...

...
M.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Kortyzolowy ;]

Ouch...
Siedzę na niepościelonym (chwała Bogu, że nie zdążyłam tego zrobić rano) łóżku.
Zrzuciłam z siebie jasne dżinsy i morelową bluzę z sową.
Torebkę z telefonem rzuciłam w kąt.
Herbatę z Amolem postawiłam na komódce.
Mam na sobie kombinozową piżamę Angry Birds'a, która aż się prosi żeby nosić ją w takie dni.
W jakie?
Takie, w których zamiast krwi żyłami płynie czysty kortyzol...


Rano byłam nawet zadowolona, że muszę urządzić sobie wycieczkę do Rzeszowa.
Długa jazda autem, obiadek w wegańskim barze, może jakieś zakupy.
Bo taki miałam zamiar.
Bo taki miałam plan.
Bo takie miałam chęci.
"Jeśli starczy mi czasu"  - dodawałam wspaniałomyślnie.
W sumie nie miałam go zbyt wiele.
O piętnastej chciałam już być w domu, bo o czwartej miałam mieć wywiadówkę.



Droga do Rzeszowa mijała mi całkiem całkiem.
Przynajmniej dopóki nie potrąciłam psa...

Stało się to tak nagle, że na początku w ogóle nie mogłam w to uwierzyć.
Jak to możliwe, że kundel biegnący drugą stroną zdołał jakoś wpakować mi się pod koła, skoro jechałam przepisowe zabudowane pięćdziesiąt i na widok galopującego poboczem psa zwolniłam?
Jak to możliwe, że ten parszywiec wpadł pod koła weganki, a nie frajera, który kopie bezpańskie psy?
Czemu nie dałam rady wyhamować, skoro tak mocno depnęłam po hamulcach?
Dlaczego stało się to akurat w dniu, kiedy miałam testy psychologiczne do Policji?
Kiedy przetrącony psiak pobiegł zszokowany w krzaki, miałam ochotę gonić za nim.
Serce miałam w gardle, a w oczach łzy.
Które oczywiście nie spłynęły, bo przecież nie potrafię skroplić uczuć.
Przez godzinę nie mogłam się otrząsnąć i przeżywałam całe to wydarzenie jak mrówka okres.
Miałam okrutne wyrzuty sumienia, chociaż właściwie jedynym moim błędem było to, że akurat jechałam tą drogą w tym czasie.
Mimo to resztę drogi jechałam jeszcze wolniej, co skończyło się tym, że wszyscy mnie wyprzedzali.
Co dowodzi temu, że jechałam przepisowo ;P.
W trasie jazdy zaczął mi dość mocno dokuczać ból nadgarstka, więc starałam się prowadzić lewą ręką, opierając się o fotel jak wyluzowana turystka ze zblazowaną miną.


Do Rzeszowa dojechałam przyzwoicie (czyt. przed czasem).
Na poczekalni była już stała ekipa moich "policyjnych" kolegów. I jedna "policyjna" koleżanka ;).
Znajomi szybko ostudzili mój zapał, mówiąc, że psycholożka się spóźni, pani w recepcji monotonnym tonem wytłumaczyła mi procedurę wręczania skierowań i obiegówek, pacjenci psychiatryczni zmierzyli podejrzliwym wzrokiem, a koleżanka chętnie popilnowała mojej teczki, kiedy pognałam do łazienki.
Potem zasiadłam na twardym plastykowym krzesełku i uzbroiłam się w cierpliwość.

Kiedy trzykrotnie zostaliśmy upomnieni przez panią z rejestracji (wyobrażacie sobie zlepek młodych kandydatów do służby, którzy przymusowo spędzają czas biegając po szpitalnych salach i zaliczając lekarzy od dentystów po ginekologów, w przerwie odwiedzając dermatologa i robiąc EKG siedzących z grobowymi minami na poczekalni i narzekających na łupanie w stawach i strzykanie w kościach?), uspokoiliśmy się na tyle, że śmialiśmy się ciszej i żartowaliśmy mniej.
Po teście psychologicznym (czyli nasz stary dobry Multiselect), który zdawałam już nie pamiętam kiedy, psycholog wydawał mi się formalnością.
Ot kolejna rozmowa z kolejnym specjalistą do odhaczenia na liście i do wbicia pieczątki na zapieczątkowaną kartę z autografami innych lekarzy.
Aaa.
I tu się zdziwiłam.
Przez ponad dwie godziny zostaliśmy zbombardowani i przemaglowani ankietami, testami i świstkami do wypełnienia, od których lasował się mózg.
Przez numer pesel, wiek rodziców i miejsce pracy rodzeństwa, po pytania typu: "Czy lubisz sprawiać ból tym, których kochasz?", "Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek zabrać komuś cokolwiek (np szpilkę, guzik)?" po ukochane matryce Ravena.
Szczęście w nieszczęściu (zobaczę wyniki to się pewnie zdziwię i będę przeklinać swoją szybkość ;P), wszystko trzaskałam najszybciej, najszybciej też więc zostałam poproszona na rozmowę.
Przebiegła bezstresowo, nikt nie kwestionował moich predyspozycji do służby, nikt się nie czepiał.
No, może trochę psychiatra, do którego wbiłam na szybko, pukając i machając od drzwi obiegówką.
Spytał mnie o imię, nazwisko, wiek i mruknął pod siwym wąsem, czemu na formularzu podpisałam się tylko nazwiskiem.
A potem sam podpisał mi obiegówkę nazwiskiem i dodatkowo ciachnął pieczątkę, więc błysnęłam uśmiechem, triumfalnie zaniosłam skierowanie do rejestracji, pożegnałam się ze "swoimi" i wybiegłam na zimne szpitalne podwórko.
"Nie śpiesz się, nie śpiesz. Masz dwie godziny. Dwie godziny i 90 kilometrów. Nie chcemy żadnego wypadku. I rozjechanego, a nie stukniętego psa "  - mówiłam sama do siebie, tupiąc nogami na przejściu, ale kiedy ludzik na sygnalizatorze rozbłysnął na zielono, kierowcy mogli zobaczyć śmigające w powietrzu spody moich butów... ;]
 
Wpadłam do Clia i rzuciłam wszystko na tylne siedzenie.
Licząc pod nosem do stu, odpaliłam auto.
Szybko zaczęłam przeplatać kolejne liczby łaciną, bo sznurek aut ciągnął się aż po horyzont.
"To nic, to nic" - nuciłam, pogwizdując nonszalancko. Choć w sumie nie umiem gwizdać. Nonszalancko ani tyle...
Potem włączyłam się wreszcie do ruchu.
I zaczęło się.
Co dojeżdżałam do świateł, zmieniały się złośliwie na czerwone.
Co dojechałam do nowej ulicy, pojawiało się na niej więcej samochodów, jakby ktoś pstryczkiem wysyłał je z nieba, żeby uprzykrzyć mi życie.
Co popatrzyłam na zegarek, czas nieubłaganie płynął.
"Może się uda. Może zdążę. Może nie będzie korków" - afirmowałam sobie głośno.
Dodająca otuchy Eska puściła piosenkę Fragmy, w której co parę wierszy pojawiała się fraza: " I need a miracle", kierowcy zdawali się zasypiać w samochodach, fotel zasysał mnie, kiedy uświadamiałam sobie, że spóźnię się na wywiadówkę w pierwszym roku swojej nauczycielskiej kariery, a głowa pulsowała z bólu do rytmu melodii z radia.

Jeszcze nigdy nie jechałam w takiej atmosferze.
Atmosferze rwania włosów z głowy, wyzywania w myślach wszystkich kierowców robiących innym dobrze ("Ej, Miłosierny, ja się śpieszę, musisz wszystkich wpuszczać?!), chociaż zwykle to ja wszystkich usłużnie wpuszczam i puszczam, głośnego jęczenia, kiedy okazywało się, że a to roboty na drodze, a to korek i wsłuchiwania się w pulsujące burczenie w brzuchu, jątrzące trzewia.
Wszak śniadanie zjadłam o siódmej, a mój organizm przyuczony na w miarę regularne dostawy koktajlików z jarmużu i sałatek z roszpunki zbuntował się przeciwko całodniowej głodówce.
Oczywiście ze zjadliwych produktów miałam w aucie tylko wodę i Hallsy, które zresztą ssałam namiętnie całą drogę, udając, że się nimi najadam.
Włosy bały się zakręcić ze strachu, dziwiąc mnie prostymi jak nigdy pasmami mimo wilgotnego powietrza, głowę miałam dziwnie przejrzystą mimo głodu i zmęczenia, nawet nadgarstek siedział cicho i nie protestował podczas gorączkowej zmiany biegów.
Zdążyłam nawet odmówić modlitwę dziękczynną chwalącą dobrodziejstwo drogi z pierwszeństwem, pustą szosę i suchą nawierzchnię, a także pobłogosławić w duchu pedał gazu i swoją technikę jazdy, kiedy cisnęłam, wyprzedzałam chyba więcej niż w ciągu całej swojej kariery kierowcy (czyli ze trzy razy) i sprawnie manewrowałam samochodem na nowym rondzie, omijając kierujących ruchem i nie strącając żadnego z pachołków.

Do swojego miasta wjechałam minutę przed czwartą, pod szkołę zajechałam trzy po.
Zanim dwukrotnie objechałam parking i zanim ostatecznie zostawiłam auto w ciul daleko, było już to już pięć minut po czasie.
I wtedy pobiłam samą siebie, w minutę docierając do swojej 14- nastki, chociaż miałam do pokonania parking i schody.
Najwyraźniej to te cudownie wytrenowane nogi (od dwóch wieczorów biegam ;P) sprawnie niosły mnie przez szkolne podwórko nawet mimo nietreningowych czarnych kozaków za kolano, a chociaż przywitałam rodziców z lekką zadyszką i morelową bluzą z wielką sową na klacie (nie zdążyłam się przecież przebrać), całe spotkanie przebiegło w luźnej, miłej atmosferze.
Uspokoiłam rodziców, żeby nie cisnęli na maluchy i nie stresowali ich swoją presją.
Uciszyłam ich rozbuchane ambicje.
I odpowiedziałam na wszystkie pytania, kiedy już wrócił mi normalny rytm zatokowy i możność wypowiedzenia zdania bez dychawicznych wdechów i wydechów.
Udało mi się nawet sprzedać parę anegdotek z ich milusińskimi w roli głównej, zanim wszyscy stopniowo zaczęli wylewać się z sali.

Po półtorej godziny wyszłam ze szkoły, dopadłam auta, omdlałymi dłońmi objęłam kierownicę prawie czułym gestem i lekcważąc chęć walnięcia w nią z główki co najmniej trzy razy, pojechałam do sklepu.
Na widok suchej bułki prawie skakałam z radości.
Niczym zagłodzone dziecko wgryzłam się w bułę, jak tylko wyszłam ze spożywczaka, przepiłam pieczywo marchewkowym sokiem ("Czekaj na znak" - powiedział Tymbark) i pojechałam do domu.
Już od progu łypnęłam na wszystkich groźnie (nieludzko zmęczona, potwornie zestresowana, wyssana z inteligencji, wyzuta z uczuć i na dodatek śmiertelnie głodna), rzuciłam się na jedzenie (udało mi się zjeść bułkę z awokado, zanim stwierdziłam, że więcej nie wcisnę), przebrałam się w piżamę, oparłam głową o ścianę i odetchnęłam.
A potem spisałam ten akt pogwałcenia praw człowieka przez nerwowy dzień, ku potomności.

Tyle.
Resztki kortyzolu wypływają ze mnie, kiedy wypluwam z siebie ostatnie słowa, więc potulnie nakrywam się kołderką, biorę książkę w łapy i książkę w zęby i idę się chilloutować.
Należy mi się po kortyzolowym dniu ;)



http://www.photoblog.pl/zakreconaopisowa/136396467





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz