...

...
M.

czwartek, 22 grudnia 2016

Będę sobie :P

Kiedyś będę pisarką, wiecie?
Będę sobie hodować pleśń w kubkach i rysować herbatą esy floresy po stoliku.
Będę się drapać widelcem po głowie i zakładać ołówek za ucho.
Będę siedzieć głodna i spragniona, bo będę pisać w takim pisarskim amoku, że nie będę myśleć o przyziemnych pierdołach.
Będę mieć wymówkę jak znajomi będą psioczyć, że nie mam czasu ich odwiedzić, no bo przecież : "muszę pisać".
Będę mieć swoje wydawnictwo, swoje literki, swoją umowę i swój świat.
Będę odmawiać udzielania wywiadów, a równocześnie ćwiczyć w powietrzu zamaszyste podpisy na wyimaginowanych książkach.
Będę mówić, że "męczy mnie ta sława"i żałować, że nie pisałam o szuflady.
Będę warczeć na domowników jak będą mi przeszkadzać w tworzeniu i będę sobie warczeć do lustra jak nie będę miała do kogo.
Będę siedzieć pod kocem na fotelu z wielkim kubkiem herbaty z cytryną i laptopem, na kolanach będzie mi się mościł kot, a pod nogami pies.
Będę narzekać na ten okropny brak weny albo na tę okropną wenę, która nie pozwala spać tylko każe pisać.
Będę robić poważną minę i machać dostojnie kucykiem, kiedy będę odbierać pisarskie nagrody i będę udawać, że wcale nie ruszają mnie słowa krytyki i wylewanie na mnie wiadra pomyj.
Będę zasypiać podczas pisania i myśleć o tym co powinnam napisać zamiast spać.
Będę pisać w piżamie, w ręczniku, w kołdrze, w łóżku, w hamaku i w fotelu.
Będę sobie rwać włosy z głowy w chwilach pisarskiej niemocy, będę mieć genialne pomysły przed zaśnięciem i będę uciekać potencjalnemu chłopakowi z łóżka, żeby coś napisać, a jak będę starą panną (co jest jednak bardziej prawdopodobne ;D) będę sobie brać laptopa do łóżka razem z kubkiem i kotem.
Będę się palić do pisania i pisać, jakbym się miała zapalić.
Będę sobie chodzić na wieczorki pisarskie, chociaż cholera jedna wie co się na takich wieczorkach robi.
Będę wzruszać ramionami i na pytanie: "O czym piszesz?" będę odpowiadać: "O niczym".
Będę się szczerzyć, jak zobaczę swoją książkę na księgarnianej półce, a jak zobaczę w autobusie kogoś czytającego moją książkę to palnę z głupia frant, czy jest ciekawa i czy powinnam ją sobie kupić, skoro jest na promocji.
Będę marudzić, psioczyć, strzelać fochy, wywracać oczami, rozkojarzać się, błądzić myślami, mówić: "Co? Mówiłeś do mnie?" i odcinać się od świata, bo będę mieć do tego święte prawo.
Będę ściemniać, będę wymyślać, będę celować palcem w kalendarz, żeby znaleźć odpowiednie imię dla bohatera i głównie to będę improwizować, jak zwykle.
Będę zagryzać wargę, błyskać oczami i klikać, kiedy będę rozlewać na swojej twarzy szeroki, szeroki uśmiech jak wpadnie mi do tej rozczochranej jakiś nowy pomysł.
Będę cierpieć na niemoc twórczą, płakać, że nie wiem, co napisać, żałować, że wymyśliłam sobie takie banialuki, a potem znów się napalać i myśleć, o czym napiszę następnym razem.
Będę uważnie obserwować otoczenie, żeby wyłapać coś ciekawego do przeniesienia na papier i będę drażnić wszystkim tym wszystkomówiącym nicniewidzącym spojrzeniem pt."NieCzajęNieTrybięPłodzę".
Będę mieć hamak, bujany fotel, wielki taras, a na nim jeszcze większe takie wiszące coś z poduszkami, wygodne łóżko, masę foteli, kanapę, poduszki na podłodze i futrzasty dywan i na kaaażdej z tych miejscówek będę pisać.
Będę sobie stukać do znudzenia, do porzygu, do bólu dupy, do odcisków na palcach.
Będę magazynować ciuchy na podłodze i układać naczynia w zlewie, kiedy z pełną premedytacją będę rozsiadać się przed laptopem.
Będę udawać, że jestem normalna, chociaż sam fakt pisania z takim zapałem i pasją trąci lekkim szaleństwem.
Będę siedzieć zaaferowana przed komputerem i nie będę pamiętać o powieszeniu prania czy nastawionej kaszy.
Będę chodzić po bibliotekach i księgarniach i będę udawać, że oczami wcale nie szukam grzbietów okładek swoich książek.
Będę zanudzać wszystkich melodią tańczących po klawiaturze palców.
Będę wydawać bajki dla dzieci, ilustrować je koślawymi krzesełkami, czarno białymi pieskami z łatką wkoło oka, pajączkami w rogu i wyszczerzonymi dziewczynkami o pyzatych policzkach, a potem będę je czytać chorym dzieciom w szpitalu.
Będę wkurzać wszystkich nieogarnięciem, roztrzepaniem i gadulstwem.
Będę sobie spać w pościeli w literki i co rano zamiast porannej gimnastyki będę sobie ćwiczyć palce, biegając nimi po klawiaturze.
Będę promować czytanie, chodzić na pogadanki do szkoły i śmiać się jak zobaczę, że ktoś zamiast mnie słuchać, czyta coś po ławką.
Będę się dobrze bawić pisząc, będę w swoim żywiole przeciągając się znużona pod laptopem, będę zbyt pobudzona, żeby spokojnie usiedzieć i będę usatysfakcjonowana zasypiać.
Będę bezkarnie pisać rano, w południe, wieczorem i w nocy.
Będę rano wstawać z kołtuńskim uśmieszkiem znaczącym "Hie, hie, zostałam pisarką" , a wieczorami będę chować głowę pod poduszkę i biadolić: "O Boże, Boże! Na co mi to było?"
Będę mieć zawsze zaostrzone ołówki jako symbol weny, wytatuowane pisarskie piórko na łopatce, idealny porządek w szafie i artystyczny nieład w głowie.

Będę.
Bo będę sobie pisarką, wiecie?
;P



środa, 21 grudnia 2016

Staropanieński ;]

Będę starą panną.
Kurde, będę ją jak nic.

Kota już mam.
Chociaż nie wiem, czy kotka, która myśli, że jest lwem bo ma lwie imię się liczy.
Nie wpylam wprawdzie co wieczór pudełka waniliowych lodów do babskiego filmu i nie mam w szufladzie przy łóżku nic sztucznego o dziwnym kształcie (* chyba, że liczą się małe ampułki z solą fizjologiczną do oczu, bez których chyba bym umarła), ale i tak spełniam wszystkie staropanieńskie kryteria.
Nic, naprawdę nic nie wskazuje na to, żebym zmieniła nastawienie, styl bycia czy życia.
I z kobiecością też u mnie średnio.
Ani nie "zsubtelniałam" ani się nie ułożyłam.
I w ogóle z kobiety to mam tylko upośledzenie do techniki i bałagan w torebce.
Dalej zero tiu tiu z koleżaneczkami, zero imprez, zero flirtów i trzepotów rzęs, ę ą, make up'u i tym podobnych.
Usilnie próbuję wyciągnąć kogoś na maty, dalej szczerzę się kiedy mogę się z kimś powywracać, nawet jeśli to ja jestem wywracana, gdzie nie wejdę tam się wespnę i wskoczę, drzwi otwieram z buta, a przez bramkę skaczę.

Noo, może noszenie munduru wycisnęło ze mnie nędzne resztki kobiecości i zaczęłam bardziej uważać na to, co ubieram i jak wyglądam.
A przynajmniej pilnuję się, żeby ciuchy były w miarę ładne.
Dopasowane dżinsy (połów w Rzeszowie zakończył się upolowaniem trzech par - zielone na leśnika i dwie pary dżinsów, jedne bardziej obcisłe od drugich), dopasowane bluzki, dopasowane sweterki.
Te śliczne koszule, które sobie kupiłam też sobie często przymierzam póki co szpanując nimi tylko w pokoju, ale wierzę, że nadejdzie dzień, kiedy będę miała okazję wyjść w nich do ludzi.
Może jakiś wieczorek autorski, czerwony dywan, nagroda Nobla, te sprawy - sami rozumiecie ;)

Mam za to wenę do pielęgnacji i oprócz tego, że latam do fryzjera jak tylko włosy zaczynają mi płowieć to chodzę też do kosmetyczki, która wyciska ze mnie w równym stopniu zaskórniki, co i łzy, kiedy pastwi się nad moim nosem albo brwiami.
Znów zumbuję i to tyle ile się da, więc nawet do czterech razy w tygodniu, także kremy do sponiewieranych stóp i peelingi też na stałe włączyłam do kosmetycznego menu.
Biorąc po uwagę to, ile czasu zajmuje mi prysznic, balsamowanie się jak egipskie zwłoki z góry na dół, wszystkie te kremy i pierdolety podziwiam dziewczyny, które jeszcze spędzają tyle czasu na makijażu, bo ja pasuję i dalej jest tusz, tusz i tylko tusz. Ewentualnie kreska, która nawet nie jest kreską, bo jest tak cienka jak ja w liczeniu w pamięci.
Ostatnio jakbym trochę zmalała, buźka i ramiona mi zdrobniały i reszta w sumie trochę też, więc mam wrażenie, że składam się głównie z włosów, które za to mi bujnęły, przez co wyglądam jak elf ze spiczastym nosem i rozpuszczoną czupryną.
Dość okiełznaną zresztą, bo odkąd kupiłam spray prostujący i prostownicę, włosy mam naprawdę proste.
Trochę jaśniejsze, bo machnęłam pasemka, żeby coś zmienić, trochę krótsze, żeby wzmocnić.
No i błyszczące.
Błyszczą i błyszczą, a w sumie to jakby świecą.
Świecenie wszystkich nęciło i wszyscy pytali, czemu tak świecą.
Z tego wszystkiego to dopiero wtedy zaczęłam o nich myśleć i się z nimi pieścić.
Odżywki w liczbie milion (a w sumie to pięć) w zależności od nastroju, prostownica z keratyną (?) i inne pierdoły, chociaż ja tam i tak twierdzę, że nic nie robi im tak dobrze jak jedzenie na potęgę nasionek, awokado i duża ilość snu ;)
Paznokcie dalej krótkie i bez migdałowego kształtu.
Miałam sumienny plan się nimi zająć, ale jak skoro nie kręcą mnie małe dzieła sztuki na paznokciach? No i jak tu ćwiczyć, pisać czy obierać marchewki...
Miałam ambitny plan na rzęsy.
Odżywić, wydłużyć, wzmocnić. Misja roku.
Torturowałam je odżywką, ale jak trzecia z kolei mnie uczuliła, dałam sobie spokój.
Ogólnie to moje oczy są ostatnio dość problemowe nawet bez odżywki i przeważnie poranki spędzam wywalona rozkosznie w fotelu, z płatkami kosmetycznymi nasączonymi herbatą.
W fotelu też wykładam się z książką i choć trochę mniej czytam, to i tak czytam.
Tak więc bóstwa z siebie nie zrobiłam, nie robię i raczej nie zrobię, skoro zamiast filmików jak zrobić kreskę na powiece ja serwuję sobie kolejny thriller.
I tu nawet święty Boże nie pomoże, chociaż - o - w Kościele byłam i to nawet dwa razy.
Raz, żeby zachęcić idącą w maju do komunii dziewczynkę do pobożnego uczestnictwa we mszy (*siedziałam w pierwszej ławce otoczona dziećmi, z co najmniej jednym na kolanach, a moja babcia wychodząca z zachrystii - tak to się pisze? - prawie zachłysnęła się ze szczęścia na widok swojej cnotliwej wnuczki tkwiącej pokornie w pierwszym rzędzie, w dodatku otoczonej stadkiem małych istot, wpatrzonych w nią jak w Matkę Teresę), a drugi kiedy w pierwsze śniegi brnęłam po słabo odśnieżonym chodniku, co skończyło się mokrymi skarpetkami i szczękaniem zębami przez całe nabożeństwo, w związku z czym nie wiem z niego nic.

Z jedzeniem wydziwiam i wymyślam takie fanaberie, że głowa mała.
Gotuję i jem jeszcze dziwniej niż wcześniej.
Plus teraz jeszcze mało.
Wymyśliłam sobie za to suplementy.
Magnez mam wszędzie - w domu, w pracy i w torebce.
Coś tam na włosy i na odporność.
Na odporność to w ogóle - kolejna misja - do wszystkiego co gotuję wrzucam czosnek i na potęgę piję czystek.
Wszystkie kubki i zaparzacze zabrały zielonkawego nalotu, bo paradoksalnie jak na czystek to zielsko masakrycznie brudzi.
Czasem piję też kawę, czasem ją nawet słodzę, jak chcę, żeby mnie skopało.
O i Coli już nie pijam.
Za to mam cocacolową pomadkę.
Jest! Jest jeden niestaropanieński pozytyw - mogłabym sprzedawać całusy smakujące Colą. Może nawet byłoby to w stanie zrekompensować to, że nie odżywiam się jak reszta świata.
Bo nie odżywiam.
Na tapecie znów koktajl z jarmużu, gotowana pietruszka, zupa z brokułów i nieśmiertelne płatki.
Aaa, i surowa gorzka czekolada, a najlepiej migdały w czekoladzie, bo jak burżuj to burżuj ;)
Nie chcę - nie jem, kręcę na wszystko nosem i ogólnie do jedzenia średnio mi po drodze.
Do pisania za to i owszem.
Piszę jak nawiedzona.
Pracując nie mam za bardzo kiedy, ale w wolne dni stukam i stukam, często gęsto w piżamie nawet o dwunastej w południe.
Znów jest pisanie po przebudzeniu i pisanie do poduszki.
Raczej marny byłby ze mnie pożytek, skoro siedzę głównie zawinięta w literkową kołdrę i płodzę słowa, które mają mniej więcej tyle sensu co ten wpis.
Śpię w skarpetkach.
Kombinezonie z polaru.
Z trzema kocami.
Bez termoforu.
Mam jeszcze flanelową piżamę w kratkę.
I długą koszulkę która wprawdzie nie za dużo zakrywa, ale ma za to całkiem niepociągającego Chipa i Dala na przodzie.

Dalej nie plotkuję z koleżaneczkami, dalej wali mi co, kto, gdzie z kim, dalej nie podnieca mnie wizja kołysania wózka butem i dalej mam drgawki na myśl o pierścionkach czy obrączkach.
Dalej śluby jawią mi się jako coś kosmicznego, a wizja siebie z brzuchem to w ogóle mnie śmieszy, bo na mnie ładownice na magazynki się nie mieszczą i wyglądają jakby były jakieś strasznie wielkie, więc co dopiero brzuch z dzieckiem, wodami płodowymi i resztą...

Chwilę, tzn. parę tygodni (aż trzy) byłam bardzo spokojna.
Nienaturalnie wyciszona wręcz.
I mniejmówna ;]
Niestety to szczęście też nie trwało zbyt długo i znów robię wkoło siebie mnóstwo hałasu i bałaganu, wymyślam sobie masę rzeczy do zrobienia, wiecznie jestem w biegu, w locie, pędzie, jak nie biegam to tańczę, a jak tańczę na zumbie to jeszcze wieszam się po pasach do TRXów i albo się podciągam albo koleżanki huśtają mnie tak, że bujam się przez pół sali.
Ale jest w tym mniej więcej równowaga i na jeden pierd***nięty dzień przypada z półtora spokojnego.
Są dni, kiedy mnie nosi, są kiedy jestem nienaturalnie wyciszona i są takie, kiedy normalna.
No, o ile można być normalnym skoro wolny czas spędza się czytając, pisząc, kolorując albo kamuflując, ewentualnie męcząc planszówki ze znajomymi.
Kamuflować nie kamufluję już tak natrętnie, chociaż mam zrywy, że chce mi się pomyśleć logicznie i poukładać miśki.
Udało mi się pooglądać nawet jeden film i usiedzieć na tyłku na tyle, że obejrzałam trzy odcinki "Gry o tron". Trzy pod rząd i wcale nie musiałam być związana ;).
Tak poza tym to nadal zero telewizji, zero ogarnięcia telefonu czy innych osiągnięć technicznych.
Noszę za to drewno, migam się od palenia w piecu i sprzątam jak potłuczona.
Sprzątam tak, jakbym miała jeść z podłogi.
Najbardziej to w swoim prywatnym bunkrze czyli pokoju.
Tu to w ogóle mam wszystko co potrzebne do szczęścia.
Książki, poduszki, ołówki, bluzy, "Kamuflaż".


Nic nie spoważniałam, nie wydoroślałam.
Wyglądam wręcz strasznie dziecinnie.
Boże ja naprawdę tak dziecinnie wyglądałam czy teraz tak odmłodniałam, jak zaczęłam jeść tyle brokułów i grejfrutów?
Przecież ja się kwalifikuję do gimnazjum ze swoją twarzą i gabarytami, a to, że podrywają mnie licealiści to już zakrawa na jakiś absurd.
Próby postarzenia się przynoszą odwrotny efekt, bo wyglądam zwyczajnie śmiesznie.
No i przecież nie da się postarzeć twarzy, jeśli nie używa się całej artylerii kosmetyków, pudrów, podkładów czy produktów, których nie potrafię nazwać, a jak ich nie potrafię nazwać to co dopiero użyć.


O i właśnie.
Zdarza mi się, że marudzę i obrażam bez powodu.
Nawet strzeliłam focha.
I to co najmniej ze trzy razy.
I piszę wpis w marudnym tonie o czymś, co mi się podoba i co mnie cieszy.
Bo nawet nie wiecie jak cudownie bezpieczny, beztroski i spokojny jest ten staropanieński stan bez spiny, stresu i niedomówień, z kombinezonami i skarpetkami na czele ;)
Ileż to czasu na ćwiczenia, głaskanie włosów prostownicą i bawienie się w pseudoartystkę ;)

A czy zechcę zmienić ten stan na inny to już się okaże.
W czasie bliżej nieokreślonym ;).



środa, 14 grudnia 2016

Urlopowy ;]

Dzień I
Plan:
Chilloutować

Wpół do szóstej rano budzi mnie kotka, która wpada za moje łóżko i zaczyna dziurawić oparcie łóżka pazurkami.
Ze wszystkich odgłosów świata jedynie ten dźwięk (i świadomość nieodwracalnych zmian na eko skórze) wywołuje u mnie palpitację serca.
Zrywam się, rugam kotkę, wypadam spod kołdry jak torpeda, odsuwam łóżko, wyciągam Kiarę za futro, ciągnąc ją mało subtelnie po ziemi.
Zostaję w łóżku do dziesiątej.
Wstaję z lekkim bólem głowy, dostaję lekkiego szoku na widok swojej fryzury, idę pod prysznic.
Kolega wpada na kawę więc częstuję go ciastem i raczę swoją cudowną małomównością (*ostatnio tak mam. Siedzę, patrzę, słucham, wyglądam. Jest to tak wspaniałe, że chyba zacznę oznaczać te dni kwiatuszkiem w kalendarzu ;]).
Po jego wyjściu zaczyna wychodzić ze mnie kawa i pożytkuję energię szorując brodzik.
Dostaję weny do porządków i odkurzam cały dom wodnym odkurzaczem, w którym niedawno ktoś zostawił brudną wodę więc zamiast rozsnuwać delikatny zapach bryzy morskiej, smrodzę dom lekkim zapachem zgnilizny.
Dochodzę do wniosku, że zrobię pranie. Bach, bach, do pralki lecą szare dresy, miętowe bluzy, piżama z Minnie i reszta.
Piorę jeszcze czarną kurtkę, mundur, kapcie.
Piorę w rękach czapkę i chustkę w jaskółki.
Dalej mnie nosi, więc przecieram blaty w kuchni mokrą ściereczką.
Psikam blaty i wyspę jakimś śmierdzącym spray'em do kuchni i dalej sprzątam.
Gotuję zupę, gotuję makaron, myję gary.
Sprzątam okruchy, kawałki brokuła walające się po ladzie, mokre kubki z suszarki.
Kiedy siadam na fotelu - kot mości mi się na brzuchu, a pies w nogach, kiedy wychodzę po schodach, zwierzaki suną za mną, kiedy piorę - kot przechadza się po komodzie, kiedy idę do łazienki, muszę się przed nimi zamykać.
Ogólnie - zwierzaki chodzą za mną wszędzie.
Rozwieszam pranie, składam suche ciuchy, myślę, że przecież miałam chilloutować, więc robię sobie "zimowy peeling dłoni" i rozkładam się na łóżku z nogami do góry.
Robię zdjęcie jak leżę, potem zaczynam układać ciuchy w szafie i przecierać panele mokrymi sodowymi ściereczkami, regał Prontem, a stolik ściereczkami o świątecznym zapachu pomarańczy z cynamonem.









Dzień II:
Plan:
Zrobić coś inaczej


Myślę sobie, że dziś nie będę łapać pier***ca z porządkami.
Nie sprzątam, nie ogarniam, nic nie robię.
Wybywam z domu na pół dnia, bo chcę się spotkać z kuzynem, który przyjechał z Anglii.
Wspinam się na palce, żeby się z nim przywitać, piję herbatę za herbatą, migam się przed ciocią i jej ciasteczkami, piję kawę i dostaję głupawy. Jak zawsze.
Wracam do domu, dostaję opierdziel za nieodśnieżone podwórko, niesprzątniętą suszarkę i niezapalenie w piecu.

Dzień III:
Plan:
Odpocząć od pracy

Nad ranem budzi mnie telefon.
Z pracy.
Przed ósmą drugi - też z pracy.
Płatki, oczy, włosy, mycie, jadę.
Gadu gadu z dyżurnym, gadu gadu z każdym kogo spotkam.
Załatwiam co trzeba, podpisuję, zaglądam do szafki czy nie zostawiłam w niej nic co może odżyć (albo spleśnieć).
Po drodze z pracy zajeżdżam do koleżanki.
Tiu tiu, gadanie, poznawanie jej znajomych z pracy.
Rozmawiam o szynszylach, zgaduję miesiąc ciąży po rozmiarze brzucha, piję kawę z ekspresu, pomagam pakować paczki na Szlachetną Paczkę służąc głównie za taśmową. Robienie czegoś dobrego daje mi więcej radości niż endorfiny z zumby czy cokolwiek innego wyzwalającego hormony szczęścia.
W domu przynoszę węgiel z szopy, drewno zza szopy, wyrzucam śmieci, sprzątam suszarkę, myję naczynia, zamiatam, jem sałatę.
Biorę psa i idę na przeciw kuzyna.
Spacerujemy, brodzimy w śniegu, wracamy do domu.
Herbata, ciastka, moje anegdotki ze szkoły (mistrzostwo świata - czytać na głos swoje testy z facebooka o pracy nauczyciela i sama się śmieję...), chichotańce, moja opuchnięta krtań.
Wieczorny mroźny spacer, który miał dotlenić i sprawić, że będzie się dobrze spało.
W nocy mam problemy z zaśnięciem, nic nie pomaga, zasypiam o trzeciej.

Dzień IV:
Plan:
Odpocząć!

Rano śpię.
Nie budzi mnie kot, nie budzi mnie szef, nie budzi mnie budzik.
Nikt ani nic mnie nie budzi.
Jem śniadanie, zasiadam na fotelu oblężona przez kota i pilnowana przez psa, czytam thriller, mruczę ze szczęścia.
Jadę na zakupy, kupuję chleb z czarnuszką, surową gorzką czekoladę i trzy rodzaje szamponów.
Idę do cioci, ciocia nie namawia mnie już do jedzenia, gram z siostrą i kuzynem w "5 sekund". Po raz pierwszy przydaje się moja szybkość i wygadanie ;)
Wspinam się na palce, żegnam się z kuzynem, jadę do domu, sprzątam, ścieram blaty, robię pranie, jem sałatę (ciepłe posiłki na urlopie chyba nie są mi pisane), po południu idę do znajomych, gdzie mam gromadkę "swoich" ukochanych dzieci.
Noszę, tulę, podnoszę do góry, oglądam kolorowankę z Trollami, ściskam, daję się ściskać, rozmawiam o szkole, medalikach na Komunię i tęczowych getrach.









Dzień V:
Odpocząć!!!

Odpoczywam.
Śpię do dziesiątej.
O jedenastej idę do fryzjera.
Nakładanie farby, siedzenie z farbą, mycie, suszenie...
Siedzę.
Siedzę.
Siedzę.
Mam dość siedzenia.
Mam dość odpoczynku.
Nudzę się.
Męczę.
Czytam pół książki (*cudownej, wspaniałej, genialnej - Karin Slaughter "Płytkie nacięcia"), prawie dostaję zawału na widok swojej fryzury.
- O Boże. Ależ ze mnie... blondas - stwierdzam oszołomiona i proszę, żeby zrobić "coś", co sprawi, że jasne pasemka choć odrobinę się przygaszą.
Znów farba, znów siedzenie, znów mycie, znów czekanie.
Roznoszę fotel.
W głowie cieszę się, że nie zdążyłam wypić rano kawy.
Rozsiadam się na krześle po turecku, kręcę, wiercę jakbym miała owsiki.
Trzy godziny siedzenia?
Chryste Panie, tyle czasu na dupie?!
 
Wracam do domu, sprzątam, coś tam niby gotuję, składam wyschnięte pranie, składam ciuchy.
Przecieram podłogę w pokoju sodowymi ściereczkami.
Znowu są koty? No skąd, pytam? Skąd?
Wyrzucę te zwierzaki z domu.
Albo wygolę je na łyso.
Kapcie z biały futerkiem znowu się zabrudziły?
Wrzucam je do miski z Cocolino (jak tylko co drugi dzień).
Wyprana tyle co chustka przesiąknęła dymem papierosowym od "przyszytego" dziadka, któremu noszę swój uśmiech, młodość i dobrą energię, więc i ją szybko przepieram.
Piorę, przecieram umywalkę, przecieram meble w łazience.
Słucham muzyki, wietrzę buty z zumby, ratuję omdlewającego bambusa, układam nowe odżywki do włosów w skomplikowaną kompozycję.
Przekładam poduszki.
Książki.
Ciuchy.
Przecieram meble w pokoju.
Boże, ja tylko sprzątam i sprzątam.
Gdzież moja niezależność, młodość, staropanieńska wolność?
Taż ja się nadaję na kurę domową z tym swoim zapędem do mopa i Pronta!
Biorę się za pisanie.
Może przynajmniej zrobię karierę pisarską.
Na pewno.
Z pewnością.
Od razu.


Sobota:

Strasznie się cieszę, że zmienił mi się grafik i że w niedzielę idę do pracy.
Cieszę się tak bardzo, że jest to lekko anormalne.
Szczerzę się do swojego odbicia, szykuję ubrania, szykuję mundur.

Niedziela:

Niedzielna służba się przeciąga więc wracam do domu przed jedenastą.
Wcale, a wcale mi to nie przeszkadza.
Jem, kąpię się, czytam dwie strony książki, padam i śpię dobrze jak nigdy.

W pracy:

Szef mówi, żebym zaplanowała sobie urlop na przyszły rok.
Łapię się za głowę, wertuję kalendarz, sprawdzam kontakty do rodziny i znajomych za granicą.
Anglia, Włochy, Floryda.
Du**, nie mop!











 


 







sobota, 10 grudnia 2016

Karolinka ;]

Ostatnio w nocy nie mogłam zasnąć.
Głównie z tego powodu, że tego dnia została mi wytknięta moja nieumiejętność palenia w piecu, którą osobiście uważam za lekkie upośledzenie, bo niby nic trudnego, ale te pompki, srompki, cugi i srugi to dla mnie koszmar.
Było mi wstyd, że nie umiem tego zrobić, a przecież piec jak piec.
No kurde, przecież to nie statek kosmiczny.
Zwyczajny, normalny, durny piec.

Pamiętam nawet jak go kupowaliśmy i chociaż miałam wtedy jakieś osiem lat - pamiętam, że był to Sas 17. Pamiętam, że sprzedał go nam pan z plakietką "Mariusz" i że oglądałam wtedy w sklepie dużą trójkątną wannę i strasznie marzyłam, żeby taką mieć.

Ogólnie to pamiętam praktycznie wszystko z dzieciństwa.
Nawet to jak byłam ubrana na zabawie andrzejkowej w zerówce.
Miałam ubraną granatową sztruksową sukieneczkę z paletą farb i białą bluzeczkę w kolorowe kropki.
Pamiętałam nawet, że na zabawie mojemu ulubionemu koledze puściła się krew z pękniętej wargi i że wylosowałam z wielkiego worka małego żółtego bardzo mięciutkiego misia z niebieskimi i żółtymi łatkami na łapkach (*ale to tylko dlatego, że wyciągając zabawkę z wora wymacałam, że to mały badziewny plastikowy Mikołaj bez grama mięciutkiego pluszu, jakiego wylosowała połowa grupy, więc niby przypadkiem go upuściłam i macałam dalej).
Pamiętam też, że później tę sukienkę ubierałam lalce, którą się bawiłam. Masakra, że w wieku 5 lat byłam wzrostu lalki.
Ale ta lalka była ogólnie duża.
Taka wysoka i w sumie to strasznie brzydka.
Pamiętała jeszcze czasy mojej mamy.
Miała wyrwaną połowę włosów i jedno niedomknięte oko, przez co wyglądała trochę upiornie.
Była paskudna jak noc listopadowa, ale zawsze było to o jedno "dziecko" do ubierania w ciuszki więcej.
O, i miała jeszcze odgryzione paluszki u rąk, bo mój pies jako szczeniak poniszczył mi połowę zabawek (łącznie z nogami jedynego Kena z mydełkowatym wyrazem twarzy i włosami w sraczkowatym kolorze, którego w sumie nie lubiłam i nogami pięknego karego konia nad którym płakałam dwa wieczory).
Nazywała się Kasia, bo kiedyś była taka bajka o dziewczynce, której ktoś tam (a może ona sama, w końcu bajki są czasem brutalne) odciął nóżki, bo miała na nich tańczące pantofelki, w których nie mogła przestać tańczyć i nie mogła ich zdjąć więc polecieli po całości i obcięli jej buty razem z nogami...
W każdym razie:
Miałam jeszcze drugą lalkę.
Ta - równie stara i równie brzydka (też po mamie) miała porcelanową buźkę i oczka, które tak śmiesznie klikały jak się zamykały.
A zamykały się i otwierały za każdym razem jak się ową lalką potrząsnęło i w sumie jak się głębiej zastanowię to to klikanie było strasznie wkurzające.
Ona dla odmiany miała imię ruchome, w zależności od tego jak nazywało się najnowsze niemowlę w sąsiedztwie.
Akurat wtedy miała na imię Karolinka, bo tak - dla odmiany - miał na imię szczeniak sąsiadów.

Marzyłam o lalce z prawdziwego zdarzenia - takim bobasie jak z reklamy.
Najlepiej, żeby sikał i był łysy.
Ciocia z Ameryki obiecała mi, że taką wyśle i chociaż miałam już jakieś osiem lat - czekałam na tę lalkę jak na zbawienie.
Miała mieć w zestawie wanienkę, ręcznik i mydełko, więc byłam podjarana, że na pewno jest łysa i sikająca i przełknęłam nawet to, że wanienka i gadżety były różowe.

Lalki ostatecznie nie dostałam.
Przepłakałam kolejne dwa wieczory, bo pochwaliłam się koleżankom z klasy, że dostanę "bobasa" i śmiały się, że jestem kłamczuchą.
Ponieważ budowaliśmy się i mieliśmy w huk wydatków (np. zielony piec marki Sas 17), mama nie bardzo chciała mi dać kasę na lalkę, ale moja siostra mnie wsparła emocjonalnie i ostatecznie dostałam pieniądze.
Lalka kosztowała całe 38 zł i choć nie sikała to i tak byłam w siódmym niebie.
Nie pobawiłam się nią zbyt długo, bo szybko wyrosłam z lalek, ale i tak było fajnie ;)

Przewracając się więc w pościeli, tchnęło mnie refleksyjnie, jakie to dzieciństwo było proste, słodkie i niewinne i jaka byłam wtedy grzeczna, beztroska i naiwna, aż dotarło do mnie, że przecież naiwna to niestety dalej jestem.
Przykro mi się zrobić nie zrobiło, bo nie jestem zdolna do uczuć wyższych, ale udało mi się wykrzesać z siebie na tyle uczuć, że zaczęłam płakać (ostatnio dobrze mi to wychodzi, a najlepsze jest to, że nauczyłam się płakać równocześnie z uczeniem się strzelać, bić i dusić. Teraz to płaczę już prawie rekreacyjnie, przeważnie z byle główna albo żeby zasnąć) nad tym, że dziś mam pieniądze i widzę, że pewnych rzeczy i tak kupić nie można, no i z tą naiwnością najbardziej mnie jednak tchnęło, więc - płakałam całkiem żwawo.
Cicho, acz treściwie jeśli chodzi o ilość łez i ich szybki strumień.
Było to kojąco oczyszczające doznanie.
Takie w sam raz do poduszki.
Zrobiło mi się tak dobrze, że już myślałam, że odpłynę, ale wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że ta lalka o którą tak jęczałam ostatecznie została w starym mieszkaniu, kiedy wprowadziliśmy się do domu i że jak pojechałam na mieszkanie robić porządki to była zarośnięta pajęczyną i było na niej chyba z sześć pająków wielkich jak pięciozłotówki.
Wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że będąc kiedyś u babci - cioci - zakonnicy (...) w piwnicy były taaakie wielkie pająki, które mogłyby zjeść kota, a oprócz pająków to był tam cudowny, duży i strasznie zapuszczony ogród z trawą wyższą niż ja i że w tej trawie wylądował kiedyś cały garnek rosołu, który ugotowała ciocia, bo był tak ohydny, że wszyscy prawie rzygali na jego zapach.
Jak przypomniałam sobie tę konspirację żeby wygonić ciotkę - babcię - zakonnicę z kuchni, żeby pozbyć się zupy, jak przypomniałam sobie te długie obleśne kluski na krzakach, jak przypomniałam sobie te wakacje i te pająki to zaczęłam się strasznie śmiać.
Tak się śmiałam, że zaczęłam się cała trząść, wiercić, chichotać i kręcić po łóżku.

No i nie zasnęłam do trzeciej, a jak się obudziłam rano to byłam niewyspana, zła, wymęczona i miałam spuchnięte od płaczu oczy.
O.
Więcej nie będę myśleć o piecu...






czwartek, 8 grudnia 2016

Grudzień ;]

Szare dresy z plamą po lakierze do paznokci.
Czarna koszulka.
Wyprostowane włosy.
Zero makijażu.
Zero obiadu.
Dwa puste kubki - czerwony na kawę po kawie i pasiasty po herbacie (*brak pleśni - jeszcze nie ten etap).
Dwa rodzaje patyczków zapachowych, które złączyły się w jeden wielki miks - soczyście pomarańczowy z orzeźwiająco miętowym.
Ładnie zaścielona pościel, nieładnie niezłożone łóżko.
Ciuchy z prania połowicznie poukładane w równe kupki, połowicznie malowniczo rozwalone po fotelu.
Zrolowany kocyk w groszki.
Porzucone na podłodze kapcie w czerwoną kratkę.
Światło.
Światełka.
Zasunięte rolety.
Błysk w pokoju, dwa koty na podłodze.
Meble pachnące Prontem, rozsypane w nieładzie pocztówki, które miałam porozsyłać, ale oczywiście miałam nie po drodze.
Jedna skarpetka pod hula hopem, jeden przewrócony trampek, bambus wymagający podlania.
Ołówki ostre jak sztylety i pusty organizer.
Lekko przyćmiony spaniem umysł, lekki ból głowy, lekkie ssanie w żołądku.
Szmer laptopa.
Stukot palców.
Ciąg czarnych znaków wyglądających jak kontrastowy wzorek na biały tle.


Grudzień.
Grudzień zdecydowanie jest moją porą :)



czwartek, 1 grudnia 2016

Biały

Podniecałam się, podniecałam, to i mam.
Jak zawsze.
Chciałam swoją dzicz, swój spokój, swoje Bieszczady.
Kolorowe liście.
Drzewa.
Góry.
Góry, phi.

Taa...
Zaczęło się.
Zima.
Niby tak niewinnie, niby tak subtelnie.
Najpierw lekkie chłody, potem troszkę śniegu.
Małe zaspy, które posypane odrobiną brudu wyglądały jak lody straciatella.
A potem nagle bez ostrzeżenia: mróz, poranne drapanie szyb, przymarzanie rąk do kierownicy, mokre stopy, termogacie i wszystko na raz.

Niby jeszcze nie ma tragedii.
Rano ciepła kołderka, ciepły kaloryfer, ciepła piżamka i ciepłe skarpetki.
Ciepli domownicy, ciepła herbata, ciepła woda pod prysznicem.
Są poranki z płatkami przy wyspie, pakowanie, śpiewne tosty z meduzami w drodze, mówienie o nierozmawianiu, rozkołysane kołysanki, ulala i szczękanie zębami do rytmu.
Spokojna cicha droga, nucenie, skupienie.
A potem bach - i zaspy.
I zima.
I szklanka na drodze.
Mróz malowniczo malujący po szybach...
Zimny nos...
Dłonie.
Zamarzający długopis.
Zamarzający płyn do spryskiwaczy.
Zamarzające smarki...

Boże.
Ja nie przeżyję tej zimy ;D.
Ja już trzęsę tyłkiem i już zamarzam.
A ile to niby było mrozu? Pięć stopni?

Niby nie wyciągnęłam jeszcze ciężkiej artylerii w postaci miętowo szarej kurtki, futrzastego szalika i mega grubych rękawic rodem ze Skandynawii, ale to zachowuję sobie na większe mrozy. Te mrożące smarki w nosie.
Buty UGGi też będę nosić, a jakże.
Będę w nich śmigać, aż się będzie kurzyć.
I będę w nich kupować sojowe jogurciki i migdały w surowej czekoladzie, które mi tak ostatnio podeszły.


Jak już będę mieć swoje mieszkanie, będę mieć ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni.
Będę tańczyć boso po płytkach jak elf wśród jaśminu i tylko będę uważać, żeby się nie wypier***ić na czymś mokrym.
Będę mieć gazowe ogrzewanie, centralny odkurzacz, hydromasaż pod prysznicem i futrzasty dywanik w sypialni.

Jak będę mieć swój samochód to już ja zadbam, żeby miał podgrzewane fotele, kierownicę, funkcję grzania nerek i odmarzania nosa.
I odpowiednio wielkie koła, żeby się nie zagrzebywał w śniegu.

Wszystko będę mieć.
Wszystko.



                                                                                ***
Wpis pisałam wczoraj, kiedy śnieg przy drodze rzeczywiście wyglądał jak lody straciatella, a im głębiej w Bieszczady, tym więcej zasp.
Dziś rano podwórko tonęło w bieli.
Padało całą noc i cały dzień i jakoś nie widzę, żeby w najbliższym czasie miało być inaczej.
Wieczorna droga z pracy zajęła mi masakrycznie dużo czasu.
Jest tak biało, że biel bije mnie po oczach, a wycieraczki ledwo nadążają z ogarnianiem śniegu.
Mimo to po powrocie do domu ubrałam nieprzemakalne buty i wzięłam psa na spacer.
Obojgu nam się podobało, choć oboje musieliśmy brodzić w śniegu.
On z powodu krótkich łap, ja z powodu krótkich nóg.
Oboje wnieśliśmy do domu kupki śniegu, które od razu rozpuściły się w mało apetyczną breję.
Buty mam mokre, rękawiczki mokre, chustkę w jaskółki też mokrą.
Mam też rumieńce na twarzy, wyszczerz i iskierki w oczach.

Pewnie jutro połowicznie zamarznę na nocce, ale wiecie co jest pocieszające?
Że jak w sobotę zejdę z nocy ze sponiewieranymi od czapki włosami, zasiniałymi oczami i półprzytomnym spojrzeniem, wskoczę pod gorące strugi wody i pod ciepłą kołdrę w sowy.
Uśmiechnę się do ściany i do sufitu, zmierzwię radośnie prześcieradło i poklepię poufale poduszkę.
A potem zacznę dziewięciodniowy urlop ^^ ;].
O! ;)


poniedziałek, 28 listopada 2016

Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;]

Pakowałam się dwa dni.
Prostownica, ciuchy, pierwszej potrzeby kosmetyki w ilości takiej, jakbym jechała na wojnę albo przynajmniej w koszary ;).
Rzeszów przywitałam z uśmiechem, Rzeszów mnie chłodem.
Znajoma pani, u której się zatrzymałam od razu pokazała mi pokój, objaśniła topografię mieszkania i wręczyła klucze.
No i poszłam w tango ;)
Codziennie znajomi; z mieszkania, ze studiów, ze Szkoły Policyjnej.
Codziennie zakupy: od odświeżaczy powietrza i wegańskich past do chleba po bieliznę, spodnie z Calzedoni i piżamę. Z Minnie, bez Minnie.
Codziennie łażenie i "oddychanie miejskim powietrzem".
Chłonięcie miasta, tego tłoku, świątecznych dekoracji, hałasu, zgiełku, świateł, samochodów i szarych budynków.
Codziennie łaziłam do odcisków na stopach, codziennie poznawałam nowe trasy i skróty.

Już pierwszego dnia cieszyłam się, że nie wzięłam pokoju w bezpłciowym hotelu tylko skorzystałam z gościnności znajomej.
Wracałam do ciepłego mieszkania, gdzie szybko zadomowiłam się na tyle, że między bieganiem po mieście kwitłam na krześle w dresach i kapciach, sącząc herbatę.
Były rozmówki, pogaduszki, nawet telewizja z wiadomościami i wieczorny film.
Niby starałam się być gościem, którego nie ma, chociaż wyszczerzem i energią chętnie się dzieliłam.
Najbardziej pilnowałam się, żeby nic nie zniszczyć i nie zepsuć, bo ja to przecież jestem chodząca dziewczyna - demolka i im bardziej się staram, tym częściej w coś wpadam.
Najbardziej w mieszkaniu nęciły mnie książki i najchętniej zalegałam pod regałami, przeglądając opasłe tomiszcza.
- Ej, patrz co ona robi. Bezczelna. Przegląda nam książki. Ciekawe, co robi jak nas nie ma...
- Wtedy to już bezczelnie czytam - szczerzyłam się.

Praktyczna byłam za to pod kątem jedzenia.
Po prostu nie jadłam.
Pierwszego dnia kompletnie nic.
Drugiego zjadłam płatki i umyłam wszystkie znalezione w zlewie naczynia.
Trzeciego dnia zjadłam pół obiadu w wegańskim barze.
Potem zjadłam na mieszkaniu resztki.
- Jem - oznajmiłam triumfalnie, machając w powietrzu widelcem.
- Uff, no i wreszcie! - usłyszałam w odpowiedzi.
Potem znów wróciłam do płatków. Podgrzewając mleko w mikrofali poczułam dziwny swąd i w panice zaczęłam wołać domowników.
- O Boże, o Boże, zepsułam mikrofalę!
Mikrofala się nie zepsuła, ale następnego dnia dla bezpieczeństwa mleko grzałam w garnczku.
Garnczek zalałam wodą i zostawiłam w zlewie.
Rano o mało nie padłam na zawał, widząc, że zostawiłam tak namacalny ślad swej bytności. Dla spokoju ducha wymyłam wszystkie naczynia.
- Chyba zwariowałaś - usłyszałam w odpowiedzi.
Piątego dnia wsunęłam cały talerz ryżu z jabłkiem i cynamonem.
- Czyli jednak zdarza Ci się jeść, a nie tylko czerpać energię z kosmosu...? - usłyszałam ironiczne.
Mocą wziętą z kosmosu i cynamonu wyszczerzyłam się, chowając przebiegły uśmiech za kubkiem z setną z kolei herbatą.
Picie gorących napoi to mi wyjątkowo dobrze wychodzi ;)

Pilnowałam się bardzo, a najsumienniej pilnowałam swoich włosów.
Jeszcze nigdy nie wyciągałam ich z taką precyzją z wanny ^^.
Pewnie dlatego, że na ogół z wanny nie korzystam.
Czujnie rozglądałam się wkoło, żeby nie zostawiać po sobie miliona tajemniczych wacików, nie porzucać tuszu w dziwnych miejscach i nie zostawiać kubków tam, gdzie czytałam czyli wszędzie.
Jako istota rozkojarzona, specyficzna i zakręcona starałam się nie sprawiać wrażenia jakbym spadła z nieba i nie robić problemu z faktu goszczenia swojej skromnej osoby.
W zasadzie to zachowywałam się jak w domu, czyli w normalny dla siebie sposób - więcej mnie nie było, jak byłam to siedziałam i czytałam albo śmiałam się i gadałam.
Wszędzie chodziłam z herbatą i o wszystko pytałam, żeby nie dać się złapać na domowe pułapki typu odpadające drzwiczki czy zatrzaskujące drzwi.
Tak więc z dumą oznajmiam, że ostatecznie nic nie strąciłam, nie wylałam, nie zniszczyłam, nic nie eksplodowało, nie wybuchło, nie zatkało się i się nie stłukło ;).

Oprócz spotkań ze znajomymi (*ze wszystkimi i tak nie udało się spotkać, myślę, że dwie koleżanki będą miały o to lekkie pretensje, więc publicznie ogłaszam - w grudniu mam urlop, jeszcze mogę Was nawiedzić, zaszczycić mieszkanie swoją osobą i zakwitnąć i w Waszych fotelach z kubkiem, jeśli zniesiecie mój nadmiar energii i fakt, że będę kręcić głową za każdym razem kiedy dacie mi coś do jedzenia) miałam też oczywiście wychodne.
Obskoczyłam dwa kluby podczas jednej imprezy, spałam w jednym łóżku z dziewczyną, z którą kiedyś spałam w jednym pokoju ("Ale Ty znormalniałaś. Nie rzucałaś się, nie łaziłaś, nie gadałaś przez sen. Normalnie Cię nie poznaję"), tradycyjnie nie jadłam, tradycyjnie mało piłam, tańczyłam bardzo chętnie.
Na imprezę nie udało mi się pójść w zwykłej czarnej koszulce, ale nie dałam na siebie wcisnąć nic prześwitującego, bo chciałam iść tańczyć, nie wyrywać ani być wyrywana, a nieodpowiedni strój wiąże się z nadmiernym zainteresowaniem nawet jeśli wygląda się niepozornie.
Oczy łaskawie pozwoliłam sobie pomalować, chociaż widząc odrobinę brokatu na powiekach aż się zapowietrzyłam, bo świecić to ja lubię tylko iskierkami w oczach.
W sumie nie wyglądałam ani wyzywająco ani dziecinnie.
Wyglądałam prawie normalnie, przy czym inaczej, bo byłam odstawiona bez odstawienia.
Kreski na powiekach, odrobina cieni, dobrze dopasowane ciuchy - ani za fikuśne, ani za skromne.
Generalnie wyglądałam jak kot, bo miałam panterkową bluzkę bez ramion i choć lamparcich wzorków nie cierpię - przyznam, że do obcisłych ciemnych dżinsów, czarnych kozaków typu "cichobiegi" bez obcasów, koturnów czy platform i prostych rozpuszczonych włosów wyglądało całkiem dobrze.
Wyglądałam trochę jak taka miniaturka; ni to kobieta, ni kot, ni nastolatka, przy czym nie dało się ani jednoznacznie określić mojego wieku ani charakteru ani niczego innego.
Ani nie byłam królową parkietu ani jej gwiazdą.
Poderwać się nie dałam, bo bez sensu dać się poderwać wtedy kiedy wygląda się inaczej niż zwykle i przyciąga się do siebie samym wyglądem.
Jednak chyba wolę, żeby ktoś leciał na mój wewnętrzny niż brokatowy błysk ;)
No i - z całym szacunkiem - nie ma nic trudnego w przyciągnięciu do siebie facetów jeśli ma się fajne ciuchy i makijaż.
Żaden szał, żaden problem, żadna przyjemność.
Wyglądać "wow" też żadna sztuka przy odpowiednim doborze tony kosmetyków czy mazideł plus obecność kogoś kto posiada umiejętność ich użycia, najlepiej obyta w babskim świecie koleżanka.
Wszystko można podkreślić, zatuszować, skorygować i wszystkim można olśnić jak się posypie czymś odpowiednio błyszczącym, tylko po co?
Zdjęcie w lustrze z całą tą otoczką kosmetyków, ubrań i nowych spodni też sobie daruję, jeszcze nic mi nie padło na mózg i ani mi się śni świecić, błyszczeć, wabić, liczyć lajki czy podniecać czyimś podniecaniem.
Fajnie było tak dla odmiany ubrać się ładnie i imprezowo, wyjść z domu i się pobawić, ale na dłuższą metę ja i tak wolę siebie w normalnym wydaniu.
I zdecydowanie wolę swoją bezpretensjonalność, swoje proste ciuchy, bluzy i tusz na rzęsach niż bycie "gwiazdeczką" z pretensjonalną nutką w głosie.
Nie jestem aż taką ignorantką i nawet mając swój świat i swoje poglądy ja mniej więcej wiem, co przyciąga i wiem, jakie dziewczyny lubią faceci.
Dziewczyny modeleczki.
Dziewczyny ozdoby.
Dziewczyny gwiazdeczki.
Dziewczyny, które wyglądają, dziewczyny, które są, dziewczyny, którymi można się pochwalić.
Ale wystarczy mi, że to wiem.
Jakoś nie mam aspiracji, żeby być dziewczyną ozdobą czy dziewczyną, która wygląda.
I nikt się mną nie musi chwalić ani dla nikogo nie muszę błyszczeć ;)

Chociaż po powrocie do domu i tak ostatecznie skończyłam jako "gwiazdeczka".
Babci, bo spędziłam z nią całe przedpołudnie i pościeliłam jej łóżko co oznajmiła już chyba wszystkim w promieniu kilometra i znajomej nauczycielki, która poprosiła mnie o przysługę.
Pod koniec tygodnia wybywam więc do szkoły czytać dzieciom bajki, a przyznam, że wśród dzieci, szczególnie tych które uczyłam  - zdecydowanie robię za "gwiazdę". 
I tak - zdecydowanie - mogę gwiazdorzyć ;)
Wchodzę, uśmiecham się, dzieci się do mnie kleją, ja im na to pozwalam.
Błyszczenie, wabienie, lansowanie i pozowanie zostawiam innym.
Pretensjonalne głosiki, szczyptę arogancji, puder, nosowy głos, wysokie mniemanie o sobie, najwyższe szpilki świata i fotki w markowych ciuchach w lutrze też.
Mi wystarczą iskry w oczach.
Żaden szał, żaden problem, sama przyjemność ;)





niedziela, 20 listopada 2016

Udomowienie bieszczadzkiego kota (part II) ^^

Bieszczadzki kot po półrocznej niewoli zaczyna dostrzegać coraz więcej uroków powrotu do dawnego życia.
Z jednej strony wypuszczony na wolność, z drugiej zadomowiony.
Wygłaskany, wychuchany, odpędzający się od rąk, słów i wywracający oczami na przejawy naopiekuńczości, znów wrócił do siebie.
W przenośni i dosłownie.
Upojony wolnością, świeżym bieszczadzkim powietrzem (które powoli zaczyna już mrozić smarki w nosie...) i optymalną ilością snu, która wyjątkowo dobrze mu robi - wygląda jak chodząca reklama witalności.
Jego oczy błyszczą zdrowym blaskiem, wysyłając czasem radosne, czasem gniewne błyski, okrywa włosowa połyskuje jakby była posypana brokatem; nawet skóra nabrała zdrowego wyglądu, chociaż wszyscy zgodnie twierdzą, że jest zbyt pomarańczowa i radzą odstawić marchewki.
Kot lekko wysmuklał, choć łap mu to niestety nie wydłużyło...

Bieszczadzkiego kota wiecznie rozpiera energia, pozytywne nastawienie i obrzydliwie dobry nastrój, najczęściej bez powodu.
Dzieje się tak głównie dlatego, że kot wreszcie wypoczął.
Deficyty snu dość szybko zostały wyrównane dzięki kilkakrotnemu pełnowartościowemu spoczynkowi nocnemu, a także przez początkowe codzienne spanie do oporu i dziś bieszczadzki kot znów żyje w zgodzie z naturalnym biorytmem, budząc się o świcie i układając się do snu po zmroku.

Bieszczadzki kot ponownie znalazł się w warunkach sprzyjających zdrowemu rozwojowi.
Ma szeroki dostęp do naturalnej żywności, czyste powietrze, legowisko pełne miękkich poduszek, rozrywki intelektualne, czas i przede wszystkim chęci.
Miłe otoczenie, ładne przedmioty wkoło, jakość, ciepło i wygoda znów stały się stałymi punktami codzienności kota, a rozpieszczanie i obejmowanie go troską pozwoliło zapomnieć o tym, do czego tęsknił.


Bieszczadzki kot słynący ze swej lekko dzikiej natury, uspokoił się nieco i zadomowił, choć początki adaptacji były ciężkie.
Zdziczały, odwykły od codziennych wygód tego świata i nieprzyzwyczajony do obecności ludzi, których tryb życia odbiega nieco od trybu życia kota, musiał nauczyć się jak przetrwać w otoczeniu rozgadanych i rozemocjonowanych istot.
Pierwsze dni w nowym otoczeniu były niepewne, nowe i zwyczajnie trudne.
Bieszczadzki kot czuł się lekko zdeprymowany i zagubiony, a nowe obowiązki, ludzie i sytuacje wcale mu w tym nie pomagały.
Z pomocą przyszło jak zwykle zrozumienie i czas, który pozwolił na oswojenie się z tym, co inne.
Środowisko domowe, które przytłaczało kota pytaniami i dociekaniami, drażniło wysokimi tonami niepotrzebnych rozmów i męczyło troską szybko stało się czymś zwyczajnym i czymś, do czego chętnie się wraca.
Kot nauczył się nadawać na jednej fali z resztą domowników, usiłując posługiwać się z nimi tym samym językiem.
Wyrażanie emocji i uczuć wciąż są dla kota trudne, dlatego nie stara się na siłę zrozumieć ani pokazywać, co czuje, gdyż zwyczajnie tego nie wie, jednak utrzymywanie relacji na minimalnym poziomie i nie pozwalanie na zbytnie ingerowanie w swoje życie pozwalają na zachowanie zdrowej równowagi.
Nowe wyzwania i zadania kot rozpoczął od solidnej nauki od mądrzejszych i bardziej doświadczonych, a dzięki swojej chęci do działania szybko zaczął wdrążać się w to, co nowe i dotąd nieznane.

Jeśli chodzi o zachowanie, początkowo bieszczadzki kot był mocno wyciszony.
Stonowany i spokojny, z jednej strony śmiertelnie poważny, z drugiej chłodny i racjonalny.
Przez chwilę był nawet cichy, grzeczny i potulny, jednak po kilku tygodniach, kiedy przywykł do nowego systemu i stylu życia zaczął przejawiać pewne oznaki swej dawnej żywiołowości.
Znów pojawiła się chęć do psot i zaczepek, wygłupy, lekkie oznaki niewyżytości i nieokiełzania.
Powrócił charakterystyczny ogień w oczach i zawadiacka mina.
Wróciła też siła, zadzior i hart ducha, a także ochota by robić coś spontanicznie.
Kot nie zawsze jest w stanie poradzić sobie ze swoim temperamentem, choć aktywność fizyczna jest jednym z jego sposobów na to, by spożytkować nadmiar energii.
Znowu jest silny, szybki, gibki i zręczny.
Wspina się, skacze, biega, turla, skrada.
Dalej lubi się droczyć i zaczepiać.
Choć kot stał się łagodniejszy i grzeczniejszy, bywa, że sprowokowany atakuje, a jego ataki wciąż wyglądają w ten sam sposób.
Szybko, gwałtownie, ni stąd ni z owąd, na ogół z wyskoku.
Póki co nowe otoczenie zyskało już zarys charakteru kota i ocenia go jako zadziorny, przewrotny, lekko nieprzewidywalny, co też pozwala kotu na utrzymanie zarówno dystansu, jak i optymalnego poziomu spoufalenia.

Na co dzień kot budzi się w zgodzie ze swoim naturalnym biorytmem, wstając w dobrym humorze i w pełni sił.
Ziewa, przeciąga się i wyskakuje z legowiska z zapałem do działania.
Noce kot przesypia w całości, zniknęły prawie całkowicie problemy ze snem. Przed snem wciąż mruczy, na śnie dalej się kręci.
Potrzeba snu w dzień została zredukowana jedynie do kilku godzin odsypiania nieprzespanych nocy.
Noce, podczas których bieszczadzki kot musi wykazać się trzeźwością umysłu i aktywnością wciąż są dla kota nieco otumaniające, jednak dzięki kofeinie jest w stanie przetrwać całą noc na pełnych obrotach.
Po nocnej aktywności kot potrzebuje regeneracji.
Zmęczony i senny kot jest mocno drażliwy, a często nawet wybuchowy.
Wybuchowość wiążę się z agresją, najczęściej słowną, z tego względu lepiej trzymać się z daleka od sfrustrowanego zmęczeniem kota i absolutnie nie wybudzać go ze snu.

To co najbardziej męczy kota w nocy to jego trudności z utrzymaniem ciepła.
Z powodu błędu w kodzie genetycznym bieszczadzki kot cierpi z powodu braku odpowiednio grubej ilości tkanki tłuszczowej, która pomogłaby mu przetrwać chłody.
Choć usytuowana w okolicy klatki piersiowej ochrona zapewnia kotu ogólną sympatię otoczenia i żywe zainteresowanie swą osobą, nijak nie spełnia swych funkcji grzewczych, wobec czego kot chętnie spędza czas przy kaloryferze, piecu lub innych źródłach ciepła.
Zdobywanie pożywienia także nie nastręcza kotu problemów i od paru tygodni dieta kota stała się bogata w składniki odżywcze i witaminy.
Kot bazuje głównie na świeżych owocach i warzywach, zbożach, pestkach i nasionach, które zapewniają jego włosom połysk, skórze czystość, a organizmowi odporność.
Jedynie wkoło oczu kota pojawiły się lekkie zasinienia, na które otoczenie zwraca uwagę.
Zasiniałe obszary są jednak czymś normalnym i naturalnym jako reakcja na przełączenie się na funkcjonowanie nocą.
Widoczne zmiany są jak znak ostrzegawczy, który pokazuje, że niedospany kot może być niebezpieczny i że wtedy lepiej się do niego nie zbliżać.



Bieszczadzki kot zrobił się chyba trochę bardziej wrażliwy, żeby nie powiedzieć, że kruchy, co przy tym, że stwardniał i zrobił się odporniejszy brzmi jak zwykle paradoksalnie.
Dalej mało subtelny, dalej bezpośredni, konkretny, wredny, męczący, rozpuszczony.
Jeśli chodzi o stosunki międzygatunkowe - kot wciąż utrzymuje przyjazne relacje ze swoim najbliższym otoczeniem.
Ufnie i chętnie podchodzi do swoich, a od pewnego czasu powoli zaczął dawać szanse nowym osobnikom, szczególnie jeśli spędza z nimi dużo czasu.
Czasem się zrazi, czasem sparzy - szczególnie jak da do siebie podejść za blisko albo jak pozwoli na za dużo. Wtedy znów lekko się cofa, ochładza stosunki i robi się dziki, jak na dzikiego kota przystało.
Bieszczadzki kot jest oryginałem samym w sobie, gatunkiem praktycznie wymarłym i zjawiskiem na tyle rzadkim, że doskonale zdaje sobie sprawę, że znalezienie drugiego tak dziwacznego stworzenia byłoby trudne albo wręcz niemożliwe, dlatego póki co nie myśli jeszcze o tym, by szukać czegokolwiek lub kogokolwiek, a szczególnie dziury w całym.
Jest mu dobrze, kiedy ma zajęcie, możliwość wytracenia niespożytej mocy w zabawie, rozwijaniu zainteresowań, przebywaniu w przyjaznym mu środowisku i rozpieszczaniu.
Bieszczadzki kot nie przekonał się chyba jeszcze do idei łączenia się w pary, choć jest na tyle ustabilizowany i otwarty, że byłby skłonny podjąć ryzyko i spróbować pozwolić komuś do siebie podejść na odległość bliższą niż dwa metry.
Bo bieszczadzkie koty można podejść.
Tylko umiejętnie.
Na pozwoleniu podejścia póki co kończy się kocia odwaga, a z racji tego, że bieszczadzki kot jest stworzeniem raczej bezpośrednim i konkretnym, nie bawi się w żadne emocjonalne gry, zachęty, zwody i obietnice, które są tylko pustymi słowami.
Kot nie lubi słów, choć biorąc pod uwagę tę ilość, którą codziennie wypowiada ciężko w to uwierzyć.
Słowami można się bawić, a zabawa to przecież sposób na oswojenie rzeczywistości.
W słowa i zapewnienia kot dalej nie wierzy, wierzy za to w czyny i na czyny patrzy.


Kot stał się więc poniekąd trochę maskotką, trochę drapieżnikiem, trochę oswojonym zwierzęciem domowym, trochę stworzeniem samotnym, a trochę stadnym - w zależności od dnia, nastroju, potrzeb, chwili i otoczenia.
Częściowo zdystansowany, częściowo przymilny.
Trochę się łasi, trochę od siebie odpycha.
Ni to wabi, ni to drapie.
Chodzi swoimi ścieżkami, ma swoje dziwactwa, robi wszystko tak jak chce, śpi powykręcany jak zawsze, mruczy, pręży się, przeciąga i ziewa.
Jak to kot, w dodatku bieszczadzki... ;)



PS Część pierwsza, jakby ktoś pytał (i się bardzo nudził ;]).
 https://little-misss-naughty.blogspot.com/2016/04/dzien-z-zycia-bieszczadzkiego-kota.html





środa, 16 listopada 2016

Syndrom odstawienia ;]

Odstawiłam rurki.
Leki, antybiotyk i płyny dezynfekujące też.
Zaczęłam używać łyżeczek do jedzenia.
O - i jeść też zaczęłam.
Buzi już nie mam jak chomik i przepełnia mnie niczym niekrępowana radość, że mogę gryźć.
Ludzi jeszcze nie zaczęłam ;)

Mam trochę wolnego, więc... Co ja to robię?
Wszystko.
Chodzę po koleżankach, huśtam kilkumiesięczniaki, odwiedzam dzieci w szkole, wychodzę kretyńsko na zdjęciach...
Kurde i weź tu zdobądź pisarską sławę i uznanie, skoro nie możesz się do ludzi pokazać na zdjęciach, bo co jedno to i gorsze i na jednym wygląda się jak pyza, a na drugim jak homo niewiadomo.
Koniec, nie będę się fotografować, nie ma opcji.
Jak mnie zobaczycie to tylko na żywo.
Albo pierdzielnę sobie selfie srelfie jak ostatnio po winie.
Na selfie każdy wychodzi ładnie.

Ja za to wrzucam linki do bloga, bo kto bogatemu zabroni.
Wrzucam też na luz i przestaję się przejmować głupotami. Cyckami, ludźmi, ściskaniem w trzewiach z frustracji. We właśnie takiej kolejności.
Przerzuciłam się już też na kombinezony do spania (zdjęcie sobie daruje, ale jestem pewna, że z miejsca byście padli ^^), zimowe buty, rękawiczki, czapkę i krem na mrozy, choć mrozy póki co całkiem nieduże.
I na czerwone kubki, zwłaszcza na kawę (*kofeina mi prawie nie szkodzi. Prawie), kluczyk i koniczynkę zamiast nieskończoności.
Do zimy jeszcze się psychicznie nie przyzwyczaiłam.
Chyba nie byłam na to gotowa.

W tym roku w ogóle na nic nie byłam gotowa.
Wiosnę przespałam, lato przegapiłam, jesieni nie zauważyłam, a zima mnie zaskoczyła.
Dobrze, że mam chociaż opony zimowe w nieswoim aucie, kurtkę z alarmem lawinowym, chociaż nart to ja na nogach nie miałam i UGGi, których miałam nie nosić, bo tu- tiu tiu - znowu jogurtki sojowe, a buty czysta skóra, ale ciul.
Kupiłam sobie szare podkolanówki ze wstążeczkami, szary pojemnik na pranie, szare prześcieradło i czarną parasolkę.
Zapachniłam sobie pokój odświeżaczem wersja a'la święta, bo nigdzie mięty i białej herbaty nie uświadczy, a do Rzeszowa po pachnące patyczki jechać nie będę.
Do Rzeszowa swoją drogą to się chcę wybrać za tydzień, bo mam wolne.
Chodzę wciąż namiętnie na zumbę, skaczę jak potłuczona, wybieram się na charytatywny maraton i w ogóle ogólnie to mnie nosi jeszcze bardziej niż zwykle.
Z tego wszystkiego to ostatnio mniej czytam, a odstawienie książek kończy się tym, że pisać mi się chce i palce mnie dziwnie świerzbią, więc pisać też piszę jak potłuczona, aż mi się wyszczerbił kubek, o.

Tak ładnie woalowałam wpisy, tak pokrętnie pisałam i tak kodowałam, że już mi się w oczach zrobiły małe pytajniczki zamiast źrenic, więc w końcu muszę pęc, pęknąć czy whatever ;].
Tyleee.
Do spania!












poniedziałek, 14 listopada 2016

Kiedyś ^^

Kiedyś napiszę coś mądrego.
Kiedyś nauczę się robić sobie kreskę na górnej powiece i malować rzęsy bez robienia przy tym min jakbym była upośledzona.
Kiedyś zacznę mówić cicho, wolno i spokojnie i absolutnie nie będę przy tym gestykulować.
Albo kiedyś w ogóle nie będę nic mówić. Będę siedzieć, patrzeć, pachnieć i wyglądać.
Kiedyś przestanę kręcić się podczas siedzenia i nie będę wszędzie siadać po turecku, zwłaszcza na chybotliwych taboretach, wysokich krzesłach i oparciach od fotela. A już na pewno nie będę robić tego w sukience.
Kiedyś przestanę wymawiać się brakiem czasu, pisaniem, siłownią i pracą i zacznę poświęcać znajomym tyle czasu, ile oni poświęcają na czytanie mnie.
Kiedyś przestanę nadużywać słów "nieszczęsny", "subtelnie", "namiętnie" wtedy kiedy nie potrzeba.
Kiedyś zacznę wreszcie rozwijać swoje ukryte talenty i zdolności w sposób, który przyniesie mi coś pożytecznego.
Kiedyś nie będę głośno śpiewać piosenek, jeśli nie znam słów.
Kiedyś będę pisarką, będę się pławić w groszkowanych kocach i kubkach po herbacie.
Kiedyś będę liczyć w głowie słowa, które składają się na jedno wielokrotnie złożone zdanie i jeśli przekroczy ono niedozwoloną liczbę to nie wypowiem go na głos.
Kiedyś przeczytam wszystkie te książki, które mam na regale.
Kiedyś nie będę szczerzyć się na widok znaku Poczty Polskiej, dziuni w białych kozaczkach, dzieci ze smartfonami i facetów w rurkach chodzących jakby mieli kij w tyłku.
Kiedyś przestanę się podniecać padającym śniegiem, wiatrem, widokiem za oknem.
Kiedyś okiełznam się na tyle, że będę ogarnięta, odpowiedzialna, spokojna i opanowana.
Kiedyś nauczę się zadawać pytania, które chcę zadać i mówić głośno, to co chcę powiedzieć.
Kiedyś będę umiała poznać kto jest fałszywy/kto mnie lubi, a kto mnie podrywa zanim pół miasta dowie się czegoś na mój temat/ zanim sam mi to powie i zanim wejdzie mi do łóżka.
Kiedyś kupię jakiś modny ciuch i ubiorę się porządnie i elegancko od góry do dołu, nie nosząc szarej bluzy, sfatygowanych dresów i troczących się kolorowych rękawiczek.
Kiedyś jak ubiorę sukienkę to nie będę turlać się w niej z psem po podłodze tylko założę buty na obcasie i przeparaduję w nich majestatycznie, nie wybijając sobie przy tym zębów.
Kiedyś przestanę kiwać się na dźwięk muzyki, wygłupiać pod prysznicem i tańczyć w samych skarpetkach podczas ubierania.
Kiedyś nie będę dusić kolegów i już nikt nie będzie się bał odwracać do mnie tyłem.
Kiedyś użyję pudru do twarzy, lakieru do włosów i cieni do powiek.
Kiedyś nie będę paradować pół dnia w ręczniku i nie będę zaskoczona musiała gnać po spodnie kiedy kurier zadzwoni do drzwi, a ja biegam po domu w koszulce, bokserkach i skarpetkach.
Kiedyś będę mogła pić kawę i nie będę po niej chodzić na czworakach po salonowym narożniku, gryźć pasa w aucie i skakać przez wyspę w kuchni.
Kiedyś nauczę się szyć, prasować koszule i składać prześcieradła.
Kiedyś nie będę przeskakiwać przez płot, łazić po murkach i spacerować po korytarzach na "taczkach".
Kiedyś nie będę przeklinać, bo młodej damie nie przystoi ;)
Kiedyś nie będę tak bezpośrednia, że walę wszystko prosto z mostu tylko zacznę tajemniczo milczeć i nauczę się trzepotać tajemniczo rzęsami.
Kiedyś nie będę miała problemów z powstrzymywaniem się od śmiechu.
Kiedyś przestanę się huśtać na bramie, podciągać na rękach na schodach i wspinać po wszystkim możliwym do wspinania.
Kiedyś ugotuję coś porządnie i nie będę podjadać podczas gotowania, tylko wyłożę jedzenie na talerz, udekoruję go kleksem octu balsamicznego, płynnej czekolady i listkiem mięty, którego - obiecuję, że nie zjem - i dostojnie zjem posiłek siedząc spokojnie i używając do jedzenia wszystkich tych śmiesznych specjalistycznych widelców i widelczyków.
Kiedyś nauczę się robić wystudiowane miny i nie będę odwalać takich wyszczerzy, że oczy maleją mi do wielkości szparek.
Kiedyś będę grzeczna, cicha i potulna.
Kiedyś nie będę spać w piżamie z Myszką Minnie i chodzić w kapciach, w których można ślizgać się po płytkach tylko będę ubierać do łóżka satynową piżamę i przechadzać się po domu w baletkach z oślej skórki, a po wyjściu z łóżka nie będę mieć na głowie buszu tylko fryzurę godną księżnej Kate.
Kiedyś ubiorę ładne kolczyki i nie będą one miały kształtu jaszczurek ani zamków błyskawicznych.
Kiedyś zacznę wyrywać sobie sama brwi i przestanę być taką ignorantką w babskich sprawach, a już na pewno nie będę się śmiać z czyjegoś pomysłu na życie, jeśli na co dzień maluje paznokcie na różowo.
Kiedyś nie będę fikać, skakać do kolegów, którzy się ze mną droczą, a już na pewno nie będę wskakiwać im na plecy.
Kiedyś pójdę na siłownię i będę wdzięcznie pedałować na rowerku, a z kucyka nie wymknie mi się ani jeden kosmyk włosów. I nie będę się już poniewierać przez dwie godziny do takiego stopnia, że wyglądam jak upiór i z każdym machnięciem kucyka robię z siebie żywy zraszacz sali.
Kiedyś przemyślę swój stosunek do związków, facetów i zobowiązań, a może nawet najdzie mnie fantazja na temat wspólnego mieszkania czy tupotu stópek po parkiecie.
Kiedyś nie będę pierwsza zsuwać szpilek na weselu i nie będę skakać tylko łagodnie się kiwać.
Kiedyś oduczę się oblizywać palce podczas jedzenia lodów, siorbać kiedy piję mrożoną kawę przez rurkę i machać kucykiem do rytmu muzyki, nawet tej w mojej głowie.
Kiedyś przestanę na wszystko reagować dziecięcym entuzjazmem.
Kiedyś pooglądam jakiś film od początku do końca, bez skakania po łóżku, bez jęczenia, że mi się nudzi. O i po łóżku ogólnie przestanę skakać, przestanę bić się na poduszki, rzucać w kogoś kapciami i grozić, że mogę gryźć, bo szczepiłam się na wściekliznę.
Kiedyś pójdę do kościoła i zamiast śmiać się z dzieci, zawodzących przygłuchawych staruszek i fałszującego księdza będę wsłuchiwać się w słowo Boże. Prychać, parskać i wywracać oczami też przestanę.
Kiedyś przeczytam coś głębokiego i nie będzie to thriller, gdzie trup się ściele.
Kiedyś uspokoję się do tego stopnia, że nikt nie będzie mi musiał grozić kneblem ani kajdankami, żeby mnie uciszyć. 
Kiedyś przekonam się do jakiegoś ładnego sweterka i ubiorę go zamiast bluzy z kapturem.
Kiedyś ubiorę nawet szpiki i obcisłą sukienkę.

Kiedyś.
Kiedyś na pewno ^^.

Ale teraz...
Teraz dalej będę spać z Minnie na piersi, siadać po turecku wszędzie, nawet na rodzinnych spotkaniach, wchodzić do pomieszczeń przez okna, wyjadać listki mięty z deserów, robić "taczki" dopóki będę miała kogo gnębić, żeby mi je zrobił, nosić dresy albo chodzić w samej koszulce, bokserkach i skarpetkach, nosić bluzy z kapturem, robić fikołki w sukience, ściągać pierwsza szpilki na weselach, wskakiwać na kolegów od tyłu, oblizywać palce, wspinać się po meblach, skakać po łóżkach i forsować płoty.
No ba  ;] ^^.







sobota, 12 listopada 2016

Po amerykańsku ;)

Postanowiłyśmy zrobić sobie z przyjaciółką wieczór jak z amerykańskiego serialu.
Z pogaduchami, piciem wina, wspominaniem szczenięcych lat i pląsami w piżamach.
Wyszło prawie po amerykańsku.
Prawie.
Bo to nic, że to ja się do niej wprosiłam, skoro mieszka sama w mieszkaniu po babci.
To nic, że zrobiłam jej nalot praktycznie zaraz po służbie.
Z pełną torbą, swoim mlekiem sojowym, płatkami w zielonym pojemniku, kapciami i podkrążonymi oczami.
To nic, że byłam połowicznie zmęczona, a połowicznie nakręcona.

Na wstępie uznałam, że jest mi zimno i poodkręcałam wszystkie możliwe źródła ciepła na maksa.
Oplotłam się chabrowym kocem, poiłam się gorącą herbatą o smaku tropikalnych owoców i ubrałam aseksualne grube skarpetki.
Następnie zaczęłam rozgrzewać się od środka białym winem.
Wina na początku nie mogłyśmy otworzyć, cierpiąc na brak korkociągu (ona) i upośledzenia społecznego (ja), które obejmuje nieumięjętność otwierania wina, pewnie głównie spowodowana tym, że na ogół nie piję  więc...
"Mam na sobie elegancki miętowy sweterek w kropki i mam fazę" - stwierdziłam po paru łykach.
Rozchichotałam się, zmieniłam miętową kreację na piżamę i zaczęłam drugą część świrowania.
Tańczyłam po pokoju z zabawkowymi kościotrupkami, twierdziłam, że lubię disco polo i przytulałam się do kaflowego pieca.
Obejrzałam "Damy i wieśniaczki", doszłam do wniosku, że mam cudowne życie, genialną prostownicę, wygodne łóżko, ładny regalik na książki i mięciutkie skarpetki, które uwieczniłam na zdjęciach, przebierając palcami, żeby tchnąć w nie trochę życia, skoro wyglądają jak pingwinki.
Wygłupiałam się, kręciłam bardziej niż zwykle, gadałam szybciej, więcej, głośniej.
Mówiłam od rzeczy, przechodziłam z tematu na temat, debatowałam to o tym, to o owym, głównie o niczym.
Zamiast śpiewać "chcę spędzić resztę życia z Tobą w parze", śpiewałam "w barze" i dziwiłam się czemu przyjaciółka płacze ze śmiechu.
Urządziłyśmy sobie z Goś. sesję zdjęciową z rąsi, produkując zdjęcia w coraz mocniejszym stopniu wypieków na twarzy, piłam to ze swojego, to z przyjaciółkowego kieliszka, zażyczyłam sobie kubka herbaty, a najlepiej to dwóch i ogólnie robiłam dużo ruchu.
Zaczęłam przysypiać w trakcie trzeciej lampki, udawałam przytomną, kiedy przyjaciółka spytała: "Śpiiiisz?", wszystko kwitowałam śmiechem, chichotałam praktycznie cały czas, a jak nie chichotałam to gadałam.

Padłam po drugiej, wstałam przed dziesiątą, podgrzałam mleko w emaliowanym garnku, zażyłam antybiotyk.
Czytałam tekst na opakowaniu niemieckiej herbaty, wczuwając się w to tak bardzo, że o mało nie zaczęłam jodłować.
Zaczęło mnie lekko nużyć, więc walnęłam sobie czarną kawę.
Zainspirowało mnie to do śpiewania.
Podśpiewywałam "Czarny chleb i czarna kawa, opętani samotnością" w pokoju, "Trum, trum, misia Bella" w kuchni i "Jesteś taka jak ja, lubisz to lubisz" w łazience.
Pomalowałam pazury u nóg na czerwono.
Siedziałam wydymając policzki z płynem do dezynfekcji ust, porozumiewając się z Goś. chnykaniem i mruczeniem.
Zażyczyłam sobie kolejną herbatę i siedziałam z plasterkami ogórka na powiekach, twierdząc, że będę teraz leżeć i pachnieć.
Śpiewałam piosenki z Disney'a, ruszałam do rytmu palcami u stóp, tańczyłam kroki z zumby do Biebera i opowiadałam koleżance takie głupoty, że dziwię się, że mnie nie zamordowała.

Na koniec uznałam, że jestem zmęczona wygłupami, że kawa jednak za bardzo idzie mi do głowy, że mam ładną apaszkę w jaskółki i rękawiczki pod kolor i ciekawe czemu mam takie zasinienia pod oczami, skoro cały ranek robiłam sobie ogórkowy okład.
Wstałam, ubrałam się, potknęłam na kapciach w przedpokoju, o mało nie zmiotłam chustką połowy kremów i perfum na komodzie przyjaciółki, wyściskałam ją, powiedziałam, że musimy to powtórzyć i wyszłam, chichocząc.
 
Doprawdy, bardzo amerykańsko ;).