...

...
M.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;]

Pakowałam się dwa dni.
Prostownica, ciuchy, pierwszej potrzeby kosmetyki w ilości takiej, jakbym jechała na wojnę albo przynajmniej w koszary ;).
Rzeszów przywitałam z uśmiechem, Rzeszów mnie chłodem.
Znajoma pani, u której się zatrzymałam od razu pokazała mi pokój, objaśniła topografię mieszkania i wręczyła klucze.
No i poszłam w tango ;)
Codziennie znajomi; z mieszkania, ze studiów, ze Szkoły Policyjnej.
Codziennie zakupy: od odświeżaczy powietrza i wegańskich past do chleba po bieliznę, spodnie z Calzedoni i piżamę. Z Minnie, bez Minnie.
Codziennie łażenie i "oddychanie miejskim powietrzem".
Chłonięcie miasta, tego tłoku, świątecznych dekoracji, hałasu, zgiełku, świateł, samochodów i szarych budynków.
Codziennie łaziłam do odcisków na stopach, codziennie poznawałam nowe trasy i skróty.

Już pierwszego dnia cieszyłam się, że nie wzięłam pokoju w bezpłciowym hotelu tylko skorzystałam z gościnności znajomej.
Wracałam do ciepłego mieszkania, gdzie szybko zadomowiłam się na tyle, że między bieganiem po mieście kwitłam na krześle w dresach i kapciach, sącząc herbatę.
Były rozmówki, pogaduszki, nawet telewizja z wiadomościami i wieczorny film.
Niby starałam się być gościem, którego nie ma, chociaż wyszczerzem i energią chętnie się dzieliłam.
Najbardziej pilnowałam się, żeby nic nie zniszczyć i nie zepsuć, bo ja to przecież jestem chodząca dziewczyna - demolka i im bardziej się staram, tym częściej w coś wpadam.
Najbardziej w mieszkaniu nęciły mnie książki i najchętniej zalegałam pod regałami, przeglądając opasłe tomiszcza.
- Ej, patrz co ona robi. Bezczelna. Przegląda nam książki. Ciekawe, co robi jak nas nie ma...
- Wtedy to już bezczelnie czytam - szczerzyłam się.

Praktyczna byłam za to pod kątem jedzenia.
Po prostu nie jadłam.
Pierwszego dnia kompletnie nic.
Drugiego zjadłam płatki i umyłam wszystkie znalezione w zlewie naczynia.
Trzeciego dnia zjadłam pół obiadu w wegańskim barze.
Potem zjadłam na mieszkaniu resztki.
- Jem - oznajmiłam triumfalnie, machając w powietrzu widelcem.
- Uff, no i wreszcie! - usłyszałam w odpowiedzi.
Potem znów wróciłam do płatków. Podgrzewając mleko w mikrofali poczułam dziwny swąd i w panice zaczęłam wołać domowników.
- O Boże, o Boże, zepsułam mikrofalę!
Mikrofala się nie zepsuła, ale następnego dnia dla bezpieczeństwa mleko grzałam w garnczku.
Garnczek zalałam wodą i zostawiłam w zlewie.
Rano o mało nie padłam na zawał, widząc, że zostawiłam tak namacalny ślad swej bytności. Dla spokoju ducha wymyłam wszystkie naczynia.
- Chyba zwariowałaś - usłyszałam w odpowiedzi.
Piątego dnia wsunęłam cały talerz ryżu z jabłkiem i cynamonem.
- Czyli jednak zdarza Ci się jeść, a nie tylko czerpać energię z kosmosu...? - usłyszałam ironiczne.
Mocą wziętą z kosmosu i cynamonu wyszczerzyłam się, chowając przebiegły uśmiech za kubkiem z setną z kolei herbatą.
Picie gorących napoi to mi wyjątkowo dobrze wychodzi ;)

Pilnowałam się bardzo, a najsumienniej pilnowałam swoich włosów.
Jeszcze nigdy nie wyciągałam ich z taką precyzją z wanny ^^.
Pewnie dlatego, że na ogół z wanny nie korzystam.
Czujnie rozglądałam się wkoło, żeby nie zostawiać po sobie miliona tajemniczych wacików, nie porzucać tuszu w dziwnych miejscach i nie zostawiać kubków tam, gdzie czytałam czyli wszędzie.
Jako istota rozkojarzona, specyficzna i zakręcona starałam się nie sprawiać wrażenia jakbym spadła z nieba i nie robić problemu z faktu goszczenia swojej skromnej osoby.
W zasadzie to zachowywałam się jak w domu, czyli w normalny dla siebie sposób - więcej mnie nie było, jak byłam to siedziałam i czytałam albo śmiałam się i gadałam.
Wszędzie chodziłam z herbatą i o wszystko pytałam, żeby nie dać się złapać na domowe pułapki typu odpadające drzwiczki czy zatrzaskujące drzwi.
Tak więc z dumą oznajmiam, że ostatecznie nic nie strąciłam, nie wylałam, nie zniszczyłam, nic nie eksplodowało, nie wybuchło, nie zatkało się i się nie stłukło ;).

Oprócz spotkań ze znajomymi (*ze wszystkimi i tak nie udało się spotkać, myślę, że dwie koleżanki będą miały o to lekkie pretensje, więc publicznie ogłaszam - w grudniu mam urlop, jeszcze mogę Was nawiedzić, zaszczycić mieszkanie swoją osobą i zakwitnąć i w Waszych fotelach z kubkiem, jeśli zniesiecie mój nadmiar energii i fakt, że będę kręcić głową za każdym razem kiedy dacie mi coś do jedzenia) miałam też oczywiście wychodne.
Obskoczyłam dwa kluby podczas jednej imprezy, spałam w jednym łóżku z dziewczyną, z którą kiedyś spałam w jednym pokoju ("Ale Ty znormalniałaś. Nie rzucałaś się, nie łaziłaś, nie gadałaś przez sen. Normalnie Cię nie poznaję"), tradycyjnie nie jadłam, tradycyjnie mało piłam, tańczyłam bardzo chętnie.
Na imprezę nie udało mi się pójść w zwykłej czarnej koszulce, ale nie dałam na siebie wcisnąć nic prześwitującego, bo chciałam iść tańczyć, nie wyrywać ani być wyrywana, a nieodpowiedni strój wiąże się z nadmiernym zainteresowaniem nawet jeśli wygląda się niepozornie.
Oczy łaskawie pozwoliłam sobie pomalować, chociaż widząc odrobinę brokatu na powiekach aż się zapowietrzyłam, bo świecić to ja lubię tylko iskierkami w oczach.
W sumie nie wyglądałam ani wyzywająco ani dziecinnie.
Wyglądałam prawie normalnie, przy czym inaczej, bo byłam odstawiona bez odstawienia.
Kreski na powiekach, odrobina cieni, dobrze dopasowane ciuchy - ani za fikuśne, ani za skromne.
Generalnie wyglądałam jak kot, bo miałam panterkową bluzkę bez ramion i choć lamparcich wzorków nie cierpię - przyznam, że do obcisłych ciemnych dżinsów, czarnych kozaków typu "cichobiegi" bez obcasów, koturnów czy platform i prostych rozpuszczonych włosów wyglądało całkiem dobrze.
Wyglądałam trochę jak taka miniaturka; ni to kobieta, ni kot, ni nastolatka, przy czym nie dało się ani jednoznacznie określić mojego wieku ani charakteru ani niczego innego.
Ani nie byłam królową parkietu ani jej gwiazdą.
Poderwać się nie dałam, bo bez sensu dać się poderwać wtedy kiedy wygląda się inaczej niż zwykle i przyciąga się do siebie samym wyglądem.
Jednak chyba wolę, żeby ktoś leciał na mój wewnętrzny niż brokatowy błysk ;)
No i - z całym szacunkiem - nie ma nic trudnego w przyciągnięciu do siebie facetów jeśli ma się fajne ciuchy i makijaż.
Żaden szał, żaden problem, żadna przyjemność.
Wyglądać "wow" też żadna sztuka przy odpowiednim doborze tony kosmetyków czy mazideł plus obecność kogoś kto posiada umiejętność ich użycia, najlepiej obyta w babskim świecie koleżanka.
Wszystko można podkreślić, zatuszować, skorygować i wszystkim można olśnić jak się posypie czymś odpowiednio błyszczącym, tylko po co?
Zdjęcie w lustrze z całą tą otoczką kosmetyków, ubrań i nowych spodni też sobie daruję, jeszcze nic mi nie padło na mózg i ani mi się śni świecić, błyszczeć, wabić, liczyć lajki czy podniecać czyimś podniecaniem.
Fajnie było tak dla odmiany ubrać się ładnie i imprezowo, wyjść z domu i się pobawić, ale na dłuższą metę ja i tak wolę siebie w normalnym wydaniu.
I zdecydowanie wolę swoją bezpretensjonalność, swoje proste ciuchy, bluzy i tusz na rzęsach niż bycie "gwiazdeczką" z pretensjonalną nutką w głosie.
Nie jestem aż taką ignorantką i nawet mając swój świat i swoje poglądy ja mniej więcej wiem, co przyciąga i wiem, jakie dziewczyny lubią faceci.
Dziewczyny modeleczki.
Dziewczyny ozdoby.
Dziewczyny gwiazdeczki.
Dziewczyny, które wyglądają, dziewczyny, które są, dziewczyny, którymi można się pochwalić.
Ale wystarczy mi, że to wiem.
Jakoś nie mam aspiracji, żeby być dziewczyną ozdobą czy dziewczyną, która wygląda.
I nikt się mną nie musi chwalić ani dla nikogo nie muszę błyszczeć ;)

Chociaż po powrocie do domu i tak ostatecznie skończyłam jako "gwiazdeczka".
Babci, bo spędziłam z nią całe przedpołudnie i pościeliłam jej łóżko co oznajmiła już chyba wszystkim w promieniu kilometra i znajomej nauczycielki, która poprosiła mnie o przysługę.
Pod koniec tygodnia wybywam więc do szkoły czytać dzieciom bajki, a przyznam, że wśród dzieci, szczególnie tych które uczyłam  - zdecydowanie robię za "gwiazdę". 
I tak - zdecydowanie - mogę gwiazdorzyć ;)
Wchodzę, uśmiecham się, dzieci się do mnie kleją, ja im na to pozwalam.
Błyszczenie, wabienie, lansowanie i pozowanie zostawiam innym.
Pretensjonalne głosiki, szczyptę arogancji, puder, nosowy głos, wysokie mniemanie o sobie, najwyższe szpilki świata i fotki w markowych ciuchach w lutrze też.
Mi wystarczą iskry w oczach.
Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz