...

...
M.

sobota, 23 września 2017

Sto dni

Sto dni.
Dla odmiany - w związku.
Sto dni słodkości, sto dni miłości.
Sto dni rollercoastera, sto dni zmian nastroju, sto dni mówienia: ""O Boże, a co jeśli ja się nie nadaję?" i "Dlaczego nikt nie powiedział, że to takie trudne?"
Sto dni na zmianę poglądów, na naukę bycia razem i na naukę gotowania trochę inaczej niż wsypywanie surowego szpinaku do miski.
Sto dni razem albo razem, ale osobno.
Sto dni bycia sobą, pokazywania swoich najgorszych stron i najlepszych cech.
Sto dni poznawania się, raz z poczuciem, że zna się wieki, raz że nie zna się w ogóle.
Sto dni mięknięcia, sto dni dojrzewania.

Sto dni.
Zaczęłam gotować dla dwóch osób (choć ilość wody którą trzeba wlać do czajnika, żeby zrobić herbatę dalej jest dla mnie tajemnicą), robić kanapki z szynką i kolekcjonować ściereczki. Dalej nie opróżniam kosza na śmieci choć już nie bałaganię kubkami i kablami od prostownicy, suszarki i laptopa.
Przejęłam władzę nad tabletem, telefonem i komputerem.
Mało piszę, dużo jeżdżę. Na pamięć znam rozkład jazdy autobusów do stolicy.
Plan zbudowania domku dla jednej osoby zmieniłam na wynajęte mieszkanie dla dwójki, obojętnie gdzie byle razem i bez nikogo więcej. I szybko tego dokonałam, więc piszę już ze SWOJEGO i M. mieszkania, co nawet nie wiecie jak na mnie działa ;)
Przestałam psioczyć na pierścionki i wywracać oczami na czyjeś śluby, ale choć cynką już nie jestem, dalej myślę rozsądnie i dalej nie daję się ponosić wizją bajki, myśląc racjonalnie i przyziemnie.
Nie zagryzłabym już za romantyzm, czułość czy słowa, ale i tak dalej lubię siedzieć w flejowatych dresach i skarpetach niż czekać wypindrzona i wyfiokowana jak kwiatuszek, do tego, żeby do kolacji dorzucić świeczki jeszcze mi daleko (ale najwyraźniej za mało jeżdżę nieswoim samochodem, żeby coś w nim zarysować i potem próbować się przypodobać), a subtelność wciąż jest dla mnie przereklamowana. Ale jak rachunki wyjdą nam kosmiczne to przerzucimy się na świeczki, od razu.
Na pewno nie powiem, że bycie z kimś jest łatwe i że przychodzi samo, nawet jeśli faktycznie przychodzi samo. Wszystkiego trzeba się uczyć, do wszystkiego przyzwyczajać. Zwłaszcza, jeśli wcześniej większość rzeczy robiło się samemu z nastawieniem, że jest i chce się być samemu, no i gdy myślało się tylko o sobie.
Teraz o sobie myśli się zupełnie inaczej i w zupełnie innym kontekście.
Bo ogólnie jest inaczej - z pewnością jest inaczej, ale po stu dniach mogę powiedzieć, że w tym przypadku inaczej znaczy lepiej, nawet jeśli czasami bardziej nerwowo czy emocjonalnie.
Teraz nie cofnęłabym się ani o krok, a każdemu kto się waha przed związkiem polecam skok na głęboką lodowatą wodę i mieszkanie ze sobą od razu. Wóz albo przewóz, szkoda czasu i szkoda nerwów.

Bo miłość jest genialna, ale cholernie trudna.
Trudne jest zagryzanie warg, powstrzymywanie słów, mówienie tego co chce się przemilczeć i myślenie ciągle o pieniądzach, skoro tyle by się chciało.
Trudne jest to, że łatwiej jest być samemu, ale lepiej razem.
Trudne są dylematy, różnice zmian, gorsze dni.
Trudne są związki i nawet jak jest cudownie to i tak trzeba się ciągle starać i pilnować, żeby nie zmieniać się na siłę, ale i zmieniać to, co robi się źle.
Trudne jest to, że każdy wie lepiej co dla nas dobre, każdy chciałby ustawić nam nasze życie i każdy chciałby wtrącić swoje trzy grosze, nawet jeśli jest tylko osobą.
Trudne jest generalnie wszystko, zupełnie jakby związek był jakimś sprawdzianem wymyślonym przez ekscentrycznego nauczyciela.
Trudne jest podejmowanie decyzji, trudne są kłótnie, trudne są wybory.
Trudne są błędy, ich skutki w przyszłości, rozpamiętywanie i wracanie do tego, co powinno zostać dawno zakopane.
Trudne są chęci zagryzienia i palnięcia w łeb.
Tak naprawdę wszystko jest trudne.



Przez sto dni na pewno można kogoś poznać, ale do poznawania się i tak jest całe życie.
Całe życie człowiek się zmienia i nie da się przewidzieć jaki będzie za rok czy za dwa.
Skoro związek oparty na czystej wygodzie jest i tak ciężki, to co dopiero znaczy małżeństwo, problemy czy macierzyństwo.
O ile wcześniej wydawało mi się, że trzeba być wariatem, żeby się ochajtać albo zdecydować na dziecko to teraz wiem, że nie dość, że to wariactwo to jeszcze jakie odważne.

No to jestem odważna będąc w związku.
Choć i tak mam swoje staropanieńskie długie piżamy, dalej coś tam piszę i chcę pisać, niezależnie od tego jak się sprzedam, dalej gotuję po wegetariańsku i dalej lubię koty, chociaż są nikłe szanse, że kota będę mieć, bo teraz to co się chce dzieli się na pół i jeszcze razy dwa.
Głośno śpiewam, głośno krzyczę, o uczuciach mówię jak się mnie przydusi do ściany kanapą i to po wcześniejszym patrzeniu przez dwie godziny patrzenia w sufit (dzięki Bogu za rysy, światełka, nierówności), ale i tak jestem zadowolona, że wykrzesuję z siebie tyle uczuć, emocji i ciepła wobec faceta, a nie kota ;)

Jestem sto dni w związku.
Nie wiem dla kogo medal, dla mnie czy dla M. ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz