...

...
M.

wtorek, 30 czerwca 2015

Oczekiwania, a rzeczywistość ;]

Pamiętam jak prawie dziesięć lat tamu jechałam do domu z małym kociakiem w ramionach i wyobrażałam sobie, że zawsze będzie taki bialutki, słodziutki i wpatrzony we mnie jak w kocią mamę.
Parę dni później, kiedy wszedł do szopy i wylazł z niej cały w pajęczynach, z pająkiem huśtającym się na jego długich kocich wąsach, podrapał mnie do krwi podczas "zabawy", a następnie pokazał jak śmierdzące potrafią być kocie ekskrementy, załatwiając się bezczelnie w mało dostępnym miejscu - przestałam żyć złudzeniami, że będzie kotem z reklamy.
Że koty z reklamy Whiskasa w ogóle nie przypominają żywe koty.
I że cokolwiek w życiu przypomina reklamę ;P.

Wracając do domu na te dwutygodniowe pseudowakacje też wiedziałam, że na pewno w końcu dom i domownicy niejednokrotnie mnie... zaskoczą, ale nie sądziłam, że stanie się tak już po paru dniach... ;].

Weekend minął jak to weekend.
Trochę spania, trochę czytania.
Zero nauki :D.
Grill u kuzyna, motor z K.
A potem poniedziałkowy ranek, kiedy obudziłam się w domu, w swoim łóżku, w swojej pościeli.
I poszłam do pracy ;).
Podobnie było dzisiaj - pobudka, wmuszone śniadanie, praca.
Po południu wróciłam do domu.
Częściowo byłam zmęczona, częściowo znudzona.
Trochę przymulona bólem głowy, trochę niewyspana.
Ale przybierając upojoną szczęściem minę zasiadłam w salonowym fotelu, chcąc włączyć się w rodzinną dyskusję.
Zapomniałam już, że rodzinna rozmowa i spędzanie wspólnego czasu to jazgot, próba zagłuszania telewizora nastawionego na wiadomości24h, warczenie do siebie i pyskówki, a nie wymienianie pogodnych:"Jak Ci minął dzień?".
Z zapałem wzięłam się do gotowania, zapominając, że nikt nie pochwali smakowitych zapachów dobiegających z kuchni, tylko zacznie opierdzielać, że rozrzucam wkoło szpinak, piętrze w zlewie brudne gary i ogółem - zajmuję tylko miejsce w kuchni...

Próby powiedzenia na głos, jak strasznie chciałam wrócić do domu zabrzmiały jak wyrzut.
Próby uświadomienia, że ludzie mają ważniejsze problemy niż pusty karton po mleku na ladzie tchnęło wymądrzaniem się.
I wcale nie pomógł fakt, że mówiłam to machając łopatką do naleśników i swojsko rozpryskując po ladzie małe kleksy beżowej brei.
Próby naprawienia pyskówek zaoowocowały jeszcze gorszym czepianiem, więc w efekcie wylądowałam sama, w swoim pokoju, ze swoim łóżkiem.
I swoją pościelą... ;P.



Jestem u siebie, jestem u swoich.
Jest miło, jest przyjemnie, jest swojsko.
Słyszę, jak pies szczeka na podwórku.
Jak mama tłucze się na dole sztućcami, a tato pochrząkuje, kiedy idzie przez korytarz.
Siostry nie słyszę, bo nie stuka w klawiaturę na tyle mocno, żebym ją słyszała przez ścianę ;).

Wczoraj zbierałam truskawki w pantoflach i jadłam pierogi z czereśniami.
Chodzę w dresach i bluzach przez all day long.
Nie latam z pracy do pracy.
Spotkałam się już z trzema przyjaciółkami (hurtem, ale... ;P).
Byłam na spacerze z psem.
Dałam się wyściskać małoletnim sąsiadkom.
Zdążyłam przeczytać jedną książkę.
I dojść do głębokiego przemyślenia, że nie tylko koty w reklamie są inne niż w życiu ;).
Życie, rodzina, dom, praca, dzieci - wszystko wygląda inaczej w reklamach i marzeniach.
Kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że życie nas zaskakuje i okazuje się, że to co wykreowaliśmy sobie w głowach nijak ma się do rzeczywistości ;).

I tak - wiedziałam o tym już wcześniej i przewidywałam, że powrót do domu będzie się wiązał z obowiązkami, konfliktami, zmianami, nie zawsze przyjemną atmosferą.
Chyba poniekąd przyzwyczaiłam się do tego i pokochałam i te kłótnie (* w granicach rozsądku...), droczenia i nawet to, że ktoś kogo kocham podnosi mi ciśnienie.
Chyba nawet tęskniłam za tymi łagodnymi formami obrażania i robienia wyrzutów ;].
Ale nie na tyle, żeby w pełni uznać to za ideał wakacji.

Teraz więc odpuszczam sobie zgrywanie idealnej córeczki w idealnej rodzince.
Wolę położyć się na łóżku i poczytać.
Przynajmniej mój pokój jest stały i niezmienny z zielonymi ścianami i wielką pluszową pandą koło łóżka.
Później chcę wziąć Pedra na kolejny spacer i poćwiczyć z Mel B.
Z rodzinką pobratam się, jak nie będę musiała udawać zadowolonej i grzecznej na siłę.
I kiedy problem pustego kartonu będzie rzeczywiście jedynym problemem zakłócającym rodzinną sielankę ;).


http://michalina-141.pinger.pl/p/2




sobota, 27 czerwca 2015

Szarości/puszystości

Balsam pod prysznic Nivea, bez którego zapachu nie mogę żyć.
Kolorowe lakiery do paznokci, dla których mam nadzieję znaleźć wreszcie inne zastosowanie niż ozdabianie półki pastelowymi i letnimi barwami.
Pachnące nowością książki z Empika, które mam zamiar nie tylko wąchać, ale i wreszcie na spokojnie czytać.
Stos dresów i szortów w różnych odcieniach mięty i szarości.
Miękkie bluzy, ulubione koszulki, pachnące markery, piżama z Myszką Minnie.
Air Maxy z miętowymi wstawkami, sfatygowane buty do biegania, trampki, które kiedyś były białe.
Trzy pełne torby, wybrzuszone w paru miejscach, jedna foliowa reklamówka z Nike, kilka pudełek po butach, ekologiczna płócienna torba.


Półki świecą pustkami i tylko miejscami widać na nich odrobinę kurzu.
Łóżko jest nagie bez kocyka, poduszek i czarno białej pościeli w baranki.
W koszu wylądowały zwietrzałe płatki śniadaniowe, sfermentowane kiwi i resztki z lodówki.
Tak jest - wyjeżdżam ;).
W sumie tylko na szesnaście dni, ale ostatnio tak długo byłam w domu pół roku temu, w święta.
Można więc powiedzieć, że teraz znów będzie święto ;P.
Wywożę już też większość swoich rzeczy, żeby w sierpniu mieć mniej zabawy z pakowaniem.

Jak spędzam ostatni tydzień w Rzeszowie?
Załatwiając ostatnie uczelniane sprawy (wszystkie wpisy zrobione, praca mgr oddana, egzaminy zaliczone) i pracując.
Znów ciągnę ósemki na zastępstwo.
Usypiam maluchy, pilnuję, żeby dokładnie umyły ząbki i żeby podciągały spodenki po pas, a nie po szyję po wyjściu z kibelka.
Uzupełniam też dziennik swoimi podpisami.
Pomagam przy szykowaniu występów na koniec roku.
A wieczorami się chilloutuję.
Ćwiczę z Mel B., czytam, piszę.
Wczoraj byłam nawet na zakupach w Galerii (szarości i mięta, odzież sportowa - nic nowego...) i w kinie z przyjaciółką.

Wracam do domu późnym wieczorem z tatem, który po mnie przyjedzie.
Jakoś nie widzę swojego powrotu z tyloma rzeczami w autobusie ;)
Przyszły tydzień jest dla mnie jedną wielką niewiadomą, bo miałam bawić dziecko w swoim mieście, a pani dyrektor przedszkola właśnie prosiła mnie o zastępstwo na początek tygodnia i namawia na bezpłatny kurs rozmawiania z trudnymi klientami od środy do piątku.
Póki co kalendarz z kotem Simona pozostawiam pusty na początek lipca. Niech się nazywa, że mam wakacje ;).


Oczywiście najbardziej cieszę się z tego, że jadę w swoje rodzinne strony.
Trochę znudziło mi się miasto i codzienna gonitwa.
Siłownia, fajna trasa do biegania, galerie i praca to nie wszystko.
Mam ochotę połazić boso wkoło domu, iść wyrzucić śmieci w szortach od piżamy, chodzić całymi dniami w bluzach i dresach.
Zrobić porządki w swoich pięcioletnich notatkach ze studiów, powyrzucać co niepotrzebne.
Zrobić błysk w pokoju, może nawet ogarnąć klatkę po szynszylu.
Gdyby żył Borys - zajmowanie się nim i rozpieszczanie go zdominowałoby większość czasu spędzonego w domu. Teraz pewnie całe uczucie przeleję na Pedrowatego ;).
Powoli jednak zaczyna dopadać mnie chęć, żeby znów mieć coś swojego.
I nie - nie włączył mi się instynkt macierzyński. Dalej nic w tej kwestii ;].
Myślę raczej o czymś małym, piszczącym i puchatym, wymagającym opieki i dającym dużo radości.
Chociaż póki co jednak nie mogę sobie na to pozwolić, skoro będę prowadzić tułacze życie chwilę w Rzeszowie, chwilę w domu.

Ze zwierzakiem czy też bez niego - dobrze, że wracam.
Przeogromnie cieszę się na myśl, że przez okno zobaczę łąkę i pasące się konie, a nie bloki i trzepaki.
Napawam się tym, że na spacery będę chodzić do lasu i nad rzekę zamiast na Rynek.
Oczy mi świecą, kiedy uświadomię sobie, że znów będę mieć swój pokój dla siebie i wolne wieczory, spędzane może i trochę na nauce do obrony, a może na pluskaniu się w basenie, czytaniu na kocu rozłożonym na przydomowym trawniku, na piciu Earl Greya u cioci za płotem.
Mmm... ;]
I nawet myśl, że może nie będzie tak sielankowo, jak mi się wydaje, że i tak będę pracować jako niania i że w domu nie będzie tak słodko, miło i uroczo, wcale nie zaciera mi tych marzeń.
No, może co jedynie lekko je przysłania, zasnuwa delikatną mgiełką.
Może minimalnie kłuje, mniej więcej jak brak jednego punktu do wyższej oceny albo drażni jak zadziorek przy paznokciu.
Ale wciąż nie jest w stanie odebrać mi entuzjazmu ;).
Ani nadziei, że kiedyś doczekam się niczym niezmąconego spokoju, którego nie będę musiała sobie wyobrażać, a który będzie stałym repertuarem każdego dnia ;)


http://www.tapetyczne.pl/tapeta/164-szary-spiacy-kotek-w-ludzkiej-dloni


środa, 24 czerwca 2015

Pół żartem, pół serio o... dystansie do siebie ;]

Dziś rano nie obudziłam się z bólem głowy, choć wczoraj od rana przez siedem godzin bawiłam dzieci (3 lata, 3 miesiące), potem pognałam do przedszkola na trzy godziny, a wieczorem wypiłam drinka z Pepsi z gośćmi współlokatorek, którzy przyszli oblewać sesję.
Dziś rano nie obudziłam się niewyspana, choć długo nie mogłam zasnąć po dawce alkoholu i bąbelków z niezdrowego kalorycznego napoju z kofeiną, którego ogólnie nie pijam.
Dziś rano nie obudziłam się z zaropiałymi ślepiami, choć wieczorem masakrycznie piekły mnie oczy od żywego spojrzenia, mającego udawać, że roznosi mnie energia, choć powieki same mi się zamykały.
Dziś rano obudziłam się z ohydną zmianą skórną koło ust, która wyglądała (i wciąż wygląda...) okropnie, na dodatek swędzi i piecze, chociaż nie całowałam się z nikim, nie piłam nic z nikim z jednego kubka i nawet się z nikim nie dotykałam.
A od MPPN (Małych Potencjalnych Przedszkolnych Nosicieli) też trzymałam się na dystans...
Dobiło mnie to tym bardziej, że miałam robić zdjęcia dyplomowe. No i zrobiłam...

Po śniadaniu i prysznicu pobiegłam drukować i oprawiać pracę, uiszczać opłatę dyplomową i szukać promotora.
A potem, idąc ulicą, ćwiczyłam subtelne i delikatne uśmieszki, które nie będą powodowały pieczenia owego dziadostwa na buzi.
I które wypadną naturalnie na krzesełku na parawanem w studio fotografii...
Musiałam chyba wyglądać nieco głupkowato, ćwicząc te swoje miny, bo ludzie dziwnie się na mnie patrzyli.
Może myśleli, że wracam od dentysty i krzywię się przez znieczulenie... ;)

U fotografa kolejka jak za komuny.
Dzielnie czekałam, miętoląc w dłoniach elegancką (* granatową koronkową bluzeczkę z guziczkami i kołnierzykiem) bluzkę.
Kiedy przyszła moja kolej, okazało się, że opryszczkoliszajougryzieniowopodobna zmiana jest najmniejszym problem, bo można ją szybko wyretuszować.
Problemem okazałam się ja sama.
Ze swoją sztywnością, nienaturalnością, spięciem, stresem, mrużeniem oczu, robieniem głupich min, przechylaniem głowy i nie wiem, czego jeszcze.
Ostatecznie pani fotograf wybrała zdjęcie z rozpuszczonymi włosami, na którym - podobnie jak na pozostałych dwóch - wyglądam jak dziecko specjalnej troski (nie obrażając dzieci specjalnej troski...).
Oczy, żeby czasem nie mrugnąć - mam nadmiernie wytrzeszczone.
Rozpuszczone włosy wyglądają na przylizane przy głowie, za to wijąc się po ramionach - robią wrażenie zbyt napuszonych.
Policzki mam pyzate, nos kartoflowaty, oczy małe.
Ok - może nos i oczy takie mam.
Ale twarz już mam pociąglejszą, bez przesady ;P.
I moglibyście wywrócić oczami i powiedzieć, że tylko tak mówię, gdyby nie to:
"Hmmm (zdziwienie)... Na żywo wygląda pani zdecydowanie korzystniej" - stwierdziła fotografka, patrząc na swoje dzieło.
Parsknęłam śmiechem, zapominając, że od śmiania się piecze mnie kącik ust.
"Ale to dobrze, że jest pani ładniejsza na żywo niż na zdjęciach. Gorzej, gdyby było odwrotnie" stwierdziła pewnym głosem.
Czym mnie wcale nie pocieszyła... 
W końcu - pal licho portale randkowe, facebooka i dyplomy, ale jak już wydam swój bestseller, jakie zdjęcie wrzucę na okładkę? ;P.
Z twarzą zasłoniętą wachlarzem?
Z hipsterskimi okularami na pół twarzy?
W masce aligatora?
Albo w ogóle nie wrzucę żadnego zdjęcia, książkę wydam pod pseudonimem, a na wieczorki autorskie będę chodzić w hidżabie ;>.
Chociaż może... Może najpierw poczekam na ten bestseller. Zanim do tego dojdzie, może i obejdę się bez ładnego zdjęcia ;].
A jak dobrze pójdzie to będę już tak bogatą pisarką, że będzie mnie stać na retusz, operację plastyczną albo nawet bycie brzydką ;P.
I tym optymistycznym akcentem, którym chcę przekazać, że są sprawy ważne i ważniejsze, a także mało i jeszcze mniej ważne, a także tym, że do wszystkiego trzeba podchodzić z właściwym dystansem, kończę wpis.
Pozdrawiam niefotogenicznych, wyglądających lepiej na żywo niż na zdjęciach (no i powiało skromnością ;P).

PS A niech mi ktoś fałszywie powie albo napisze, że na zdjęciach do prawka, dowodu, legitymacji i dyplomu wyglądam ładnie, to pogryzę i nie będę się przejmować, że tak nie wypada ;P.




http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/cat-camera-158916.html

 

niedziela, 21 czerwca 2015

Zawód: Szpieg ;]

Wiecie co jest najfajniejsze?
To, że właśnie teraz tu jesteście i czytacie ten post ;).
Niezależnie od tego czy wpis okaże się wesoły, ironiczny czy smutny, grono czytelników wejdzie tu z przyzwyczajenia, nudów, chęci zobaczenia co u mnie słychać.
A potem przypadkiem dowiem się, że wiedzieliście co robiłam danego dnia, bo weszliście i przeczytaliście bloga.
W dni takie jak dziś - kiedy mam gorszy dzień i wszystko jest nie tak, potrzeba mi takich małych iskierek, które podnoszą mi poziom nabłyszczenia oczu, co by wyglądać na bardziej zadowoloną niż jestem ;P.

Nie, nie - nic mi się złego nie dzieje.
Spędziłam genialny weekend, podczas którego piłam wino z kuzynką i siostrą, oglądałam z nimi babski film (OMG - z księżniczką w tytule... ;D), zaczęłam czytać porządny kryminał z akcją na pierwszej stronie, jeździłam z K. na motorze i robiłam mnóstwo innych rzeczy, na które ostatnio nie miałam czasu.
Niestety dziś mam też dzień z Cyklu - Nic Mi Nie Wychodzi I Nie Wiem Czemu Tak Się Dzieje.
Macie tak czasami?
Wstajecie i zamiast wyglądać słodko w rozczochranych włosach i zaspanych oczkach, każdy kosmyk sterczy chamsko w inną stronę, a oczy są zapuchnięte i zaropiałe i w żaden sposób nie mogą być "słodkie".
To, na co macie ochotę dziwnym trafem wyszło z lodówki, więc jecie to, czego nie lubicie, po czym czujecie dziwną ociężałość, niechęć i niesmak w ustach.
Woda pod prysznicem jest za zimna, mydło spada pod nogi stanowiąc zagrożenie zdrowia i życia, kończy się ulubiony szampon i trzeba umyć włosy tym syfskim drogim ustrojstwem, które niefajnie pachnie.
Ręcznik jest za szorstki, mleczko do ciała za tłuste.
Włosy po umyciu dalej wyglądają jak siano i nijak dają się ułożyć.
Stosik ciuchów wyrzucanych z szafy niepokojąco się powiększa, a Wy dalej nie możecie się w nic ubrać.
Nie daj Boże niech to będzie jeszcze ta faza cyklu, kiedy wygląda się grubo, brzydko i w ogóle nie tak jak trzeba... ;P.
Mata do ćwiczeń się zwija, filmik z Mel B. zacina, laptop zmula, głośna muzyka drażni, cicha nie motywuje.
Nic, po prostu nic nie pasuje.
Fajnie byłoby wskoczyć pod kołdrę i powiesić na drzwiach tabliczkę: "Nie ruszać, dopóki mi nie przejdzie", ale kto sobie może na to pozwolić? ;)

Na szczęście są małe poprawiacze nastroju i każdy z Was też je zapewnie ma.
U mnie to ćwiczenia, bieganie, książki, muzyka, herbata, pisanie i rozmowa z kimś miłym.
I te chwile, kiedy ktoś mi mówi, że wie o tym, że kupiłam miętowe tenisówki, bo przeczytał to na blogu ;P.
Tak, tak. Dzięki blogowi każdy z Was może po trochu pobawić się w szpiega ;).
Jedyny minus jest taki, że choć Wy wiecie o mnie wszystko, ja nie wiem nic o Was.
Jeśli więc teraz czytacie ten post, a macie do mnie jakieś namiary, odezwijcie się proszę, zagadnijcie, powiedzcie co u Was. Nie musicie pytać, co u mnie, skoro wszystko wiecie, ale jeśli jeszcze to do Was nie dotarło - ja też jestem ciekawa, co słychać u Was i też chętnie odbiorę od Was telefon ;]. Chyba, że jesteście przypadkowymi osobami z Internetu i nie znacie Złośliwej Miss M. na żywo ;).

PS Tych, co się nie odezwą, a przeczytali wpis - i tak pozdrawiam. Jak osiągnę hard level w szpiegowaniu, to Was wytropię i i już tak zrobię, że też się czegoś o Was dowiem ;P.

http://www.wkinach.com.pl/tapeta,twarz-kobieta-oko-2.html


sobota, 20 czerwca 2015

(Ri) p(r)ostuję ;]

Pierwsze słowa tego wpisu miały być sprostowaniem poprzedniego.
Dlaczego?
Bo usłyszałam od kogoś, że niektórzy z Was mogli poczuć się urażeni prześmiewczym tonem i dosadnością wpisu.
Rozumując w ten sposób - i owszem, poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia.
Zanim więc napiszę cokolwiek - przeproszę.
Absolutnie nie chciałam nikogo urazić i szczerze przepraszam, jeśli tak się stało.
Nie taki był zamiar i celem postu nie było obrażanie ani urażanie.
Nikogo.

Po dwóch dniach doszłam jednak do wniosku, że choć spuszczę nieco z tonu i przeproszę, to nie będę się kajać ani usuwać tamtego wpisu.
Post był o bierności. O BIERNOŚCI.
O biernej postawie, która z góry zakłada, że nic się nie uda i nic nie ma sensu.
O osobach, które nie wyślą ani jednego CV i nie spytają nikogo o pracę, nie poproszą o pomoc, nie będą pracować za najniższą krajową i nie będą się wysilać.
O tym był wpis.
Nie o tym, żeby samotne matki niepełnosprawnych dzieci zakładały własne firmy...
Nie było tam nic o tym, że kalectwo to pikuś i że można żyć normalnie mimo choroby, bo nie wiem, jak to jest być niepełnosprawną i to oczywiste, że nie mogę mówić o czymś o czym nie mam pojęcia.
Mówiłam, że niektórzy osiągają niemożliwe mimo kalectwa.
Mówiłam, że niektórzy wychodzą z biedy, bo próbują coś zmienić.
Mówiłam, że zawsze można próbować, żeby przynajmniej mieć to uczucie, że robimy wszystko co możemy, żeby zmienić to, co nas drażni.
Na początek, żeby zmienić nastawienie.
I mieć choć odrobinę chęci.
Nie celowałam w matki, studentów, niepełnosprawnych...
Kurde.
Wytknęłam bierność tym, którzy nie mają w życiu celu i którzy nie robią nic, żeby to zmienić ;P.
Mimo to dziękuję za krytykę, bo ona jest jak najbardziej mile widziana, jeśli mogę się dzięki niej czegoś dowiedzieć i nauczyć.
Nie muszą mnie wszyscy głaskać po główce, nie wszyscy muszą się zgadzać, nie wszyscy muszą mnie lubić ;). Takie rady są przynajmniej konstruktywne.
Za dużą liczbę wejść, lajki, przyznanie racji i udostępnianie dziękuję.
Przynajmniej ulżyło mi, że wpis nie uczynił samego zła ;].
A swoją drogą - chciałam mówić głośno to muszę ponosić tego konsekwencje.
Wyrażając swoje (często kontrowerysyjne) zdanie, trzeba liczyć się z tym, że nie każdemu się to spodoba ;).

Nie wiem więc czy źle się wyraziłam czy może niejasno to opisałam.
Nie chciałam też zupełnie wpadać w mentorski, wszystrowiedzący ton, bo jeśli mogę czegokolwiek uczyć to tylko dzieci liczenia kasztanów, a i to nie wiem, czy po pół roku pracy w przedszkolu jestem już nauczycielką z prawdziwego zdarzenia ;).
Nie chciałam nikogo pouczać, instruować ani niczego nie nakazywać - tylko (dość mocno - to prawda) zmotywować.
Mogę być łagodna i słodka dla dzieci i zwierzaków.
Nie umiem niestety zatrzepotać rzęsami i powiedzieć: "Ojej, tak mi przykro, że nie masz żadnego celu. Może złapmy się za ręce i poszukajmy rozwiązania".
No niestety ;).
Pewnie byłabym kiepskim doradcą albo trenerem, bo wolałabym zmotywować lekko kogoś przyciskając i raczej powiedzieć "Ogarnij się i zacznij działać", a nie: "Masz rację. Życie jest do d. ".
I nie - nie krzyczałam na młode mamy, niepełnosprawnych ani załamanych niemożnością znalezienia pracy, tylko tych, którzy tej pracy nie szukają, a narzekają.


Na pewno też nie powinnam generalizować i na pewno nie wiem, jaką kto ma sytuację, choć - Wy tego na dobrą sprawę nie wiecie też o mnie ;).
Swoją drogą - mój przykład, który podałam też wcale nie wynosi mnie na piedestały i jeśli myślicie, że "mi się udało"- też jesteście w błędzie.
Pracuję na umowę zlecenie i pieniądze, które zarabiam, pewnie ledwo wystarczą mi na opłacenie mieszkania i wyżywienie, kiedy przestanę korzystać z pomocy rodziców.
To, co zarobię dodatkowo - jako niania czy copywritterka będzie efektem ślęczenia przed laptopem w wolnym czasie albo biegania z językiem na brodzie z pracy do pracy ;).
Do Policji najprawdopodobniej się nie dostanę, chyba, że jakimś cudem dostanę nagle gratisowo parę punktów więcej.
I co?
I nic.
Trochę mi smutno.
Trochę przykro.
Trochę jestem zawiedziona.
Trochę zła - bo w końcu dwukrotnie zdałam Multiselect i rozmowę, a tu lipa.
Ale wiem też, że zawsze mogę spróbować kolejny raz albo... Poszukać innej pracy ;).
Wiadomo - może nie od razu coś znajdę. I może nie od razu będę zarabiać 3 000.
Na pewno nie będę bierna i na pewno wyślę jakieś CV i popytam o pracę znajomych, zanim zacznę marudzić i mówić: "Życie jest bez sensu" ;).
Koniec.
Sprostowania ;).


Tak poza tym to ostatnio nie mogę spać z podekscytowania, że część obowiązków mam już za sobą.
Pierwszy wieczór, kiedy nie musiałam pisać pracy ani się uczyć był tak wspaniały, że nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Przeczytałam książkę jednym tchem ("Zostań, jeśli kochasz"), spędziłam trzy godziny wisząc na telefonie i rozmawiając z przyjaciółkami, siostrą, mamą, chłopakiem i wszystkimi, którzy się napatoczyli pod rękę :P.
Odwiedziłam w sklepie koleżankę, spełniłam swoją fantazję i wyszorowałam łazienkę (:D), kupiłam prostownicę (włosy ze strachu już się same zaczęły prostować), szarpnęłam się na kawę z Orlenu, po której byłam tak pobudzona, że dla rozrywki przeskakiwałam przez kuchenną wyspę w kuchni.
Upiekłam nawet ciasto z jabłkami i rabarbarem i zaczęłam jeść domowe obiady ;P.
W sumie to już akurat śmieszne nie jest, bo oduczyłam się trawić ciepłe posiłki i każdy obiad kończy się póki co bólem brzucha, ale... ;)
Sama jestem sobie winna. Trzeba było jeść raz na czas coś innego niż grahamkę z Bieluchem i pomidorem albo sałatkę grecką.
Na nikogo już nie warczę, nie irytuję się i nie złoszczę.
Mam wręcz wrażenie, że zagłaskałabym wszystkich na śmierć i tak - przytulam się z mamą, zaczepiam z tatem, psa noszę na rękach po domu, do siostry się szczerzę, do kuzyna lepię, a cioci słodzę.
Do K. nie dziubdziam, ale nie gryzę, jak on to robi, więc też jest lepiej ;).
Choć teraz musiałam go na chwilę przegonić z pokoju, bo nie mogłam się skupić na pisaniu, kiedy zaglądał mi przez ramię.

Tak więc - nie gniewajcie się, jeśli dotknął Was wpis, bo naprawdę nie taki był mój cel ;P.
I nie myślcie, że mam etat, ubezpieczenie i super perspektywy, bo póki co wciąż jestem na etapie prac dorywczych ;).


PS A oto Pedro, moja dłoń i ciasto rabarbarowo - jabłkowe. Ktoś chętny?




wtorek, 16 czerwca 2015

Z definicji szczęścia ;]

W tym tygodniu pracuję na ósemki, bo zastępuję chorą koleżankę.
I nie -  nie tego dotyczy tytuł, choć jak słyszę milion razy dziennie, że kolejne dziecko mnie kocha, robi mi się ciepło na moim wychłodzonym sercu :).
Praca, jak praca. Chodzę do przedszkola na 10.00, wracam o 18.00 i przeważnie wtedy ogarniam pracę magisterską z promotorem, dla którego nieważna pora dnia, bo według niego "przecież nocą tak dobrze się pracuje" ;).
W czwartek mam egzamin i póki co - zaczęłam tylko przeglądać materiały i robić notatki.
No a w piątek wzięłam wolne, więc szybciej wracam do domu, co lekko trąci szczęściem, ale...

...co jest najpiękniejsze?
Ano to, że dziś moja praca pomyślnie przeszła przez system antyplagiatowy, przed chwilą (godz. 20.54) mój promotor zapisał ją w pdf i pozwolił drukować i że... pod koniec czerwca wracam do domu na wakacjeeee! ;]
Dyżur w przedszkolu zaczynam w połowie lipca i mam równy miesiąc pracy. Kilka popołudniówek, reszta głównie ósemki.
Nie opłaca mi się więc siedzieć dwa tygodnie w Rzeszowie bez pracy. Aż tyle nie zamierzam uczyć się do obrony ;P.
Ale jako, że zapisy do takiej świetnej niani jak ja zaczynają się jeszcze przed poczęciem dziecka (;D ;D), już mam chętnych na świadczenie swoich babysitterowskich usług w rodzimym mieście ;).
Jeszcze zobaczę, czy będę bawić kilkuletniego chłopca po 5 czy po 8 godzin dziennie. Ale mam zaplanowane zajmowanie się nim na pierwszą połowę lipca i drugą sierpnia, bo w sierpniu wzięłam trzy tygodnie urlopu z przedszkola.

Wiem, wiem - miałam odpoczywać.
I odpocznę.
Zostaną mi popołudnia, wieczory i weekendy.
No i zawsze mogę powiedzieć, że biorę dwa dni wolnego i przedłużyć sobie weekend.
Nie zamierzam też brać na głowę tysiąca zleceń.
Ale w sumie co mam robić cały dzień...? Czytać? Ćwiczyć? Regularnie jeść i zacząć spożywać ciepłe obiady? ;P. Przecież organizm mi się rozstroi, jak zacznę jeść na siedząco ;].
A może mam oglądać seriale, siedzieć pół dnia na fejsie i przeglądać demoty...? Pfff ;P.
Tak naprawdę wakacje zaczną się dla mnie, kiedy będę mogła czytać na łóżku albo leżaku w cieniu domu (*ewentualnie na nieprzetestowanym jeszcze bujanym fotelu mamy), a nie na wykładzie ze współczesnych koncepcji pedagogicznych, trącących filozofią.
Że będę u siebie, z rodzinką, znajomymi i bliskimi, których - obiecuję - nie będę zaniedbywać i nie będę na nich warczeć. Gryźć ani tyle ;P.
Że będę mogła rozłożyć wiktuały kuchenne na ladzie i wyspie i pichcić w swojej kuchni, nie obijając się o meble w ciasnej blokowej kuchence.
Że będę mogła wysprzątać pokój, wywalić połowę notatek i pierdół ze studiów, a nawet - wyszorować prysznic i kibel, bo o tym też już zaczęłam marzyć między jednym zaliczeniem, a drugim ;P.
Że będę mogła brać piesa na długie spacery do lasu i nad rzekę, a nie wypuszczać go za drzwi i liczyć na to, że będzie usatysfakcjonowany bieganiem wkoło domu.
Że będę mogła spać nago przy otwartym oknie, grając na nosie pająkom (moskitieeeeera ;P), chodzić boso przez ranną rosę po szczypiorek do domowego twarożku z rzodkiewką, nosić przewiewne i niepraktyczne sukienki i pić wodę z cytryną przez słomkę na słonecznym tarasie.
Że będę jeździć na rowerki na Polańczyk, chodzić w góry i śmigać na basen i może wreszcie zacznę pływać, a nie wykonywać te prymitywne ruchy zwane "upośledzoną żabką".
No i oczywiście ćwiczenia, książki, pisanie... ;).
Bez tego nie byłoby wakacji, bez tego nie byłoby pełni mojej definicji szczęścia ;).
Żeby być w pełni usatysfakcjonowana muszę ociekać potem, wprawiać w ruch palce na klawiaturze i torturować oczy pochłanianiem rzędów liter. Bez tego ani rusz ;).



Aaaach...
Już mi powiało wolnością, więc nie zepsuję tego wymienieniem tego, co muszę jeszcze zrobić.
Niech to zostanie w moim organizerze. I niech dziś nie zaprząta mi głowy ;).
I tak najbardziej cieszy mnie skończenie pisania pracy, bo był taki moment, kiedy myślałam, że nie ma opcji, żebym napisała ją na czas.
Praca, choroby, zmęczenie i chroniczny brak czasu dały mi mocno w kość.
Za to teraz jestem tym bardziej usatysfakcjonowana, że dałam radę ;).
I przynajmniej mogę zapełniać listę z osobami, które powiedziały mi, że schudłam, co również definiuje moje poczucie szczęścia ^^.

PS Z pozdrowieniami dla podobnych mi osób (nie tylko tych, które potrafią zdefiniować swoje szczęście ;]), śledzących mnie stalkerów (;P), osobnika/osobiczki/osób, które dziś zbombardowały połowę moich archiwalnych wpisów wejściami (ujawnisz się...?), tych którzy dziś śpią na waleta, bo nie mogłam ich przenocować (;*), tych, którzy słuchają moich wynaturzeń na głośnomówiącym jak wracam z pracy, tych którzy wchodzą tu sprawdzić, czy dziś zdradzę swoje sekrety i tych, którzy zwyczajnie lubią tu wchodzić, oczywiście ;].


http://likely.pl/zdjecie/6477/dziewczyna-przeciagajaca-sie


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Po burzy ;)

W dzieciństwie bardzo lubiłam burze.
Kiedy tylko robiło się parno, a niebo zasnuwało się ciemnymi chmurami, byłam bardziej podekscytowana niż przed balem karnawałowym w przedszkolu.
Lubiłam całą tę procedurę zamykania trzeszczących ze starości okien w kamienicy, przygotowywania świeczek w "razie w", wyłączania telewizora z prądu...
Uwielbiałam słyszeć pierwsze grzmoty, słyszeć krople deszczu odbijające się od dachu.
Grać z siostrą w planszówki i czytać przy blasku świec.
I nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata, oprócz tego, że choć teraz mam większą świadomość, jakie szkody może wyrządzić burza, to jeszcze bardziej się nią jaram ;).

W sumie to chyba trochę niezdrowe aż tak ekscytować się burzą, że na dźwięk grzmotów zaciera się ręce i z piskiem radości wskakuje pod koc z książką, ale cóż poradzę.
Tylko, że to moje niezdrowe zainteresowanie burzą nie bierze się samo z siebie, bo w życiu też jestem burzliwa ;).
Burzę się, jak nie idzie po mojemu.
Burzę się, jak nie mogę zrobić wszystkiego, co bym chciała.
Burzę się, jak ktoś wtrąca się w moje sprawy.
Burzę się, jak ktoś na mnie naskakuje.
Burzę się, jak mam za dużo na głowie, a wszyscy czegoś ode mnie chcą.
Tak, tak.
Jeśli jeszcze to do Was nie dotarło - ta mała istota z niebieskimi oczami ma charakterek Małej Mi i nie da się tego ukryć ;P.
Z jednej strony źle, że jestem wybuchowa, gwałtowna, nieokiełznana i nieprzewidywalna.
Z drugiej - skoro otwarcie mówię o swojej gwałtowności i nieprzewidywalności to może dzięki temu staję się przez to przewidywalna ;).

Tak więc śmiało mogę powiedzieć, że ostatnio miałam trochę burzliwy okres.
I że burza była na tyle gwałtowna, że poczyniła trochę strat i spowodowała parę szkód.
Na szczęście ustąpiła równie szybko jak się pojawiła, pozostawiając po sobie czyste, przejrzyste i rześkie powietrze. 
Może i bez ozonu, ale przyjemność i lekkość oddechu jest porównywalna do naszpikowanego ozonem powietrza ;).


http://lovvy.pinger.pl/m/6147438





sobota, 13 czerwca 2015

Ufff... ;)

Wiecie, że im bardziej smętny i refleksyjny dodaję wpis, tym więcej mam czytelników...?
Muszę chyba zmienić formułę bloga i zamiast świergocząco - optymistycznych wieści zacząć snuć melancholijne rozkminy ;).

Niestety dla statystyk, stety dla mnie, rodziny, bliskich i przyjaciół - wrócił mi dobry nastrój, pogoda ducha i rozfazowanie.
Ale muszę przyznać, że po takich cięższych dniach łatwo można zobaczyć, kto jest prawdziwym przyjacielem ;).


Myślę, że głównym powodem chwilowego załamania był natłok wrażeń i obowiązków.
Wszystko do kupy zadziałało na mnie dziwnie przygnębiająco i lekko depresyjnie.
No i mętlik uczuciowy  - swoją drogą.
Przede mną wciąż parę wyzwań, zanim zacznę wakacje, więc nie oddycham jeszcze pełną piersią, ale już jest dużo lepiej.
Po pierwsze muszę trochę przystopować i nie stresować się wszystkim, bo więcej siwych włosów w tak młodym wieku mi nie trzeba... ;)

Dziś zrobiłam sobie terapię Odstresowywanie.
Pojechałam na miasto kupować prezent urodzinowy dla koleżanki. Przy okazji kupiłam sobie truskawki, proziaki i kawę mrożoną na wynos, którą porozlewałam na wycieraczce w aucie ;).
Odwiedziłam ciocię - babcię, odwiedziłam kolegę w pracy...
Ubrałam zwiewną kieckę w kolorowe paski (luźniejsza niż rok temu ;P), chodzę po pokoju boso, udając, że nie wiedze grubej warstwy brudu na stopach ;].
Wynaciągałam i nadziubdziałam do zmechaciałego uszka Pedrowi, pokręciłam hula hopem do piosenek z zumby, zrobiłam stopom masaż na rozgrzanym przez słońce trawniku.
Notatki do nauki na egzamin rzuciłam na łóżko, pisanie pracy przełożyłam na jutro.
Słucham muzyki, udaję, że nie rusza mnie kurz na półkach i koty kurzu koło rowerka treningowgo.
Wprawdzie nie umiem jeszcze sięgnąć po książkę i iść na leżak przed dom ze świadomością, że mam "tyyyyle do zrobienia", ale trochę się zatrzymałam, czego dowodem jest fakt, iż wieczorem idę na imprezę urodzinową ;).
A teraz właśnie słyszę, że mój pies obszczekał kuzyna z Warszawy, który właśnie zrobił nam niespodziankę i bez zapowiedzi zawitał w nasze progi, więc lecę się z nim witać;].
Pozdrawiam, dziękuję Wam za wsparcie, troskę, zainteresowanie, prawdziwą przyjaźń ;*.


https://ostropestplamistyblog.wordpress.com/2013/08/26/jak-naturalnie-wzmocnic-swoje-sily-witalne/



środa, 10 czerwca 2015

Co mówi się na głos...?

Szczycę się tym, że mówię to, co myślę.
G. prawda.
Nie mówię.
Szczycę się tym, że jestem szczera.
G. prawda. Zbyt wiele rzeczy ukrywam, zbyt wiele boję się powiedzieć na głos.
Szczycę się tym, że umiem nazwać swoje uczucia.
Tak.
To prawda.
Tylko co z tego, skoro nie umiem ich wypowiedzieć na głos...?


Wiem dobrze, czego chcę i na ogół staram się do tego dążyć.
Ale sama.
Po swojemu.
Nie dopuszczając do siebie nikogo.
Nie dając nikomu prawa wstępu do swoich uczuć i myśli.


Myślicie, że mnie znacie, bo dzięki blogowi wiecie o paru moich przyzwyczajeniach czy zainteresowaniach?
Bo wiecie, że mam zimne stopy i lubię czytać książki?
Oświecę Was.
Nie wiecie o mnie nic ;).
Skąd to wiem?
Bo znamy kogoś tylko na tyle, na ile ten ktoś chce dać nam się poznać.
A ja nie chcę dać się Wam poznać.
I Wy też nie chcecie poznać mnie.
Wchodzicie, czytacie, śmiejecie się albo i nie.
Jeśli jesteście ze mną blisko - napiszecie esemesa albo pogawędzimy spotykając się przypadkowo na deptaku.
Jeśli nie - przelatujecie pobieżnie tekst.
Bez refleksji, bez zastanowienia, bez chęci wnikania w to, co miałam na myśli.
I dobrze.
Bo tego właśnie chcę i tego właśnie oczekuję.
No i tak właśnie piszę - luźno, lekko, banalnie.
Dlaczego?
Żeby nie robić wrażenia, że może być coś, o czym chcę, a nie umiem napisać.
Ale pisanie to jedno.
Nie muszę się ze wszystkiego zwierzać. Nie musicie o wszystkim wiedzieć.
Problem w tym, że nie umiem też mówić tego, co chcę.
A to już potrafi utrudnić życie...

To takie dziwne uczucie.
Chcę, a nie mogę.
Wiem, jak sformułować wypowiedź, wiem, jak ubrać ją w słowa, ale w którymś momencie słowa zamierają mi w gardle i nie mogą pójść dalej...
Próbuję więc znów.
To, co chcę powiedzieć pcha się w górę.
Po chwili zaczyna drgać mi niebezpiecznie blisko języka.
Już myślę, że zaraz wyleci mi z otwartych ust gwałtownie jak fala powodziowa, ale w ostatniej chwili łapię te słowa i przełykam.
Tak jak przełyka się zbyt duży kawałek jedzenia.
Z niechęcią.
Z bólem.
I z niesmakiem, że kłamię, choć nie powiedziałam ani słowa.


Choć nie milczę, nie umiem mówić głośno.
Choć chcę coś powiedzieć, nie mogę przepuścić tego przez gardło.
Choć mówię dużo, nie mówię tego, co chcę.
Zupełnie jakbym związała sobie gardło na supeł, zainstalowała w głowie pudełeczko "cenzura" i dodatkowo wyświetlała w głowie milion opcji: "CoByByłoGdyby?", które ostatecznie przekonują mnie, że pewnych rzeczy nie mówi się na głos.
A szczególnie, jeśli dotyczą one uczuć i myśli.

Nie pomaga tu ani alkohol ani sympatia do kogoś ani zaufanie.
Nad tym wszystkim stoi strach, a ja sama zbyt mocno się kontroluję.
Swoje myśli i uczucia trzymam dla siebie.
I choćbym chciała coś z nimi zrobić, nie potrafię.
Im bardziej ktoś próbuje, tym mocniej zatrzaskuję wieko jedynej możliwej drogi, z której mogłyby wylecieć słowa, gdybym jakimś cudem postanowiła je wypowiedzieć.
A czasami ktoś komu chciałabym coś powiedzieć zwyczajnie nie wpadnie na pomysł, że mogę coś przed nim ukrywać, bo gdyby wiedział, pewnie nawet nie musiałabym się martwić, że nie mówię tego głośno, bo przecież sam wiedziałaby co czuję...

Nie wiem, czy istnieje możliwość nauczenia się mówienia tego, co się chce powiedzieć.
Pewnie nie.
Do tego chyba wystarczy odwaga.
Kiedyś myślałam, że jestem odważna.
Ale odważni ludzie nie boją się powiedzieć czegoś na głos, nawet jeśli muszą potem ponieść tego konsekwencje.
Nie jestem więc odważna.
Co jedynie - twarda i silna.
Bo wolę zaparcie brnąć w ślepą uliczkę milczenia, zaciskając usta i ciskając oczami gromy.
Żyć z wiedzą, że wiem, co czuję, ale wiedzieć też, że nie powiem tego głośno, bo jestem zbyt dumna, zbyt harda, zbyt zawzięta.
Zbyt tchórzliwa.
I nawet jeśli to milczenie będzie mnie gniotło i kłuło - nie pozbędę się go, bo wolę zasłonić się zasłoną milczenia i zasznurować usta niż ulżyć sobie wypowiedzeniem tego na głos.

A ponieważ zdaję sobie sprawę, że nikt nie jest wróżką, nikt do mnie nie zadzwoni i nie powie: "Wiem, co masz na myśli".
Nikt tego nie zrobi, bo nawet jeśli to wie albo ma podobne myśli, nie będzie chciał wypowiadać ich na głos.
W końcu nie jestem w tym sama, prawda?
Nie byłoby tylu kłamstw, oszustw, zranionych serc, niespełnionych uczuć, zerwanych przyjaźni i zawodów miłosnych, gdybyśmy potrafili mówić głośno, o tym co myślimy.
To tylko w filmach wszyscy wszystkich rozumieją, wszyscy się kochają i prawie zawsze są happy endy.
A życie to nie jest niestety film.
Nikt nie przeczyta naszych zwierzeń w dymku nad głową i nikt nie szarpnie się na przeczytanie z góry ustalonego scenariusza.
I dlatego wolę książki.
Najlepiej jeśli mają otwarte zakończenie, które można dowolnie interpretować.
Albo zatrzasnąć w połowie i samemu dokończyć sobie rozdział... ;)


PS Jeśli myślicie, że dzwoniąc do mnie i wypytując, o co chodzi dowiedzie się czegoś - jesteście w błędzie ;P. Ale jeśli jakaś myśl nie może wyjść Wam z głowy, chcecie komuś o czymś powiedzieć albo bijecie się z uczuciami, bojąc się do nich przyznać - nie milczcie. Może i ja to robię, ale ja leczę zęby bez znieczulenia i zwijam się z bólu, krzywiąc się na widok tabletek, bo lubię grać twardzielkę ;]. Wy nie musicie być tacy durni ;).










 

wtorek, 9 czerwca 2015

Taki typ osoby... ;)

Zawsze obiecywałam sobie, że najważniejsi będą dla mnie ludzie.
Że zawsze będę mieć czas dla bliskich, rodziny, znajomych.
Że nigdy nie postawię pracy, pieniędzy i obowiązków ponad przyjaźń.

A teraz grafik wypełniłam od góry do dołu czym?
Pracą.
Pracą w przedszkolu, pisaniem pracy, nauką do egzaminu i bawieniem dzieci.
Biorę na głowę więcej niż mogę udźwignąć.
Z jednej pracy biegnę do drugiej.
A wieczorami nadganiam naukę.

W sumie nie mam ani trudnej sytuacji finansowej ani rodziny na utrzymaniu.
A mimo to nie umiem odmówić, kiedy ktoś proponuje mi bawienie dziecka.
Biorę nadgodziny w przedszkolu, choć często muszę urywać się z zajęć na uczelni, żeby iść do pracy.
Czasem gonię z językiem na brodzie z uczelni do przedszkola.
Na obiad jem brzoskwinię, jogurt albo grahamkę.
Wracając do domu kupuję jedzenie, którego nie mam czasu jeść, a przy sklepowej kasie układam listę rzeczy do zrobienia wieczorem.
Książki czytam na przerwach między zajęciami na uczelni albo jak dziecko, które bawię śpi.
Wieczorami uczę się, piszę pracę i staram się nie zwariować.
Jak widzę znajomy numer na wyświetlaczu, mam ochotę nie odebrać, choć nigdy nie miałam takich pomysłów...
Zastanawiam się, czy nie zacząć wymyślać jakichś innych wymówek, bo "idę do pracy" i "jestem zajęta" brzmią jak nudny, wyświechtany frazes.

Chciałam odwiedzić niepełnosprawną koleżankę na wózku i wziąć ją na spacer, jak będzie ładna pogoda.
Chciałam pójść do cioci - babci, żeby poćwiczyć zdolność asertywnego odmawiania, kiedy będzie wciskać we mnie bajgle i bajaderki i poszczypywać mnie po policzkach.
Chciałam umówić się z przyjaciółką, wyjść gdzieś ze znajomymi niekoniecznie dlatego, że wyjeżdżają na Florydę.
Chciałam poczytać książkę, leżąc na łóżku i machając nogami, a nie równocześnie bujając niemowlaka w wózku.
Chciałam wziąć psa na długi spacer, bo jak mnie widzi w domu przelotem, wariuje ze szczęścia, a ja zamykam mu drzwi przed nosem pokoju i idę pisać pracę albo lecę bawić dziecko...

Nauka też nie jest już dla mnie numerem jeden.
Uczę się, chodzę na zajęcia, jakoś zaliczam (ostatnio egzamin na trzy i pół... ), ale to nie to samo.
Mam jeden zeszyt do wszystkiego.
Jestem niezorientowana, a wszyscy o wszystko mnie pytają.
Nie jestem aktywna na zajęciach, bo nie chce mi się gadać, udzielać ani błyszczeć.
Okej, może już wyrosłam ze zbierania piątek dla samej idei zbierania piątek.
Ale w tym ostatnim semestrze mogłabym w sumie odpuścić sobie taką gonitwę z pracą.
Zwłaszcza, że nawet nie mam czasu wydać pieniędzy, które zarabiam, bo wolny czas skurczył się do prysznica, biegania po nocy, jedzenia na stojąco i robienia pośpiesznych wpisów na bloga...

Strasznie chcę więc już być po skończeniu studiów i po obronie.
Bóg jeden wie, jak bardzo tego chcę ;).
Problem w tym, że już dziś wiem, że nawet jak nie będę musiała się uczyć, znajdę kolejne dzieci do bawienia i inne zajęcia, żeby wypełnić organizer drobnym maczkiem obowiązków.
I problem w tym, że chociaż jestem zmęczona, mam podkrążone oczy i zewsząd słyszę komentarze, że schudłam w ten niezdrowy, nieładny sposób - to ja to... lubię.
Lubię gonić, biec, lecieć, pędzić.
Lubię, bo gdybym tego nie lubiła, to bym tego nie robiła ;).
I w ten oto sposób po niecałym pół roku pracy stałam się takim człowiekiem, jakim nigdy nie chciałam być...
Osobą, która za chwilę napisze do chłopaka esemesa, że nie zadzwoniła w drodze z pracy, bo odreagowywała hałas w przedszkolu i która teraz zasiada na łóżku w otoczeniu notatek.
Osobą, która nie znajdzie w tym tygodniu czasu dla znajomych.
Osobą, która na pierwszym miejscu postawi obowiązki.
Choć nigdy nie chciała tego robić, a teraz zrobi to z pełną tego świadomością...






poniedziałek, 8 czerwca 2015

Proste ;]

W wielkim, wielkim skrócie:
- w sobotę wypożyczyłam w bibliotece jakieś 15 książek tylko po to, żeby leżały na mojej ulubionej półce i czekały, aż znajdę na nie czas,
- zamówiłam sobie prostownicę do włosów i jak na złość od wczoraj włosy samoistnie zaczęły mi się prostować ;P,
- kupiłam kolejną miętową część garderoby. A właściwie to miętowy komplet Dalii. To tak na pocieszenie, że nie udało mi się znaleźć bikini w tym kolorze. Tak się nim cieszyłam, tak podniecałam... Że zapomniałam go spakować do torby ;P,
- wraz z pomocą kuzynki... Wróć - polegając głównie na wiedzy i doświadczeniu kuzynki, siedząc koło niej i robiąc w miarę inteligentną minę - przez weekend udało mi (albo raczej nam) się napisać 80 stron pracy magisterskiej. W tym tygodniu zamierzam samotnie napisać analizę badań własnych i na koniec - zrobić wstęp ;P,
- cały weekend zajmowałam się ogólnie rzecz biorąc pracą magisterską, więc mogłam zapomnieć o czytaniu (* dziś godzinka podczas bawienia dziecka, które pięknie przespało spacerek), ćwiczeniach (no ok - wczoraj wygospodarowałam jakąś godzinkę... Ale tylko godzinę w ciągu dwóch dni?!), jedzeniu ciepłego posiłku (ale domowe kanapki smakowały wybornie ;P) i pisaniu "głupot", jak mówi mój ulubiony kuzyn ;P,
- na ten tydzień mam ambitny plan zrobienia prezentacji, nauki na piątkowy egzamin i skończenia pracy magisterskiej. Plus dwa dni bawienia dziecka. I pięć dni pracy w przedszkolu,
- życiem prywatnym będę żyć w weekend. Póki co nikt nie jest uwzględniony w tygodniowym grafiku - niezależnie od tego, czy z nim sypiam, przyjaźnię się czy też korzystam z dobrodziejstw pełnej lodówki. Proste ;P,
- w sobotę zamierzam wybyć na imprezę. Na działkę. Z noclegiem w domku. To też jest w zasadzie proste. I tego się trzymajmy ;P.

A skoro o prostych rzeczach mowa...
Macie czasami wrażenie, że wiecie doskonale, co powinniście robić, a czego nie, ale choć wydaje się to takie proste, wychodzi całkiem inaczej i ostatecznie robicie jedną wielką głupotę...?
Albo - macie prosty wybór i choć wiecie, że jednym słowem, jednym czynem, jednym gestem możecie spowodować lawinę wydarzeń, a mimo to prowokujecie los, komplikując życie i sprawiając, że zamiast być proste robi się trudne jak tysiąc elementowe puzzle...?

PS  No to zabieram się do pracy ;). Miłego poniedziałku!!!



http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/backgrounds-hipster-tumblr-cute-716383.html

czwartek, 4 czerwca 2015

W ciszy jaskółek ;]

Nie sądziłam, że będę tak zadowolona, siedząc sama w czterech ścianach i cały dzień nadganiając zaległości...
A jednak.
Jestem zadowolona.
Nawet więcej. Okropnie się cieszę, że zostałam na Boże Ciało w Rzeszowie.
Dlaczego?
Bo wreszcie "naciągnęłam" dobę ;).

Wczoraj po zajęciach, pracy i zakupach ostro wzięłam się za pisanie pracy magisterskiej.
Niestety przemęczony wysiłkiem, stresem i upałem mózg średnio chciał ze mną współpracować.
Koniec końców późnym wieczorem rzuciłam wszystko i poszłam biegać.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz to robiłam. Chyba jeszcze styczniu na siłowni. A może było to w lutym albo marcu. Gdzieś między przeziębioną nerką, a rotawirusem, które odsunęły mnie na jakiś czas od ćwiczeń...
W każdym razie - bieżnia bieżną, bieganie na powietrzu to inna bajka.
Nogi same odnajdują rytm, serce zaczyna mocniej bić, endorfiny zaczynają swoje tańce.
Biegłam niesiona energią, którą nie wiem skąd czerpałam.
Słyszałam tylko świst swojego zachrypniętego oddechu i miarowe łupnięcia sfatygowanych butów do biegania na chodniku.
Widziałam wszystko dokładniej niż za dnia.
Czułam ciepło powietrza, lekko schłodzone nocą.
I byłam tak bezgranicznie zadowolona z tego, że biegnę, że czuję to tępe pulsowanie w głowie i że czuję to upierdliwe pieczenie w udach, że nie macie pojęcia ;).
A potem dysząc jak zmachany pies, wdrapałam się na czwarte piętro swojego mieszkania, drżącymi dłońmi otworzyłam drzwi i walnęłam się na łóżko, czując jak wilgoć spoconych włosów przesiąka moją świeżo wypraną pościel.
Co już nie napawało mnie takim entuzjazmem jak późnowieczorna przebieżka ;P.

Prysznic - kolejna banalna sprawa, a jakie ukojenie.
Ciepły strumień zmył pot, gorący rozpuścił zmęczenie, chłodny orzeźwił, zimny ochłodził.
Balsam dopieścił ciało, powietrze z otwartego okna wystarczyło mi za suszarkę i ręcznik, a gładkie od przepisowego picia półtora litry wody dziennie ciało zbuntowało się przeciwko kołdrze i piżamie.
Ze skórą wciąż lekko wilgotną po kąpieli, niewysuszonymi włosami i całkowicie nieubrana położyłam się na chłodną, czystą pościel i tak bezkarnie nieogarnięta zasnęłam w ciągu paru minut od przytknięcia głowy do poduszki.

Nad ranem obudziła mnie burza.
Wdzierający się przez otwarte szeroko okno wiatr, przeciągłe grzmoty, pojedyncze błyski.
Poprzymykałam okna, znów wskoczyłam na łóżko, tym razem nakrywając się lekkim i miękkim kocykiem, przykrywającym mnie jak druga skóra.
Spałam do dziesiątej.
Bez budzika, bez drzemek, bez ponagleń, bez natrętnych myśli: "Wstawaj, bo zajęcia!", "Szybko, bo idziesz bawić dziecko!", "Nie trać czasu, masz tyle do zrobienia!".
Wyślizgnęłam się spod koca, przeciągając się aż do trzeszczenia kostek.
Zarzuciłam na siebie szlafrok, dalej buntując się przeciwko jakimkolwiek ubraniom.
Ziewając na całą rozpiętość szczęki zrobiłam sobie śliwkową owsiankę.
Gmerając łyżką w talerzu pogadałam przez telefon z mamą.
Leżąc na łóżku i nawijając włosy na palec wskazujący porozmawiałam z K.
A potem zasłoniłam zasłony w pokoju, ubrałam przewiewną łososiową sukienkę w jaskółki, zsunęłam z nóg pantofle i odpaliłam laptopa.

Z czystym, wypoczętym umysłem, nową energią i motywacją.
Przez kilka godzin tylko pisałam.
Robiłam niezbyt długie przerwy na łazienkę, picie wody, zjedzenie pomidorów z mozzarelą (tłusta plama z oliwy na sukience...) i wypicie herbaty.
Przed trzecią nastawiłam warzywa na obiad. Młody ziemniak w mundurku, brokuł, groszek z marchewką.
Odmówiłam wyjścia z koleżankami na Rynek.
I pisałam dalej.
Koło czwartej siłą odkleiłam się od komputera i zjadłam obiad.
Ledwie odsunęłam od siebie talerz - znów zaczęłam stukać.
Nie odrywałam się ani na chwilę.
Ani na sprawdzenie poczty, ani na zerknięcie na fb czy bloggera.
Skończyłam przed szóstą.
W efekcie mam 50 stron, całą teorię, metodologię, która jest skończona w 85% i gotową ankietę.
Poprawiłam też przypisy i dopisałam parę stron teorii.
Przede mną kosmetyka i analiza badań własnych.
Zostawię ją sobie na weekend, licząc na pomoc dokładniejszej i bardziej precyzyjnej kuzynki.

Wyłączając laptopa byłam nabuzowana jak po kawie.
Energię spożytkowałam na odkurzenie mieszkania, umycie podłogi w kuchni, wybielenie prysznica, umywalki i toalety, pościeranie kurzy.
Potem tradycyjne czyszczenie i pielęgnowanie butów, standardowe składanie ubrań w równą kostkę (obsesja, słowo daję...) i wreszcie zasłużony odpoczynek.
Rozłożona na całą rozpiętość w łóżku.
Z grubą warstwą kremu ochronnego na dłoniach, podrażnionych przez detergent, jedną polarową poduszką pod głową, a drugą między kolanami i wyszczerzoną poduszką Little Miss Naughty gdzieś w okolicy karku.
Z podwiniętą sukienką, której nigdy w życiu jeszcze nie nosiłam, a w której szorowałam kibel i przez którą odcisnęłam sobie drewniane szczeble krzesła na tyłku od wielogodzinnego siedzenia...


W mieszkaniu  panuje niczym nie zmącona cisza.
Dziś nie odezwałam się słowem, pomijając rozmowy przez telefon.
Choć gaduła ze mnie wzorowa - nie strzępię języka na gadanie do siebie i mówienie na głos tego, o czym myślę. Może to i dobrze. Sąsiedzi będą zdrowsi bez moich myśli ;).
Regeneruję krtań, nawilżając ją odpowiednio ciepłą herbatą malinową i kremowym smoothie (z lodówki ^^).
Stopy wymoczyłam w wodzie z ziołową solą, złuszczyłam peelingiem, nasmarowałam kremem, który spełnia chyba wszystkie możliwe standardy idealnego kremu do stóp, pielęgnując, nawilżając, chłodząc, likwidując obrzęki, nagniotki i pewnie też sprawiając, że stopy będą zabezpieczone przed brudem na tydzień ;P.
Moje oczy mają dziś odpuszczony makijaż, bo przy laptopie często musiałam je częstować solą fizjologiczną.
Okno wciąż mam uchylone, więc słyszę przejeżdżające samochody, ludzkie głosy, dziecięcy śmiech i raz na czas docierające do moich uszu ptasie nawoływania.

To nic, że jutro o ósmej idę bawić roczne dziecko, a zaraz potem lecę do przedszkola na sześć godzin.
To nic, że potem wracam do domu i znów czeka mnie jazda do biblioteki, domowe obowiązki, nauka na egzaminy i pisanie pracy.
To nic, że K. pewnie przybierze naburmuszony wyraz twarzy, kiedy powiem, że nie mam czasu albo że jestem zmęczona i że nie będę mogła spędzić z nim tak dużo czasu, ile by chciał.
To nic, że potem znów będzie powrót do Rzeszowa, wstawanie o szóstej w poniedziałek, praca, pisanie pracy, egzaminy...

Grunt, że czuję się pewniej, bo jestem do przodu z pracą.
Że cieszę się, że chora krtań nie przeszła w nic gorszego.
Że stopy mam wypieszczone jak nigdy.
Że łazienka, dywan w pokoju i moje półki z ciuchami lśnią.
I że mam uczucie załamania czasoprzestrzeni i naciągnięcia doby.
Przy wtórze stukania palców na klawiaturze, świergotania ptaków za oknem i widoku upojonych wolnością cichych jaskółek na mojej sukience ;)


http://www.vinted.pl/kobiety/krotkie-sukienki/1088964-sukienka-jaskolki

 

wtorek, 2 czerwca 2015

Słodko, miło, pastelowo ;)

Na stole równiutko ułożony stosik książek z metodologii.
Obok notes z odręcznie napisanymi hipotezami i problemami badawczymi.
Do pracy idę dopiero za godzinę.
I zamiast wziąć się do nauki, siedzę rozwalona na krześle z mokrymi pasmami włosów, spływającymi mi na plecy i przegryzam zielone jabłko.
Dla urozmaicenia podtapiam czasem cytrynę w nowym, zdobycznym kubku i właściwie na tym kończy się moja aktywność.
Ogólnie to pewnie nakrzyczałabym sama na siebie, kopnęła się w leniwy tyłek (* ostatnio znów męczony przez ćwiczenia z Mel B. ;D) i zagoniła do pisania pracy.
Niestety nie mam na to sił.
No i z krzykiem też mogłoby być różnie, bo przez weekend straciłam głos... ;).

Dziś zdawałam pierwszy w tej sesji egzamin, więc przez weekend głównie robiłam notatki, bawiłam się w podkreślanie najistotniejszych informacji kolorowymi pachnącymi zakreślaczami i gryzłam paznokcie, żeby zdać i mieć jeden punkt z listy do odhaczenia.


 









No, a oprócz tego pracowałam.
Napomknęłam już gdzieś ostatnio, że dostała mi się fucha weselnej niani, prawda?
Ogólnie - świetna sprawa.
Szybki zarobek, praca z dziećmi.
Nieprzespana noc, ale przecież młoda jestem, nie muszę tyle spać ;P.

W sobotę wieczorem ogarnęłam się więc (genialnie godzinę po prysznicu i godzinę przed wyjściem zachciało mi się hula hopić i to tak intensywnie, że byłam czerwona jak burak...) polałam twarz zimną wodą i wyszłam przed dom z parasolką i torbą wypełnioną Babysitterowskim Ekwipunkiem.
Kierowca zgarnął mnie z ulicy, zawiózł do hotelu i...
No właśnie.
I ;).
Wydawało mi się, że nie będę pokazywać się gościom weselnym, tylko wejdę chyłkiem do pokoju, przebiorę dziecko i siebie w piżamki i będziemy czytać bajki w łóżku.
Nie zakładałam więc żadnej kreacji, ani nawet czegoś ładniejszego, tylko jasne dżinsy, morelową bluzę z kapturem i biało -  miętowe adidasy.
Wyglądałam jak amerykańska opiekunka do dziecka z amerykańskiego filmu w białych bucikach, pastelowych ubrankach i wysokim kucyku huśtającym się wdzięcznie na czubku głowy.
No bo - hello - miałam spędzić noc w pokoju z małym dzieckiem!
Proste, że wolałam spakować ciepłe skarpetki i wygodne miękkie kapcie niż coś eleganckiego... ;].
Żeby dojść do pokoju, musiałam przecisnąć się koło sali pełnej ludzi, ale myślę, że nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi.

Przywitałam się ze śliczną panną młodą, wyściskałam Małą.
W pokoju moja podopieczna dwulatka od razu dała z siebie ściągnąć białą kreację, zmienić pieluchę i wcisnąć do buźki smoczek.
Sama wpełzła pod kołdrę i zamknęła oczka.
Przynajmniej na chwilę ;).
Potem trochę się przebudziła i musiałyśmy zabawić się w proces - butla z mlekiem, uspokajanki, bajka na You Toube (Dobranocny Ogród - aż czułam, jak mój mózg piszczy z bólu), smoczkowanie i głaskanie.




 









Kiedy W. zasnęła, wgapiałam się w nią upojnym spojrzeniem, a w nozdrza wciągałam słodki zapach czystego małego dziecka w świeżo wypranych bodach.
Zrobiło się tak kojąco cicho, spokojnie i przytulnie.
Ja w pastelowej bluzie, Mała w białych bodach w kolorowe groszki, puszysty kocyk, smoczek z owieczką.
I wtedy ktoś zapukał do drzwi ;).

Piętnaście minut później miałam już dwójkę dzieci i bardzo niewiele miejsca na wielkim, małżeńskim łożu ;).
Do 2-latki dołączył jej 3-letni kuzyn, krągły i pulchny jak bączek, z lubością ciągnący mnie za sznurki od bluzy i chichoczący radośnie, kiedy łaskotałam go po wystającym brzuszku.
Dzieciaki leżały w pościeli, rozkosznie mrucząc i ssając namiętnie smoczki.
I zakrawałoby to wręcz na niemalże rodzinną sielankę - niania, dwójka maluchów, szelest pampersów, gdyby nie...
To cholerne zimno!!! :)
Mimo ciepłej bluzy i kapci z pomponami, ja trzęsłam się z zimna.
A zapach dziecięcego mydła i odgłos ciamkania smoczków wcale tego nie niwelował...
Nie wiem, czy budynek był tak wychłodzony, czy może klimatyzacja działała tak sprawnie... Jedno wiedziałam na pewno - zaczynałam powoli przymarzać ;).
Zostawiłam więc maluchy pod opieką cioci i nie bacząc na swój mało oficjalny strój - wyczłapałam w szarych kapciach na hol.
Uruchomiłam wszystkie zmysły, żeby znaleźć automat ze wrzątkiem i po chwili już miałam go na oku.
Na sali.
Koło gości.
W samym centrum wydarzeń.
Przybierając niemrawy uśmiech na blade wargi zaczęłam sunąć wyluzowanym krokiem ku stolikowi, zastanawiając się, jak wielu gości zdobędzie się na wysiłek zwrócenia uwagi na pastelową nianię w domowych kapciach.
Niestety kilku zwróciło...
Ale kiedy do filiżanki zaczęła spływać gorąca ciecz, a ja z radością zaczęłam podtapiać we wrzątku saszetkę Liptona, było mi kompletnie obojętne, czy ktoś na mnie patrzy.
Potem grzejąc ręce na gorącym płynie wróciłam do pokoju.
Położyłam się koło posapujących przez sen dzieci i...
Leżałam.
Dzieciorki mruczały, świszczały i ciągły smoczki na wyścigi.
Zwykle niemowlaki miętolące "pipę", "cymulka", "dudusia" , tudzież "monia" uważałam za urocze.
Ale kiedy zostałam otoczona przez maluchy zasysające je tak, jakby miało od tego zależeć ich życie, w uszach wibrował mi dźwięk mlaskanej gumki, a uchwyt smoczka odbijał się od tarczki z denerwującym rytmicznym klikaniem, zaczęłam zagryzać zęby na kołdrze.
Poza tym było w miarę spokojnie.
W sensie - nie musiałam nosić skrzynek, szorować podłogi, użerać się z klientami...
Mogłam leżeć.
W łóżku.
W piżamie.
Z zamkniętymi oczami.
W miarę cichym, przytulnym (i okropnie wyziębionym) pokoju.
Jednak opieka nad dziećmi to stała czujność.
Zwłaszcza, kiedy to nie nasze dzieci i kiedy śpią na wysokim dorosłym łóżku.
Mała rzucała się na wszystkie strony jak szczupak i na każdy jej ruch zrywałam się i biegłam na drugą stronę patrzeć, czy nie zbliża się niepokojąco do brzegu.
Młody kaszlał, miauczał przez sen, prosił o picie, kopał.
Mnie najczęściej ;).
Oboje sapali, syczeli na siebie, kiedy jedno wsadziło drugiemu piąstkę do oka i walczyli o terytorium, piszcząc i wiszcząc na spaniu, gdy znaleźli się za blisko siebie.
Ogólnie byłam więc wymęczona psychicznie, rozdrażniona ciągłym czuwaniem i zrywaniem się i potwornie, potwornie śpiąca.
Bo jak to tak?
Miękka (zimna!) pościel.
Przytłumiony blask mdławej lampki.
Oddechy śpiących dzieci...
I niemożność zmrużenia oczu? ;]
To takie nienaturalne...
Na szczęście nad ranem zostałam pozbawiona jednego dziecka i wtedy odpłynęłam w ramiona Morfeusza.
Po szóstej obudziło się moje - niemoje dziecię, a kiedy dostało butlę z mlekiem, wtuliło się we mnie i zasnęło.
Nigdy w życiu nie spałam tak dobrze jak wtedy, po czuwającej boleśnie nieprzespanej nocy, kiedy pod głową czułam miękkość poduszki, a w swój policzek miałam wtuloną małą głowkę, pachnącą dziecięcym szamponem.
Mmmm...
Zapachniało mi macierzyństwem, obowiązkami, troskami i zmęczeniem.
A potem pieniędzmi i wolnością, kiedy wróciłam do domu.
Do Mel B., nauki na egzamin, jedzenia makaronu ze szpinakiem i swoich spraw ;).





                                                                                  ***



Znów bezczynnie siedzę.
Stosik książek niezmiennie leży na stole.
Włosy lepią się do czoła, bo właśnie wróciłam z zumby.
Jabłko zjedzone, sok wypity, witamina C zażyta.
Chrypię tak samo jak chrypiałam, może nawet bardziej przez nawijanie do dzieci.
A pisać nie chcę mi się też tak samo, jak mi się nie chciało ;P.


PS Ładny kubek? ;)