...

...
M.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Żelazko

Mamy już deskę do prasowania, żelazko i pierwsze prognozowe rachunki za gaz.
Jest okej. Dalej jemy normalnie, czyt. nie zdzieramy jeszcze tynku ze ściany, ale profilaktycznie żelazko i deskę mamy sieciowo - supermarketowe, a cena obu nie przekroczyła stówy. Uznaliśmy, że do nauki prasowania nie potrzebuję najlepszych cudów techniki, a że żelazko ostatecznie jest zielone, w porywach do miętowego, jakoś przełknęłam gorycz odmowy. 
Prasowanie z kolei ukontentowałam dwugodzinną sesją wsłuchiwania się w dźwięki wylatującej pary i podpytywaniem jedzącego M. czy kant koszuli jest już dostatecznie idealny. Spodobał mi się też efekt równiutko poskładanych ubrań w szafie i tknięta nagłym impulsem przeprasowałam pół szafy chociaż obiecywałam sobie, że "wieczorem będę pisać".
Zadomowiliśmy się już totalnie, nie szukamy rzeczy po szafkach, a ja zdążyłam przyfurać miętową patelnię i zbić miętowy talerz. Co wcale nie zaburza ilości miętowego zaplecza sprzętów, narzędzi i gadżetów do kuchni, bo innych kolorów nie uznaję. Aż dziw, że szary kosz na śmieci jakoś u nas przeszedł, bo nawet nożyczki, zaparzacz do ziółek i gąbki są w kolorze miętowym. M. jeszcze na to nie psioczy. Na szczęście jemu to obojętne czy ma miętową miskę czy nie, acz mojej teczki ani spinaczy używać nie chciał. Dla odmiany kurtka mocno zimowa (najgrubsza jaką znalazłam) jest czerwona, a buty mam nieprzemakalne (słowo jak poezja) i czarno białe. Ogólnie to wyglądam jak Eskimos w śniegowcach i puchówce, ale ja jak ofiara syndromu Sztokholmskiego - dla odrobiny ciepła zrobię wszystko ;)
Plastikowych misek mamy tyle, że zastanawiam się czy mieszamy we dwójkę czy prowadzimy stołówkę. Garnków dla odmiany mamy dwa małe i chociaż ciągle mówimy, że trzeba więcej kupić to ewidentnie nam nie po drodze. Talerzy dzięki Biedronce i zastawie po babci też mamy już dużo, dlatego ostatnio odkryliśmy zmywarkę. Ogólnie to mamy ją od początku. Była w zestawie z mieszkaniem, zamiast gorącej wody pod prysznicem i szczelnego okna w sypialni. Kolorowy pasek na podwieszanym suficie też był w zestawie i zawsze go kurw*je, jak stoję pod prysznicem i zamiast wrzątku albo chociaż wody w porywach do gorącej leci na mnie rozcieńczony lód.
Tak więc ja wiem i Wy wiedzcie, że nie wszystko złoto co złote, a jak coś jest kolorowe i miga to tylko po to, żeby odwrócić uwagę od czegoś innego. Ale fachowcy już się kręcą, już pukają, stukają i wiercą, a ja też staram się nie robić miny pretensjonalnej królewny, bo mieszkanie jest nowe więc pewne rzeczy po prostu musimy odkryć my. No a że muszę przy tym doznać hipotermii to trudno.

Mamy jeszcze podkładki pod talerze w reniferki, czerwone świece, puszystą choinkę w pudełku i bombki, które czekają na połowę miesiąca, żeby je triumfalnie rozłożyć po mieszkaniu.
Nie mamy za to czasu. Ja to czasu nigdy nie mam, bo zawsze coś sobie znajdę, ale teraz nie znajduję sobie tylko sobie znajduje mnie. I tak chociaż nie mam już domu, pieca, zwierzaków i odśnieżania podwórka, mam wszystko swoje, więc swoje porządki, swój kibel, swoją umywalkę, swoje gary i swojego faceta. Plus mijamy się z M., więc wolne chwile razem to zakupy albo porządki. Bardzo często. Prawie zawsze. Zawsze nawet.
Ja naprawdę nie wiem jak radzą sobie pary dzieci plus, bo my już po chwili mieszkania razem i niedzielenia 12-godzinnych zmian żyjemy organizowaniem życia codziennego i chwile siedzenia na kanapie i wpatrywania się w przestrzeń jakie to przytulne cotton ballsy z pepco się nam świecą na komodzie, głaskanie i ugłaskiwanie, film (mamy też telewizor. M. dostał w posagu. Rodzice mu dali, żebym go do mieszkania przyjęła i nie wyrzuciła jak mnie zdrażni swoim zdrażnieniem. Moi to powinni M. wielbłąda i campera dać) czy wyjście razem to rarytas. I chociaż każdy pyta kiedy się spotkamy ("Nigdy! Nie schodzą się nam służby i dni wolne!!!), kiedy znajdziemy dla nich czas ("Nigdy! Dla siebie go nie mamy!) to my z rezygnacją mówimy już tylko "nie mamy czasu".
Ucieka nam to wszystko przez palce. Uciekają nam spokojne popołudnia, wspólny relaks, wspólne wieczory i noce. Nie wiem jak osoby, które mają jeszcze do podziału ten  czas na dzieci i wszystko co z nimi związane dają sobie radę z tym, że nie mają chwili dla siebie. Naprawdę nie wiem. M. jeszcze bardziej nie wie, ale wie, że ja nie chcę  tego wiedzieć.
Z gotowaniem jest różnie. Tak, jestem wyrodną żoną, która nie klepie kotletów. Gotować ogólnie lubię i gotuję. Jak mam czas. Tak więc M. bardzo dobrze się prezentuje w tej nowej slim fit koszuli.
Jak mnie rzuci to wiadomo będzie czemu.

No cóż. Był czas na niemanie czasu na znajomych, ale mogłam pisać, czytać i ćwiczyć.
Teraz nie mam czasu czytać (ale mozolnie próbuję, próbuję. Za to ze spaniem nie mam już żadnych problemów. Zasypiam po paru stronach), pisać ani tyle, chociaż właśnie przełamuję ten mit, ćwiczę raz na dwa tygodnie (zumba), ale ten wysiłek włożony w utrzymanie białych płytek w łazience w czystości (czyt. czworakowanie i spółka) albo wspinaczka na meble, bo mi M. złośliwie szklanki kładzie poza zasięgiem czyli wysoko jednak też jakoś mnie ćwiczy.
Miałam też swój czas na spanie w kombinezonie, na spanie sama, na niespanie tylko pisanie, na kota, na psa, na kota i psa, na bloga, na marzenia o własnym mieszkaniu, a teraz mieszkam. Dla odmiany bez kombinezonu, bez kota i we własnym mieszkaniu. I nie sama ;)
Czas? Czasu i tak nikt nie ma. To jest zmora każdego młodego koło 30tki w dzisiejszych czasach. Mieć, dorobić się, kupić, żyć. A to czym wypełni się resztę, czy zielonym żelazkiem, czy butelką i smoczkiem czy drugą osobą to już tylko kwestia wyboru.


PS Miałam wrzucić znalezione w sieci takie ładne metaforyczne żelazko z damską, pełną kobiecego poświęcenia bladą dłonią i oświetlającym ją pełnym nadziei promykiem światła zza okna jako dopełnieniem obrazu, że każda czynność domowa, zwłaszcza przy pełnym uwielbieniu dla mężowych koszul i bokserek to jak przebłysk szczęścia i miłości, nawet takiej słonecznej, albo raczej księżycowej jak większość kobiet zna, bo wie, że "najlepiej" to się prasuje w nocy ale niestety przebłysk szczęścia, miłości i  pizgającego za oknem wiatru i malejący zasięg to pokrzyżował. Wrzucam zdjęcie kulek. Też świecą ;)

















czwartek, 16 listopada 2017

Weekendowa ciąża

Przeżyłam weekendową ciążę.
W 75% ją przeżyłam.

Poczęcie nastąpiło rano i mam nadzieję, że sąsiadów nie było wtedy w domu.
Problemem był już początek.
Zaczęło się od płaczu. Płacz na "Zakochanym kundlu", bo biedny piesek, płacz na "Mój przyjaciel Hachiko", bo zdechnięty piesek, płacz na "Rio", bo nie było żadnego pieska.
Na teledysku Eda Sheerana też płacz, bo biało - rudy kotek, a ja miałam dawno temu kotka i był małym kotkiem, do tego biało - rudym, a finalnie gdzieś poszedł i zaginął.
Płakałam wieszając pranie, płakałam pod prysznicem, płakałam w łóżku.
Dziecko sąsiadów też płakało, więc milej się płakało w takim towarzystwie, chociaż jak sobie przypomniałam że z niemowlakiem to właśnie płacz, niespanie, "niemanie" czasu i sikanie przy otwartych drzwiach to przestało być miło.
Rano M. spytał czy jestem chora, bo miałam nosowy głos.
- Nie jestem chora. To z płakania...
- No to nie płacz.
- Będę płakać!
- Czemu?
- Bo mi się chce!

Potem zaczęły się nerwy.
Warczenie, pyszczenie, płacz przez warczenie, płacz przez złość, płacz przez kotka, przez brak kotka, złość przez płacz, czysta złość, sama złość, foch, poduszka pod pachę i na kanapę, ciche łzy, głośne głosy. I też mam nadzieję, że sąsiadów nie było wtedy w domu.

Następnie dopadły mnie mdłości.
Ohydnie okropne mdłości.
Mdłości wieczorne, przeciągnięte do nocy.
Mdłości na skraju porzygu, możliwości i wyczerpania.
Mdłości spędzone na siedzeniu przy gorzkiej herbatce i słodkiej coli.
Mdłości, które jak zawsze są tylko i aż mdłościami i które męczą swoim przygniataniem narządów, gnieceniem brzucha i ogólnym dyskomfortem.
Przeturlały się przeze mnie do rana i wtedy zaatakowały z większą mocą.
Nie było więc śniadania - była nędzna gorzka herbata, żucie miętowej gumy i jazda do pracy.
W pracy też miałam mdłości i nie mogłam się ze sobą popieścić, bo musiałam pracować.
A praca też się ze mną nie pieściła i w dupie miała, że mi źle. "Chciałaś to masz" mówiły mdłości.
Mdłości przeszły jak to mdłości - w pierwszym trymestrze, czyli koło południa.
I szczęśliwa byłam przez chwilę, bo drugi trymestr zaczęła zgaga.
Przykra, paskudna, silna zgaga.
Zgaga popołudniowa, przeciągnięta do wieczora i nocy.
Zgaga na skraju palenia, dymienia i wybuchu.
Wredna zgaga, paskudna zgaga, dobijająca zgaga.
- Wolę mdłości! - powiedziałam zgadze.
- Pier **l się, to nie koncert życzeń. Myślałaś, że ciąża to reklama Falvitu...?

Półmetek zakończyłam więc dołkiem emocjonalnym.
Brak apetytu, brak energii, brak mocy, brak chęci życia. Depresja przedporodowa jak nic.
Tego właśnie dnia powiedziałam: "Nie mam ochoty" i miałam nadzieję, że wszyscy sąsiedzi są wtedy w domu.
Też były płacze, nerwy i złości.
I biedny M. który rwał włosy z głowy i który powoli szukał numeru do płatnego zabójcy.

Trzeci trymestr wcale nie był łaskawy, a ja nie promieniałam radością i nie tryskałam energią.
Bolały mnie cycki, bolał mnie brzuch i wszystko mnie bolało.
Miałam huśtawkę nastrojów, wielki brzuch, wstręt do jedzenia - tylko hemoroidów nie miałam.
M. nie mógł ze mną wytrzymać, ja sama nie mogłam ze sobą wytrzymać.
- Nie chcęęęę! Niech to się skończyyy!!! - płakałam.



 
Okres dostałam dwa dni po weekendzie, trzy po terminie.
Nagły, nieoczekiwany i cudowny.
Jak dobrze!
Błogosławię ból w jajnikach, błogosławię ściskanie w dole brzucha, błogosławię ciągnięcie w krzyżach i błogosławię swój niebłogosławiony stan.
Z każdym skurczem śpiewa mi serce.
M. prawie płacze ze szczęścia, że wrócę ja, dawna ja, bez płakania, bez czepiania, bez nieuzasadnionych pretensji, bez zdolności odkładania suszarki i prostownicy na miejsce. Bez pierdolca  w głowie i mordu w oczach. Bez burzy hormonów, bez opcji: "Nie tykaj", bez wszystkich tych marudzeń i płaczów o brzuch i cycki, które tylko dla mnie są zauważalnie większe.


Dziś dalej rozkoszuje się swoim cierpieniem i dalej masochistycznie cieszę z bólu.
Chodzę szczęśliwa jak skowronek, nawet jak muszę się przy tym trzymać za brzuch.
Jęczę, ale i tak się uśmiecham.
M. nie wychodzi z podziwu jaką sobie popierdzieloną dziewczynę znalazł. Patrzy na mnie badawczo kiedy tak się szczerzę, a ja widzę w jego oczach tę walkę myśli i natłok pytań, jak można tak się cieszyć z bólu i powolnego wykrwawiania się.
Traktuje mnie wciąż z lekką rezerwą, bo diabelskie oblicze, które mu przedstawiłam wciąż śni mu się po nocach. Dalej boi się do mnie zbliżyć.
Uśmiecham się do niego słodko i zachęcająco.
- Jestem taka szczęśliwa - mamroczę z no - spą w ustach.
- Jesteś naprawdę nienormalna. Przecież Cię boli!
- Trudno. I tak się cieszę. Naprawdę nie wiem jak rodzi się cud instynktu macierzyńskiego, bo dla mnie co miesiąc rodzi się cud bez rodzenia.

M. chyba powoli zaczyna rozumieć o co chodzi i sam też już uczy się, że i dla niego co miesiąc jest święto.
Cieszy się, że ja zachowuję się już prawie normalnie.
Ja też robię się spokojniejsza i nie zachowuję się już jak mały psychik.
No a przede wszystkim nie płaczę.
Wyłącza mi się nawet opcja "Nie dotykaj, grozi porażeniem!".
Nucę sobie w duchu wzniosłą pieśń chwalącą cuda techniki i antykoncepcji, głaszczę płaski brzuch i mówię do M. :" Mam nadzieję, że sąsiadów nie ma w domu...".












wtorek, 7 listopada 2017

Mieszkamy

No i mieszkamy.
Razem.
Sami.
Nie w hotelu, nie pod Warszawą, nie u rodziców.
W naszym wynajętym mieszkaniu.
Rachunków wciąż nie mamy, więc carpe diem, ponad dwadzieścia trzy stopnie ciepła w pokoju i Martini w lodówce.
Nie mam drewnianej chatynki z ładnym widoczkiem, zagajnika z chaszczami, uprawy marchewek, hamaczka w ogródku ani trudnego podjazdu jak myślałam, że będę mieć jak się wyprowadzę z domu.
Nie mam kota, pięciu nowych powieści w szufladzie, samych warzyw w lodówce.
Mam białe meble, pomarańczową kuchnię, czarny pompon do kluczy.
Mamy mieszkanie.

Siedzę po turecku, obok poduszka chmurka w gwiazdki, na stoliku herbata w pasiastym kubku. Jak zawsze.
Ale nie jest jak zawsze, bo nie muszę iść po drewno, palić w piecu równocześnie doglądając gotującego się obiadu i zamiatać kuchnię.
Gotowanie? Obiad M. zje w pracy, ja mam wczorajszą pizzę i dyniankę od teściowej.
Odkurzanie? Nie będę odkurzać. Nie ma tragedii, a ja nie mam czasu.
W tym całym bałaganie z rozmijającymi się służbami, załatwieniami i pośpiechem, z praniem mundurów na zmianę, bo to jedno to drugie wraca z pracy zabłocone z góry na dół, z kupowaniem, gotowaniem, jedzeniem, naprawdę zwariowalibyśmy gdybym codziennie serwowała dwudaniowy obiad i biegała z mopem.
No nie, po prostu nie.
Jak byłam tu sama i jak nie pracowałam, a parałam się głównie kupowaniem silikonowych łapek do garnków i przyjmowaniem gości, podłoga lśniła, naczynia lśniły i lśniła nawet suszarka na pranie, ale teraz zluzowałam. Syfu nie ma, ale z podłogi jeść średni pomysł.

No i mieszkamy! Razem! Sami!
Mieszka się świetnie, naprawdę przyjemnie. Tylko czasem nie wierzę, że mieszkam z facetem ;)
Mieszkamy razem albo połowicznie razem od prawie pół roku, a ja czasami przecieram rano oczy zdziwiona, że nie budzę się sama.
Albo pół biedy jak M. jest w łóżku. Gorzej jak go nie ma.
Bo budzę się sama, w dodatku zaspana, patrzę - dwie poduszki, dwa jaśki, jedna motylkowa kołdra.
Myślę...Kołderka okej, ale poduszki? Jaśki? Podwójne? Hę? Chwila, chwila, czy ja czasem nie miałam mieszkać sama z kotem albo szynszylem? Nie. No nie. Niemożliwe, że teraz mieszkam z facetem. Przecież jeszcze przed chwilą patrzyłam na swoje konto, na opcję kredytu, na potencjalne działki i na stronę www.szynszyleikoty.pl. Niemożliwe, żebym nagle ot tak dzieliła z kimś sobie sypialnię, łóżko, kołdrę...
Kręcę głową, trę oczy.
Słucham, patrzę, nadsłuchuję.
Słyszę kroki z łazienki.
I M. wchodzi do pokoju.
No ani to kot ani szynszyl. Za duży, za ludzki, za mało sierści. I dudni nogami, a nie stąpa miękkimi łapkami. W całej swej prawie że 190 cm rozciągłości, w bokserkach, koszulce albo bez. A do kota upodobnia go tylko to, że od razu gramoli się pod pościel.
Więc przecieram oczy i patrzę.
A on jeszcze pyta: "Co masz taką zdziwioną minę?", więc szukam właściwych słów w tym zaspanym umyśle i mówię: "Nie, nie. Zdaje Ci się... kotku"... I muszę się naprawdę powstrzymać, żeby nie dodać: "Zaraz wleje Ci trochę mleka do spodeczka".
On jak gdyby nic przytula mnie i ginę w uścisku długaśnych rąk, którymi jest w stanie oblecieć mnie z góry na dół jak leżę i domagam się miziania. A potem syczy jak nagle szczypię go w ramię, żeby upewnić się, że to moje męskie ciało, moje prawie że 190 cm i koszulka wyprana w moim Coccolino.
Jak już wyjdę z ciemności zaspania i z paradoksalnie jasnej sypialni to widzę. Aha, wspólne foteczki na ścianie, aha, męski pasek i porfel, aha, dobrze nastawiony zegarek na piekarniku, aha, ładnie wyrównane ściereczki, które ja rzuciłabym żeby tylko wisiały.
Otwieram lodówkę. Aha, parówki, aha, keczup, aha, szynka, aha, mięsko.
I już wiem, że mi się to nie przyśniło.
I już nie muszę patrzeć do szuflady na rzędy męskich bokserek, stosy skarpetek i koszulek.
Już nie muszę, bo nagle wraca mi pamięć, rozmowy w pracy przed wyjazdem do Warszawy: "Haha, Ty to wrócisz stamtąd z mężem albo chłopakiem", "Haha, chyba nie", "Haha, zobaczymy", "Haha, a pewnie bo ja o niczym innym nie marzę jak o facecie, szynce w lodówce, pierścionkach i praniu męskich gaci" i po Warszawie: "I jak tam było w Warszawie", "A dobrze", "A poznałaś tam chłopaka?", "...", "Hahaha".

Z nowości mam też coraz więcej miętowych akcesoriów do kuchni (nawet wałek do ciasta z miętowymi rączkami, chociaż nie mam stolnicy), deskę do prasowania (ale żelazka dalej nie), łóżko w sypialni (zabraliśmy M. z domu, bo przekalkulowaliśmy, przemierzyliśmy i stwierdziliśmy, że w mieszkaniu styknie nam małe, a małe choć małe to i tak drogie, a po co drogie, skoro drogo jest w mieszkaniu, a my i tak chcemy się budować. Chcemy się BUDOWAĆ. BUDOWAĆ się chcemy), żebyśmy mogli naprzemiennie odsypiać nocki i balony na meblach po imprezie powitalnej M.
Bo M. triumfalnie zjechał, wśród blasków zniczy na cmentarzach od Warszawy po Bieszczad na stałe do nas, do mnie i do naszego mieszkania ;)






Jak się mieszka?

Najczęściej słyszanym pytaniem jest ostatnio: "Jak Wam się mieszka?" i najczęściej już dwie sekundy później każdy żałuje tego pytania ;)
"Hm... No wiesz. Wprowadziliśmy się miesiąc temu, ale tak naprawdę mało tu jesteśmy. Najpierw ogarnialiśmy przeprowadzki, umowy i papierki. Potem pojechaliśmy z M. do Warszawy, bo on musiał wracać, a ja miałam nadgodziny czyt. wolne dni, więc zrobiłam sobie wycieczkę. Wróciłam i mieszkałam sama przez tydzień. Później znów miałam urlop, więc trochę posiedziałam w mieszkaniu, trochę u M. w Wawie, a trochę nad morzem, bo sobie wyskoczyliśmy na trzy dni. Teraz jesteśmy razem u nas, potem M. znowu jedzie na chwilę do Warszawki i za chwilę zjeżdża na stałe, więc od listopada będziemy mieszkać razem i wtedy Ci powiem, jak się mieszka."
Nikt nigdy nie łapie się gdzie aktualnie jestem, a ja sama latam jak fruwajec, będąc chwilę tu, chwilę tam.
Jak mi się mieszkało samej w nowym mieszkaniu?
Z jednej strony całkiem przyjemnie, z drugiej trochę dziwnie. Chodziłam do pracy, odsypiałam nocki, a w ciągu dnia ogarniałam mieszkanie. Nie sądziłam, że aż tyle rzeczy będę tu potrzebować i tyle rzeczy robić. Mam wrażenie, że my się z M. wiecznie "przeprowadzamy", bo my wiecznie albo coś kupujemy albo znosimy. Nagle okazało się, że potrzeba taki a taki pojemnik, taką miskę, większą miskę, mniejszą miskę, miskę na sałatkę, miskę na pranie, pudełko na spinacze, pudełko na leki, pojemnik na płatki, na długopisy, na przyprawy... Z domu na początek wzięłam tylko część ubrań, więc już po paru dniach zaczęło się - co wizyta torba albo worek. Bo nie zabrałam dresów. Bo nie wzięłam ciepłych sweterków. Bo nie miałam przejściowych butów. Bo przejściowa kurtka była za cienka i bez podpinki. Bo mundury. Bo pościel. Bo bielizna... Potem był brak artykułów piśmienniczych. Nie miałam ołówka, długopisów, strugawki, gumki, czystych zeszytów. Można kupić, ale po co skoro w domu jedna półka z zeszytami, cały kubek różnych ołówków od mega miękkich po mega twarde, a gumki się przewracają z koszyczka. Więc rundka mieszkanie - dom na okrągło. Nie sądziłam też, że w małym mieszkanku niecałe 50 m kwadratowych jedna mała osóbka czyli ja będzie miała tyle do roboty. Bo zawsze coś. Bo niby nic nie jem, ale naczynia same się brudzą. Bo pranie, bo pościel się wietrzy, ale trzeba też ją wyprać, a za chwilę pranie mundurów. Bo odkurzanie, a po odkurzaniu mycie podłóg. Bo przeszklona kabina prysznicowa, bo białe płytki na podłodze, bo umywalka, bo znowu prysznic. Bo mama, bo goście, bo teściowa. Bo dzieci, bo zwierzaki, bo składanie ciuchów, książek. Myślałam, że skoro wcześniej obsesyjnie sprzątałam pokój i był wiecznie lśniący to mieszkanie też będzie proste w obsłudze, bo małe. Ha. Może i małe, ale i tak jeśli się po nim chodzi i w nim żyje to się brudzi. Plus mała lada więc mało miejsca na gotowanie i przechowywanie. Musi być cały czas sprzątane na bieżąco. Na bieżąco trzeba myć naczynia, sprzątać je z suszarki, odkładać na miejsce. To co się użytkuje - brudzi się, nawet jak je się mało. Kosz na śmieci sobie odpuściłam, bo nie mogłam go zapełnić. Ostatecznie jak postanowiłam go wymienić okazało się, że wali śmieciami i cieknie, więc zabawa w mycie podłogi, szorowanie kosza i wietrzenie go jasno dała mi do zrozumienia, że albo muszę więcej jeść albo nie patrzeć na pojemność kosza tylko po prostu go wypierdzielać po paru dniach.
Oczywiście były też kawki, herbatki, gościny i odwiedziny, a ja sama też odwiedzałam, choć raczej rodzinkę. Wieczory miałam tylko dla siebie - na czytanie i ewentualnie serial.
U M. w Warszawce obijałam się masakrycznie, bo tam to ja się obijać uwielbiam. Zero koleżanek, galeria, M. w pracy - a ja pełen chillout. Plus przeziębienie więc nie robiłam absolutnie nic.
Kiedy zjechaliśmy razem do mieszkania, myślałam, że "pomieszkamy". Nie przewidziałam, że rozchoruje mi się babcia i trafi na OIOM, więc zaczną się bieganiny, nerwy i podchody pt. "Wpuszczą czy nie wpuszczą na salę", "Na ile wpuszczą?", "Kiedy wpuszczą?". Okazało się, że z chłopem w domu nie da się jeść sałaty albo zupki na obiad, a Gerber z ryżem nie wystarczy na kolację, więc planowanie, zakupy, gotowanie, mycie i przepełnianie kosza też się zaczęło. Plus cudowna żona, która choć kiedyś z takim zapałem piekła bułki, robiła soki i surówki, a potem przynajmniej gotowała zupy i makarony, nagle zaczęła serwować mężowi bułki weneckie na śniadanie i kupcze pierogi na obiad. No i jeszcze ciąg dalszy zabawy "Co zawozimy do rodziców", "Co przywozimy od rodziców", "Co nam jeszcze potrzeba", "Co nam się kończy, czy mamy płyn do płukania?" i "Co będziemy jeść dzisiaj na kolacje, a jutro na obiad?". I przenoszenie rzeczy M. z Warszawy, więc znowu torby, pakunki, pudełka. Wszystkie te roszady plus jazda do szpitala plus pies.
Bo dostaliśmy dodatkowo na weekend pieska, a właściwie suczkę znajomych (sami chcieliśmy wykazać sąsiedzka pomoc i przetestować się w roli rodziców zastępczych) i chociaż oboje byliśmy zapaleni i napaleni na sierściucha (tzn. ja ciągle marzyłam o kocie, no ale) to okazało się, że jeszcze nie czas i nie pora. Piesek choć słodki, kochany i cudny to jednak absorbujący, wymagający iii...i. Najpierw chodziliśmy za nim krok w krok, bo kręcił się niepokojąco po całym mieszkaniu, a my panikowaliśmy że się zsika. Idąc pod prysznic wzięliśmy go ze sobą, bo piszczał, jak później chciał wyjść z łazienki to musiałam wyłazić mokra z kabiny, żeby go wypuścić. Po wyjściu okazało się, że ułożył się już na poduszkach (zrobił sobie legowisko z jaśków i ułożył się rozkosznie na podusiach), a ostatecznie noc spędził z nami w łóżku. Po mojej stronie. Poszliśmy spać grzecznie jak rodzice z oseskiem w łóżku, bo jak to tak pieska ruszać, skoro śpi i jeszcze się nastraszy, zgorszy albo będzie musiał przekręcić na drugi boczek. W nocy spaliśmy czujnie i budziliśmy się za każdym razem jak zmieniał miejsce pobytu (co raz to wyżej; zasypiał w nogach, obudził się wśród moich włosów). Rano pełna zapału wstałam (ku zdziwieniu M.), że razem wyprowadzimy skarbka na spacer. Skarbek zrobił ładnie siku i kupę na trawę, po czym trawy się najadł, trochę zwrócił na glebę, trochę na chodnik, a potem wrócił z nami do mieszkania. I wtedy zrobił szybką pętelkę po salonie, robiąc w locie rzadką kupę, zadziwiając nas swoją siłą rażenia, ja porwałam futrzaka na spacer, podczas którego nie zrobił żadnej kupy, w mieszkaniu zastałam M. w rękawiczkach, który intensywnie sprzątał wietrzył mieszkanie, więc później nie odstąpiłam petsa na krok, żeby mieć na niego oko. (Dywaniki zapobiegawczo wynieśliśmy do sypialni). Przed południem M. chciał pójść do dziadka, bo u dziadka było pół rodzinki na kawie, ja  zrobiłam z ust podkówkę, że oto matka polka cierpiętnica musi zostać w domu z dzieckiem, bo mąż chce wyjść, a "dziecko" może nam zrobić niespodziankę  pod naszą nieobecność, więc oto i on - mój mąż cierpliwy i łaskawy - powiedział, żebym wzięła piesa pod pachę i poszła z nim, pod warunkiem, że psa będę trzymać na rękach co by zapobiec awarii. Piesa na rękach trzymałam cały czas ze strachu, że pójdzie w kąt się wysikać, a trzymałam go tak ochoczo, że nawet ubierając buty dałam go potrzymać teściowej. I wtedy nastąpiła kulminacja, bo nasze pseudo dziecię wymiotnęło okrutnie i obficie na dywan w przedpokoju przy całej widowni. Ja wyprowadzałam suczkę na korytarz (liczba bełtów po drodze: dwa), teść nakrywał mnie kurtką, żebym nie zmarzła, teściowa oglądała się, czy nie została obrzygana, a mój luby czyścił po raz drugi tego dnia podłogę.
Popołudnie spędziłam przy psim koszyku, zmęczona, marząca, żeby pójść się położyć z chłopakiem, książką, laptopem albo nawet sama, wiedząc, że za chwilę muszę jechać do babci do szpitala, a potem idę do teściów na obiad, a już padam na pysk. I kiedy położyliśmy się wieczorem sami w łóżku i nie musieliśmy brać w biegu prysznica, mogliśmy nie iść od razu spać to stwierdziliśmy, że na razie dobrze nam razem. Samym. Bez innych żywych stworzeń. Futrzastych albo mniej futrzastych. Chyba, że z takimi pożyczonymi na chwilę albo takimi, które będą miały podwórko, jeśli nie będzie nas cały dzień w domu ;)

PS A jak się mieszka dowiemy się jak zaczniemy rzeczywiście MIESZKAĆ.



sobota, 21 października 2017

Błękitne obłoczki, niebieskie migdały

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy uwielbiają spać, jeść i nic nie robić.
Byłam dumną przedstawicielką codziennych ćwiczeń, jedzenia marchewki i nauki języka japońskiego.
Biegałam to tu, to tam, żyłam powietrzem, nie miałam na nic czasu.
A teraz?
Teraz mam katar, okres, urlop, kilka godzin sama na mieszkaniu, kiedy czekam na powrót z pracy M. i mnóstwo innych wymówek, żeby się obijać ;)
Dziś M. śmieje się w Empiku, że kupi mi kubek z napisem: "Gratulacje, udało Ci się wstać z łóżka!", bo nagle zrobiła się ze mnie fanka snu. Śpię jak zabita bez melatoniny i melisy, rano to dla mnie gdzieś przed południem, a budzenie mnie to jak budzenie tygrysa bengalskiego.
Gotuję, a w garnkach rządzą makarony, sosy i zupy.
Jak nie jadłam sama w mieszkaniu, bo nie miałam weny, tak teraz dziwię się ile zmieszczę w tym zasuszonym żołądku pizzy, faszerowanych makaronowych muszli i mlecznej Milki.
Shopping uprawiam z umiarem, bo jednak wolę kupować obieraczki do awokado, łazienkowe chodniczki i maselniczki niż książki czy ciuchy, ale i tak chodzę do galerii, za rozrywkę przyjmując samo łażenie, picie kawy flat white i oglądanie żelazek i kiecek.
O ile u siebie pochłaniałam książki od rana do nocy, o tyle Warszawka nie sprzyja czytaniu, bo sprzyja oglądaniu. I jeśli byłam nietelewizyjna, niefilmowa i nieserialowa to teraz oglądam "Prison break" (*tak, wiem, że już go kiedyś oglądałam) z zawzięciem godnym podziwu, bo serial towarzyszy mi od rana przy śniadaniu, przez lecenie w tle kiedy myję naczynia albo robię pranie, po południu kiedy odpoczywam po nic nie robieniu i wieczorem jak już zalegamy z M. na rozłożonej kanapie. Serialuję do nocy, a rano M. odpala mi film na większy apetyt i lepszy dzień.
Pławię się w lenistwie tak bardzo, że aż nie przystoi.
Czas mam, mogłabym napisać pięćset stron jakiejś powieści, ale patrzę na swoje konto i mówię: "Nie stać mnie na bycie artystką, lepiej mi oglądać serial i czytać to, co spłodzili inni". Jak zamiast o rachunkach i obowiązkach zacznę myśleć o paletach barw, błękitnych obłoczkach i niebieskich migdałach to może będę sobie pisać do szufladki.
Póki co dla rozrywki odkręcam sobie kaloryfer, piję Theraflu zatoki i planuję weekend nad morzem, który nie będzie weekendem ;)







czwartek, 28 września 2017

Faceci

Nie wiem czemu zawiodła mnie logika i czemu nie pomyślałam nawet przez chwilę, że mieszkanie z facetem będzie wyglądało mniej więcej tak jak wyglądało życie z szynszylem albo zajmowanie się dzieckiem. Czyli że nie będzie źle ani nie do zniesienia, bo przecież zawsze można sobie odmienić jak się chce albo jak się nie chce, ale że dużo rzeczy może nas zaskoczyć.
I że nie będzie tak jak piszą autorzy w poradnikach dotyczących żywienia gryzoni, bo nikt tam nie powiedział, że najlepszą dietą szynszyli nie są ziółka zamawiane na www.drogiewydziwionekarmydlarozpuszczonychzwierzątek.pl tylko, że są to kable od klawiatur i szkolne lektury. Albo to że skoro szynszyle prowadzą nocny tryb życia oznacza, że noc przestanie być od spania, a będzie od wsłuchiwania się w gryzienie prętów, bębnienia w pręty, wydawanie dziwnych odgłosów. I że będę musiała powstrzymywać się od wywiezienia klatki z całym ekwipunkiem plus szynszyl na podjazd.
I nie jak pokazuje reklama Bobovity, że dzieci są czyste, słodkie i grzeczne, ale ryczą all day long, nie śpią, robią kupę za kupą, kupa za kupą, kupa za kupą i skąd w ogóle w takim maleńkim dziecku tyle kupy się pytam, a każda kupa wylewa się z pampersa, a przecież dziecko nie jest nawet chore - jest zdrowe, gaworzy i rozkosznie puszcza bańki ze śliny, dla rozrywki majtając sobie stópką w kupie. I niestety zamiast chwalić Boga za dar rozmnażania, dziękować za drożność jajników i cieszyć się jak wspaniały jest uścisk paluszków na palcu to jest tak, że po paru godzinach z czyimś dzieckiem skacze się pod sufit, że to jednak czyjeś dziecko, po całym dniu ma się kryzys światopoglądowy pt. "Po co w ogóle ma się dzieci? Żeby im pokazywać świat i motylki skoro ma się zlasowany mózg ze zmęczenia?", a po dobie zaczyna się rozważać opcję podwiązania jajowodów jeśli okaże się, że są wyjątkowo drożne.

No ale nie.
Faceci nie są tacy najgorsi.
Tzn. mój nie jest.
Bo dla mnie to teraz świat jest skoncentrowany na Jednym i Jedynym, niestety nie pierwszym, ale już z pewnością ostatnim, bo skoro on wkręcił się w moje życie, a ja w jego to już opcji nie ma, to już zaklepane, przypieczętowane wspólnym mieszkaniem i wspólną pralką, a pralki to przecież nie podzielimy, no nie ma opcji.
Także mój facet nie jest najgorszy. Jest najlepszy.
No a przynajmniej nie bije w nocy zębami po prętach klatki, ale to może dlatego, że nie jest ani w klatce, ani na smyczy, nie gryzie nic czego nie powinien, no i kupy też jakoś nie ma w zwyczaju rozsmarowywać na swojej ani niczyjej łydce.
Za to ma tak bogaty męski repertuar zachowań, że chyba zamiast powieści albo bajki to zacznę pisać poradnik przedmałżeński...
Bo to wszystko wychodzi w praniu. A w zasadzie we wspólnym mieszkaniu.
I wtedy nagle zaczynam się zastanawiać, co ja sobie myślałam o facetach? Skąd ja właściwie czerpałam wiedzę o mężczyznach? Z podręczników, gdzie miałam definicję polucji nocnych, sposoby na pryszcze i przekrój męskich przyrodzeń od narodzin do osiągnięcia dojrzałości płciowej i nie było ani słowa o tym, jak się z nimi żyje? Tzn. z mężczyznami, nie z przyrodzeniami. Z książek obyczajowych pisanych przez takie pokręcone umysły jak moje, które widzą liska w kształcie słoi drzewa na łóżku? W tym, że mam dużo koleżanek z narzeczonymi, mężami, mężami od lat, drugimi mężami, partnerami, bo z mężami się rozwiodły, partnerami bez byłych mężów, synami, pasierbami i siostrzeńcami i żadnego z nich nie zabiły patelnią?
Nie wiem.
Ale nie wiedziałam też wielu innych rzeczy, a teraz już wiem, że...

Faceci kompletnie nie mają podzielnej uwagi.
I mogą sobie ogarniać technologię, wiedzieć jaki to śrubokręt gwiazdkowy albo ten drugi, że mogą się nie bać i zabijać pająki i dosięgać do wysokich półek, ale nie umieją równocześnie robić, myśleć o czymś innym, jeszcze o czymś innym mówić, a czegoś innego słuchać. Nie umieją. Więc jak się do nich mówi, a oni coś robią - nie dotrze. Jak o czymś myślą - nie dotrze. Ogólnie to nic do nich nie dotrze jak się im nie pokaże palcem, co wcale nie znaczy, że są sprytni inaczej. No oni po prostu nie mają podzielnej uwagi.
Nie wpadłabym na to, że mieszkając z kimś kogo się kocha, z kim uwielbia się przebywać i mieszkać będzie się chciało tego kogoś AŻ tyle razy na dzień wyrzucić przez balkon, zakneblować, wrzucić mu kostkę lodu do majtek albo udusić gołymi rękoma. Najczęściej to ostatnie. Bo nie wpadłabym na to, że ktoś może tak bardzo wkurzać. I to wszystkim. Wszystkim. Nawet tym, że robi coś dobrze, idealnie albo tak jak powinno być. Może też wkurzać tym, co powie, czego nie powie, co powie żeby mi zrobić dobrze, a wcale tak nie uważa, czego nie powie a powinien, co powie zamiast zrobić, czego nie powie a wiem że chciałby i co powie a co mnie zaboli. Może wkurzać jedno spojrzenie, jeden grymas, jedno skrzywienie, jedno chrząknięcie oznaczające coś albo oznaczające złość, niechęć, bulwers czy foch. Albo oznaczające nie wiadomo co. Może wkurzać to, że nas nie rozumie, że nie chce rozumieć, że nie stara się zrozumieć albo że udaje, że rozumie, a wcale nie rozumie. Może nas ogólnie wkurzać coś całkiem innego niż nasz facet, a on się będzie namolnie dopytywał i ględził i molędził i prosił i podlizywał i się w końcu sam zirytuje, a nas wkurzy, więc ostatecznie to on będzie powodem do wkurzenia.
Nie wiedziałam też, że jedna i ta sama sytuacja może jednego dnia spowodować najpierw radość i śmiech, po popołudniu już żal i złość, a pod wieczór konflikt zakończony kłótnią, płaczem, nerwami i fochem z przytupem. No nie wiedziałam tego jakoś. Jakoś w podręcznikach z przekrojem męskości tego nie było. A że od rana do nocy można zdążyć zaplanować już wspólne wakacje, wesele i rozwód z pogrzebem gratis to też nigdzie nie słyszałam, że może się zdarzyć...
I owszem, pisali w książkach, że kobiety z Wenus, nawet maszynki do golenia tak nazwali i że faceci z Marsa, że każdy inny, że mają inne mózgi, że nawet niemowlaki zawija się w różowe i błękitne kocyki w amerykańskich filmach, że inaczej myślą, że inaczej robią, że trzeba się dotrzeć... Ale nikt nie pisał, że jak się nawet wydaje, że nasz, ten Jeden Jedyny facet jest inny niż reszta społeczeństwa wyposażona w jądra to się jednak okazuje, że nie. Nie. Że może i jest zaje***ty, wspaniały, ogarnięty, dobry i do rany przyłóż, ale i tak jest facetem. Drapie się po jajkach, nie wpada na proste babskie rozwiązania, nie wie tylu rzeczy, które po prostu się wie, myśli zupełnie inaczej i ma tak bardzo odmienne przyswajanie jak my.
Zobaczy jakąś dziewczynę to się na nią popatrzy i nieważne, że koło niego siedzi jego prywatna, a ta na którą patrzy ma grube uda i cellulit. I jak, no jak można patrzeć na dziewczynę, która ma cellulit, skoro ja codziennie słyszę modły i dziękczynienia za jego brak? I nawet jeśli bym go nie wiem jak denerwowała to na pewno próbowałby sobie perswadować separację tym brakiem cellulitu właśnie. No i wtedy jak patrzy na tę cellulutową to co? Obrazić, się, wkurzyć, nie reagować czy wyhodować sobie cellulit? (co jak będę pić tyle Coli to mi się w końcu przytrafi). I nie wiem wtedy czy śmiać się czy płakać, że czemu on się patrzy na grubszą blondynkę to raz, a czemu ja się złoszczę to dwa. Powaliło mnie? Ja zazdrosna? Ja? Jaaa? Taka nieromantyczna i niezwiązkowa? A on? Ocipiał do reszty? Że blondynka to ok - ciul, niech mu będzie. Że cellulit - no też ciul. Ale TAKI cellulit. Taki cellulit, nooo? I w ogóle różowe spodenki do różowej bluzki i jeszcze białe buty ze złotymi elementami. Phi. Bo spodenki są krótkie, a że cellulit to huk. No ja pierdu, nie ogarnę.
Nie ogarnę też tej dziecinady z męskimi zabawkami. Bo facet jak ma chwilę czasu - będzie się bawił komputerem albo telefonem, w kiblu będzie siedział trzy razy dłużej, bo ma tableta. I jak się mu go zabierze to już w ogóle obraza majestatu, a jak zwróci uwagę, że zamiast zająć się dziewczyną to on zajmuje się telefonem to już w ogóle zdziwienie i szok. I jeszcze jakieś próby wytłumaczenia.


I nawet jeśli mu się uda zgadnąć co aktualnie chcę, myślę, na co mam ochotę (i teraz już rozumiem te małżeństwa, które znają się na wylot, bo jak się ze sobą spędza większość dni i nocy to zaczyna się myśleć jak druga osoba) i wydaje mi się, że jest taki bystry, taki odpowiedni, taki wyjątkowy to wtedy jeb, jeb, jeb - coś powie - coś pier***nie, coś zrobi, czegoś nie zrobi, coś wymyśli i jego plusy zmieniają się wielkie skrzydła i fiu fiu, odfruwają sobie w siną dal.
Że już nie wspomnę o tym, że jak się jest razem to się wzajemnie wkurza, jak się jest na odległość to się tęskni za tym wkurzaniem, a jak już się znowu jest razem to się jeszcze bardziej wkurza tak, że chce się znowu tęsknić.
Nie sądziłam, że to jest tak, że jak facet zrobi dobrze to potem to dobrze i tak jakoś wykorzysta. Albo wkurzy tak doszczętnie, że się zapomni o tym, co zrobił dobrze.
I że jak się go nauczy, że się gotuje i myje naczynia to też źle, bo potem tego oczekuje i jak otrząsnę się i dotrze do mnie, co zrobiłam to myślę sobie: "No nie, teraz to tylko faktycznie drożne, szybkie, a na koniec bolesne, a potem będę stać przy zlewie z jednym dzieckiem w nosidle, a drugim uczepionym uda. Może nawet z cellulitem". I weź tu spokojnie, grzecznie, miło, bez fochów, bez grymasów, bez słodkości, bez złośliwości mu odpowiadaj, nie warcz, nie wywracaj oczami, nie miaucz i jeszcze wykazuj entuzjazm jak zbliża się do mnie z tym swoim jak z tych podręcznikowych. Bo nie, nie. Mój to niby nie. On mi przecież nie chce źle, krzywdy mi nie chce zrobić, a dziecka ani tyle. On się boi, bo ja się rozsypuję jak mocniej kichnę, kręgosłup mam wyraźny jak kurze jaja, a jak siądę po turecku to biodra mi strzelają jakby się łamały. A jak widzi moje wąskie spodenki rozmiar 34 to już całkiem załamuje ręce i biadoli, że jestem taka drobniutka i delikatna i ojoj i w ogóle. I tylko szkoda, że jak stwarza moim kościom realne zagrożenie to nie patrzy w kalendarz i nie słucha mnie, kiedy ja w ten kalendarz jednak patrzę, a jego zdaniem to w ogóle powinnam wtedy jeszcze stać i się uśmiechać i machać główką jak piesek z tylnej szyby. I jeszcze najlepiej nie kopać go, nie bić, nie warczeć i nie krzyczeć "nie" w różnych językach... I szkoda tylko, że jak ja puszczam pod prysznicem wrzątek to jest lament i o Boże, nawet bez Boga, bo zabójczyni żyć niepoczętych, a życie się chroni zanim się pocznie i tylko szkoda, że do kościoła nie chodzi, no i dupa, niech sobie zacznie i to najlepiej z transparentem. Mogę mu namalować.

A jak facet się denerwuje i mu drga żyłka koło ucha to znak, że powinnam się cieszyć, że ma charakter. A i jeszcze mam go rozumieć, nie drażnić, wspierać i najlepiej nie tykać. Albo właśnie tykać. Bo uniwersalną zasadą podobnie jak uniwersalną przyprawą jest maggie to rano, wieczór i wedle potrzeb. Zanim zacznie się złościć, jak już skończy się złościć i zanim jeszcze wpadnie na pomysł, że może by się zezłościć. A najlepiej to utrzymywać go w ciągłej euforii jak trzyma się jajko w cieple. W ptasim gnieździe. Ale jak ja już sobie np. dla rozrywki płaczę to wielkie aj waj. Bo czemu, bo na co, bo po co, bo z jakiej przyczyny, a co on zrobił, a on nic nie zrobił, a jeśli zrobił to nie chciał i już na pewno nie będzie, chociaż sam nie wie co. Bo nie wpadnie na to, że ja sobie płaczę, bo mam ochotę i wenę na płakanie i jak mu to powiem to nie, on nie wierzy, bo skoro płaczę to na pewno mi źle, a źle mi bo on coś źle zrobił, a on bidny nie wie co. No Boże ^^. I jeszcze mi powie, że łzy na niego nie działają, a jak ja płaczę to widzę, że on już paznokci nie ma i skórek wkoło nich też...


I jeszcze do tego dochodzi to, że nawet jak tak się podenerwuję, pozłoszczę, pofrustruję i powkurzam to ostatecznie dochodzę do wniosku, że one way ticket. I tak jest zaje***ty, najlepszy, najlepsiejszy, bo mój, a jak mnie wkurza to może mnie wkurzać, bo ja jego też wkurzam. A gdyby lubił pisać to by napisał elementarz dla facetów, jak rozumieć kobiety. Ale nie wiem czy jest sens.
I tyle z tego wiem, że jak coś jest małe słodkie i puchate to może być głośne i mieć gen niszczycielstwa, jak jest małe słodkie i różowe to może mieć wzmożoną produkcję jelit, a jak coś ma dwie nogi, spodnie i coś w tych spodniach to jest facetem, zachowuje się jak facet i z całą listą swych przewinień niech lepiej cały czas nim będzie ;)




sobota, 23 września 2017

klucz

Piątek zaczął się wariacko i to nie tylko dlatego, że musiałam wstać po siódmej.
Piątek był dniem załatwiania, jeżdżenia i pamiętania o tysiącu rzeczy.
Załatwienia związane z mieszkaniem, wyjazdy, prądy, gazy, kupowanie przy okazji pierdół do domu. Znaleźliśmy wieszak idealny i M. niósł go przez pół sklepu, bo był ostatnim egzemplarzem. Ja niewiele brakło, a ze sklepu wyniosłabym białego szynszyla, ale cena (trzysta) i mina M. zbiła mnie trochę z tropu. Kupiłam za to wreszcie cukierniczkę. Też białą, ale dużo tańszą niż szynszyl, no i dostałam na nią zgodę. Wymiary wieszaka przekroczyły nasze oczekiwania, więc po rozłożeniu siedzeń okazało się, że muszę go trzymać, jeśli nie chcę żeby stukał mi w głowę. Stukał całą drogę.
Potem był rajd po rodzicach, zabieranie białego stołu ze strychu, farelki od dziadka, kupowanie podstawek pod kwiatki i latanie po sklepach i Plusach. Plus robienie prania, pakowanie, zmniejszanie ogrzewania, wyrzucanie śmieci, znów jeżdżenie do rodziców, tym razem drugich, żeby zawieźć, dać, pożyczyć, wziąć...
Wyjeżdżaliśmy nie o tej porze co planowaliśmy, ale też całkiem znośnie.
Znośnie mijała też droga, chociaż gdzieś w połowie zaczęło mżyć, a potem padać. Do tego mgła i wszystko do kupy.
Wariactwem były niepotrzebne warczenia na trasie, niepotrzebne były frytki z McDonalda i w ogóle wiele rzeczy można by było pominąć, jak ja pominę teraz, ale najbardziej drastyczne okazało się stwierdzenie M., który niedaleko naszego miejsca docelowego nie ze spokojem i nie z delikatnością stwierdził, że zapomniał klucza.
Świadomość, że jesteśmy 400 km od domu, jego nerwy, jego wcześniejsze nerwy, moje wcześniejsze nerwy, nasze wspólne nerwy, niepotrzebne nerwy i wszelkie inne nerwy ustąpiły ciszy.
Bo nagle okazało się, że dojeżdżamy do Warszawy, po całym dniu latania i zmęczenia, z tobołami i słoikami, a nie mamy gdzie spać.
Mistrzyni focha, obrażalstwa i opanowania - czyli ja - zaparowałam samochód swoim spokojnym głosem, którym mogłabym usypiać niemowlaka, a który miał ukoić emocje, pokroić powietrze i najlepiej zdobyć nam z powietrza klucze. Od razu wymyśliłam plan działania - telefon do właściciela, telefon do taty M., telefon do kierowcy autobusu i po chwili nie groził nam już zawał, atak paniki ani mord, tylko chwilowa bezdomność.
Szukanie hotelu również nie było łatwizną, ze względu na ceny i na nasze wygórowane oczekiwania. Ostatnio mieliśmy okazję pospać parę razy w różnych hotelach i każdy był porównywany do lepszego, a każde najmniejsze niedogodności urastały w naszych oczach do masakry. Z drugiej strony zapłacenie trzech stów za jedną noc, skoro w mieszkaniu nie kupiliśmy sobie jeszcze porządnego łóżka trąciła... wariactwem. Wybraliśmy więc w miarę tani, a nie najgorszy zajazd z dwiema swojskimi ciężarówkami na parkingu, smrodem tłuszczu w barze i miłą recepcjonistką. Plan zjedzenia ciepłej kolacji oklapł, kiedy zobaczyłam, że jedynym wege daniem jest kasza, więc pokręciłam noskiem królewny, oznajmiłam, że zjem suchą bułkę i poszliśmy do pokoju. Z pokoju M. od razu wyszedł, bo po postawieniu stopy w pokoju uznałam, że jest mi za zimno. Farelka prawie się zapaliła, kiedy ją odpaliliśmy na pełen zakres, prysznic zawiódł dwiema smętnymi buteleczkami z napisem "shampoo", a w sypialni były dwa osobne łóżka.
- Chyba nawet według pani z recepcji zialiśmy oziębłością - stwierdziłam, siadając do stołu i gryząc bagietkę.
M. bez słowa zsunął oba łóżka, a ja łaskawie zapchałam dziurę białą narzutką.
Nie mieliśmy szczoteczek do zębów - na wieczorną toaletę żuliśmy gumę, nie miałam wacików, mleczka do demakijażu - oczy myłam chusteczką namoczoną wodą i kroplą szamponu wiedząc, że mnie uczuli, ale że pozostawiony tusz zrobi to samo (dziś moje pręgi na powiekach są doprawdy urocze).
Ale łóżka okazały się o dziwo całkiem wygodne, a my oboje wyjątkowo słodcy, mili i grzeczni dla siebie i początkowa lista zarzutów i litanii jakoś odpłynęła, zostawiając miejsce na potrzebne zdania, które przyswajałam na półśpiąco, więc chyba potrzebuję ich powtórzenia. Bo jak to w życiu bywa czasami jest potrzebny klucz żeby do kogoś trafić, a czasem słowo albo zdanie - klucz ;)
Padłam pierwsza i pierwsza mrucząc zasnęłam.
Po godzinie obudziłam się zlana potem z akcją pt. "Będę rzygać".
Szturchnęłam M.
- Niedobrze mi.
- Napij się coli.
- Cały dzień piję Colę, już rzygam Colą...
- Przecież ty nigdy nie rzygasz.
- Ale chyba zacznę...
- Napij się Coli. I co, lepiej?
- Gorzej. Za słodka.
- To weź sobie gumę...
- Guma też jest słodka...
- Może coś zjadłaś.
- Może prawie nic nie zjadłam - stwierdziłam, żując namiętnie gumę.
- Zaraz ci przejdzie.
- Zaraz obrzygam tę wykładzinę. I jest mi za gorąco.
- Przecież było ci zimno.
- Uh. Ale teraz mi gorąco. Możesz uchylić okno?

Resztę nocy przesiedziałam na łóżku z ręką M. oplecioną wkoło brzucha ćwicząc głębokie oddechy.
Ostatecznie po alarmie rzyganiowym nie rzygałam, a zasypiałam przy otwartym oknie, z gumą przyklejoną do ramy łóżka i z butelką Coli na poduszce.
Ostatecznie przed piątą jechaliśmy do Warszawki, więc za długo nie pospaliśmy, a potem siedzieliśmy w aucie, czekając na autobus.
Uznaliśmy nawet, że gdyby nie pieniądze za hotel byłoby całkiem znośnie, bo nic tak nie łączy jak łączenie łóżek, wspólne tarapaty i wspólne odpędzanie mdłości.
Kupiłam gorącą gorzką herbatę i wreszcie wypiłam coś innego niż słodkie gazowane napoje.
Staliśmy sobie w kapturach na Centralnym wtulając się w siebie i wkładając ręce w kieszenie, aż zrobiło się całkiem romantycznie w całym tym brudzie miasta, ciemności, jego światłach i smrodzie.

Kiedy klucze trafiły do naszych rąk, cieszyliśmy się dzieci.
Krótsza już podróż była miodowo - cukierkowa, wejście na mieszkanie M. huczne prawie jak przenoszenie panny młodej za próg, znajomy smrodek wylanej na kanapę kawy z mlekiem napełnił rozrzewnieniem - nawet rybiki w łazience wydawały się słodkie i urocze.
Padliśmy na łóżko, opróżniliśmy wszystko co spleśniałe z lodówki, a do kluczy przyczepiliśmy pompona.
I tak w tym wszystkim, z całym tym wariactwem, tymi załatwieniami, naszym wspólnym mieszkaniem z pomarańczowymi meblami w kuchni, podwarszawskim mieszkaniem M. gdzie mieszkaliśmy razem, naszymi godzinami spędzonymi w trasie i całą resztą, ważna jest już tylko jedna mała rzecz. Że choćby nie wiem co się działo, trzeba pamiętać o kluczach - tych do mieszkania, tych słowach i chyba najbardziej tych zdaniach ;).



Sto dni

Sto dni.
Dla odmiany - w związku.
Sto dni słodkości, sto dni miłości.
Sto dni rollercoastera, sto dni zmian nastroju, sto dni mówienia: ""O Boże, a co jeśli ja się nie nadaję?" i "Dlaczego nikt nie powiedział, że to takie trudne?"
Sto dni na zmianę poglądów, na naukę bycia razem i na naukę gotowania trochę inaczej niż wsypywanie surowego szpinaku do miski.
Sto dni razem albo razem, ale osobno.
Sto dni bycia sobą, pokazywania swoich najgorszych stron i najlepszych cech.
Sto dni poznawania się, raz z poczuciem, że zna się wieki, raz że nie zna się w ogóle.
Sto dni mięknięcia, sto dni dojrzewania.

Sto dni.
Zaczęłam gotować dla dwóch osób (choć ilość wody którą trzeba wlać do czajnika, żeby zrobić herbatę dalej jest dla mnie tajemnicą), robić kanapki z szynką i kolekcjonować ściereczki. Dalej nie opróżniam kosza na śmieci choć już nie bałaganię kubkami i kablami od prostownicy, suszarki i laptopa.
Przejęłam władzę nad tabletem, telefonem i komputerem.
Mało piszę, dużo jeżdżę. Na pamięć znam rozkład jazdy autobusów do stolicy.
Plan zbudowania domku dla jednej osoby zmieniłam na wynajęte mieszkanie dla dwójki, obojętnie gdzie byle razem i bez nikogo więcej. I szybko tego dokonałam, więc piszę już ze SWOJEGO i M. mieszkania, co nawet nie wiecie jak na mnie działa ;)
Przestałam psioczyć na pierścionki i wywracać oczami na czyjeś śluby, ale choć cynką już nie jestem, dalej myślę rozsądnie i dalej nie daję się ponosić wizją bajki, myśląc racjonalnie i przyziemnie.
Nie zagryzłabym już za romantyzm, czułość czy słowa, ale i tak dalej lubię siedzieć w flejowatych dresach i skarpetach niż czekać wypindrzona i wyfiokowana jak kwiatuszek, do tego, żeby do kolacji dorzucić świeczki jeszcze mi daleko (ale najwyraźniej za mało jeżdżę nieswoim samochodem, żeby coś w nim zarysować i potem próbować się przypodobać), a subtelność wciąż jest dla mnie przereklamowana. Ale jak rachunki wyjdą nam kosmiczne to przerzucimy się na świeczki, od razu.
Na pewno nie powiem, że bycie z kimś jest łatwe i że przychodzi samo, nawet jeśli faktycznie przychodzi samo. Wszystkiego trzeba się uczyć, do wszystkiego przyzwyczajać. Zwłaszcza, jeśli wcześniej większość rzeczy robiło się samemu z nastawieniem, że jest i chce się być samemu, no i gdy myślało się tylko o sobie.
Teraz o sobie myśli się zupełnie inaczej i w zupełnie innym kontekście.
Bo ogólnie jest inaczej - z pewnością jest inaczej, ale po stu dniach mogę powiedzieć, że w tym przypadku inaczej znaczy lepiej, nawet jeśli czasami bardziej nerwowo czy emocjonalnie.
Teraz nie cofnęłabym się ani o krok, a każdemu kto się waha przed związkiem polecam skok na głęboką lodowatą wodę i mieszkanie ze sobą od razu. Wóz albo przewóz, szkoda czasu i szkoda nerwów.

Bo miłość jest genialna, ale cholernie trudna.
Trudne jest zagryzanie warg, powstrzymywanie słów, mówienie tego co chce się przemilczeć i myślenie ciągle o pieniądzach, skoro tyle by się chciało.
Trudne jest to, że łatwiej jest być samemu, ale lepiej razem.
Trudne są dylematy, różnice zmian, gorsze dni.
Trudne są związki i nawet jak jest cudownie to i tak trzeba się ciągle starać i pilnować, żeby nie zmieniać się na siłę, ale i zmieniać to, co robi się źle.
Trudne jest to, że każdy wie lepiej co dla nas dobre, każdy chciałby ustawić nam nasze życie i każdy chciałby wtrącić swoje trzy grosze, nawet jeśli jest tylko osobą.
Trudne jest generalnie wszystko, zupełnie jakby związek był jakimś sprawdzianem wymyślonym przez ekscentrycznego nauczyciela.
Trudne jest podejmowanie decyzji, trudne są kłótnie, trudne są wybory.
Trudne są błędy, ich skutki w przyszłości, rozpamiętywanie i wracanie do tego, co powinno zostać dawno zakopane.
Trudne są chęci zagryzienia i palnięcia w łeb.
Tak naprawdę wszystko jest trudne.



Przez sto dni na pewno można kogoś poznać, ale do poznawania się i tak jest całe życie.
Całe życie człowiek się zmienia i nie da się przewidzieć jaki będzie za rok czy za dwa.
Skoro związek oparty na czystej wygodzie jest i tak ciężki, to co dopiero znaczy małżeństwo, problemy czy macierzyństwo.
O ile wcześniej wydawało mi się, że trzeba być wariatem, żeby się ochajtać albo zdecydować na dziecko to teraz wiem, że nie dość, że to wariactwo to jeszcze jakie odważne.

No to jestem odważna będąc w związku.
Choć i tak mam swoje staropanieńskie długie piżamy, dalej coś tam piszę i chcę pisać, niezależnie od tego jak się sprzedam, dalej gotuję po wegetariańsku i dalej lubię koty, chociaż są nikłe szanse, że kota będę mieć, bo teraz to co się chce dzieli się na pół i jeszcze razy dwa.
Głośno śpiewam, głośno krzyczę, o uczuciach mówię jak się mnie przydusi do ściany kanapą i to po wcześniejszym patrzeniu przez dwie godziny patrzenia w sufit (dzięki Bogu za rysy, światełka, nierówności), ale i tak jestem zadowolona, że wykrzesuję z siebie tyle uczuć, emocji i ciepła wobec faceta, a nie kota ;)

Jestem sto dni w związku.
Nie wiem dla kogo medal, dla mnie czy dla M. ;)




środa, 20 września 2017

Obrzydliwi

"Ludzie są obrzydliwi" powiedziała moja koleżanka z ławki na biologii, kiedy byłyśmy jeszcze w liceum.
Krew w kościach, bebechy w brzuchu, smarki w zatokach, śluzy, porody i wymiociny.
Obrzydliwi? Może i jesteśmy.
Ale nie z powodu natury.

Jesteśmy obrzydliwym gatunkiem, bo żaden inny gatunek nie ma w sobie tyle zdolności autodestrukcji i równocześnie tyle złośliwości dla otoczenia.
Nie plujemy jadem, nie zatruwamy śliną, nie zabijamy wzrokiem, a jednak jesteśmy toksyczni.
Jesteśmy fałszywi i zakłamani, a im bardziej narzekamy na czyjś fałsz i obłudę tym bardziej sami robimy dokładnie to samo.
Jesteśmy wredni, chamscy i mściwi, bo zamiast bezprośredniości i szczerości wybieramy obgadywanie za plecami.  
Nie powiemy nic miłego, żeby powiedzieć coś co komuś dokopie.
Jesteśmy mili kiedy coś od kogoś chcemy, jesteśmy wredni kiedy nie mamy powodu być wrednym.
Oceniamy, szufladkujemy, opatrujemy etykietką i zakręcamy jak wekę, zanim postawimy ją na półce w ciemnej piwnicy, żeby wyciągnąć ją kiedy będzie nam pasować do obiadu.


Chociaż jako jedyny gatunek dane nam jest porozumiewać się ze sobą za pomocą słów - chu***o idzie nam komunikacja.
Mówimy wtedy kiedy nie powinniśmy mówić, kiedy powinniśmy wyrazić swoje zdanie - zamykamy się w sobie.
Milczymy zamiast rozmawiać, gadamy zamiast słuchać.
Zamiast mówić wprost - komplikujemy.
Nie potrafimy się dogadać, nie umiemy przyznać komuś jego racji, a się do swojego błędu.
Więcej z naszych ust obelg, przekleństw i chamstwa niż słów, które budują, łączą albo cieszą.

Relacje też średnio nam wychodzą.
Wabimy, żeby zwodzić, przyciągamy, żeby odtrącić. 
Dajemy nadzieję, żeby potem ją odebrać.
Robimy z tego grę, rywalizację, głupią zabawę.
Ciągniemy coś, co nie ma sensu, kończymy coś zanim się zacznie.
Nie wyjaśniamy nic, żeby zostawiać ludzi w niepewności, bo tak najłatwiej.
Nie mówimy nic wprost, bo łatwiej jest robić uniki żeby nie musieć stawać twarzą z twarz z czyjąś zawiedzioną miną albo rozwianymi nadziejami, ale też nie umiemy czegoś umiejętnie zakończyć.
Nie określimy się, bo nie umiemy.
Umiemy za to udawać i oszukiwać, a najlepiej wychodzi nam oszukiwanie siebie kiedy patrzymy na siebie w lutrze i mówimy sobie, że wszystko jest okej, albo że zachowujemy się krystalicznie.
Zdradzamy, kłamiemy, ranimy, rozczarowywujemy.
Obiecujemy chociaż dobrze wiemy, że nie dochowamy obietnic.
Krzywdzimy tych którzy nas kochają, kochamy tych którzy nas krzywdzą.
Bawimy się ludźmi. Ich uczuciami, ich nadziejami, nimi samymi - z całym kompletem ich części ciała. Traktujemy ich jako formę rozrywki, jak fantom do nauki pierwszej pomocy, rzecz do wykorzystania albo możliwość wyżycia się na kimś za swoje niepowodzenia, braki i frustracje.

Upokarzamy się dla kogoś, kto na to nie zasługuje, nie potrafimy zdać się na poświęcenie dla tych, którzy chcą nam dobrze.
Jesteśmy żałośni czekając na to co nie nastąpi.
Prosimy o to, o co nie powinno się prosić.
Tęsknimy za tym za czym nie powinniśmy nawet myśleć, myślimy o ludziach, o których powinniśmy zapomnieć.
Wyciągamy rękę kiedy powinniśmy wystawić środkowy palec, wychodzimy do tych, do których należałoby się odwrócić plecami.
Nie szanujemy siebie, bo pozwalamy się nie szanować innym.
Boimy się coś zmienić, boimy się zaryzykować, boimy się być szczęśliwi.
Robimy coś wbrew sobie, żeby zrobić coś według kogoś.
Nie słuchamy siebie, bo słuchamy innych.
Pozwalamy innym wtrącać się w nasze życie i robimy tak, żeby dobrze było komuś innemu, a nie nam samym, bo pozwalając innym na decydowanie o sobie zacieśniamy sobie pętlę na szyi.


Udajemy kogoś kim nie jesteśmy.
Interesujemy się cudzym życiem jakbyśmy nie mieli swojego i żyjemy pod czyjeś dyktando jakbyśmy nie mieli mózgu.
Marnujemy dane nam szanse.
Popełniamy błędy, na których wcale się nie uczymy.
Sami bronimy sobie dostępu do szczęścia.

Jesteśmy obrzydliwi kiedy postępujemy tak jak oczekuje od nas otoczenie, bo boimy się postępować tak jak chcemy.
Nie chcemy się wyłamywać, nie chcemy żyć inaczej, nie chcemy odstawać od reszty, chociaż generalnie nikt nie podał idealnego przepisu na życie i nie dał nam gwarancji, że te schematy ustrzegą nas przed porażką.
Nie ufamy sobie - swojej intuicji, swojej głowie, swoim marzeniom, a ufamy komuś, kto chce nas tylko wydy***.
Żyjemy jakbyśmy mieli sto żyć, żyjemy jakbyśmy byli sami na planecie i żyjemy tak jakbyśmy nie mogli choć raz pomyśleć, że może jednak robimy źle. 
A przede wszystkim - ranimy innych dla rozrywki, a siebie przez swoją głupotę.


I jeszcze śmiemy twierdzić, że jesteśmy najlepszym gatunkiem, bo mamy rozum i odpowiednią ilość odpowiednio poskręcanych zwoi.
Jesteśmy obrzydliwi.



wtorek, 19 września 2017

Gniazdko

Od nie pamiętam kiedy chciałam mieszkać sama.
Sama.
Z drobnym zastrzeżeniem, że do mieszkania przygarnę psa, kota, oba, po dwa albo może się zdarzyć, że jeszcze szynszyl w klatce.
Bez rodziców, bez faceta, bez chłopaka, bez męża, bez dzieci, bez współlokatorów, koleżanki, kogoś z ogłoszenia i bez pająków.
Sama.
I pewnie gdyby nie to, że do mojego M. wprowadziłam się ja, a nie on do mnie to może dalej chciałabym być sama, sama, sama.
Bo gdyby to on wszedł mi w paradę tak jak ja jemu i gdyby zrobił mi taki bałagan, mętlik i wszystko do kupy jak ja jemu, to chyba szybko wręczyłabym mu nakaz opuszczenia lokalu z racji tego, że przecież chciałam mieszkać sama, a on jest upierdliwy. Na szczęście on cierpliwy jest i łaskawy, a może po prostu zakochany, że co mu przeszkadza to mu przeszkadza, ale ja mu nie przeszkadzam, nawet jak mu przeszkadzam.
Szczęście w nieszczęściu czy to mieszkanie, czy dom, czy namiot czy hotel, dogadujemy się tak samo dobrze, chociaż ani jedno ani drugie nie ocieka lukrem i nie ma dnia bez zgrzytania zębami przynajmniej jednej ze stron.
Do tego od tak samo nie pamiętam kiedy gotuję sobie osobno, więc osobno kupuję, obieram, myję, kroję i spożywam, osobno zbieram też płyny, proszki, środki czystości, osobno piorę, wieszam, zbieram i tym samym osobno żyję - jakby nie patrzeć.
Samodzielne mieszkanie było więc na liście marzeń, tuż koło pracy, własnych zarobków i pisania książek. No i kota, psa, ewentualnie obydwu.

Samodzielnego mieszkania nie było i nie ma, za to jest mieszkanie z M.
Szybko, po zaledwie paru rozmowach i ustaleniach, ale co tu ustalać, skoro od trzech miesięcy razem mieszkamy i na palcach u dwóch rąk mogę policzyć, ile dni spędziłam sama.
I jedno i drugie z nas wiedziało, że chcemy mieszkać razem, że sami i że bez współlokatorów, bez kota on i bez pająków ja. Pająki znalazłam już dwa w łazience (zgłaszam reklamację), kota niestety w łazience nie znalazłam, chyba że takiego z moich skołtunionych włosów. Bywa.

Wicie swojego gniazdka zaczęłam więc od sukcesywnego zbierania kubków, misek, pościeli, poszewek, silikonowych form na jajka (gdzieś między fazą na weganizm), a materiałowymi koszyczkami przez kilka lat. A potem było już szybsze tempo. Internet, oferty, telefony i bach - podpisanie umowy.
Jakie jest nasze mieszkanie?
Nasze mieszkanie jest wynajęte i jest drogie.
Sęk w tym, że na chwilę własne.
I dla nas dwójki idealne, bo nie wiążące kredytem, nie posiadające osób trzecich i znajdujące się w naszym rodzinnym mieście.
Mam więc swoją suszarkę do naczyń, swoje czarno białe miski, swoje drewniane deski i swoje cztery kąty.
Mam suszarkę na bieliznę od mamy i odkurzacz od teściowej - jak miło mieć teściową bez kupowania białej kiecki za trzy koła, mam miętowy toster i miętowy czajnik zanim dorobię się miętowego fiata 500 (a pewnie się szybko nie dorobię, a w aucie ostatnio siedziałam i tak mi pasuje takie małe, śmieszne, zgrabne, nawet jak błękitne...), mam narzutę w różyczki ("Od kiedy masz tę narzutę? Odkąd miałaś dwa miesiące?" pyta M. widząc stopień jej sprania) i pomarańczowe meble w kuchni - i pomyśleć, że przerażały mnie pomarańczowe literki na grzbiecie mojej książki...

Oprócz tego jestem podjarana wszystkim. Podłogą, drzwiami, oknami, swoim mopem marki Gosia, który tak cudownie wiruje w niebieskim wiaderku (i nawet mi nie przeszkadza, że ma fioletowe akcenty), przeniesionymi z pokoju meblami, które z racji tego, że zafundowałam je sobie sama to przyszły mieszkać ze mną, kurtkami wiszącymi na drzwiach od łazienki, bo nie mamy jeszcze wieszaka, domkiem na klucze od koleżanki, lampą, lampkami, światłem tym które jest i tym którego brakuje, ciepłem bez ciepłej podłogi, zimnymi płytkami w łazience na które nie wchodzę, chyba że na kolanach, bo z racji tego, że białe to myje je średnio trzy razy na dzień mokrą jednorazową szmatką, myciem kwadratowych szklanek w swoim zlewie, siedzeniem i omiataniem wzrokiem wszystkiego ze świadomością, że to moje. Moje, moje, moje. I M., czyli generalnie nasze.
Chociaż przez chwilę będę w nim sama, sama, sama, bez pająków, bez kota, bez piesa i bez M., ale w trybie standby. Czyli oczekująca. Na M., bo kota mi nie wolno, a na dzieci to nie jesteśmy jeszcze oboje gotowi, więc nie bierzemy jeszcze tego psa ze schroniska, dla którego mamy imię albo i dwa.

Aaa. No i mieszkam w ścisłym centrum miasta.
Do pewnego czasu w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z przywileju jakim jest mieszkanie w centrum, choć w tej okolicy mieszkałam do 12 roku życia. Teraz pod nosem mam wszystkie sklepy, bibliotekę, w której chyba dalej remont, ale nie wiem, bo póki co kupuję kosze i pojemniki, i co tylko chcę. Świeże bułki jak ładnie poproszę M., balkon, drzewa na plantach, hałas na drodze i miasto. Miasteczko w zasadzie.
Trochę więc powieliłam życie mojej książkowej bohaterki, chociaż nie mam wanny na czterech nóżkach ani nawet na trzech, bo mam prysznic, no i wszyscy wiedzą czego nie mam więc nie muszę przypominać, że nie mam kota ;)
 

I teraz właśnie kiedy mój, mój, mój ci on chłop przynosi z szafy poduszki i rozrzuca je po kanapie, którą rozkładamy do spania, a składamy jak przychodzą do nas goście oglądać, oblewać i chrzcić mieszkanie, a z każdym jaśkiem, prześcieradłem, pierdołą nie umie przejść obojętnie jak ja nie przechodzę obojętnie koło czegoś futrzastego np. kota i mizia mnie albo chociaż głaśnie po głowie, a w rogu pokoju pali się wysoka rozproszona na sufit lampka, bo nie wiemy ile zabulimy za halogeny, a że mieszkanie do jasnych nie należy to możemy dużo, i że jest cieplutko i przyjemnie, aż mi jest ciepło, a mi rzadko jest tak ciepło jak nie siedzę w kocu i trzech parach grubych skarpet i pewnie za gaz też fajny będzie rachunek, skoro jest tak ciepło, a że w brzuchu nam buzuje pomidorówka od jednej mamy i barszcz z uszkami od drugiej (chwała Bogu, bo dzięki ostatnim zakupom z pralką, dywanikiem do łazienki, klamerkom do bielizny, koszom, garnkom i innym myślałam, że karmić się będziemy tylko rachunkami za wyżej wymienione) i kiedy siedzę w swoim, swoim, swoim fotelu, w którym nigdy nie miałam czasu siedzieć w domu i na moim, moim łóżku leży mój, mój chłopak, a na ławie mój, mój talerz z napisem "cookies" i resztkami ciastek to jestem tak bezgranicznie szczęśliwa, że nie muszę pić drinka z limonką, żeby być pijana szczęściem ;)















































poniedziałek, 4 września 2017

Jestem żoną

Jestem żoną.
Rozkapryszoną, nieznośną, wyluzowaną żoną.
Sypiam z mężem w małżeńskim łóżku, wpychając głowę na nieswoją poduszkę, a włosy do nieswoich ust.
Rano daję się budzić albo i nie.
Wstaję zawsze później.
Śniadań na ogół nie robię - robiłam tylko w miodowym miesiącu.
Pakuję w usta kanapki na stojąco albo jem płatki też stojąc. Jestem jednak kochającą żoną, więc proponuję mężowi dolewkę Coli, bo "Dzisiaj to ostatni dzień kiedy pijemy Colę, od jutra gorzki Earl grey".
Pakuję mu do pracy kanapki, pakuję Knoppersa. Jak nie ma kanapek to samego Knoppersa.
Żegnam w drzwiach w męskiej koszulce i śpiochami w oczach. Zamiast romantycznych pożegnań - ziewam na całą rozpiętość szczęki.
Przeważnie wracam do łóżka, przeważnie zostaję tam ile chcę.
Nieprzyzwoicie się lenię, zagarniam dla siebie całą poduszkę, parskam w wyszarpywanego zwykle jaśka, mruczę, kręcę się, wiercę.
Wstaję jak mi się znudzi.
Łóżko ścielę, pokój wietrzę, bieliznę rozwalam po podłodze, co trzeba wrzucam do prania.
Zostawiam w sypialni namacalne ślady bytu w postaci bałaganu, jakbym zostawiała w niej zamaszysty podpis i zaznaczała swoje terytorium zapachem perfum i pojedynczymi włosami na podłodze.

Przedpołudnie spędzam z muzyką, kubkiem z herbatą i telefonem. Wydzwaniam do siostry, mamy, przyjaciółek - jak to żony mają w zwyczaju. Nie narzekam ani na męża ani na dzieci, nie żalę się nadmiarem obowiązków czy nieusatysfakcjonowanym życiem. Paplam, gadam, wykładam nogi na ścianę, włóczę włosami po podłodze.
Idę na zakupy i oprócz pomidorów, świeżej bazylii i sałaty kupuję ołówki, notesiki, miski i noże. Pod nosem mam też galerię outletową, więc jak na nowobogacką żonę - kupuję sukienkę na wesele, szpilki od Gino Rossi (choć dotąd nie miałam ogólnie żadnych szpilek) i bieliznę, którą można potem rozrzucać po podłodze. No i bluzy, bluzy, bluzy. Przynajmniej do czasu do póki nie wymyślę, że chcę uwić swoje gniazdko i chcę oszczędzać na bambusowy chlebak, miętowy toster i białe łóżko. Wtedy z czerstwego chleba robię bruschettki, nie wyściubiam nosa z mieszkania i mruczę: "Zero zakupów!", a jak mam ochotę na słodkie to słodzę herbatę. Białym cukrem.

Kiedy mąż dzwoni, odpowiadam na pytania: "Co robisz, kochanie?", trzymając telefon ramieniem i myjąc pozbierane z całego mieszkania kubki.
Gotuję zupę, gotuję makaron, nie gotuję mięsa.
Przyprawiam, kosztuję, smakuję. Wycieram ręce w koszulkę.
Zapominam wyłączyć płytę indukcyjną, kiedy oddaję się rozkoszy pisania, nigdy nic nie przypalam, nigdy nie myję od razu naczyń.
Sypię lubczyk do wszystkiego, co by miłość nie klapnęła, a luby nie zorientował się, że jego gwiazdeczka jest gwiazdeczką bez kursu super żony, z brakiem umiejętności cerowania skarpet i prasowania koszul.


Po południu majtam nogami w powietrzu, składam mężowe bokserki z prania, jem albo i nie, wychodzę na balkon, pucuję płytki w łazience, bo łazienka przy mieszkaniu ze mną prawie zawsze równa się włosy, ślady z pasty i tuszu.
Trochę czytam, trochę piszę, dzwonię do męża. Pytam czy nie jest głodny, co zje na kolacje, śniadanie i obiad za dwa dni, jakby miało to jakieś znaczenie i jakbym wcale nie karmiła go głównie warzywami i zieleniną.
Puszczam sobie lekkie filmy, które lekko lecą w tle albo z przytupem słucham muzyki. Sąsiedzi albo są głusi albo też lubią Eda Sheerana.
Piorę pościel, myję naczynia i blaty, przyklepuję śmieci w koszu, żeby sprawiał wrażenie mniej pełnego.
Nie podlewam kwiatków, podlewam za to zioła w doniczce z lidlowego ryneczku.
Planuję odkamienić czajnik, ale tego nie robię, bo w czym potem zrobię sobie herbatę. Myję za to płytę indukcyjną błogosławiąc wygodę jaką daje, wygładzam dłonią kuchenne ściereczki. Ściereczek mam dużo - jednorazowe, kilkarazowe, wielorazowe w kratkę albo napisy. Ściereczki to moja mania, hobby, kolekcja. Kocham ściereczki. Czasami nawet ich używam.
Robię listę do spożywczaka, patrzę jakie chemiczno - kosmetyczne zasoby uszczupliłam, układam męskie koszulki, układam swoje ciuszki, jakby wcale nigdy nie były ułożone i układane.

Czekam, tęsknię, nawijam włosy na palce, rozładowuję telefon, patrzę się w sufit, rozładowuję tableta, przeglądam zdjęcia, rozładowuję laptopa, rozładowuję głośnik.
Idę pod prysznic, wyciągam włosy z odpływu jak woda nie chce spływać. Obiecuję sobie nie dyskryminować brodzika i myć go mniej więcej tak często jak umywalkę.
Pół godziny pieszczę się z suszeniem i prostowaniem włosów.
Tusz do rzęs na rzęsach, umywalce i ręczniku, Klein psiknięty na włosy i ubrany na tyłek.

O powrocie męża wiem, jak winda zaczyna tylko huczeć w ścianach.
Na powitanie skaczę mu w objęcia, całuję w usta, ściskam nogami w pasie, zwisam głową w dół, zamiatając włosami to, czego nie pozamiatałam wcześniej.
Podaję kolację, podaję herbatę, podaję Colę, rozpakowuję plecak z niezjedzonym żarciem i pokruszonym Knoppersem. Jak na dobrą żonę przystało - opierdzielam za niezjedzenie, pytam o samopoczucie, poziom zmęczenia.
Wiernie oczekuję pod drzwiami łazienki (włosy wciąż stygną po tym, jak o mało nie zostały spalone prostownicą), tuptając, że prysznic trwa tak długo.
Myję naczynia po kolacji - czasami nic mi nie spadnie, nie rozpryśnie się, nie rozchlapie i nie stłucze. A czasami dla bezpieczeństwa ich nie myję.

Mam dobry nastrój, jestem wyspana, wypoczęta, zrelaksowana.
Nigdy nie boli mnie głowa, nawet jak mnie boli.
Męża witam wyszczerzem, iskierkami w oczach i czystą radością.
Spać idziemy następnego dnia, bo po co iść spać.

Śpię dobrze, pewnie dlatego, że rozpycham się na łóżku, okno kategorycznie nakazuję zamknąć, zakładam skarpetki, gadam przez sen.
Zaplatam się wkoło męża jak anakonda, a kiedy wpada w półsen, wymacuję na jego uchu magiczny punkt relaksacyjny i spowiadam się ze wszystkiego co zepsułam, zniszczyłam albo oblałam.
Nie chce albo nie ma siły się złościć.
Razem zapadamy w cudowny, słodki sen.

***
No okej.
Żoną nie jestem ;)
Ślubu nie mam, męża też, małżeńskie łóżko dzielę na pół. Ale że jestem większa to zajmuję większą jego powierzchnię.
Staż nieślubu mamy krótki, acz treściwy. Generalnie w większości "przemieszkalny".
I wiecie co? Może gdyby młodzi ludzie mieli okazję sami pomieszkać, dotrzeć się, poznać i albo zaakceptować swoje wady albo i nie, nie byłoby potem tylu rozczarowań, łez i rozwodów.
Albo ślubów na początek.
Może gdyby nie udawało się, że jest się takim, a nie innym, że lubi się artystyczny nieład i raczej nie zamierza zgrywać perfekcyjnej pani domu tylko po to, żeby ją pozgrywać, nikt by się potem nie kłócił i nie rozczarowywał.
A może jeszcze powinno wbić sobie do głowy, że świat nie kręci się wkoło idealnie umytych talerzy, idealnie wypucowanego sedesu i idealnie wyglądającego domu, bo są rzeczy ważne, ważniejsze i mniej ważne, a nie wszystko złoto co się świeci i nie każda idealna żona albo i nieżona to ta, która wszystko robi idealnie.

Tym pozytywnym akcentem kończę, idę się pławić w kąpieli, wylegiwać z książką, zmieniać pościel i czekać na niemęża ;)



 
 


piątek, 1 września 2017

Życie z Pi ;)

Pisarz dopóki mieszka sam, wcale nie zdradza się, że jest pisarzem.
Przecież nikt nie wie, co ma w głowie, w palcach i laptopie.
Nikt nie wie że, co i czy w ogóle pisze.

Pisarz nawet jak zaczyna z kimś mieszkać to oprócz tego, że robi malownicze listy zakupów przypinane magnesem na lodówkę, zostawia w domu liściki z pierdołami, rysunkami, grafami i pisze obłędnie długie smsy w formie 'Trudnych spraw"albo analiz naukowych, to zachowuje się jednak jak przeciętny człowiek.
Do czasu aż nie zacznie się z czymś zdradzać.
Albo pisać.
Bo pisarz jak alkoholik - ma swoje ciągi.
Na co dzień zachowuje się normalnie.
Wstaje rano, szuka skarpetek, je śniadanie, pije kawę.
Idzie do pracy, wraca z niej.
Kupuje chleb, mleko i papier toaletowy.
Myje naczynia, wiesza pranie, ścieli łóżko.
Nie ma w oczach myślników zamiast źrenic, na stole plam z atramentu, a wkoło kosza zmiętych kulek papieru.
Nie ma rękopisów na biurku, markowych długopisów ani gęsich piór w słoiku.
Nie ma nawet biurka, sekretarzyka czy gabinetu.
Ma regał z książkami, dużo długopisów, laptopa i głowę.
A w głowie cyrk i swoje małpy, które zaczynają hasać dopiero wtedy kiedy zamiast prawilnie gotować obiad albo go porządnie zjeść, siedzi w szlafroku, piżamie albo majtkach i stuka w klawiaturę jak popier***ony.

Pisarz potrafi się dobrze ukrywać i nie pokazywać swoich zboczeń światu.
Rozmawia o pogodzie, jak i polityce, zna parę ładnych zdań, dużo słów i sposobów, by sprawiać wrażenie bardziej normalnego niż w rzeczywistości.
Ma pasje, znajomych, telefon komórkowy i konto na facebooku.
Nie zna się na modzie, nowinkach technicznych i telefonach, nie robi sobie hybryd ani makijażu, za to zna pisownię większości słów, jarają go znaki interpunkcyjne w wiadomościach, czyta wszystko, co ma literki i ślini się na widok książek.
W szafce ma mole, w torebce bałagan, w szafie idealnie poskładane ciuchy, a w mózgu wersy między zwojami.
Pisarz myśli o pisaniu częściej niż o jedzeniu, żywi się słowem, kartkami, przecinkami i płatkami z mlekiem.
Ma perfekcyjnie poskładane ubrania w szafie, posortowane kolorami skarpetki, kolekcję ścierek i ściereczek i burdel w głowie. Bywa, że nie daje się ponosić wyobraźni, a ma dzień, że buja z głową w obłokach od rana do wieczora i rozkojarza się, błądzi myślami, jest nieobecny, zmulony, zawieszony w czasie i przestrzeni.
Ma swój świat, swoje literki, swoje tajemnicze pliki na folderze i wyjątkowo szybkie palce, stworzone do tego, żeby gnać po klawiaturze.
Pisarz nie potrafi siąść i pisać jednej powieści od deski do deski. On ma pięćdziesiąt stron jednej, trzydzieści drugiej, dwa wstępy kolejnych i jeszcze kilka "bestsellerowych" książek w głowie.
Ma ochotę pisać zawsze wtedy kiedy nie ma czasu, sił ani świstków papieru pod ręką, a pomysły jest w stanie zapisać w roboczym smsie, na paragonie, ulotce z paracetamolu.
Ma fisia na punkcie artykułów piśmienniczych i dożywotni zakaz kupowania zeszytów, notesów, długopisów.
Przyjaciół i znajomych też ma, ale przeważnie czasu dla nich brak.
Nie brak czasu dla tych, dla których pisarz porzuca pisanie i gotuje zupę z lubczykiem albo makaron z serem, ale nawet taki Wybraniec nie do końca wie, ile czasu i ile myśli pisarz poświęca na pisanie, nawet gdy aktualnie nie pisze ;).

Pisarz pisze, a jak pisze to z werwą, pasją, zacięciem i chochlikami w oczach.
Pomysły przychodzą mu same, najczęściej z brakiem możliwości zrealizowania ich za pamięci, za to
wraz z otworzeniem laptopa i jednym rzutem na białą kartkę papieru słowa przychodzą same, zupełnie nieproszone, układające się w długie ciągi wyrazowe i szybko zapełniające kolejne kartki.
Pisarz rzadko pisze przy kimś, bo nie lubi jak mu się przerywa, przeszkadza albo zagląda przez ramię. Nigdy nie zdradza o czym pisze i w ogóle najczęściej nie przyznaje się, że pisze. On po prostu hobbystycznie sprawdza czucie klawiatury w poszczególnych jej miejscach.

Pisarz nie ma problemu ze sformułowaniem myśli ani ułożeniem logicznego zdania, ale ma problem, żeby przypomnieć sobie, że anegdotkę którą właśnie opowiada opowiadał już kilka razy albo gdzie do cholery położył szczotkę do włosów.
Pisarz miewa humorki, wahania nastrojów, fazy smęcenia, marudzenia, fochów i płaczu zupełnie niezwiązane z ciśnieniem atmosferycznym, zmęczeniem czy fazą cyklu. Bywa perfekcjonistą, zwłaszcza kiedy mu zależy albo daje się ponieść ferworze porządku, ale bywa i fleją, osobą niezdolną do zachowania ładu i porządku wkoło biurka.
Bo każdy pisarz to urodzony artysta, osoba, która kocha kolory, pędzle, pióra i szukanie kształtów w chmurach, rozlanych napojach, słojach na drewnianym stole.
Pisarz równa się artystyczny nieład, stos książek, śmieci i niesparowanych skarpetek.
Pisarz może mieć największe motywacje i lubić machać ściereczką z mikrofibry w łazience, ale i tak kiedy dorwie go wena, będzie siedzieć w bałaganie, wśród stosu naczyń, kupy ciuchów i masy kabli wkoło i pisać.
Może też mieć dużo czasu i nie pisać, bo woli siedzieć i się obijać.
Największym hitem jest za to to, że pisarz  generalnie zawsze ma i wie o czym pisać, bo pod kopułą kłębi mu się tyle postaci, charakterystyk i fabuł, że śmiało mógłby spłodzić kilka felietonów, opowiadań i powieści. Sęk jedynie w tym, że czasami jest tak omotany pisaniem, że nie wie co pisać, skoro ma tyle pomysłów albo przygnie go brzemię ponurej egzystencji i będzie musiał się martwić pieniędzmi na waciki, pomysłem na obiad, wieszaniem gaci na suszarce, rachunkami, brakiem prądu w lodówce albo innymi przyziemnymi sprawami, którymi chciałby się nie interesować.

Bo każdy pisarz, definitywnie chciałby być tylko pisarzem.
Wstawać rano albo i nie, chodzić pół dnia z gniazdem na głowie przetrącając nogą kota, pić zieloną herbatę w niebieskim kubku i pisać, pisać, pisać.
Idealnie byłoby gdyby musiał jedynie ogarnąć siebie i swoją najbliższą przestrzeń, a chodzenie do pracy zostawić innym.
Zdaje sobie sprawę, że wtedy pewnie umarłby z głodu śmiercią naturalną, raczej nie byłoby go stać na dżinsy z Calzedonii i pewnie musiałby pisać przy świeczce, ale i tak wie, że byłby w siódmym niebie, gdyby nie pisał z doskoku, a zarabiał i żył pisaniem.

Życie z pisarzem jest o tyle ciekawe, że nigdy nie wiadomo, czego się można się po nim spodziewać.
Jest artystą, ale też ma swój rozum, niby jest szalony, ale poukładać też czasami umie, zwariowany, ale nie do końca.
Z pisarką jest o tyle lepiej, że ma cycki, naturalny zmysł dekorowania mieszkania, pociąg do garów i mopa. No i jeśli osoba towarzysząca ma ambicje zobaczyć swoje nazwisko w druku, może dzięki jednej stronie www.pierscionki.pl zapewnić to sobie bez godzin ślęczenia nad laptopem. Oczywiście jeśli jest na tyle szalona, żeby planować życie z kimś kto nie myśli przyziemnie i codziennie tylko żyje po swojemu według swoich niepisanych zasad.

Pisarz najczęściej mówi, że będzie pisarzem w wieku lat pięć i pół, a chociaż literki stawia wtedy jeszcze koślawe i brzydkie, pisarz i tak pisarzem zostaje.
Pisze do szuflady, do gazet, do wydawnictw.
Pisze, bo lubi i pisze, bo chce.
Pisze tak jakby pisaniem oddychał i jeśli nawet nie pisze - bezapelacyjnie pisanie jest tym co go napędza.