...

...
M.

czwartek, 30 lipca 2015

Pół żartem, pół serio... o dziwactwach ;]

Wszyscy mają jakieś dziwactwa.
Bez dwóch zdań.
Ale ja jestem wyjątkowo dziwna, jeśli mam być szczera ;P.
I już wcale nie chodzi o to, że nie jem mięsa czy nawet o to, że kocham książki.
Chodzi o takie małe, malutkie dziwactwa, o które pewnie nikt by mnie nie podejrzewał, bo są po prostu dziwne…
I tak na przykład:

Nie cierpię resztek i końcówek.
Resztka szamponu w butelce? Obiad z poprzedniego dnia? Ostatnia strona w zeszycie?
Wywołują u mnie dreszcze...
ZAWSZE mam ochotę zacząć nową butelkę szamponu, ugotować i zjeść coś świeżego i zacząć nowy zeszyt.
Zmuszam się, żeby tego nie robić, ale to nie zmienia faktu, że zgrzytam zębami za każdym razem, kiedy pociągam długopisem po ostatnich linijkach strony albo gdy ze świstem wyciskam z tubki glutowaty ostatni kleks szamponu…

Wolę cierpieć z bólu niż się znieczulić.
Nieważne czy to borowanie zębów, migrena czy comiesięczne fatum.
Znieczulenie to słabość. Więc ja wolę cierpieć.
I nie - nie jestem masochistką.
Chyba...

Do niedawna nie umiałam dmuchać balonów.
Czując w ustach smak gumy robiło mi się niedobrze, a od dmuchania kręciło mi się w głowie.
Kiedyś w końcu się wkurzyłam, kupiłam sobie balonik w kiosku i po kwadransie miałam balon wielkości Hallowenowej dyni ;).
Plus niesmak w ustach i zawroty głowy ;P.

Nigdy nie miałam kaca.
No serio.
Jak miałabym go mieć po jednym drinku albo dwóch małoprocentowych piwach męczonych przez pół nocy...?

Jeśli coś mam kupić, musi mi się to podobać.
Nieważne, czy chodzi o kubek, kapcie, notes czy skarpetki.
Uwielbiam otaczać się rzeczami, które mi się podobają.
I zęby też mi się lepiej myje szczoteczką w określonym kolorze, o ;P.

Nie tęsknię za mięsem.
Wcale, nigdy, w ogóle.
Nigdy nie śniło mi się, że jem mięso, nigdy nie miałam marzenia, żeby rzucić w kąt dietę wegetariańską i nie, mięso dla mnie „nie pachnie”.
Powstrzymuję wyraz obrzydzenia na twarzy, kiedy muszę wyjąć z lodówki parówkę dla dziecka, które bawię, a kiedy rozdajemy dzieciom obiad w przedszkolu ochoczo łapię za garnek ziemniaków, żeby uniknąć nakładania mięsa ;).

Nie mogłabym ściąć włosów na krótko.
Nie widzę się w krótkich włosach.
Muszę mieć długi włosy, nawet jeśli ostatnio cały czas zwijam je w precelek, supełek tudzież koczek.

Lubię „przejeżdżać się” na ludziach, bo dzięki temu najlepiej się uczę, czego unikać w przyszłości.

Nie umiem malować paznokci u stóp. Ale i tak je maluję ;).

Do mycia rąk zużywam strasznie dużo mydła w płynie. A potem dziwię się, że mam suche dłonie.

Uwielbiam płatki zbożowe, które wyglądają jak pasza dla królika.

Lubię bezpośrednie osoby i wolę, jak ktoś „zastrzeli” mnie swoją teorią niż będzie fałszywie owijać coś w bawełnę.

Umiem pływać tylko na płytkiej wodzie. Na głębokiej już nie.

Strasznie szybko czytam i mówię.

Nie lubię ludzi, którzy mówią, że się nudzą. Co to w ogóle za słowo?

Nie umiem szyć. I nie chce mi się tego uczyć.

Na widok pająka czuję coś pomiędzy motylkami w brzuchu, ściskaniem w dołku, arytmią, bezdechem, strachem i paniką.

Jestem waleczna. Odkąd walnęłam pięścią "grubszą" koleżankę z podwórka („Jak to jestem mała?!”) zdarzyło mi się już kilka razy zaatakować kuzyna (wykorzystywał przewagę siłową) i chłopaka (coś mi nie spasowało ;) ).

Lubię śpiewać piosenki z bajek Disneya. "Mam tę moc" i "Mężczyzn zrobię z was" to moje ulubione.

Czasami zrywam się przez sen i spazmatycznie łapię oddech, trzęsąc się jak osika, po czym padam i błyskawicznie zasypiam, a rano budzę się z dziwnym uczuciem, że zrobiłam coś dziwnego.
Zdarza mi się też gadać przez sen i lunatykować, a tak w ogóle to często mam problemy z zaśnięciem.

Strasznie chciałabym mieć kolorowe lampki Cotton Love (z przewagą szarości i mięty), jeszcze jedną parę Air Maxów (szare <3), satynową pościel, wielki regał na wszystkie książki i kilka hamaczków i foteli, na których mogłabym kontemplować lekturę.

Jestem obrażalska. Bardzo ;P.

Jak wypiję za dużo kawy, gryzę pas w samochodzie, chodzę na czworakach po oparciu kanapy, turlam się po panelach z psem albo skaczę po wyspie w kuchni.

Uwielbiam być sama w domu. Strasznie lubię tę namacalną ciszę i niczym niewzruszony spokój.

W McDonaldzie byłam raptem cztery razy. Dwa w dzieciństwie (Happy Meal), dwa całkiem niedawno. Wypiłam smoothie i zjadłam szarlotkę. Wow.

Lubię mieć czarno – białą pościel, szaro – miętowe ciuchy i kolorowe dodatki typu kubki, miski, pudełka na pierdoły i długopisy. Ale trochę dziwnie to brzmi, kiedy mówię, że mój ulubiony kolor to czarno – biały, kocham wszystkie odcienie szarości, a przy tym lubię otaczać się kolorami ;].

Dobieram kolor bielizny do ubrania Nawet, jeśli nie zamierzam się rozbierać.
Co gorsza – kolor frotki do włosów też musi pasować do reszty…

Uwielbiam burze.

Denerwują mnie relaksujące piosenki i smętne melodie. I nie - wcale mnie nie uspokaja ich brzdękolenie...
 
Nienawidzę obierania pieczarek. Są takie obślizgłe, obleśne i w ogóle okropne.

Zawsze rumienię się, kiedy mówię coś podtekstowego. 

Nie wyobrażam sobie życia bez płynu do płukania ust, skarpetek frotte, notatnika z grubą okładką i butów do biegania.

Mam za dużo sportowych ciuchów, butów, bluz, skarpetek, zeszytów, kubków i długopisów.
I wciąż je kupuję...

Nie lubię róż, mlecznej czekolady, lodów waniliowych ani cieni do powiek.
Bitej śmietany, budyniu i tortów też nie.

Mam obsesję na punkcie swoich stóp.
Mam fioła na punkcie specjalnej soli złuszczającej do kąpieli, peelingów, kremów, maseczek, serum, balsamów i innych mazideł, po których mają być piękne i zadbane.
(I tak nie są, bo wiecznie mam pęcherze, otarcia i strupy od chodzenia albo butów).

Nie chodzę do Kościoła, uważam, że aborcja i eutanazja to wybór, a nie samo zło, zdarza mi się na kimś wyżyć, żądam zabijania pająków, jeśli są one w moim pokoju, a przy tym jestem wegetarianką, kocham dzieci i nigdy nie dałam żadnemu z nich klapsa.

Umarłabym, gdyby ktoś spalił wszystkie książki. Nie mogłabym żyć bez czytania.

Wydaje mi się, że nie będę mieć dzieci.

Zdarza się, że jestem smutna albo zła bez konkretnej przyczyny. I nie potrafię ukryć smutku ani złości.

Prawie nigdy nie płaczę, chyba, że dźgnę się w oko maskarą. Do kłótni, smutków, żali podchodzę na chłodno.

Umiem dobrze rzucać do celu papierkami albo zwiniętymi chusteczkami, mam dobry refleks (łapię nawet maszynki do golenia pod prysznicem), ładnie maluję dziewczynki i pocerowane misie, płuczę gardło do wybranej przez siebie melodii.

Mam niską temperaturę ciała, oscylującą między 34, a 35 stopni. Przy 36 z haczkiem czuję się jak z gorączką, mając gorączkę - umieram ;].

Potrafię odmówić dzieciom na 100 różnych sposobów bez użycia słowa: „nie”, nie mam żadnych oporów przed wyproszeniem kogoś z domu, jeśli mnie urazi, wrednie i celnie trafiam swoim komentarzem.

Uwielbiam układać swoje ciuchy w szafie, burzyć idealne kupki i układać je od nowa.

Przed snem zawsze chodzę sikać dwa razy. Dwa. Raz, za chwilę drugi. Nawet, jeśli te razy dzieli pół minuty…

Muszę mieć 4-5 żeli pod prysznic do wyboru, bo nigdy nie wiem, na jaki przyjdzie mi ochota w danym momencie.

Nawet w lecie, chodząc połowicznie rozebrana, mam na nogach ciepłe futrzaste kapcie.

Prawie wszędzie wlokę ze sobą książkę. Nawet jeśli wystaje z torebki albo jeżeli muszę nieść ją w dłoniach.

Zawsze warczę i frustruję się, kiedy film na necie nie chce się buforować.

Jestem grzeczna, miła i spokojna. Do czasu, dopóki ktoś mnie nie wkurzy.

Strasznie lubię Małą Mi. Mam chyba z dziesięć bluzek z jej wizerunkiem i poluję na kubki z jej hasłami.

Kiedyś śniło mi się, że niedźwiedzie polarne atakowały ludzi, bo ludzie zjedli niedźwiedziom wszystkie ryby. Poza tym w domu wszyscy zdrowi.

Odkąd po ugryzieniu przez kota zaszczepiłam się na wściekliznę, zaczęłam chętnie straszyć, że kogoś ugryzę, jak mnie wkurzy.
Problem w tym, że kilka razy ledwo się przed tym powstrzymałam ;P.

Nie umiem leżeć spokojnie. Nieważne, gdzie miałabym leżeć.

Zawsze dotrzymuję obietnic, szczególnie tych danym dzieciom i nigdy nie zdradzam nikomu cudzych tajemnic.
A swoich też mam całkiem sporo i wycisnąć je ze mnie to tylko po serum prawdy ;].

Nie cierpię różowego koloru. Nie mogę mieć nawet różowych wstawek, guzików, gumek od majtek. Brrr!

Mruczę przez sen.

Źle się czuję, jak odmówię komuś pomocy.

Strasznie lubię czytać i zbierać kapselki od Tymbarka.
Kilka noszę w portfelu („Zaryzykuj”, „Kochaj życie”, „Żyj śmiało”), kilkanaście mam w pudełku, paroma obdarowałam znajomych.

Nigdy nie wierzę w obietnice, bo nie liczą się dla mnie słowa tylko czyny.

Jestem złośliwa. I wcale mnie to nie martwi ;).

Czasami chciałabym spróbować czegoś innego. I nie pytajcie o szczegóły ;P.

Tak, kochałam się we Włóczykiju.
I nie – nigdy nie miałam plakatu z jakimś ziomkiem z gitarą ani nie podkochiwałam się w nauczycielu od w-fu.

Chcę sobie zrobić tatuaż na łopatce. Tajemnica jaki ;].

Mam kilka prawdziwych przyjaciółek, ale uważam, że przyjaźń damsko męska też jest możliwa.

Strasznie chciałabym być pisarką. Od zawsze tego chcę.

Mam znajomego geja i nigdy nie pytałam go o radę odnośnie ubioru.

Drażnią mnie pochlebstwa i lizusostwo, a także dziubdzianie, zmiękczanie i zdrabnianie.
No, chyba, że sama dziubdziam. 

Nigdy nie marzyłam o rycerzu na białym koniu, białej sukni i domku z białym płotkiem. Ble.

U facetów kręci mnie inteligentna złośliwość.

Nie lubię powolnych ludzi.
Powolnie otwierające się drzwi i ruchome schody też mnie irytują.

Lubię ładne opakowania chusteczek higienicznych. Jakoś lepiej mi się w nie smarka.

Nigdy nie byłam nad polskim morzem. Ani nad morzem w ogóle.

Lubię się wspinać, wchodzić tam, gdzie nie powinnam, przełazić przez dziury, okienka, szczeliny i przesmyki. I ogólnie lubię wciskać się tam, gdzie nie powinnam ;).

Kocham zapach kawy, "One" Calvina Kleina, lasu i niektórych męskich perfum, przeważnie nie wiem jakich. Perfum ;P. 

Nienawidzę boksu, filmów z przemocą, horroru, pająków.

Nigdy nie przechodzę na czerwonym świetle.

Nie mam ani jednej pary szpilek. Za to dwie pary Air Maxów, klasyczne Conversy i kilka rozczłapanych par Adidasów i Reeboków plus niezliczoną ilość kapci i pantofli, w tym w kształcie kudłatych piesków i butków a'la Robin Hood.

Lubię szybką jazdę.

Śmierć szynszyla przeżyłam bardziej niż rozstanie po 3 latach związku. Wiem - straszne.

Nie lubię długo spać. Wcześnie wstawać też nie lubię. 

Mam sześć par szarych dresów. I pięć szarych bluz.

Brzydzę się zaschniętych resztek na talerzach i tłustych plam.
 
Strasznie lubię rozmawiać ze starszymi ludźmi. Uwielbiam wszystkich tych szarmanckich staruszków i skrzeczące starsze panie. Uwielbiam ;]

Czasami robię się sztywna i nie potrafię się wyluzować, a czasami jestem najbardziej spontaniczną osobą w towarzystwie. I nie mam pojęcia od czego to zależy...

Nie lubię się zwierzać z bardzo osobistych rzeczy, ale chętnie rozmawiam z babami o babskich sprawach, daję się wciągać w dyskusję pasażerom w autobusie i prowadzę bloga, w którym opisuję swoje dziwactwa.
Dziwne, co? ;]





http://likely.pl/zdjecie/60775/szalona-dziewczyna






sobota, 25 lipca 2015

Ósemki... ;]

Myślałam, że będąc sama w Rzeszowie odpocznę i będę miała mnóstwo czasu.
Że zrobię wszystko co chciałam zrobić, spotkam się ze wszystkimi, z którymi miałam się spotkać, a do tego nadrobię zaległości w lekturze, pisaniu i oglądaniu filmów bez lektora.
A gdzie tam ;P.
Przy ośmiogodzinnym systemie pracy, braku neta i ciężkim do zniesienia upale jest to naprawdę ciężkie do wykonania ;).
Popołudnia są wprawdzie do mojej dyspozycji, ale zanim doczłapię do mieszkania, wdrapię się na czwarte piętro, zdejmę z siebie klejące się od upału ubrania, solidnie wymoczę się pod chłodnym prysznicem, połażę po pokoju w ręczniku i nawodnię organizm kilkoma szklankami wody z cytryną to okazuje się, że za chwilę już jest wieczór i pasuje poćwiczyć albo pobiegać, a nie czytać, pisać czy nie daj Boże wychodzić z domu i zabawiać kogoś błyskotliwą konwersacją.

W tym tygodniu "biegałam" jakieś trzy razy.
Wyglądało to mniej więcej tak, że maszerowałam raźnym krokiem (próbując ignorować to, że nawet wtedy pot rosił mi czoło), czasami tylko pozwalając sobie na bieg i to w spowolnionym tempie, jakby chodnik uciekał mi spod stóp.
Czekając aż zelżeją upały musiałabym biegać koło 23, a wtedy nie zdążyłabym się doprowadzić do porządku i wyspać przed porannym wstawaniem do pracy.
No właśnie.
Poranki.
Moja nowa zmora ;)
Pierwszego dnia ośmiogodzinnego dnia pracy wstałam prawie bez problemów.
W pracy było całkiem znośnie dzięki klimatyzacji, dzieci były w miarę grzeczne, a dzień upłynął szybko i dość przyjemnie.
Drugiego dnia ósemek nie mogłam się pozbierać z łóżka, do łazienki szłam jak naćpany zając, a do pracy człapałam ociężale jak słoń z nadwagą. Po pracy byłam może ciut bardziej zmęczona, ale też do przeżycia.
Trzeciego dnia byłam tak nieprzytomna, że pierwsze co zrobiłam w pracy to zamówiłam sobie kawę.
Mocną, czarną kawę z ekspresu.
Pobudziła mnie na tyle, że przeżyłam dzień z tą rozwrzeszczaną brygadą małolatów.
Dzień czwarty także zaczęłam od kawy. I to pitej tak łapczywie, że wylądowała na mojej białej bluzce z Małą Mi (i napisem: "Twarda babeczka").
Trzy wielkie plamy po kawie wyglądały średnio estetycznie, zwłaszcza, że jedna z nich wylądowała na lewej cycce...
Tak więc jak na "twardą babeczkę" przystało, zawołałam trzylatka, który jako jedyny przyszedł do przedszkola na siódmą, wzięłam go ze sobą do łazienki i produkując mnóstwo piany za pomocą dziecięcego mydła w płynie zaczęłam spierać plamy.
Wielkie brązowe placki zeszły całkiem szybko, za to suszarka do rąk odmówiła mi posłuszeństwa i kilkanaście następnych minut witałam dzieci i ich rodziców w połowicznie mokrej koszulce ;).
Czego na szczęście nie było szczególnie widać, bo jak już wspomniałam koszulka była biała.
I wyglądała raczej na pomiętą, niż mokrą ;).
Dzień wlekł mi się strasznie powoli, a dzieci dawały w kość.
W ogóle nie słuchały, a wszystko to co robiły nie mieściło się w żadnych granicach ludzkiej tolerancji.
W grę wchodziło więc ciągnięcie się za włosy i robienie sobie lejców z warkocza koleżanki, chodzenie parami do jednej toalety, namaczanie jednorazowego ręcznika i zatykanie nim kranu, wrzucanie klocków między leżaki, przytulanie się do tego stopnia, że tulące się dzieci podduszały się wzajemnie, osłabione brakiem tlenu potykały się o swoje nogi i spadały na dywan, gdzie tuliły się dalej, stanowiąc zagrożenie dla dzieci, które biegały.
Te które biegały w nosie miały przestrogi, chętnie robiły sobie slalom z klocków, a jeszcze chętniej przeszkody z krzeseł.
Jeszcze inne dzieci straszyły rybki w akwarium, wchodziły na biurko nauczyciela i chciało uciekać z sali.
Nie mówiąc o tych dzieciakach, które lubią się porobić w majtki, kiedy nie mają majtek na zmianę i o tych, które oprócz tego, że zwalą kupę w majtki i nie mają gaci na zmianę, nie przyznają się do tego postępku tylko chodzą z nią (w sensie kupą) do czasu, aż jej (ekhm) nie zwącham i wtedy muszę ją zdrapywać z dziecięcych tyłków...
Pozostała reszta dzieciarni (ta, która nikogo nie biła i nie zabijała mnie zapachem zawartości swoich fig w kolorowe groszki od H&M) krzyczała, piszczała, hałasowała i kompletnie nie słuchała co się do niej mówi...
Dzień piąty upłynął pod znakiem dwóch kaw, bo inaczej się nie dało.
Kawa dostarczyła mi wystarczająco dużo energii, żebym mogła podczytać książkę podczas drzemki Maluchów i sama przy tym nie zasnęła. Szczęśliwie tego dnia zostałam oddelegowana do innej sali, żeby położyć spać trzylatki. Najchętniej sama położyłabym się z nimi na niebieskich leżaczkach i przykryła kraciastym kocykiem. I wcale by mi nie przeszkadzało, że nogi mi wystają i że kocyk jest za cienki...

Wychodząc w piątek z pracy byłam więc tak uhahana, że prawie zapomniałam przebrać futrzaste kapcie pieski na trampki ;P.
Na mieszkanie szłam niesiona energią ze świadomości nadchodzącego weekendu.
Wróciłam do domu autobusem, w którym spałam jak mops na swojej torbie, nie przejmując się, że przez opasłe tomiszcza książek i prostownicę torba nie spełnia wymogów miękkości.
Sanok przywitałam z rozwalonym koczkiem, włosami sterczącymi każdy w inną stronę i plecami lepkimi od potu.
Kiedy szłam do samochodu (rodzice po mnie przyjechali :) ), zataczałam się pod ciężarem bagaży i ocierałam pot płynący po nosie, a jak weszłam do swojego chłodnego pokoiku, miałam ochotę całować podłogę ;].

Najpiękniejsze zaś w dzisiejszym dniu jest to, że mam Internet ;P.
W Rzeszowie nie mam tego luksusu, więc mogę zapomnieć o siedzeniu na łóżku półnago z laptopem na kolanach.
Myślę, że gdybym wyszła na schody w majtkach albo w ręczniku sąsiedzi, którzy w 85% składają się z ludzi starszych natychmiast wezwaliby Policję za moje gorszące ich zachowanie ;).
Muzyki też nie mogę słuchać, bo nie mam skąd jej wziąć, więc na ogół spędzam czas w ciszy.
Nie jest to jakoś straszne uciążliwe, bo w pracy zedrę sobie gardło, usiłując zapanować nad dzieciarnią, więc taka chwila wytchnienia bez gadania i bez hałasu jest jak najbardziej mile widziana.
Problem jedynie w pisaniu bloga, bo wyjście na próg mieszkania i szybkie sprawdzenie statystyk jest milsze niż ślęczenie na schodach i pisanie albo publikowanie wpisu, kiedy zasięg oddala się coraz bardziej, a ja muszę schodzić na boso po schodach i szukać połączenia...

Co mnie bardzo zaskoczyło - niespodziewanie podskoczyły mi statystyki, choć przecież nic nie pisałam i nie wrzucałam linków na fb.
Oczywiście jak to ja - w pierwszej kolejności zamiast się cieszyć, ja zaczęłam się martwić.
O co chodzi? Kto tak szubruje archiwum? Ktoś umieścił gdzieś linka i mam nowych czytelników? Ktoś zaczął mnie śledzić i za niedługo wyskoczy na mnie z lodówki? ;P.
No cóż.
Taka lekka obsesja.
Ale to norma.
Podobnie jest z książką.
MARZĘ, żeby ją wydać.
Od zawsze chciałam napisać i wydać książkę. Taaa, marzyłam też o dwójce dzieci, wycieczce do Paryża i założeniu przedszkola i moje aspiracje się zmieniły, ale marzenie o byciu pisarką nigdy mi się nie znudziło.
Tylko, że co?
Oczywiście w równym stopniu co CHCIAŁABYM coś wydać, BAŁABYM się tego ;)
Samego faktu, że wydam książkę, tego, jak zostanie przyjęta, tego kto ją przeczyta (i moja szurnięta wyobraźnia podsuwa mi obraz 80-letniej cioci, niewinnej uczennicy z angielskiego, pani z dziekanatu albo dyrektora z liceum) albo że nie przeczyta jej nikt i że zgnije na półkach w jakimś zapleśniałym podrzędnym magazynie.
Nie mniej jednak blogowe wejścia, które przeważnie są dwucyfrowe, ale przeważnie bliżej im do dwudziestu niż do stu, nagle podskoczyły do 95. Potem, kolejnego dnia było ich 66, później ponad 70, znów koło 60, 80 i ponownie 90 z haczkiem.
Nie mam pojęcia, skąd ten boom na mojego bloga.
Miewałam już takie zrywy większej niż zwykle popularności, ale było tak wtedy kiedy wrzuciłam jakiegoś roznegliżowanego mięśniaka albo słodkiego bobasa, opublikowałam mocny i podtekstowy wpis albo zgłosiłam się do blogowego konkursu.
Rekordowe wejścia bez powodu się nie zdarzały.
Aaa, jeszcze jedyną możliwością (oprócz stalkingu i inwiglacji) jest lajkowanie i komentowanie linków wrzucanych na facebooka. Wtedy więcej osób zauważa wpis i wchodzi na bloga.
Taka teoria.
No cóż.
Mi pozostaje się tylko cieszyć, że mam motywację do pisania (przy braku netu równa się to frustracji, ale co tam ;P) i starać nie schizować, traktując to jako przygotowanie do tego, że jeśli kiedyś coś wydam, będę bardziej przygotowana na krytykę ;).
No i oczywiście zamiast się martwić, zacząć się ślinić na myśl, że ktoś tam we wszechświecie mnie kocha (a jak nie mnie to przynajmniej to co robię za pomocą mózgu, palców i klawiatury ;]).
Pozdrawiam, życzę miłego weekendu i przepraszam za brak dostawy nowych wpisów, ale - sami wiecie, jak to jest -  telepatycznie wpisu w Internecie nie umieszczę...

PS Nie wiem czy widzicie, ale na ostatnim zdjęciu mam na sobie spódnicę ;P. Oczywiście jest ona szara (jak 3/4 mojej nie - miętowej części w szafie) i sportowa jak 99% wszystkich moich ubrań, ale myślę, że to, że mam na sobie coś innego niż szorty lub dresy zasługuje na uznanie ;] ;P.





środa, 22 lipca 2015

Przykro... ;]

"Środa minie, tydzień zginie" - jak mówi przysłowie.
Jeśli tak to trochę szkoda.
Bo ten tydzień jest całkiem w porządku.
Pracuję, obijam się, nie mam nic do nauki, a moje jedyne obowiązki to ścielenie łóżka, mycie naczyń i szykowanie ubrania do pracy.

Do przedszkola chodzę na rano i pracuję na ósemki.
Z jednej strony super, bo jestem wolna o 3 albo o 4, z drugiej kiepsko, bo poranne wstawanie mnie zabija.
Nigdy nie byłam typem osoby długo wylegującej się w łóżku.
Zawsze wstawałam szybko i głównie zawracałam komuś głowę, bo tłukłam się jak Marek po piekle, nawet kiedy starałam się być cicho ;).
Teraz, chociaż nie mam już żadnych problemów z zasypianiem i nocnym wybudzaniem (* wyłączając sobotnią noc, kiedy obudziłam cały dom krzykiem i trzęsłam się na całym ciele, choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co mi się śniło ;P) i śpię naprawdę spokojnie, pechowo w ogóle się nie wysypiam.
Przestawiam budzik trzy razy i zamiast wstać wpół do, zwlekam się z łóżka o 7.
I wyglądam wtedy jak zombie ;).
Prysznic wcale mnie nie budzi, śniadanie odbiera zamiast dodawać energii.
Do pracy idę ziewając, a koło pierwszej/drugiej marzę o drzemce.
Dziś byłam tak padnięta, że dzień zaczęłam od kawy.
I to jakiej! Czarnej z ekspresu. Mocnej jak diabli. Gorzkiej jak piołun. Ciemnej jak smoła ;].
W swoim oddechu czułam gorzki zapach kofeiny i wcale nie byłam zbyt pobudzona.
Po prostu zaczęłam lepiej funkcjonować i zrobiłam się bardziej wydajna ;).

Jutro idę do pracy na siódmą i już mi się robi słabo, jak pomyślę sobie, że muszę wstać o szóstej, żeby wziąć prysznic, umyć głowę, zjeść i się ogarnąć.
Chciałabym też dziś pobiegać, ale póki co jest duszno i parno, a jeśli znów pójdę biegać o dziesiątej, położę się po północy...
Jedynym plusem upałów jest to, że większość dnia siedzę w klimatyzowanym budynku i że w dusznym mieszkaniu jestem sama, więc mogę paradować w sportowym topie i bokserkach.
No i mogę wskakiwać pod prysznic, kiedy tylko chcę :).

Coś jeszcze?
Spotykam się powoli ze znajomymi, z którymi miałam się spotkać, ale bywają takie dni, kiedy jestem zbyt zmęczona i znużona gorącem, żeby ruszyć się gdziekolwiek dalej niż po szampon do włosów do drogerii...
Aaa... I po dniu smutnym, refleksyjnym, radosnym, dobrym, złym i udanym dziś mam dzień przykry.
Jest mi przykro. Tak ogólnie.
Nie stało się nic strasznego, może po prostu trochę się zawiodłam.
Może poczułam się niedoceniona.
I parę drobiazgów uprzykrzyło mi życie ;P.
Wycofali z obiegu mój ulubiony morelowy szampon.
Wkurzyłam się, kiedy widziałam, że idąca przede mną dziewczyna z rozpuszczonymi włosami,  okularami przeciwsłonecznymi wielkimi na pół twarzy, która szła w butach na koturnach o mało nie spowodowała skrętu szyi u dwóch mijających nas facetów i czterech kierowców.
Wkurzyło mnie NIE to, że nie patrzą na mnie, bo ja nie oceniam się przez pryzmat podziwu w oczach kogoś, kto patrzy mi wszędzie tylko nie w oczy.
Wkurzyło mnie to, bo laska miała straszny cellulit, obwiśniętą skórę, ocierające się o siebie uda i usta wielkie jakby co rano pompowała je pompką.
Wkurzyło mnie to, że mimo wszystko faceci lecą na takie dziewczyny, które czują się boginiami zakładając najkrótsze szorty, najwyższe buty i najgłębsze dekolty świata.
O, i jeszcze moja rodzinka zapomniała o moich imieninach.
A potem dowiedziałam się z boku, że ktoś inny wie lepiej, co czuję i dlaczego tak jest...
I nie chce mi się pisać, a akurat mam na to czas ;).
Wrzucam zdjęcie Sierotki M. piszącej na klatce schodowej. I gęsi na życzenie czytelniczki ;) ;*.





















wtorek, 21 lipca 2015

Naturlich ;P



Dziwnie jest pisać wpis, kiedy nie wie się czy uda się go opublikować.
Mam „ograniczony” zasięg.
W praktyce oznacza to, że nie mam Internetu.
Albo jak chwilę go mam, to za chwilę już nie.
Awrrr!
Rozdrażniło mnie to jeszcze bardziej niż swędząco – bolesne ukąszenia bąków rozsiane po całym ciele, z których jedno na łydce jest wielkości kurzego jaja…

Ogólnie weekend miałam bardzo wakacyjny.
W sobotę oblewałam obronę w domku nad jeziorem.
Było kameralnie, rodzinnie i bardzo przyjemnie.
Dziwnym trafem wszyscy w okolicy domku, gdzie stacjonował mój wujek z ciocią wiedzieli, że się obroniłam i wszyscy na każdym kroku mi gratulowali. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy mieli pretekst, żeby oblewać moje zdrowie ;).
Ogólnie to nikt nie zwracał się do mnie inaczej jak „Pani Magister”, co było równie miłe, co śmieszne.
Zostałam uraczona upichconym przez wujka wegetariańskimi warzywkami z grilla (szacun, wujciu, szacun :D), wyszalałam się na zaimprowizowanym parkiecie i wyćwiczyłam nogi na rowerku wodnym.
No i wspaniale się wybawiłam przy dwóch niskoprocentowych piwach i znajomych w wieku moich rodziców, z którymi dogadywałam się świetnie, nawet kiedy przerwałam cykl przebojów Czerwonych Gitar, włączając „Don’t” Eda Sheerana  ;).
Byłam na tyle rozfazowana, że tańczyłam do disco polo i kiwałam się do góralskich hitów, a na tyle trzeźwa, że nic nie wylałam, nie zrobiłam nic głupiego i nic nie zniszczyłam ;).
W niedzielę z kolei byczyłam się nad rzeką.
I pytanie – czy tylko ja i moja rodzina robiąc sobie wypad nad rzekę mamy jakieś dziwne perypetie czy wszyscy tak mają? ;P
Chciałabym powiedzieć, że nad wodą było słodko, miło i uroczo, że urządziliśmy sobie rodzinny piknik, ja opaliłam się na złoty brąz, a mój pies łowił w rzeczce kamienie.
Ale nie.
Tak niestety nie było ;D.
To znaczy – było fajnie.
Miałam gazetki (nie czytałam), książkę (niet), repelent przeciw komarom (na bąki chyba nie działa), krem z filtrem (pewnie dlatego mnie nie opaliło), owoce (rozmiękły się) i basenowe klapki (po tym jak z głośnym plaśnięciem wpadłam nimi w błoto raczej nie będę mogła wziąć ich na basen, nawet jeśli wyczyszczę je ryżową szczotą…).
Miałam nawet majtki na zmianę, bo znając moje szczęście mogłam wylądować dupą w wodzie (nie przydały się) i wafle ryżowe, żeby uzupełnić energię straconą na ciągnięcie materaca pod prąd (nie miałam na nie ochoty ;P).
Leżałam błogo na słonku, nie przeszkadzała mi zamulona woda, chlapałam nogami w wodzie i odganiałam od siebie bąki (jak widać bardzo skutecznie…).
Nie pływałam, bo woda była albo za płytka albo za głęboka (…), podryfowałam sobie jedynie na materacu, przeważnie szorując nim po kamieniach albo panikując, kiedy nie widziałam dna.
I to było naprawdę fajne.
Naprawdę…
Ale potem poczułam „uroki” łona natury…
Ciało szybko zaczęło mnie swędzieć od ugryzień i brudnej wody, strój śmierdział mokrym psem, a włosy wodorostami.
Woda była chłodna, więc co chwilę chciało mi się sikać, a sikanie w krzakach traci swój urok kiedy kończy się pięć lat ;P.
Jednak prawdziwą atrakcję zapewnił mi mój pies.
Ogólnie to Pedro bał się zamoczyć łapy, więc na ogół dreptał sobie po brzegu i chłeptał wodę z kałuż.
Kiedy jednak z drugiego brzegu przypłynęła do nas gęś, ochoczo rzucił się do wody, zapominając, że się jej boi. Wody. Nie gęsi ;P.
Gdy zaczęłam biec (super się biega przez rzekę, doprawdy…), żeby ocalić gąskę przed uduszeniem, mój Pedro wykazał się znakomitym wręcz pływaniem w stylu „na pieska”.
Ledwo udało mi się oderwać żądnego krwi kundelka od przerażonej gąski…
Fuczała na mnie z wyraźnymi pretensjami, co Pedro zagłuszał głośnym dyszeniem.
Niestety krnąbrna gąska, choć została pozbawiona jednego pióra z ogona, nie wykazywała chęci powrotu do siebie.
Stwierdziła, że na naszej wysepce jest całkiem fajnie i gęgając zaczęła przechadzać się koło nas, brodząc w ciepłej wodzie.
Niezbyt ucieszyło to mojego tatę, trzymającego na smyczy szamoczącego się psa, który charczał i dyszał, a w wytrzeszczonych oczach wymalowany miał mord.
Razem z mamą doszłyśmy więc do wniosku, że to my musimy zająć się odpędzeniem ptactwa, ale zanim to zrobiłyśmy, pocykałyśmy sobie parę zdjęć.
W końcu gąska była taka ładna, biała, młodziutka i oswojona…
Sesja chyba też się gąsce spodobała, bo ani tyle nie chciała nas opuścić, nawet kiedy mama zaczęła profesjonalnie zaganiać ją na drugi brzeg.
Koniec końców tato musiał zapiąć Pedrowatego na smycz i ciągnięty jego siłą (ma coś z huskiego albo alaskana, innej opcji nie widzę…) szedł za gęsią, aż ta z poirytowaniem trzęsąc kuprem popłynęła do siebie.
Jak już uspokoiłam się ze śmiechu (mój tato w slipkach prowadzący na smyczy szamoczącego się psa, który poluje na pływającą sobie beztrosko gęś) próbowałam jeszcze chwilę nacieszyć się wycieczką.
Niestety kolejny bąk, który ugryzł mnie w pośladek zdecydował o szybkim powrocie do domu, wzięciu gorącego prysznica, umyciu włosów pachnącym szamponem i wyłożeniu się na sofie z thrillerem.
Bez bąków.
Bez wody.
Bez mułu.
I bez gęsi.
Amen.

 

 
http://pl.hdlandscapewallpaper.com/sentymentalny/

sobota, 18 lipca 2015

Na desperata ;P

Myślałam, że przez miesiąc spokojnie obejdę się bez Internetu.
"Maila sprawdzę sobie na telefonie, a na bloga wrzucę coś przed pracą, korzystając z komputera w pokoju nauczycielskim" - myślałam utopijnie.
Chciałam przygotowywać się do obrony, a potem ćwiczyć, pisać i czytać. I tak w kółko.
"Do biegania nie potrzebuję neta. Do czytania książek i pisania w Wordzie ani tyle".
Taaa...
Jasne.

Pierwszego samotnego dnia w Rzeszowie wyczerpałam limit transferu na telefonie, słuchając do oporu muzyki i ćwicząc z Mel B. na You Tube.
Dwa kolejne dni gryzłam paznokcie z nerwów, że chcę wysłać CV, a nie mam skąd.
Komputer w pracy zmulał do tego stopnia, że myślałam, że się rozpłaczę, a kiedy w końcu zatrybił, odcięło m Internet...
Po czterech dnia bez możliwości sprawdzenia poczty, bez wejścia na bloggera, bez sprawdzenia wiadomości na fb, bez filmików z Mel B. i bez muzyki stwierdziłam, że jednak nie dam rady.
Ale skąd wziąć Internet na niecały miesiąc?
Kto da mi taką umowę?
Postanowiłam więc dołączyć się jakiejś sieci.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
Sieci, które wyszukał mój laptop były sieciami firmy, pubu i jeszcze czegoś, czego nie mogłam zidentyfikować.
W czwartek po pracy uzbroiłam się więc w żelazne nerwy i słodki uśmiech.
Biuro było zamknięte.
Może to i dobrze.
Pub za to otwarty.
Zanim powiedziałam o co mi chodzi, zanim młoda narzeczona nowego właściciela zrozumiała, z czym przychodzę... Koniec końców okazało się, że owa narzeczona i tak hasła nie zna, ale mogę podejść do właściciela kamienicy i eks właściciela pubu.
Ponieważ byłam dość zdesperowana, poszłam.
Niestety w kamienicy zastałam tylko mnóstwo pozamykanych drzwi i dwa przerośnięte koty.
Na szczęście żaden mnie nie pogryzł, bo obawiam się, że szczepionka na wściekliznę z poprzedniego roku już nie działa.
Spuściłam zrezygnowana głowę i poczłapałam do swojego bloku.
Pechowo mieszkają w nim sami starsi ludzie, ale czasami zdarzyło mi się widzieć jakieś młodsze osoby, kiedy wracałam z wieczornego biegania.
Zaczęłam więc pukać w drzwi na chybił trafił.
Zero odpowiedzi.
Zero odpowiedzi.
Zero odpowiedzi...
Albo nikogo nie było w domu albo staruszki czające się pod drzwiami obczajały mnie przez judasza i dochodziły do wniosku, że to dziewczę w czarnym T - shircie, szarych szortach, Air Maxach i rozpuszczonych włosach, które miały być wyprostowane z pewnością należy do jakiejś sekty albo zbiera jakieś podejrzane podpisy...
Jakież było moje zdziwienie, kiedy w ostatnim możliwym mieszkaniu zastałam młodą dziewczynę z czarnymi kreskami na powiekach.
Powiedziałam, o co mi chodzi, a ona szybko zrozumiała wagę problemu jakim jest brak połączenia z siecią.
Podała mi swoje wi fi, więc pognałam do siebie sprawdzić, czy takową odbieram.
Odbierałam.
Chwyciłam więc pod pachę notes, portfel i awaryjne Merci.
Po chwili miałam już hasło i nie miałam czekoladek.
Nowo poznana sąsiadka nie chciała pieniędzy, więc zapewniłam ją o dozgonnej wdzięczności i pouśmiechałam się uśmiechem Królowej Wdzięku.
Wpadłam na mieszkanie, wpisałam hasło i...
I nic.
Nie poszło.
Zamrugałam oczami.
Może się machnęłam?
Wpisałam drugi raz iiii...
Poszło.
Ufff.
Ulga.
Kamień z serca.
Radość.
Przedwczesna, jak się po chwili okazało...
Połączyłam się na jakieś dwie minuty.
Potem znów mnie odcięło.
Ręce mi opadły.
Humor opuścił.
Sprawdziłam połączenie.
Nie łapałam już tej sieci!
Awrrrrr!
Wyszłam przed mieszkanie.
Jest zasięg.
Podłączyłam się.
Net hula.
Weszłam do mieszkania.
Nie ma połączenia.
Wkurzona usiadłam na progu.
Jest zasięg.
Przesunęłam się o pięć centymetrów w głąb mieszkania i zamknęłam drzwi.
Nie ma...
Modląc się, żeby nikt nie wyszedł z mieszkania (na szczęście mieszkam na ostatnim piętrze, a moimi sąsiadkami są rzadko wychodzące z domu starsze panie) zasiadłam na schodach i szybko sprawdziłam pocztę i fb.
Wiedziałam jednak, że na dłuższą metę tak się nie da.
Jak miałam pisać bloga? Na schodach?
A ćwiczenia z Mel B. wykonywane na klatce schodowej zapewne zostałyby potraktowane jako pierwsza oznaka szaleństwa...
Do tego zaczęła mi właśnie padać bateria, a niestety nie miałam w pobliżu kontaktu.
Modląc się więc w duchu o powodzenie przedsięwzięcia złapałam padającego laptopa i zamknęłam się w mieszkaniu.
Ulokowałam się na łóżku w takim miejscu, gdzie na mój gust mogłam być najbliżej mieszkania, które było pode mną.
Przybrałam pozycję bojową...
Jest!
Jest zasięg!
Eureka ;)
Słaby, bo słaby, ale... ;)
Kontaktu też blisko nie miałam, więc siedząc na łóżku wykrzywiona jak pokraka, robiłam co miałam robić i jednocześnie buforowałam filmiki, z którymi miałam zamiar poćwiczyć, uważając na naszpanowany do granic możliwości kabel...
Pod koniec dnia bolało mnie wszystko.
Kark, głowa, plecy, mięśnie.
Ale byłam usatysfakcjonowana, bo rozesłałam CV i coś tam popisałam.


Wczoraj też było dość zabawnie.
Internet co chwilę mi się odłączał.
Najchętniej robił to w momencie, kiedy chciałam wysłać płodzony przez pół godziny mail z załącznikiem...
Czasami było tak, że odbierałam muzykę ze Spotify, a nie mogłam się zalogować na pocztę.
Czasami wszystko hulało, a czasami nie działało NIC.
Moja cierpliwość była więc wystawiana na ciężką próbę...


Dziś za to jestem w swoim domku.
Internet śmiga wyśmienicie i nie muszę się wyginać, żeby korzystać z laptopa.
Szkoda tylko, że dzięki zakupom, porządkom i wyjazdowi do domku do Zawozu nie mam czasu, żeby z niego skorzystać ;P.


PS Miłego weekendu wszystkim! ;]

http://likely.pl/zdjecie/620819/dziewczyna-z-laptopem

czwartek, 16 lipca 2015

Wieści z frontu ;]

Obroniona na piątkę! ;).
To na początek.
Upojona ulgą i wolnością - to po drugie.
Przepełniona niepokojem pomieszanym z dawno nie odczuwanym uczuciem wyluzowania – to na dokładkę.

Ostatnie dni minęły upłynęły mi w dziwnym stylu.
W niedzielę wróciłam do Rzeszowa.
Mieszkanie było puste, zakurzone i duszne po kilku tygodniach bez mieszkańców.
Od razu wzięłam się za wietrzenie, ogarnianie tego co mogłam ogarnąć bez odkurzacza, zakładanie nowej pościeli i rozpakowywanie ubrań, książek i jedzenia.
Kolejne dwa dni upłynęły mi prawie błogo.
Sama. W cichym mieszkaniu. Bez Internetu. Bez współlokatorek. Bez nadmiaru pracy.
I bez odkurzacza ;P.
Co akurat cieszyło mnie najmniej.
Do przedszkola chodziłam na trzecią i spędzałam w pracy tylko trzy godziny.
A przed i po pracy?
Próbowałam zmusić się do czytania materiałów na obronę i nauki.
Ale nie przemęczałam się zbytnio – o nie ;P.
Nużyło mnie czytanie o pragmatycznych ujęciach pracy i więziach społecznych, więc przeważnie zasypiałam nad notatkami.
Trochę więc czytałam i podkreślałam markerami co ważniejsze treści, trochę kimałam, robiąc sobie ze sterty kartek zaimprowizowane posłanie.
Jak byłam już całkiem wymęczona pseudo nauką – brałam się za odstresowujące pisanie.
Albo gotowanie.
Albo bawiłam się w prysznice, peelingi, prostowanie włosów i balsamowanie, na co mogłam poświęcić więcej czasu niż zwykle, bo nie biegałam z uczelni do pracy.
Wieczorami spacerowałam, robiąc sobie godzinne nawet przechadzki po Rzeszowie.
A potem prysznic, piżama, książka i psioczenie na niepoodkurzany dywan, który wywoływał u mnie kichanie ;).

W środę miałam obronę.
Czy się stresowałam?
Trochę na pewno.
Ale szczerze mówiąc czasami czuję większy ucisk w żołądku na myśl, że muszę ubrać bikini idąc na basen ;P.
Do obrony starałam się podejść na luzie.
W końcu coś tam uczyłam się przez te pięć lat. Chodziłam na zajęcia, przygotowywałam się do egzaminów
Wiedziałam, o czym mowa na wykładach nawet jak podczytywałam książki pod ławką.
Zaliczałam kolokwia, zdawałam egzaminy.
Miałam kilka rozmów o pracę, testy do Policji, obronę licencjatu, jakieś wystąpienia.
Czego miałam się bać?
Tylko tego, że jednak dopadnie mnie stres albo że nie siądą mi pytania.
Stres mnie nie dopadł, pytania podeszły.
Albo ja je podeszłam ;P.
Bo na tyle wyczerpująco odpowiedziałam na trzy, że nie dostałam czwartego, najgorszego ;P.
A potem było jedno wielkie odetchnięcie.
Wyszłam z sali, zdałam koleżankom relację jak było, uspokoiłam je i pocieszyłam, że obrona to nic strasznego.
Nonszalancko zsunęłam ze stóp granatowe eleganckie buty i usiadłam po turecku na krześle z ciekawym thrillerem w dłoni.
- Nie wierzę, że to robisz – zaśmiała się koleżanka.
- Przecież jestem już wolna – wyszczerzyłam się w odpowiedzi, podwijając pod tyłek stopy w rajstopach, w których zaczęło mi się robić oczko, czym nieszczególnie się przejęłam.

Po wręczeniu komisji prezentów, sprytna Magister M. korzystając z chwilowej nieobecności kolegi w sali, w której spięte i zestresowane studentki czekały na swoją godzinę zero, zrobiła sobie parawan z koleżanek i zdjęła z siebie skromną granatową sukieneczkę pożyczoną specjalnie na tę okazję od przyjaciółki. Potem wskoczyła w dresową kieckę i białe trampki, dzięki czemu nie nabawiła się odcisków i nagniotków. No i śmigała po mieście jak luzara, a nie jak sztywniara w grzecznej sukience, w której wyglądała jak połączenie pensjonariuszki z uczennicą szkółki niedzielnej ;].
Następnie był obiad z promotorem (medaliony z cukinii i szpinakowe risotto dla wegetariańskiej Miss M.), sesje zdjęciowe, na których mrużyłam oczy (po co brać okulary przeciwsłoneczne, lepiej dźwigać parasolkę…), dwa 2% Radlerki w pubie (zero zawrotów głowy, zero objawów fazy… Hm…), jedzenie szarlotki o dziewiątej wieczorem (nic zielonego w menu), wreszcie powrót do domu przed północą.

Dziś za to rozkoszuję się wolnością.
Miałam zostać w łóżku do oporu, ale wiercący za ścianą robotnicy i głód ściskający trzewia nie dały mi zbyt długo pospać.
Zwinęłam włosy w luźny koczek, ubrałam okulary i trochę zbyt obszerne niebieskie szorty i zbiegłam po schodach, żeby iść do sklepu.
Grając na nosie diecie kupiłam sobie bułkę i serek.
Zjadłam w pokoju, w którym przewalały się sukienki, rajstopy, legginsy, dresy, książki, kartki i kubki.
Potem zaległam na sofie i czytałam książkę, udając, że nie rusza mnie burdel wkoło.
Chciałam pożyczyć odkurzacz od sąsiadki, ale pechowo nikogo nie było w mieszkaniu.
Oczka mam podkrążone i opuchnięte, włosy przetłuszczone i prześmierdnięte dymem z papierosów.
Stopy obolałe od wczorajszych koturnów i łażenia po mieście.
A twarz tak promienistą i uśmiechniętą, że uśmiechem mogłabym zarazić wszystkich wkoło.
Wreszcie jestem wolna!!!! ;]
Czujecie to?! ;D ;D :D


PS A teraz wolna M. idzie pod prysznic i...  do pracy ;P ;];];].


http://likely.pl/zdjecie/2142/dziewczyna-w-kwiecistej-sukience-z-trampkiem-w-reku