...

...
M.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Stolik ;]

Mógł być szklany albo biały - ja wybrałam skrzynkowy.
O ile chciałam białe wymuskane regały, komody i szafę, stolik wymyśliłam sobie prosty i bezpretensjonalny.
Niby meble też zbyt pretensjonalne nie są, brakuje w nich ozdobień i eleganckich klamek, ale mimo wszystko są idealnie równe i sterylne, więc stolik dla odmiany miał być mniej niż bardziej perfekcyjny.

Początkowo chciałam pójść na łatwiznę i zrobić banalny stolik z czterech skrzynek, jaki znalazłam w necie.
Wywracałam oczami, kiedy mój tato kombinował, przekładając skrzynki w skomplikowany sposób, ale kiedy ułożył je na środku mojego pokoju i przykrył blatami...
Efekt okazał się zadowalający ;]


Ogólnie stolik tani nie jest.
Za farbę zapłaciłam jakieś 30 zł, ale malowanie zajęło prawie pół dnia, więc gdyby nie kolega z pistoletem do malowania i fakt, że zrobił to za free - byłoby drożej.
Kółka, śrubki, wkręty - 50 zł.
Blaty miałam w domu, ale gdybym musiała je kupić, pewnie wydałaby ze 150 zł, bo to prawdziwe bukowe drewno.
Przycięcie blatów kosztowało jakieś 20 zł.
Łącznie stolik to koszt około 200 zł, więc jak na stolik ze skrzynek - swoje kosztuje ;].

Mimo to jest śliczny i genialny w swej prostocie.
A do tego jest:

1. Praktyczny - dzięki kółkom można go przesuwać po pokoju, co też chętnie czynię, kiedy potrzebuję przestrzeni do hulahopienia.

2. Odpowiedniej wysokości - można przy nim pisać, rysować, dawać korepetycje.

3. Wygodny - idealnie nadaje się do postawienia na nim laptopa, kiedy piszę albo oglądam film. Ma wiele schowków i półek, w sam raz na książkę, którą aktualnie czytam, gazety o rysowaniu, kosz na śmieci, do którego hojnie ładuję strugi z ołówka, torbę z podręcznikami do pracy...

4. Estetyczny - skrzynki są idealnie białe, ale chociaż deski zostały dokładnie wyczyszczone i wyszlifowane, zdarzą się jakieś niedociągnięcia, które tylko dodają uroku. Blaty ożywiają stolik, są grube, mocne, ładnie polakierowane.

5. Idealnie dopasowany do wnętrza - białe skrzynki idealnie komponują się z białymi meblami, a drewniane blaty pasują do paneli, brązowych kontaktów i drewnianego okna.

6. Oryginalny - jest bardzo oryginalny, częściowo dlatego, że skrzynkowy, częściowo dlatego, że nie taki sam jak inne skrzynkowce ;)


Ogólnie - stolik zdecydowanie dodał smaczku w pokoju. Nie jest już tak pusto, a jak tylko chcę mogę przesuwać go pod okno i cieszyć się wolną przestrzenią w pokoju.
Jest odpowiednio duży i odpowiednio wysoki.
Jest idealny ;)
I idealnie się przy nim pije herbatę (z miodem Manuka/Amolem/robionym sokiem malinowym - co kto woli), więc zapraszam ;]

PS Zwłaszcza, kiedy aktualnie będę mieć w domu bananowca albo inny dziwny wypiek ^^.


PPS Jak klikniecie na pierwsze zdjęcie, będziecie mogli obejrzeć galerię w powiększeniu :)
















sobota, 28 listopada 2015

Kolorowe kredki ;)

Z całą swoją rozrzutnością - miewam momenty refleksji nad zakupami.
Jak na przykład dziś.

Ogólnie od jakichś dwóch tygodni chodzą za mną kredki.
Drogie kredki.
Niby zwykłe, ołówkowe, ale 72 sztuki, schowane w metalowym opakowaniu, przyprawiające o zawrót głowy swoimi kolorami (miętowe i błękitne wywołują u mnie przeciągłe westchnięcie).
Od jakiegoś czasu oglądam je w Internecie i ślinię się nieprzyzwoicie, widząc te kolory.
Mniej się ślinię, widząc ceny.
Jednak mimo to - kredki wciąż siedzą mi w głowie.
Wiecie jak to ja... Najpierw się na coś napalam, potem chodzę i o tym myślę, a ostatecznie za parę tygodni mam swoją zdobycz i jaram się nią jak dziecko.
W tym jednak przypadku miałam mieszane uczucia.
Kredki kredkami, są ładne, ale...
Ale.
Są profesjonalne.

Na blogach widziałam artystów, którzy za ich pomocą wyczarowywali barwne dzieła.
I to przy użyciu takich kolorów, którymi ja namalowałabym pewnie tęczę...
Mina mi zrzedła, chęci odleciały.
"Mam kupić takie kredki, żeby kolorować malowanki dla dorosłych...? "- smęciłam.
A kredki dalej siedziały mi w głowie.

W sobotę po porządkach i obiedzie poszłam do swojego pokoju.
Miałam ambitny plan przeczytania książki, którą zaczęłam parę dni temu.
Zanim jednak zlazłam z kanapy, żeby poczłapać do regału z książkami, pomyślałam: "Narysuję coś kredkami".
Ponieważ rysować kredkami nie umiem, bo na ogół używam ich do kolorowania, miałam ładną łamigłówkę - co narysować.
Przypomniało mi się jednak, że gdzieś tam kiedyś sto lat temu widziałam rysunek husky'ego namalowany białą i popielatą kredką na szarym papierze. Oczy miał oczywiście lodowato błękitne.
Zaczęłam szukać w necie.
Szukać.
Szukać.
Szukać...
Wreszcie zaczęłam wpisywać angielskie frazy.
I dalej nic nie znalazłam.
Mało tego - te wszystkie huskie, które udało mi się wyguglać były jakieś takie... brzydkie.
Ostatecznie udało mi się znaleźć jednego, który wyglądał przyzwoicie i dosyć prosto.
Ot, parę kresek ołówkiem.

Ołówków mam akurat sporo, większość Steadtlerowskich (uwielbiam), żółto czarnych w paski.
Są dość drogie jak na ołówki, chociaż szału też nie ma (ok. 3 zł za sztukę).
Gumkę posiadam, temperówkę/ strugawkę/strugaczkę - jak zwał tak zwał - również.
Miałam problem ze zlokalizowaniem czystych kartek, ale po chwili miałam już cały plik.
Zaczęłam szkicować.
Najpierw zupełnie naturalnie, lekko i pewnie.
Zaczęłam od lewego ucha.
Rysunek szybko zaczął nabierać konkretnych kształtów, więc ucieszyłam się, że może coś z tego będzie.
Zaczęłam energiczniej kreślić ołówkiem, naciskać lżej, mocniej, grubiej.
Złapałam drugi, bardziej miękki ołówek, dałam się ponieść i pocieniowałam co nieco.
Wszystko szło tak wspaniale... Do momentu, kiedy zaczęłam rysować oko.

Oko wyglądało cudownie na obrazku w necie.
Na moim - nie.
Husky na laptopie robił wrażenie.
Mój husky wyglądał na nieco zdezorientowanego.
Zmazałam mu więc zdezorientowane oko i spróbowałam raz drugi.
Wyszedł na nieco upośledzonego, więc ponownie zmazałam co miałam zmazać.
Zaczęły się próby.
Chociaż próbowałam zrobić to szybko jednym ruchem, powoli, pastwiąc się nad każdą kreską, dokładnie, wlepiając gały w laptopa i byle jak, puszczając wodze fantazji, główny bohater rysunku wyglądał kolejno na przyćpanego, oszołomionego, pijanego i nieco zwichrowanego.
Po pewnym czasie zaczęłam się frustrować, że wszystko poszło, a oko jak nie chciało wyjść, tak nie wychodzi.
Bo nie wychodziło.
Ewidentnie czegoś mu brakowało i za cholerę nie wiedziałam czego.
Myślałam, że chodzi o za grubą kreskę i zbyt czarną obwódkę, ale oryginalny husky miał oko ciemne jak noc listopadowa, a mój wyglądał jakby pomalował się eyelinerem...


Poprawiłam kreski na reszcie obrazka.
Machnęłam parę grubszych kresek ołówkiem 2B i zaszalałam z 5B.
Poprawiłam proporcje uszu i odległości między kolejnymi kaskadami sierści.
Pokręciłam młynka palcami, żeby je rozgrzać.
Napiłam się łyka jaśminowej herbaty.
Zrobiłam nawet pięć podskoków i łyknęłam świeżego powietrza zza okna, myśląc, że to może opary farby z nowego stolika zatykają mi artystyczne oko, ale...
Ostatecznie po którejś z kolei próbie skapitulowałam.
Oko zostawiłam je takie, jakie jest.
Nie umiałam doprowadzić go do oczekiwanego stanu.
Nie wiem jakim cudem na oryginale wygląda inaczej, ale mniejsza z tym ;).


Koniec końców mój husky przypomina wilka.
(W sumie dobrze, że nie lwa albo iguanę... ;]).
Jest chudszy niż oryginał, za to ma bardziej kosmatą sierść (zwłaszcza na uszach) i trochę więcej sierści ogółem ;).
Jest lepiej przygotowany na zimę po prostu ;).
Ma też trochę za długi nos i parę innych niedociągnięć (jak np. niedorobione oko), ale poza tym jest moją chlubą, dumą i radością.
Jest moim ambitnym rysunkiem, narysowanym po X latach.
Jest rysunkiem z biegu, z marszu, ze spontanicznego pomysłu.
Jest rysunkiem narysowanym w zasadzie jednym ołówkiem, chociaż narysowanie go miało świadczyć o tym, jak bardzo potrzebuję 72 kredek... ;]













piątek, 27 listopada 2015

Listopad ;]

Aaa.
Więc to jest ta znana niemoc twórcza?
Kiedy przebiera się palcami nad klawiaturą, patrzy tępym wzrokiem w białą kartkę bloggera, układa i kasuje w myślach pierwsze zdanie?
Chyba tak.
Chyba tak to się nazywa ;)

Oj, dobra, dobra.
Listopad mamy.
Taka smętna pora.
Najbardziej cieszy mnie światło, więc najczęściej "naświetlam" się, odpalając wszystkie możliwe światła w pokoju, a wieczorem siedząc przy pozapalanych Cotton Ball'sach.
Najbardziej męczy mnie szarość, kałuże i zimny wiatr, wtykający się pod poły kurtki.
Chociaż dalej w "Liście życzeń" na Zalando królują u mnie ciuchy w różnych odcieniach szarości ;].
(Zamówione buty 35 - jak ulał, XSki dobrze dopasowane. Nowa piaskowa bluza cudowna :)).

W tym tygodniu dopiero w piątek przekonałam się do zimowej czarnej kurtki, cały tydzień dzielnie drepcząc w turkusowo szarej przejściówce.
W czwartek bawiłam się na zabawie andrzejkowej o 10. 30 (do południa - zabawa klas I-III), dobijając swoje mięśnie wymęczone środową zumbą, a potem pół wieczoru stałam na skrzynkowym stoliku, żeby robić za ciężarek, kiedy tato mocował w nim wkręty.
Byłam też na urodzinach koleżanki, piekłam wegańskie ciasto bananowe i pisałam pięć wpisów, z których żadnego nie opublikowałam, bo "nie".
Poza tym standardowo - praca, zumba, ćwiczenia, nadgarstek, który przestał i znów zaczął boleć, zupa krem z dyni (ma ktoś dyńkę na zbyciu? Chętnie przerobie na coś zjadliwego), którą gotowałam po raz setny, zasypianie podczas czytania i czytanie kiedy zasnąć nie można, sto zdjęć kotki w różnych ujęciach dziennie i ślinienie się na widok szarych bluz na Zalando.

PS Prawda, że stolik wspaniały? Nie mogę się na niego napatrzeć ;D. Wciąż jeszcze śmierdzi farbą, ale wcale mi nie przeszkadza ;]. I jak tu nie kochać swojego taty - złotej rączki? ;]






















środa, 25 listopada 2015

Taka gibka, taka wysportowana ;]

Plusem niespania jest to, że nie trzeba się rano budzić ;P.

Po prostu wstaje się i zaczyna nowy dzień.
Nawet jeśli jest parę minut po piątej...

Taa...
Niech będzie, że "pełnia".
Dziś obyło się bez "Titanica" i bez frustracji.
I nawet nad ranem zdążyłam przeturlać całe swoje łóżko wzdłuż i wszerz, przyjmując każdą możliwą pozycję w każdym możliwym miejscu, czego nie zrobiłam od sierpnia.
A potem było śniadanie (super smakuje jedzone wpół do szóstej, kiedy jest zimno i ciemno ;P), pakowanie się, szykowanie.
O siódmej wyjechaliśmy spod szkoły.
Ja, kierowca i czwórka wspaniałych, czyli szachiści, którzy jechali na turniej do Leżajska.
Nie pytajcie mnie, co nauczycielka pierwszej klasy robiła na zawodach szachowych z dziećmi z klasy szóstej.
Zostańmy przy wersji, że zostałam wytypowana nauczycielem miesiąca i że w nagrodę oddelegowali mnie na turniej ;P.

Droga była całkiem spokojna, jeśli nie liczyć telefonów od nadgorliwych rodziców, którzy umilali nam drogę rozterkami: "Ale dlaczego jedziecie tą drogą" i "Ale dlaczego nie jesteście jeszcze na miejscu?" (Aż się chciało odpowiedzieć, że pojechaliśmy na wycieczkę do wesołego miasteczka...).
Potem była szkoła w Leżajsku, zapisy na zawody i przepiękne wejście smoka.
Czyli moje ;P.
Bo okazało się, że nie dość, że byłam jedyną wczesnoszkolną (sami wuefiści, przecież szachy to sport, w dodatku ekstremalny), to jeszcze byłam jedyną młodą w kadrze.
Co przestaje mnie już jakoś dziwić... ;].
Ale komentarz: "A czemu Ty nie siedzisz z dziećmi przy szachach" prawie mnie zabił.
Podobnie jak zabiły mnie trybuny pełne uczniów, zapatrzonych w siedzących przy stole graczy, opierających się na łokciu i robiących znudzone miny.
Nie wiem, co mieli robić ci uczniowie?
Kibicować?
Dopingować?
Wołać: "Skoczek na F5", "Goniec do akcji"?
Poznałam się z mamą jednej szachistki (spoufaliłyśmy się nawet do tego stopnia, że siedziałam przed nią na podłodze, a ona plotła mi kłosa), wypiłam herbatę i obejrzałam muzeum szkolnictwa.
Zjadłam na obiad mnóstwo sałaty (z domowych zapasików), posłuchałam, jak starszy pan śpiewa mi piosenkę o zakochaniu się w niebieskookiej dziewczynie mieszkającej koło Leska, której (piosenki) refren brzmiał: "Mój koń, mój koń, mój koń. Polubił siana woń" (WTF?! Istnieje w ogóle coś takiego?) i po trzeciej zaczęliśmy zbierać się do domu.
Oczywiście byłoby za nudno, gdyby nic się nie działo, tak więc najpierw pani M. zgniotła du** czekoladę, którą dostała, potem jedna dziewczynka rzuciła jabłkiem w chłopca, nabijając mu tym samym limo pod okiem, a na koniec główna bohaterka - ponownie pani M. nastraszyła się dziwnego syku i prawie nie wskoczyła na siedzenie kierowcy, pytając:
- Co to?! Co tak syczy?
...
A syczał spray.
Spray do odrdzewiania, który był schowany w drzwiach koło siedzenia pasażera.
Na siedzeniu pasażera siedziałam ja.
Zaplątana w swoje odnóża, z wywiniętymi rękami, poskręcanym tułowiem.
Nogą wcisnęłam spray, zagazowując cały bus.
I jeszcze narzekałam, że mi niedobrze od smrodu...

Brawa, oklaski, fanfary...
... bo taka, taaaaka jestem gibka i wysportowana ;P.

PS Piosenka istnieje. Sprawdziłam...
http://ukobiety.blogspot.com/2014/03/piekne-i-rozciagniete-dziewczyny.html

poniedziałek, 23 listopada 2015

Gówniany ;P

Poniedziałek miał się zacząć od dobrego przymiotnika, tak?
Najlepiej od takiego z "fantastyczny" w nazwie, tak?
A jaki był?
Gówniany.
O.


Ale od początku.
Poniedziałek po.
Po rozleniwiającym weekendzie.
Po bezsennej nocy.
Po oglądaniu "Titanica" do wpół do drugiej nad ranem.
Akurat ten film podchodzi mi tematycznie, bo jakkolwiek nieprzyzwoicie to brzmi - lubię katastrofy w filmach.
Czyli jeśli mam być szczera, wolę "Pojutrze" i "Tunel" niż "50 twarzy..." (wciąż nie przeczytałam i nie obejrzałam. Jestem z siebie dumna) i komedyjki z białymi welonami w tle.
Dla mnie, żeby film był do przełknięcia, musi się coś dziać.
A do "Titanica" mam sentyment.
Oglądałam kiedyś program, czemu RMS Titanic zatonął i przez jakiś czas recytowałam wszystkim który chcieli albo nie mieli wyjścia i musieli mnie słuchać o słabej jakości nitach, kiepskim żelazie, braku szalup etc.;].
Chociaż muszę przyznać, że oprócz całego romansu, love story i pocałunków, scena erotyczna też jest całkiem całkiem.
A przynajmniej mi się podoba zbliżenie na zaparowany samochód i dłoń pojawiająca się znikąd na szybie (ruchem który trudno nazwać subtelnym) i która z poślizgiem zsuwa się, zostawiając wymowny ślad ;).

Średnio przespana noc była średnio przyjemna, za to poranek był już względnie miły, bo spędzony do oporu w szarej pościeli w białe grochy.
Zaczynanie pracy po południu w poniedziałki ma swoje plusy ;].
Potem płatki kukurydziane.
Herbata z cytryną.
Przygotowywanie się do zajęć.
Ugotowałam sobie nawet zupę krem z brokułów i makaron jako bazę do późniejszego obiadu i wyprasowałam granatową bluzkę.
Wszystko było ładnie, pięknie i przyjemnie, aż wpuściłam do domu kotkę.
Niewinną słodką kotkę, siedzącą na parapecie i patrzącą na mnie przez okno.


Ogólnie, wcale mi tam nie przeszkadzała.
Wiem, że ma futro, wiem, że powinna spędzać czas na zewnątrz w ciągu dnia, bo potem wariuje wieczorem, żeby ją wypuścić.
Coś mnie jednak tknęło, bo siostra zawsze leci wpuszczać kota, kiedy ten tylko pojawia się na oknie.
A że moja An. jest obecnie zawiana i porusza się jak sparaliżowany żółw, chcąc uchronić ją przed groźnym podmuchem lekkiego wiaterku, pognałam po kotkę sama.
Kiara weszła, ja usiadłam i zaczęłam przeglądać przewodnik metodyczny, kiedy usłyszałam ten charakterystyczny dźwięk.
Dźwięk przebierania łapkami w żwirku.
Zerwałam się na równe nogi i z pretensjami w głosie zaczęłam fuczeć na kotkę, że przecież właśnie wróciła z pola i że chyba sobie jaja robi, skoro zamierza załatwić się do żwirku.
Moja siostra podniosła krzyk, ja szturchnęłam kota nogą.
A to co się działo potem to było już prawie śmieszne.
Ale tylko prawie...

A: Weź ją! Weź ją szybko wyciągnij!
Ja: Ale jak?! Ona już s*a!
A: No wyciągnij ją szybko!
Ja: Żeby mnie o***ła w locie?!
A (piekląc się): Będziesz po niej sprzątać, będziesz po niej sprzątać!
Ja: *niecenzuralne*, stojąc nad kotką jak kat.

Kotka - zrobiła swoje, nie przejmując się moją obecnością, mierząc mnie bezczelnym spojrzeniem.

A: Teraz będziesz sprzątać, teraz masz po niej posprzątać!
Ja: Wydałam z siebie gardłowy dźwięk naciągania na wymioty.
A: (śmieje się)
Ja: *niecenzuralne*
A: Młoda, posprzątaj.
Ja: *niecenzuralne*
A: (wciąż ze śmiechem, ale już z rumieńcami) Młoda, POSPRZĄTAJ!
Ja: (szykując sobie reklamóweczkę i łopatkę zanim poczułam wywołujący mdłości zapach) - O, nie. Ani mi się śni!
A: POSPRZĄTAJ!
Ja: Ale mnie drze już od kuchni to jak mam wejść do pokoju...
A: Mówiłam, żebyś ją wyciągnęła!
Ja: *Niecenzuralne*.
Przecież już wtedy s**ła!
A: Trzeba było ją wyciągnąć!
Ja: Trzeba było jej nie wpuszczać!
A: Przecież siedziała na parapecie!
Ja: I bardzo dobrze. Będzie mogła robić za świąteczną ozdobę na oknie, bo o dziś większość czasu będzie spędzać właśnie tam!
A: Po prostu trzeba pilnować, żeby po powrocie z pola nie szła od razu do kuwety. Jest tak nauczona czystości, że załatwia się do kuwety, nie na pole.
Ja: To już ja ją nauczę załatwiania się na polu!
A: Jak?
Ja: Będzie siedziała na polu tak długo, tak długo... Tak długo, aż się po***!

...
Zdaję sobie sprawę z poziomu tej rozmowy.
Zdaję sobie sprawę, że dialog jest gówniany i że gówniany jest też wpis.
Ale skoro chciałam swój przymiotnik, to go mam.
Gówniany poranek, gówniany dzień, to i gówniany wpis.

Boże, daj mi przeżyć ten listopad... ;P.

PS Dziś wieczorem jadę ze staruszkiem wujkiem do Sanoka do lekarza i nie wiem, kiedy wrócę (znając polskie realia - w nocy), a jutro o 7 wyjeżdżam jako opiekunka grupy do Leżajska na szachy z dziećmi z podstawówki.
Coś czuję, że w nocy znów będzie niezatapialnie...











sobota, 21 listopada 2015

Ciężki ;]

Ten tydzień był dla odmiany ciężki.
Nie zły, nie smutny, nie frustrujący, tylko ciężki właśnie.
Jakoś tak wszystko ciężko mi przychodziło.
Niby wstawałam rano w dobrym humorze.
Niby wychodziłam do znajomych, rozmawiałam z przyjaciółkami.
Niby chodziłam do pracy, niby jakoś się kręciło.
A jednak.
Tydzień był ciężki i kropka.

Nadgarstek uspokoił się do tego stopnia, że od dwóch dni nie jadę już na Naproxenie, chociaż przy pisaniu i podstawowych manewrach ręką wciąż go czuję intensywniej niż bym chciała, a wiele czynności zapobiegawczo wykonuję lewą ręką (co sprawdza się średnio na jeża).
Moja przyjaciółka po przeszczepie czuje się świetnie (i świetnie wygląda, byłam, sprawdziłam, pooglądałam blizny, ślady i zdjęcia z operacji ;P) i teraz obie na przemian kursujemy do łazienki ;).
Mimo to od poniedziałku do piątku stres i pośpiech prześcigiwały się w robieniu mi na złość.
Nawet nie chce mi się wynaturzać, ale to jeden z gorszych tygodni w ciągu ostatniego czasu.
Na szczęście szybko się skończył, a dzięki zastępstwom i korepetycjom nie miałam czasu na myślenie.
A to jak wyglądała większość moich dni idealnie lustruje to zdjęcie:








Na pierwszym planie kotka.
Wiecznie nienażarta, niechętna pieszczotom, kiedy mam ochotę ją potarmosić, lubująca się w drapaniu mojej kanapy, na co przeważnie reaguję alergicznie ;).
Na drugim planie - książka.
Przez którą nie mogę przebrnąć.
To jest jakiś fenomen.
Jest taki czas, że trzaskam kilka książek pod rząd, nie wychodząc z fotela, bo tak wciąga mnie akcja.
A potem trafiam na książkę, która choć jest fajnie napisana i zabawna, wyraźnie mi nie wchodzi.
Na dalszym planie kolejno prostownica, ciężarki, buty do ćwiczeń.
(Udało mi się nie złapać przewalających się na fotelu fragmentów garderoby).

Odkąd się zafarbowałam, nie umiem chodzić w związanych włosach.
Jakoś tak... blado i słabo wyglądam ;).
W rozpuszczonych zdecydowanie mi lepiej.
A jak rozpuszczone - to proste.

Ciężarki, hula hop, buty - codziennie coś ćwiczę. Jak jest pogoda - biegam. Z psem i z odblaskami. Bez słuchawek ;P.
Biedny Pedro patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, kiedy zaczynam szykować sportowe buty i obklejać się odblaskami.
Biedny Pedro nie może sobie wąchać wszystkiego co chce, bo tuptam nad nim, truchtając w miejscu jak niewyżyty króliczek Energizera.
Biedny Pedro wraca do domu z językiem na brodzie.
A ja? Ja jestem tak pobudzona, że przeskakuje przez kałuże i przez ogrodzenie, grając na nosie tacie, który założył domofon i nakazał nosić klucze do bramki.

Jak nie biegam to hulahopię albo tłukę się po macie.
Buty do zumby przyszły za duże i muszę je wymienić (czyt. Zalando - przymierzaj, oddawaj, kupuj od nowa ;P).
Ostatecznie zamówiłam o połowę tańsze buty taniec łamane przez fitness (jakoś Reebooki powyżej kostki do tańca są bez szału, a skoro kosztują ponad trzy stówy...), plus dodatkowo coś z underwear i coś, czego daaawno nie było. Czyli nowa bluza ;P

Trochę też w ostatnim okresie narzekałam popołudniami na dzieci, równocześnie w szkole ściskając je i mówiąc do nich: "skarby".
Trochę się izolowałam (np. bardzo podspasiło mi kolorowanie kalendarza z kotem Simona, struganie kredek i ołówków do tego stopnia, że można się było na nich skaleczyć i kreślenie przeterminowanych wykreślanek z czasów nudnych wykładów na studiach), przesiadując wieczorami w swoim pokoju i swoim towarzystwie.
I trochę odpoczywałam od ludzi, gadania, wychodzenia z domu.


Dziś już mam o wiele lepszy nastrój i podejrzewam, że mają w tym udział dwa źródła światła w pokoju, pusty słoik po gorzkiej czekoladzie do smarowania, zeżarta szarlotka (wchodzimy w szarlotkową fazę cyklu, jemy wielkie porcje ciasta na kolację, nie przejmujemy się wagą ^^) pogaduchy z J. i nowe ciuchy, które pewnie przyjdą w następnym tygodniu.
Tylko błagam, niech rozmiary się zgadzają... Wzięłam najmniejsze z najmniejszych - 35 z butów i XS z reszty. Problem w tym, że nie kupowałam nic z Kleina i Bencha (staram się jeszcze zachowywać normy przyzwoitości i nie fundować swojej szanownej samolubnej czteroliterowej aż tak drogich rzeczy), więc nie wiem, czy te marki też mają zaniżone rozmiarówki czy nie.

No a w przyszłym tygodniu znów zaczną się zajęcia z zumby, więc potańczę, spalę i napełnię się endorfinami, więc mam nadzieję, że od poniedziałku zacznie się cykl wpisów zatytułowanych przymiotnikami typu "Cudowny", "Rewelacyjny", "Zaskakujący" i "Genialny"
Miłego weekendu wszystkim.
I zero ciężkich dni ;)







poniedziałek, 16 listopada 2015

Kortyzolowy ;]

Ouch...
Siedzę na niepościelonym (chwała Bogu, że nie zdążyłam tego zrobić rano) łóżku.
Zrzuciłam z siebie jasne dżinsy i morelową bluzę z sową.
Torebkę z telefonem rzuciłam w kąt.
Herbatę z Amolem postawiłam na komódce.
Mam na sobie kombinozową piżamę Angry Birds'a, która aż się prosi żeby nosić ją w takie dni.
W jakie?
Takie, w których zamiast krwi żyłami płynie czysty kortyzol...


Rano byłam nawet zadowolona, że muszę urządzić sobie wycieczkę do Rzeszowa.
Długa jazda autem, obiadek w wegańskim barze, może jakieś zakupy.
Bo taki miałam zamiar.
Bo taki miałam plan.
Bo takie miałam chęci.
"Jeśli starczy mi czasu"  - dodawałam wspaniałomyślnie.
W sumie nie miałam go zbyt wiele.
O piętnastej chciałam już być w domu, bo o czwartej miałam mieć wywiadówkę.



Droga do Rzeszowa mijała mi całkiem całkiem.
Przynajmniej dopóki nie potrąciłam psa...

Stało się to tak nagle, że na początku w ogóle nie mogłam w to uwierzyć.
Jak to możliwe, że kundel biegnący drugą stroną zdołał jakoś wpakować mi się pod koła, skoro jechałam przepisowe zabudowane pięćdziesiąt i na widok galopującego poboczem psa zwolniłam?
Jak to możliwe, że ten parszywiec wpadł pod koła weganki, a nie frajera, który kopie bezpańskie psy?
Czemu nie dałam rady wyhamować, skoro tak mocno depnęłam po hamulcach?
Dlaczego stało się to akurat w dniu, kiedy miałam testy psychologiczne do Policji?
Kiedy przetrącony psiak pobiegł zszokowany w krzaki, miałam ochotę gonić za nim.
Serce miałam w gardle, a w oczach łzy.
Które oczywiście nie spłynęły, bo przecież nie potrafię skroplić uczuć.
Przez godzinę nie mogłam się otrząsnąć i przeżywałam całe to wydarzenie jak mrówka okres.
Miałam okrutne wyrzuty sumienia, chociaż właściwie jedynym moim błędem było to, że akurat jechałam tą drogą w tym czasie.
Mimo to resztę drogi jechałam jeszcze wolniej, co skończyło się tym, że wszyscy mnie wyprzedzali.
Co dowodzi temu, że jechałam przepisowo ;P.
W trasie jazdy zaczął mi dość mocno dokuczać ból nadgarstka, więc starałam się prowadzić lewą ręką, opierając się o fotel jak wyluzowana turystka ze zblazowaną miną.


Do Rzeszowa dojechałam przyzwoicie (czyt. przed czasem).
Na poczekalni była już stała ekipa moich "policyjnych" kolegów. I jedna "policyjna" koleżanka ;).
Znajomi szybko ostudzili mój zapał, mówiąc, że psycholożka się spóźni, pani w recepcji monotonnym tonem wytłumaczyła mi procedurę wręczania skierowań i obiegówek, pacjenci psychiatryczni zmierzyli podejrzliwym wzrokiem, a koleżanka chętnie popilnowała mojej teczki, kiedy pognałam do łazienki.
Potem zasiadłam na twardym plastykowym krzesełku i uzbroiłam się w cierpliwość.

Kiedy trzykrotnie zostaliśmy upomnieni przez panią z rejestracji (wyobrażacie sobie zlepek młodych kandydatów do służby, którzy przymusowo spędzają czas biegając po szpitalnych salach i zaliczając lekarzy od dentystów po ginekologów, w przerwie odwiedzając dermatologa i robiąc EKG siedzących z grobowymi minami na poczekalni i narzekających na łupanie w stawach i strzykanie w kościach?), uspokoiliśmy się na tyle, że śmialiśmy się ciszej i żartowaliśmy mniej.
Po teście psychologicznym (czyli nasz stary dobry Multiselect), który zdawałam już nie pamiętam kiedy, psycholog wydawał mi się formalnością.
Ot kolejna rozmowa z kolejnym specjalistą do odhaczenia na liście i do wbicia pieczątki na zapieczątkowaną kartę z autografami innych lekarzy.
Aaa.
I tu się zdziwiłam.
Przez ponad dwie godziny zostaliśmy zbombardowani i przemaglowani ankietami, testami i świstkami do wypełnienia, od których lasował się mózg.
Przez numer pesel, wiek rodziców i miejsce pracy rodzeństwa, po pytania typu: "Czy lubisz sprawiać ból tym, których kochasz?", "Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek zabrać komuś cokolwiek (np szpilkę, guzik)?" po ukochane matryce Ravena.
Szczęście w nieszczęściu (zobaczę wyniki to się pewnie zdziwię i będę przeklinać swoją szybkość ;P), wszystko trzaskałam najszybciej, najszybciej też więc zostałam poproszona na rozmowę.
Przebiegła bezstresowo, nikt nie kwestionował moich predyspozycji do służby, nikt się nie czepiał.
No, może trochę psychiatra, do którego wbiłam na szybko, pukając i machając od drzwi obiegówką.
Spytał mnie o imię, nazwisko, wiek i mruknął pod siwym wąsem, czemu na formularzu podpisałam się tylko nazwiskiem.
A potem sam podpisał mi obiegówkę nazwiskiem i dodatkowo ciachnął pieczątkę, więc błysnęłam uśmiechem, triumfalnie zaniosłam skierowanie do rejestracji, pożegnałam się ze "swoimi" i wybiegłam na zimne szpitalne podwórko.
"Nie śpiesz się, nie śpiesz. Masz dwie godziny. Dwie godziny i 90 kilometrów. Nie chcemy żadnego wypadku. I rozjechanego, a nie stukniętego psa "  - mówiłam sama do siebie, tupiąc nogami na przejściu, ale kiedy ludzik na sygnalizatorze rozbłysnął na zielono, kierowcy mogli zobaczyć śmigające w powietrzu spody moich butów... ;]
 
Wpadłam do Clia i rzuciłam wszystko na tylne siedzenie.
Licząc pod nosem do stu, odpaliłam auto.
Szybko zaczęłam przeplatać kolejne liczby łaciną, bo sznurek aut ciągnął się aż po horyzont.
"To nic, to nic" - nuciłam, pogwizdując nonszalancko. Choć w sumie nie umiem gwizdać. Nonszalancko ani tyle...
Potem włączyłam się wreszcie do ruchu.
I zaczęło się.
Co dojeżdżałam do świateł, zmieniały się złośliwie na czerwone.
Co dojechałam do nowej ulicy, pojawiało się na niej więcej samochodów, jakby ktoś pstryczkiem wysyłał je z nieba, żeby uprzykrzyć mi życie.
Co popatrzyłam na zegarek, czas nieubłaganie płynął.
"Może się uda. Może zdążę. Może nie będzie korków" - afirmowałam sobie głośno.
Dodająca otuchy Eska puściła piosenkę Fragmy, w której co parę wierszy pojawiała się fraza: " I need a miracle", kierowcy zdawali się zasypiać w samochodach, fotel zasysał mnie, kiedy uświadamiałam sobie, że spóźnię się na wywiadówkę w pierwszym roku swojej nauczycielskiej kariery, a głowa pulsowała z bólu do rytmu melodii z radia.

Jeszcze nigdy nie jechałam w takiej atmosferze.
Atmosferze rwania włosów z głowy, wyzywania w myślach wszystkich kierowców robiących innym dobrze ("Ej, Miłosierny, ja się śpieszę, musisz wszystkich wpuszczać?!), chociaż zwykle to ja wszystkich usłużnie wpuszczam i puszczam, głośnego jęczenia, kiedy okazywało się, że a to roboty na drodze, a to korek i wsłuchiwania się w pulsujące burczenie w brzuchu, jątrzące trzewia.
Wszak śniadanie zjadłam o siódmej, a mój organizm przyuczony na w miarę regularne dostawy koktajlików z jarmużu i sałatek z roszpunki zbuntował się przeciwko całodniowej głodówce.
Oczywiście ze zjadliwych produktów miałam w aucie tylko wodę i Hallsy, które zresztą ssałam namiętnie całą drogę, udając, że się nimi najadam.
Włosy bały się zakręcić ze strachu, dziwiąc mnie prostymi jak nigdy pasmami mimo wilgotnego powietrza, głowę miałam dziwnie przejrzystą mimo głodu i zmęczenia, nawet nadgarstek siedział cicho i nie protestował podczas gorączkowej zmiany biegów.
Zdążyłam nawet odmówić modlitwę dziękczynną chwalącą dobrodziejstwo drogi z pierwszeństwem, pustą szosę i suchą nawierzchnię, a także pobłogosławić w duchu pedał gazu i swoją technikę jazdy, kiedy cisnęłam, wyprzedzałam chyba więcej niż w ciągu całej swojej kariery kierowcy (czyli ze trzy razy) i sprawnie manewrowałam samochodem na nowym rondzie, omijając kierujących ruchem i nie strącając żadnego z pachołków.

Do swojego miasta wjechałam minutę przed czwartą, pod szkołę zajechałam trzy po.
Zanim dwukrotnie objechałam parking i zanim ostatecznie zostawiłam auto w ciul daleko, było już to już pięć minut po czasie.
I wtedy pobiłam samą siebie, w minutę docierając do swojej 14- nastki, chociaż miałam do pokonania parking i schody.
Najwyraźniej to te cudownie wytrenowane nogi (od dwóch wieczorów biegam ;P) sprawnie niosły mnie przez szkolne podwórko nawet mimo nietreningowych czarnych kozaków za kolano, a chociaż przywitałam rodziców z lekką zadyszką i morelową bluzą z wielką sową na klacie (nie zdążyłam się przecież przebrać), całe spotkanie przebiegło w luźnej, miłej atmosferze.
Uspokoiłam rodziców, żeby nie cisnęli na maluchy i nie stresowali ich swoją presją.
Uciszyłam ich rozbuchane ambicje.
I odpowiedziałam na wszystkie pytania, kiedy już wrócił mi normalny rytm zatokowy i możność wypowiedzenia zdania bez dychawicznych wdechów i wydechów.
Udało mi się nawet sprzedać parę anegdotek z ich milusińskimi w roli głównej, zanim wszyscy stopniowo zaczęli wylewać się z sali.

Po półtorej godziny wyszłam ze szkoły, dopadłam auta, omdlałymi dłońmi objęłam kierownicę prawie czułym gestem i lekcważąc chęć walnięcia w nią z główki co najmniej trzy razy, pojechałam do sklepu.
Na widok suchej bułki prawie skakałam z radości.
Niczym zagłodzone dziecko wgryzłam się w bułę, jak tylko wyszłam ze spożywczaka, przepiłam pieczywo marchewkowym sokiem ("Czekaj na znak" - powiedział Tymbark) i pojechałam do domu.
Już od progu łypnęłam na wszystkich groźnie (nieludzko zmęczona, potwornie zestresowana, wyssana z inteligencji, wyzuta z uczuć i na dodatek śmiertelnie głodna), rzuciłam się na jedzenie (udało mi się zjeść bułkę z awokado, zanim stwierdziłam, że więcej nie wcisnę), przebrałam się w piżamę, oparłam głową o ścianę i odetchnęłam.
A potem spisałam ten akt pogwałcenia praw człowieka przez nerwowy dzień, ku potomności.

Tyle.
Resztki kortyzolu wypływają ze mnie, kiedy wypluwam z siebie ostatnie słowa, więc potulnie nakrywam się kołderką, biorę książkę w łapy i książkę w zęby i idę się chilloutować.
Należy mi się po kortyzolowym dniu ;)



http://www.photoblog.pl/zakreconaopisowa/136396467





czwartek, 12 listopada 2015

Krótki ;]

Nie, nie wpis, a tydzień ;P.
Wiedziałam, że ten tydzień będzie krótszy, bo w połowie tygodnia wypadło święto, ale nie wiedziałam, że minie aż tak szybko.

W poniedziałek nie miałam popołudniowych lekcji angielskiego, ale zabijcie mnie - nie pamiętam co wtedy robiłam.
Aaa, byłam u lekarza - no tak.
We wtorek miałam już korki, a potem dodatkowo pojechałam na zumbę.
Wyszalałam się, wyskakałam i prawie umiałam powtórzyć większość ruchów instruktorki ;).
Doszłam też do wniosku, że jeśli mam regularnie zumbować, muszę zainwestować w buty do tańca.
Wszystkie sportowe buty, które mam, są dziwnym trafem do biegania, a buty do biegania nijak mają się do tańca i oprócz nadgarstka za chwilę mogę mieć problemy ze stopami.
Tak więc zamówiłam czarne Reeboki za kostkę.
Nie były najtańsze, ale okej - nie czarujmy się.
Lubię płacić za jakość, bo lubię rzeczy dobrej jakości.
A jak mam je nosić, muszą mi się podobać.
Proste.

Środa... A, tak. Środa była wolna.
Z tej okazji nie wyszłam w ogóle z domu ;P.
Jakoś tak mi ten dzień nie podszedł.
Świętowałam go w swoim pokoju, głównie w fotelu.
Nie miałam ochoty na spacerki, kawki, odwiedziny.
Na rozmowy też jakoś nie.
Przewróciłam za to szafę o góry nogami (w sensie pół dnia układałam ciuchy), wyprasowałam wszystkie T - shirty, dokończyłam czytać brytyjski kryminał niemieckiej autorki.
I coś tam chyba ćwiczyłam, o ile się nie mylę.
W czwartek znów wróciłam do rytmu: szkoła (wolny dzień w tygodniu nie wpływa dobrze na dzieci, oj nie...), zakupy (szaleństwo z tuszami, eye linerem i cieniami. Ciekawe czy rzeczywiście zacznę się wreszcie malować...), korepetycje (jak ja lubię dręczyć uczniów angielską gramatyką ;P) i zamiast ćwiczeń - odwiedziny znajomych.
Aaa - i dla odmiany - Rada Pedagogiczna.

Tyle.
Ogólnie.

No okej, wiem, że interesują Was moje nadgarstki, struny głosowe, sprawy sercowe, łóżkowe i praca... ;P.
Tak więc:
Krtań - przeszła sama po syropie wykrztuśnym, homeopatycznym Homeovaxie i wypoceniu się na zumbie, choć wszyscy mówili, że bez antybiotyku się nie obejdzie ;).
Prowadzenie zajęć z dziećmi z chrypą było masakryczne, ale jakoś się dało.
Ręka - jak bolała tak boli.
Nie muszę już nawet wykonywać nią jakichkolwiek ruchów.
Ból jest rwący, ciągły i wnerwiający.
A z tego wszystkiego najgorsze jest uczucie słabości bez leków i uczucie gorąca po lekach.
Mama spytała mnie dziś, czy pamiętam o zażywaniu tabletek.
Hah ;].
Nie dam rady nie pamiętać.
Za bardzo mnie boli.
Chwilami mnie to wkurza - nawet nie ten ból, co częste uczucie, że robi mi się słabo właśnie.
W nocy rozbieram się z piżamy, bo jest mi piekielnie gorąco, a ciało nagle nabrało właściwej ciepłoty i tylko stopy są dalej zimne jak dwie bryłki lodu.
W nocy śnią mi się głupoty i mimo osłonki cierpię na typowy polekowy ból brzucha, którego nie da się pomylić z niczym innym.
Ale to nic.
Inni mają gorzej.
Na przykład piętnaście tabletek na co dzień i ból po operacji.
( ;*).

Ymmm... Co tam dalej?
Sercowe.
Pfff... Naprawdę mnie o to pytacie? ;P.
Nieee, proszę nieee ;].
A jak już musicie wiedzieć, to wiedzcie, że bez zmian.
Singielsko.
Z kotem.
Książkami.
Świętym spokojem.
Spanie?
W kratkę, mimo pościeli w groszki.
Raz kładę się i zasypiam, a budzę się rano, raz zasypiam jak już sfrustrowana zaczynam chodzić po łóżku, raz zasypiam, a budzę się w nocy i nie śpię godzinę, dwie, trzy.
Loteria.
A praca?
Dodaje skrzydeł, odbiera głos ;]
Tak w skrócie.
 
Plany na weekend?
Żadne.
Obijaństwo ;P.

O - i właśnie.
Skoro się pochwaliłam, że wydałam książkę, to teraz się pochwalę, że wg najnowszych badań ludzie wolą tradycyjne książki niż ebooki.
A przynajmniej tak mi się obiło o uszy.
I chociaż ta rozsądna część mnie mówi sobie głośno: "Nie masz tego czegoś, wydałaś ebooka, ale zapomnij o karierze pisarki", ta zakapiorska i uparta dodaje pod nosem: "Będziesz pisarką, choćbyś miała sobie te książki pisać do szuflady i wydać je na emeryturze za uciułane pieniądze!".
Skoro się pochwaliłam, że schudłam, to się teraz pochwalę, że przytyłam.
Brawo ja...
Nie wiem jak, nie wiem czemu.
Chyba dlatego, że o tym napisałam i że za bardzo mi się to podobało ;).
I chyba dlatego, że codziennie jadłam czekoladę ;P.
Z reszty mogę się pochwalić (już bez cienia ironii), że trzymam się mocno swoich postanowień.
Jeszcze nigdy nie udawało mi się to aż tak skutecznie ;).
Jeszcze nigdy nie byłam tak zawzięta.
I jeszcze nigdy nie byłam z siebie taka dumna ;)

PS Kurczę. Zauważyliście, że przestałam pisać PS-y? To chyba dlatego, że przestałam puentować, pozwalając Wam samodzielnie wyciągnąć wnioski. Wyciągnęliście jakiś? ;P.

http://neverletmegoo.pinger.pl/














Pół żartem, pół serio o... statystykach ;]

O.
Zwariował ktoś?
Wybitnie się nudził?
Zacięła się komuś klawiatura?
Znam dobrego informatyka, naprawi po kosztach...
Cóż to za szał?
Co to za stalkingowanie?
Jezu Chryste, chcecie żebym zawału dostała?
Jednego dnia dziwię się, że mam sto wejść, drugiego okazuje się, że jak poszłam spać, ktoś mądry dobił jednak do 130.
Następnego dnia statystyki ni z tego ni z owego urosły do dwustu już do południa, po południu dobiły do 250. A po wrzuceniu linka do 330.
I to żeby jeszcze wszystkie tytuły wpisów zaświeciły się, że są czytane, to nie!
Czytanych było kilka najnowszych postów.
Z "Twardymi łapkami" na czele.
Same "łapki" złapały z dwieście odsłon i post mechanicznie wskoczył na listę najczęściej czytanych wpisów.
"Studniówka" ma czterysta, a miała pokrętny tytuł i jest na blogu od prawie roku...

Dlaczego tak mnie to dziwi?
Codziennie wchodzi tak powiedzmy do pięćdziesięciu, w porywach do stu osób, i to najczęściej jak wrzucę linka na fejsa.
Nie mam znanego bloga, nie wchodzi tu pół Polski ;).
Zawsze cisza, spokój, a tu nagle ponad 300 wejść.
Zupełnie jakby nagle tabun ludzi zleciał mi się na bloga z niewiadomych przyczyn...
I jak ja mam potem spokojnie spać? Hm?
Zwolnijcie trochę.
Wchodźcie jakoś bardziej składnie.
Jak wchodzicie dwucyfrówką mniejszą niż pięćdziesiąt, nie róbcie mi potem nagłego boomu, bo od razu zaczynam się bać, że nagle mój blog zrobił się sławny i że zaraz będą mnie poznawać ludzie w kolejce w warzywniaku ;D.

No.
A tak całkiem serio...
Fajnie widzieć szalejące słupki odwiedzin, ale z drugiej strony denerwuje mnie to, że najpierw nic się nie dzieje, potem nagle nie mogę objąć rozumem liczb i statystyk, a potem znowu muszę się starać, żeby Was do siebie zwabić.
Wybredni jesteście.
Wygodni.
Narzekacie, że nie ma wpisu, jak jest wpis, narzekacie, że długi.
Jak krótki - mówicie, że mieliście ochotę poczytać coś dłuższego...
I tak to z Wami.
Nie dogodzi ;P.
Ostatnio jakoś nie mam w sumie sygnału z zewnątrz, że ktoś coś przeczytał, więc z jednej strony czuję taki beztroski luz i opcję pisania co mi się zachce (z glutem i twardymi łapkami na czele), z drugiej myślę sobie: "M. piszesz pamiętnik, tylko zamiast schować go pod materac łóżka, wrzucasz linka na fejsie i dajesz do niego dostęp znajomym".


Wczoraj podczas malowania rzęs (nie ma to jak głębokie przemyślenia podczas prozaicznych czynności) wpadła mi do głowy pewna myśl.
A co jeśli kiedyś braknie mi pomysłu na wpis?
Mam w zanadrzu parę tematycznych, mogę pisać powieść w odcinkach, bo fikcję tworzy się całkiem łatwo, mogę pisać w punktach listę zakupów albo przepisywać książki kucharskie.
Ale co, jeśli zabraknie mi weny do przekształcania codzienności w coś zabawnego, co łatwo Wam wchodzi i co lubicie czytać...?

Pierwszy taki kryzys miałam, kiedy ktoś powiedział mi, że zamiast tematycznych wpisów ja piszę o wszystkim i o niczym.
Drugi, jak mój eks nr 1 zarzucił mi, że piszę głupoty i kto to w ogóle czyta.
Trzeci, kiedy przeprowadziłam się do rodzinnego sennego miasteczka i zaczęłam się cykać, czy prowadząc takie mało intensywne życie będę miała o czym pisać.
A tu proszę.
Wpisy pojawiają się jak grzyby po deszczu, codziennie mam czas żeby coś skrobnąć, fotel, kanapa i poduszki w sowy nigdy nie stygną, bo tylko siedzę i stukam.

Wczoraj aż przerwałam na chwilę upiększanie i zamarłam z jednym okiem okalanym ładnie wyraźnymi rzęskami, drugim bez cienia makijażu.
Popatrzyłam na siebie w lustrze.
A co, jeśli pewnego dnia nie będzie mi się chciało pisać ani piżamowego ani wieczornego ani środkowodniowego wpisu?
Jak nie będę chciała się z Wami dzielić swoimi sprawami, codzienną rutyną, śmiesznymi sytuacjami, przebiegiem dnia?
Albo - co gorsza - jeśli będę chciała się dzielić, a nie będę mogła znaleźć słów?
Albo - podzielę się, a potem tego pożałuję, bo za jakiś czas odgrzebię wpis i dojdę do wniosku, że po cholerę Wam się z tego zwierzałam...?

Hymmm.
Nie przyszło Wam do głowy, że w szale pisania robię coś więcej niż tylko bezmyślnie wyklepuję literki, prawda?
A tu jednak ;P.
Chyba każdy piszący, nawet jeśli nie jest jakoś zbytnio sławny ani poczytny, zastanawia się, czy warto.
Czy warto się uzewnętrzniać, zwierzać, żalić.
Ale wtedy ktoś palnie: "Pisz jak najwięcej, bo dobrze Ci idzie" albo: "Uwielbiam Twoje posty".
I wtedy czuje się palące uczucie szczęścia i bezkarność, kiedy można usiąść, pozwalacie myślom odpływać i pisać, co tylko wpadnie do kosmatej farbowanej.

Koniec wpisu.
Wchodzić, czytać, podbijać słupki odwiedzin.
W końcu to wpis o niczym, takie najlepiej się pisze i czyta ;D.




poniedziałek, 9 listopada 2015

Namiętnie aż do bólu ;]

W dni, kiedy wrzucam na bloga wpisy o glucie, życzyłabym sobie, żeby nikt nie pytał mnie: "A o czym jest Twój blog? ;P.

Dziś spytał mnie o to ortopeda, wykręcając równocześnie moją dłoń na wszystkie możliwe sposoby, kiedy przyznałam mu się do swoich występków przeciwko nadgarstkowi, a więc:
a) częstemu masakrowaniu maty z Mel B.,
b) jednorazowemu spieraniu legwanowych defekalii z tylnego siedzenia samochodu kolegi, kiedy jasne popołudniowe słonko zaczęło chylić się ku upadkowi, a powietrze robiło się bardziej mroźne niż czyste. Oczywiście lekarzowi wspomniałam tylko, że myłam auto i że było zimno; nie pochwaliłam się, że podczas opieki nad legwanem sprawowanej na spółkę z kolegą, mój towarzysz (kolega, nie legwan) wpadł genialnie na pomysł wsadzenia delikwenta do samochodu, na co delikwent (legwan, nie kolega) osrał tylne siedzenie...,
c) incydentowi w sypialni sprzed paru tygodni, kiedy to podczas trudnego do zidentyfikowania napadu somnabulistycznego schiza (na polski - akcja lunatykowanie...), wylądowałam na podłodze z wylaną herbatą i obolałą ręką,
d) częstym sesjom pisaniowym, którym namiętnie się oddaje praktycznie codziennie, a nawet po kilka razy dziennie, co tłumaczę nagłym przypływem czasu (niech żyje etat na 3/4, brak chłopa i dzieci, długie jesienne wieczory) i weny.

Taa...
Mydlę Wam i mydlę, a prawda jest taka, że musiałam się w końcu skusić na prywatną wizytę u lekarza.
Za często robiło mi się słabo z bólu, którego nie czułam.

Od zeszłego weekendu, kiedy w nocy chciało mi się płakać z bólu (na chceniu się skończyło, gdyż niestety uwsteczniła się moja zdolność skraplania emocji i nie umiem wydusić z siebie nic więcej niż parę kropli do zwilgotnienia oczu) trochę się polepszyło, ale nie mogę powiedzieć, że jest całkiem normalnie.
Rękę wciąż czuję.
Tzn. czuję coś pomiędzy uczuciem nieprzyjemnym, a dziwnym.
Jak mi się przypomni i głębiej się zastanowię, to okazuje się, że boli.
Muszę się jednak nad tym głębiej zastanawiać, bo:
1) Nauczyłam się sięgać po ciężkie rzeczy i otwierać drzwi lewą ręką, więc mniej lub bardziej świadomie oszczędzam tę prawą,
2) Jestem pierońsko odporna na ból i najczęściej spotykam się z wielkimi jak spodki oczami lekarzy, mówiących: "Ojoj, rodzące już kiedyś kobiety mdleją nam tu z bólu, a pani ani drgnie" podczas niemiłych i bolesnych zabiegów (ale nagród ani naklejek za to niestety nie dają ;P),
3) Jestem małym skurczysynkiem i harpaganem i na ogół nie podniecam się, że coś mnie boli, strzyka, piecze czy whatever, tylko gonię, lecę, pędzę aż... 
4)... bywa, że z bólu pojawiają mi się gwiazdki przed oczami.

No i były już gwiazdki.
Były też momenty grozy i chwile słabości.
Dosłownej.
Takiej wciągającej w pościel i powodującej zimny pot na tyłku...
Ale już jest w porządku.
Coś tam pobolewa i promieniuje do łokcia, ale momentów słabości jest zdecydowanie mniej.
Pierwsze dni bólu były najgorsze.
Wszystkie czynności dziwnym trafem polegały na uruchamianiu tych części dłoni, które piekielnie mnie bolały.
Ubieranie się, odkręcanie pasty do zębów (o płynie do płukania ze swoim skomplikowanym mechanizmem naciskania i kręcenia równocześnie aż się boję wspominać, bo przechodzi mnie dreszcz), otwieranie drzwi, rozkładanie i składanie łóżka, czesanie się, prostowanie włosów, nakładanie pościeli na kołdrę, malowanie rzęs, obieranie marchewek, przenoszenie laptopa z szafki na łóżko, ściąganie kubków z suszarki do naczyń, segregowanie skarpetek z prania....
Prysznic i wszelkie czynności związane z szeroką gamą sięgań po żel, szampon, mydło, maszynkę do golenia, a także balsamowanie i kremowanie to była jedna wielka porażka i robiło mi się gorąco na samą myśl o rozbieraniu i wchodzeniu pod prysznic.
Było więc obfite nacieranie ręki maściami rozgrzewającymi, a jak zrobiło się już ostrzej (czyt. jak nie czułam żadnej poprawy i musiałam zaciskać zęby z bólu) - maściami ze środkami przeciwbólowymi.
Pokusiłam się nawet o zażycie Nurofenu (toż ci dopiero kryzys), ale ponieważ nic nie pomógł, nie zdecydowałam się na kolejne dawki.

Tak więc dziś wieczorem pojechałam na wizytę.
Z mamą do towarzystwa (czyt. żeby pokazała mi gdzie jest ten nieszczęsny gabinet, bo szczęście w nieszczęściu jeszcze mnie u chirurga nie było), z książką Charlotte Link pod pachą.
Na poczekalni byłam jedyną osobą zadowoloną z opóźnień (w domu muszę przygotowywać się do lekcji, dawać korki etc, a tam mogłam bezkarnie czytać ;P).
A sama wizyta?
Przebiegła całkiem miło.
Początkowo nie wiedziałam, z których informacji zwierzać się lekarzowi (fakt, iż dwa lata temu przeciążyłam nadgarstek ćwicząc rzuty piłką lekarską jest ważny czy nie? To, że dziesięć lat temu miałam sine i lodowate palce alarmujące lekarzy jest ważne czy nie? To, że jakiś czas temu wyłożyłam się na długa na panelach jest ważne czy nie, skoro prześwietlenie nic nie pokazało?), odwagi nie dodawała mi też chrypka, która z wczorajszej seksownej, głębokiej przeszła już na tony skrzecząco - ropusze.
Koniec końców - lekarz pomachał moją ręką (w tak kreatywny sposób jaki nie przyszedł mi do głowy, kiedy sama kontrolnie kręciłam młynka i wykręcałam nadgarstek, sprawdzając czy będzie mnie bolało), a potem ponaciskał też dłoń w różnych dziwnych miejscach rejestrując wszelkie bóle i mrowienia.
Ostatecznie dzięki badaniu USG (M. Kamienna Twarz cały czas mówiła, że ją nic nie boli przy najróżniejszych formach karuzel i ucisków) odkrył coś nie do końca halo w pechowym prawym nadgarstku.
Zabijcie mnie co.
Jakąś zmianę, nieprawidłowość, maź albo brak mazi, nie zapisałam to nie wiem ;P.

Teraz mam leki przeciwzapalne, skierowanie na badania specjalistyczne (pod kątem reumatologicznym) z krwi, zakaz ćwiczeń z użyciem rąk (obiecałam, że będę używać ręki tylko do odpalenia filmiku na You Toubie) i ogólne polecenie nieforsowania się.
Aaa, i wizyta kontrolna już z cudownego NFZ w grudniu.
O pisaniu nic pan doktor nie wspominał, więc choć teraz dopieszczam wpis i idę się kłaść, od jutra wracam do swojego namiętnego bombardowania klawiatury w napadzie szalonej weny twórczej ;)
Mam nadzieję, że za X lat jako znana i poczytna pisarka będę mogła przeczytać to zdanie z rozrzewnieniem i łezką w oku.
I może nawet uda mi się rozpłakać ;P.
Kolorowych!

http://candiess.pinger.pl/p/51


niedziela, 8 listopada 2015

True story ;]

Niełuszczone ziarno lnu.
Jak niewinnie brzmią te słowa dla nieuświadomionego przeciętniaka.
Jak dodające otuchy jest słowo: "odtłuszczone".
Jak miło brzmią zapewnienia, że dzięki swemu powlekającemu działaniu niełuszczone odtłuszczone ziarno lnu to lekarstwo na wszystko.
Przez zaparcia po refluksy.
Cudowne.
Wspaniałe.
Magiczne.
Niełuszczone, odtłuszczone siemię lniane...
Potocznie zwane - glutem.


Siedzę na łóżku.
Laptop szemrze, kotka mruczy.
Laptop bezwładnie poddaje się naciskowi moich palców, wyklepując co chcę, kotka chętnie wciska mi przyciski na klawiaturze, chcąc mi pomóc albo wietrząc w pisaniu dobrą zabawę.

Gdybym miała opisać ten weekend jednym słowem, brzmiałoby ono tak: nieprzewidywalny.
Nie przewidziałam, że po piątkowych korepetycjach będę tak wypompowana, że walnę się na łóżko po piątej, hibernując przez godzinkę.
Nie przewidziałam, że przez tę drzemeczkę nie będę mogła zmrużyć oka w nocy.
Nie przewidziałam, że w sobotę pojadę z rodzicami do znajomych na imieniny i że będzie tam dziecko, które dzień wcześniej wyszło ze szpitala, w którym było z powodu zapalenia krtani.
Nie przewidziałam, że impreza dorosłych, statecznych ludzi będzie wyglądała jak jedno wielkie szaleństwo (z próbami rozbierania się, dyskusjami o męskich stringach i obrzezaniu i oglądaniem spektaklu pt. "Pięciosekundowe ściąganie stanika przez panią 50+").
Nie przewidziałam, że nawet po winie będę najcichszą i najgrzeczniejszą osobą z tego rozkręconego towarzystwa.
Nie przewidziałam, że otwarte okna podczas imprezy, na której od śmiania się boli szczęka, brzuch i gardło spowodują coś więcej niż ból szczęki, ból gardła i ból brzucha.
Nie przewidziałam, że zamiast słodko ululać się słodko do snu po procentach, jak zwykle dzieje się w sporadycznych sytuacjach spożywania owych procentów - ja będę się tłukła po łóżku do nocy.
Nie przewidziałam, że rano obudzę się połamana, owiana, półprzytomna.
Nie przewidziałam, że poranek spędzę oglądając "Twistera" z rodzinką, skłamię babci, mówiąc pewnym głosem, że byłam w kościele na rano, a potem objem ciocię z ziemniaków z koperkiem i surówką, zachwycając się ich smakiem, jakbym nigdy nie jadła ziemniaków z surówką...
Nie przewidziałam, że popołudnie minie mi na pisaniu, czytaniu, łataniu tego co napisałam dawno i niedawno i spacerze z psem w chustce w jaskółki i kapturze naciągniętym mocno na czoło.
Nie przewidziałam, że mój wieczór upłynie na akcji pt: "Rzygający bratanek mojego kolegi" (*który był zachwycony, że jestem przy nim, głaszczę go po głowie i czytam "Małą Syrenkę", i patrząc na mnie rozanielonym spojrzeniem pytał czy przy następnym "rzygu" wspólnie będziemy trzymać miskę, do której zwraca).
Nie przewidziałam, że chociaż dzielnie zachowam zimną krew (obserwowanie osób pozbywających się treści żołądkowej nie jest moim ulubionym zajęciem i mogę je porównać jedynie do obserwowania pająków wielkości talerzy obiadowych kołyszących się miarowym ruchem nad moją głową), dzielnie spędzę wieczór u znajomych, oglądając z nimi fascynujący program o wątpliwym dla mnie działaniu rozrywkowym ("Rolnik szuka żony") i udając, że nie irytują mnie osoby wyciągające mnie z domu tylko po to, żebym obejrzała laski łaszące się do czerwonolicych blondasów, kiedy oni przez dwie godziny bawią się telefonem. Jedynym plusem była dwugodzinna rozmowa ze znajomymi oglądający program o wątpliwym działaniu rozrywkowym, chociaż...
Nie przewidziałam, że uczucie łaskotania i smyrania po gardle (szczególnie po dwógodzinnych debatach o letnich obozach survivalowych) zaowocują jednak chrypką i nie przewidziałam, że przed jedenastą w nocy zejdę do kuchni, żeby desperacko ratować swoją krtań, która i bez chrypki jest mocno nadwyrężana prowadzeniem 45-minutowych mono i dialogów z małoletnimi z I d.

Cóż za skrajne poświęcenie.
Cóż za desperacja.
Cóż za przedsięwzięcie, żeby nocną porą zdecydować się na taki szaleńczy krok wypicia gluta...

O ile w swoich szafkach pełnych suszonej żurawiny, mleka sojowego, płatków drożdżowych, migdałów i płatków o wyglądzie karmy dla królika NIGDY nie mogę znaleźć tego, co aktualnie chcę (wyszło, zepsuło się, zostało zaatakowane przez mole) o tyle siemię znalazłam bezbłędnie.
Nierozpakowane, nienaruszone, niewinne.
"Dwie do trzech łyżeczek" - przeczytałam i hojnie sypnęłam sobie trzy.
Zalałam proszek wodą, zamieszałam, uważając, żeby łyżeczka nie ugrzęzła mi w glucie.
Powąchałam.
Przełknęłam ślinę.
Wyciągnęłam (nie bez trudu) łyżeczkę z kubka.
Udało mi się przełknąć jakieś pięć łyżeczek, zanim poczułam, że ta cudownie powlekająca maź o kolorze kupki noworodka, konsystencji smarków kota i zapachu zjełczałego masła chce cudownie powlec moją krtań, wydostając się z moich ust pod ciśnieniem gejzeru wodnego...
Wtedy doszłam do wniosku, że po atrakcjach oglądania pawiującego dziecka mam wszelkie możliwe powody, żeby pójść w jego ślady, więc lepiej będzie wylać odłuszczone, niełuszczone do kibla, porozkoszować się miętową pastą, nowymi nićmi dentystycznymi i niebiańskim smakiem Listerinu zero, a potem z ulgą położyć się do łóżka i mieć nadzieję, że dzielne wypicie pięciu łyżeczek siemienia przyniesie pożądany efekt i magicznie powlecze moją krtań do tego stopnia, że jutro rano wydobędę z siebie coś więcej niż żabi skrzek.

Koniec true... znaczy się - glut story...

http://szalona18.pinger.pl/


sobota, 7 listopada 2015

Twarde łapki ;]

Mojej kotce stwardniały łapki.
Jednego dnia była małym słodkim kociakiem z mięciutkimi poduszeczkami, drugiego była już kotką, która wychodzi z domu wieczorem i szlaja się Bóg wie gdzie.
Jednego dnia miauczała cichutko, rozkosznie zwinięta w kłębek, drugiego warczała jak ktoś zbliżał się do jej miski.
Jak zwykle ten skok nastąpił za szybko i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszyscy poniekąd dorastają jak Simba - przez jedno machnięcie głową z małego lwa zmieniają się w dorosłego z bujną grzywą i poważnym rykiem.
W przypadku Kiary zamiast ryku jest syk i wark, kiedy ktoś wchodzi do kuchni, gdzie kotka je mięso.
Jedynie na mnie nie warczy, nawet kiedy do niej podchodzę i ostatnio rodzinka prawie ogłuszyła mnie salwą śmiechu, kiedy skwitowałam to słowami: "Przecież wie, że i tak jej nie zabiorę".

Mam nowy kolor włosów. Miał być bardziej jasny niż ciemny i raczej iść w ciemne blondy niż brązy, ale gdybym miała Wam go opisać, określiłabym go mianem deserowej czekolady z chilli.
I to nie tylko dlatego, że cierpię na syndrom odstawienia gorzkiej czekolady ;P.
Włosy mam zdecydowanie ciemniejsze, twarz zdecydowanie bardziej bladą.
Gdzieniegdzie błyskają rudawe refleksy, które jak dla mnie są raczej ogniste niż rude, ale to mi się nawet podoba.
Chyba odrobinę spoważniałam, bo wyglądam trochę ostrzej dzięki ostrzejszym rysom i ostrzejszej barwie.
Wyglądam inaczej, ale jestem zadowolona z koloru i z tego, że doda mi trochę charakterności.

Moja przyjaciółka ma nową nerkę. W dniu przeszczepu chodziłam cała nabuzowana i nawet do łazienki chodziłam z telefonem. Kiedy dostałam smsa, że już po operacji i że dzielna pacjentka wysikała trzy litry płynu, ze szczęścia zaczęłam tańczyć po salonie tak żywiołowo, że nadepnęłam kotu na łapkę.

Więc w sumie może to i dobrze, że te łapki jej stwardniały... ;)