem...
- Ile?
- Stałe opłaty zostały zaokrąglone, doszedł do tego jednorazowy dodatek...
- Ile?

W końcu doszliśmy do sedna.
Koszty zostały podsumowane.
Pomnożone, dodane, podzielone.
Włosy mi trochę oklapły.
Oczka zgasły.
Zapał zmalał.
Muszę przecież oszczędzać energię, skoro tyle kosztuję.

Ostatecznie przeanalizowana, przeliczona, zaokrąglona, zminimalizowana cena jest do przełknięcia.
Pomijając koszty, które ponoszę na jedzenie, leki i lekarzy (*never ever, ni chuchu, nie ma opcji - przechodzę na niekonwencjonalne metody leczenia. Pijawki, dieta, leczenie oddechem, dźwiękiem, słońcem. Albo księżycem w miesiące zimowe), dojazdy do pracy, zumby (^^), siłownię, markowe majtki, miękkie bluzy, miętowe sweterki, sojowe jogurty i kukurydziane płatki... jest znośnie.
Koszty mojego szeroko pojmowanego życia generalnie nie są zbyt duże, zresztą błędem byłoby myślenie, że wszystko mi się należy i że wszystko dostaję i biorę, ale...

Ta podniosła atmosfera.
Ten ton.
Ta konspiracja.
Te szeleszczące kartki papieru.
Ta powaga.
Ten mędrkowato - pompatyczny ton.
Ten profesorkski wygląd.
Te kalkulacje.
Te fakty.
Te podliczenia.
To wszystko na raz.
Jednego dnia, znienacka, bez ostrzeżenia, bez zapasu chusteczek do wytarcia łez cieknących ze śmiechu.

Jeb*am.
Jeb*am ;D.
A potem wstałam.
Usiadłam.
Zatarłam łapki.
Spisałam ku potomności.
Aaaamen ;)



środa, 9 listopada 2016

Mało groźna

Taka jestem biedna, że aż mi siebie szkoda ^^.
A że akurat płakać mi się nie chce - bo ja do płakania to muszę nie mieć powodu  - to się śmieję. Sama z siebie.

Śmieję się, że wyglądam jakbym wsadziła sobie do ust Hallsa i skitrała go w lewym policzku.
Śmieję się, że jak się czasem zapomnę i sięgnę po kubek to obleję się cała wodą. Jestem teraz skazana na rurki. No i właśnie:
Śmieję się, że jak na tak obolałą to całkiem dobrze ciągnę. W końcu przeciągnąć przez rurkę gęsty mus z kiwi albo truskawkowy sorbet wcale łatwo nie jest.
Śmieję się, bo jak mam usta rozciągnięte w uśmiechu to nie rzuca się w oczy, że mam policzki jak pyza z ustami jak mały rybi pyszczek...
No i śmieję się, bo co mi innego pozostało?
Najchętniej nie wychodziłabym z łóżka, bo trochę kręci mi się w głowie, ale z drugiej strony co można robić w łóżku i ileż można spać...
Po szkole spałam do bólu, ale nasyciłam się już snem i teraz budzę się przed budzikiem. 
Mam antybiotyk, więc moje sumienne picie czystka i dzielne jedzenie czosnku, żeby uniknąć infekcji zbytnio się nie przydało.
Trzęsę się z podniecenia, kiedy przychodzi pora zażycia leku, więc jak widać ból siadł mi już na psychikę.
Jeszcze bardziej się trzęsę (i nawet marszczę oczka z zadowolenia), kiedy płuczę sobie usta płynem o całkiem przyjemnym smaku, który miejscowo znieczula ból.
Przeciwbólowe leki zostawiam sobie tylko do pracy. A tam też staram się ich nie brać, bo i tak mało co dają, więc bez sensu.
Boli mnie praktycznie cały czas i to nie tyle sama ósemka co dziąsło, policzek, ucho, gardło i głowa.
I smarki lecą mi z lewej dziurki, bo tam tam stan zapalny.
Chyba sobie wsadzę do nosa rąbek chusteczki i będę tak z nią chodzić, bo wystarczy że się zapomnę i parsknę, a już stwarzam zagrożenie, że kogoś osmarkam. Albo siebie.
Póki co jak na ciągły ból funkcjonuję całkiem nieźle.
To chyba to spanie tak mi dobrze robi, że jestem odporna na wszystko.
Humor mam dobry, konto coraz chudsze, szafę bogatszą o miętowy sweterek w czarne kropki i dwie nowe bluzki.
Terapia zakupowa też jednak działa cuda ;)

Rozpuszczam włosy, zasłaniając się nimi jak zasłoną, a jak zrobię sobie kucyka to podziwiam niesymetrię swojej twarzy w lustrze.
Wyglądam dość ciekawie. Coś jak połączenie Muminka z chomikiem, który upchał tylko część jedzenia w jednym policzku. A tak ogólnie to wyglądam na lekko naburmuszoną, choć wcale naburmuszona nie jestem.
Mam też kolejny pretekst, żeby snuć się po domu w piżamie, chociaż o dziwo nie marudzę i nie jojczę.
Może jak chirurgicznie usunę zęba to wtedy zacznę.

Póki co nie widzę, żeby leki cokolwiek dawały.
No, może tylko to, że otwieram dzioba nieco szerzej, więc dziś odważyłam się zjeść zupę łyżką.
Trwało to wprawdzie tak długo, że o mało nie zasnęłam nad miską, ale poczułam się trochę lepiej, niż gdybym miała sobie serwować pomidorową przez słomkę.
Jest jednak coś uwłaszczającego godności we wciąganiu wszystkich posiłków...

Oprócz tego, że dostarczam rodzince moc atrakcji (co rano z dziwną wesołkowatością sprawdzają stan pulchności policzków, porównując mnie a to do pyzy, a to do bułeczki, śmieją się jak próbuję wessać jagodowy jogurt z nasionami chia, dziwią się jak próbuję zjeść banana przy zamkniętych ustach) i ogólnie jestem całkiem wdzięcznym obiektem do nabijania się.
Mała, z papulami, z gniewnymi błyskami w oczkach, niezdolna do pogryzienia, więc mało groźna.
Siorbię tak głośno, że słychać mnie na pół domu,
Nie mogę ziewać, rozdziawiać ust, smarkać, kichać i wystawiać języka.
Dobrze, że chociaż oczami mogę wywracać ;).

Ale teraz nie będę niczym wywracać, chyba że poduszkami, zanim umoszczę się w łóżku.
Bo mruczeć też nie mogę.
I spać na lewym boku też niet.
No nic.
Idę spać.
Może mi się gryzienie przyśni.
A może te wielkie różowe rurki, które siostra z wyszczerzem podsuwa mi, kiedy mówię, że nie wiem jak przeciągnę przez słomkę zupę krem z ryżem... ^^





poniedziałek, 7 listopada 2016

Osiem

Zaczęłam od drogerii.
Odżywka do długich włosów, nawilżające płatki pod oczy ( które pewnie jak wszystko inne co do oczu mnie uczulą) i plastry na nos, których obym też nie musiała zrywać przed czasem z uczuciem wyżerania skóry.
Potem przeszłam na ciuchy.
Z nosem do góry przeszłam (prawie) obojętnie koło bluz.
Kupiłam za to dwie koszule.
Koszule ^^.
Jedna czarna, druga biała.
I nie są ani w gwiazdki ani w koty.
Specjalnie zastrzegłam ekspedientkę, żeby mi takich nie pokazywała.
Czarna jest w filiżanki, biała w błyskawice.
O tak, dla odmiany.
Są trochę luźnawe, bo takie mają być. Mniejszych nie produkują.
Potem kupiłam sweterek.
Czy to nie jest czasem mój pierwszy sweterek w historii? ^^
Wzięłam najmniejszy z rozmiarówki, najmilszy w dotyku, oczywiście - szary i oczywiście z mrugającym oczkiem, ale sweterek. Nie bluza. Nie z kapturem. Może to jakiś przebłysk dojrzałości, że wzięło mnie na sweterki, nie bluzę z kapturem ;P.
Kupiłam cienkie pastelowe rękawiczki, grube skarpetki (bo ja biedna skarpetek nie mam ^^), flanelową piżamę z Minnie (z czym by inną), która ma nawet czerwone akcenty.
No booo... Bluzkę też kupiłam czerwoną ;]
Jest to mój... hm... trzeci czerwony zakup. Wcześniej kupiłam dwie letnie koszulki.
Uważam to za ogromny postęp.
Czerwony nijak idzie podpiąć pod stonowane, szare, miętowe albo klasyczną czerń i biel.
Czerwień to coś nowego.
Czerwień to dla mnie czyste szaleństwo ^^.
Ręka w górę, kto widział mnie kiedykolwiek w czerwonym?
No właśnie ;)
Mało tego, bluzka jest tak obcisła, że bardziej się już nie da. Dopasowana, wygodna, z długim rękawkiem. Jest bardzo prosta i bardzo ładna.
Czarną też kupiłam.
Hyhy ^^.
Trochę mniej opina, ale opina.
Ciekawe, kiedy ja ubiorę coś opinającego, co nie będzie termoaktywną bluzką "pod spód", ale może nóż widelec.
O, bo termoaktywne getry też kupiłam. Opcja zimowa. Pan sprzedawca powiedział, że cieplejszych nie ma. Bluzki termo w moim rozmiarze nie było. Gdyby była to bym już ją miała.

Kupiłam jeszcze czarny T-  shirt z jakimś napisem...
Kupiłam szarą czapkę...
I szaro - miętowo - białą, idealną pod moją zimową kurtkę...

Karta tylko pipczała, kiedy przesuwałam ją po czytniku.
A ja tylko zaciskałam ręce na kolejnych reklamówkach.
Nie chcecie wiedzieć, ile kasy wydałam.
Ja też nie chcę tego wiedzieć.
Ale cóż...
Tak się właśnie niekonwencjonalnie leczy upierdliwą ósemkę ^^.
A że w najbliższym czasie nie zapowiada się, żebym mogła jeść - zaoszczędzę na żarciu.

Bo ogólnie to właśnie siedzę w nowej flanelowej piżamce, z nosem na kwintę, ze spuchniętą buzią.
Jestem już lekko otępiała z bólu, ale o dziwo - humor mam dobry.
Nie mogę ziewać, pić, jeść - ogólnie to ust nie bardzo mogę otwierać, dmuchać nosa, śmiać się.
W sumie to nic nie mogę.
No nie.
Wróć.
Mogę.
Oglądać swoje ciuchy ;P.
Jest to jakaś alternatywa, prawda? ;]

Ała.








wtorek, 1 listopada 2016

Jest klimat ;]

Gdybym chciała opowiedzieć Wam o swojej nowej pracy, musiałabym być bardziej wylewna.
Gdybym chciała podzielić się czymś ciekawym - nagięłabym zasady.
Gdybym chciała być interesująca - może bym i nawet naściemniała.
Ale nie chcę.
Chcę się za to podzielić klimatem.
Bo klimat ewidentnie jest ;)

I nie chodzi mi o pracę, tylko o klimat miejsca.
W zasadzie nie zaczyna się on rano, kiedy wstaję, próbuję okiełznać włosy prostownicą i doprowadzić spuchnięte oczy do jako takiego wyglądu.
Nie zaczyna się jak jem swoje standardowe płatki ani jak nawet szykuję się do pracy.
Zaczyna się, kiedy wjeżdżam do miasta gdzie pracuję.
W moim mieście tego nie widzę ani nie czuję.
Może to jeszcze nie są aż takie Bieszczady.
A tam?
Tam wjeżdżam i widzę głównie drzewa iglaste majaczące w oddali.
Czy to mgła czy deszcz - one wyglądają tak samo ładnie.
Pną się majestatycznie po górach i wyglądają jak jedna wielka widokówka.
Zaczęłam pracę we wrześniu i od tej pory one codziennie wyglądają inaczej.
Z dnia na dzień następuje taka zmiana, że w głowie kołacze mi się pytanie: "Jak?".
Może jak stanę z kamerą to przyłapię kogoś jak oblewa te drzewa farbą, skoro jednego dnia są takie, a drugiego już inne?
Od zielonych z przebłyskami innych kolorów, przez stopniowo brązowiejące, po obecną feerię barw, głównie brązu, ochry, pomarańczy i czerwieni.
Głównie.
Bo pewnie większość z nich nie ma nawet swojej nazwy.
W zależności od tego, czy świeci słońce czy pada deszcz barwy wyglądają inaczej.
Niebo czy przejrzyście błękitne z chmurkami jak bita śmietana, czy poszarzałe czy nawet ciemne i brzydkie stanowi idealne tło dla gór.
A góry niezmiennie wyglądają tak samo ładnie.
Groźnie, majestatycznie, wyniośle.
Poza tym kwiaty, drzewa, krzaki.
Wszystko oszałamia kolorami.

Druga sprawa - zwierzęta.
Albo wróć.
Zwierzyna leśna.
Generalnie zwierzyna leśna opanowała miasto.
Generalnie jelenie chodzą sobie po osiedlu jak u siebie.
Idą między blokami jakby wybierały się na spacer i dziwią się na widok samochodu, jakbyśmy światłami naruszali ich prawa.
Przeważnie chodzą nie samotnie, a większą grupą.
Czasem staną zdziwione przed radiowozem, zastrzygą uszami, uniosą dumnie głowę z bardziej lub mniej dostojnym porożem i łaskawie usuną się w cień.
Czasem przemkną przed autem jak zjawy.
A czasem pasą się spokojnie w parku, skubiąc trawę paręnaście metrów od głównej ulicy, gdzie jeżdżą samochody, chodzą ludzie, życie toczy się miejskim życiem.
Króliki i lisy też przewijają się gdzieś po drodze.
Kolega z patrolu widział już rysia i wilka.
Ja czekam na niedźwiedzia ;)

Trzy - dzikość.
Jest dziko.
Kiedy wyjedzie się poza miasto, można zauważyć tę dzicz i nie chodzi tylko o to, że widzi się więcej dzikich zwierząt niż ludzi.
Okolice są tak nieokiełzane, tak nietknięte przez cywilizację, że wydaje się, że zza krzaka za chwilę wypadnie mamut albo dinozaur.
Natura żyje swoim życiem, rządzi się swoimi prawami.
Krzaki rosną sobie niczym nie ograniczone, trawy są bujne jak na safari.
Dziko powykrzywiane niskie jabłonki z jabłkami czerwonymi jak wielkie okrągłe rubiny, pola, no i te rozciągające się lasy.
Lasy, lasy, lasy.
Wszędzie lasy.

Cztery - wioski.
Zawsze obrażałam się, kiedy ktoś mówił, że w Bieszczadach nie ma prądu i że nie ma tam cywilizacji.
Zawsze myślałam, że nie ma opcji, żeby ludzie tak żyli.
Żyją.
Jeżdżąc po okolicznych wioskach wodzę oczami dookoła, aż mi mało nie wylecą z gałek ocznych.
Pustkowie, puste drogi, łany pola, stogi siana.
Zero ludzi, a jak się pojawią to obowiązkowo w gumiakach, a te gumiaki dopełniają tylko obrazu idyllicznej wioseczki jak z bajki.
Są krowy pasące się na łące, które patrzą się na nas spod długich rzęs jak na zjawisko i muczą oburzone, kiedy podjedzie się za blisko.
Są kicające króliki, czarno - białe koty, stada owiec, krowie placki na drodze i rozkoszne kocięta bawiące się koło cieląt na pałąkowatych nogach.
Są drewniane chatynki, są obmurszałe domy, są zawalone dachy.
Są garnki na płotach, porzucone w kącie podwórka konewki, postawione przed domem gumiaki.
Aż się dziwię, że jak zobaczę muchę to leci ona w normalnym tempie, nie zatrzymując się w powietrzu i nie machając skrzydełkami w miejscu, bo wydaje się, jakby czas się zatrzymał.
Ludzie żyją sobie powoli, spokojnie.
Łuskają fasolę, pykają fajkę, rąbią drewno, coś tam zbierają, coś tam robią.
Staruszkowie jadą po ulicy zdezolowanymi składakami w obowiązkowych gumiakach, jakaś  kobiecina w chuście wiesza białe prześcieradła na sznurkach.
Kury chodzą gdacząc i skubiąc sobie co tam wynajdą w ziemi, koguty pieją, wyliniałe psy drapią się, podzwaniając łańcuchem albo przeciągają się leniwie pod budą i szczekną raz czy dwa.
Widziałam też chudego labradora.
Wyobrażacie sobie chudego labradora? ;]


Jest zimno.
Lekkie przymrozki to norma.
Ubieram na siebie zimowe skarpetki i termoaktywne getry, a kiedy mam okazję zbliżyć się do kaloryfera to tak się do niego przytulam, że praktycznie na niego wchodzę.
A przecież nie zaczęła się jeszcze zima ^^.
Temperatura w zasadzie nie spada za często poniżej zera, nie spadł jeszcze śnieg.

Ślizgając się po błocie kiedy nie da się dojechać pod dom albo chodząc w ciemnościach i rozglądając się po obejściu w świetle latarki, szczękam zębami do rytmu.
Czasami jestem zabłocona po kolana, czasami mokra po kosmyki włosów, przeważnie zmarznięta.
Nie wiem, jak przeżyję tu zimę i mrozy ;).
Ale wiem, że nawet jak rano wyciągam spod kołdry najpierw jedną, potem druga nogę i próbuję znaleźć bosą stopą kapcia, jak stoję na chodniku i kopię kamyki czekając na kolegę i jak podciągam przy tym nosem z zimna, jak ziewając jadę do pracy i jak znowu rozszerzam oczy na widok tych gór, tych drzew i tych kolorów - wiem jedno.
Jest klimat ;)