...

...
M.

środa, 4 listopada 2015

Jaśminowy ;]

Mój przepis na wpis wygląda następująco:
Cały wieczór i pół nocy planuję tematyczny wpis, układając sobie w myślach całe zdania, a potem zasypiam z głową pełną pomysłów na genialny post.
Następnego dnia wstaję ze świeżym umysłem i... informacje ulatują mi z głowy jak umiejętność rozwiązywania równań po zdaniu matury z matematyki.
Tak więc pod koniec dnia robię sobie wielki kubek jaśminowej herbaty, odpalam laptopa i piszę o wszystkim i o niczym ;).
Skoro już zapomniałam, co chciałam napisać, dziś nie będzie nic refleksyjnego ani nic mądrego.
Uf.
Już mi lepiej z tą myślą ;).
Lepiej mi też z wiedzą, że jest już środa.
Jejku, jak ja kocham środy! ;]
Środa oznacza, że został tylko czwartek i piątek, a potem weekend.

Ostatnio odpuściłam sobie opisywanie codzienności.
A w sumie to trochę szkoda.
Zawsze jak wracam do swoich starych wpisów przypomina mi się coś banalnego i od razu jest śmieszniej.
Więc skoro namiętnie opisuję weekendy, zaniedbując dni powszednie, dziś dla odmiany będzie o dniach powszednich ;).

W niedzielę zorientowałam się, że mija właśnie trzeci miesiąc, kiedy jestem w domu.
Trzeci miesiąc?
Jezu Chryste.
W zasadzie to i tak nie czuję się jeszcze jak jego pełnoprawny mieszkaniec ;P.
Bardziej jak lokator.
Scenka z pierwszego listopada, kiedy rodzinka zapomniała mnie wziąć na cmentarz była tego idealnym przykładem.
Wszyscy chyba jeszcze nie do końca przywykliśmy do tego, że jestem w domu.
A ja chwilami mam wrażenie, że wcale go nie znam.
Dalej nie wiem, gdzie świeci się światło w szopie, gdzie trzymamy foremki na muffinki, a gdzie tłuczek do mięsa.
Nie umiem też tego wyjaśnić, ale czasami czuję, że nie nadaję na jednej fali z "resztą".
W sensie mam wrażenie, że wszyscy domownicy mają własny tajemny kod, którym się posługują, a ja jeszcze nie odkryłam, jak go złamać.
Przez dwa lata, kiedy z nimi nie mieszkałam wypracowali sobie chyba jakiś system, regulamin postępowania i niepisany zbiór zachowań, a ja nie umiem się go nauczyć.
Po pracy wszyscy kłębią się w kuchni i najczęściej słyszę pod swoim adresem komentarze, że przeszkadzam, robię sztuczny tłum i najlepiej, gdybym sobie poszła i wróciła jak nikogo w niej nie będzie.
Po obiedzie wszyscy biorą się za swoje stałe zajęcia - tato idzie palić w piecu albo ogarnia coś koło domu, mama myje naczynia albo ogarnia dom, siostra przeważnie wychodzi do jednej, drugiej, trzeciej koleżanki, a ja?
Ja przez chwilę nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
Jak mam korki - uczę.
Po korkach jestem lekko skonfundowana.
Bo brakuje mi wypełnienia tej luki jakimś zajęciem, biegiem, pędem.
Bo dziwnie jest siedzieć na taborecie w kuchni z kubkiem herbaty, kiedy o tej porze zwykle wracałam z pracy i ogarniałam wszystko, co miałam do ogarnięcia.
Bo sama nie wiem, za co mogę się wziąć.
Bo przecież nie umiem siedzieć spokojnie i odpoczywać.
Niby przywykłam już trochę do wolniejszego trybu, ale mój organizm chyba nie do końca przyzwyczaił się do zmiany stylu życia.
Chwilami jestem dziwnie pobudzona jak po kawie i wiem, że to dlatego, że życie, które prowadzę teraz jest nieporównywanie spokojniejsze i wolniejsze niż życie w Rzeszowie.
Tam miałam uczelnię, bawienie dzieci, korki, pracę, ciągłe latanie z jednego końca miasta na drugi, siłownię, kino, znajomych i naukę. Wszystko było robione w biegu, wiecznie nie miałam czasu, wiecznie gdzieś goniłam.
Teraz sunę leniwie przez miasto, które można obejść w kwadrans prawie nigdy się nie śpiesząc.
Cieszę się, jak mam jakieś poczty, faksy, maile, biblioteki i nawet lekarzy do załatwienia, bo mam przynajmniej co wpisać w organizer.
W szkole pobędę parę godzin, a potem znów mam wolne aż do korepetycji.
Po korepetycjach mam tyle czasu dla siebie, że na ogół kręcę się po domu, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Najczęściej wygląda to tak, że idę do swojego pokoju, odpalam sobie Spotify i sprzątam pokój, żeby się czymś zająć.
Sprzątanie jest o tyle przyjemne, że wreszcie mam swój pokój marzeń i chociaż nie budzę się już w nocy, żeby ponapawać się widokiem nowych mebli, to wciąż mnie jeszcze cieszy.
Kurze ścieram co drugi dzień, więc zapach Pronta jest w pokoju bardziej wyczuwalny niż zapach odświeżacza ;).
Na podłodze nie ma prawa zagościć żaden najmniejszy nawet kłębek kurzu.
W szafie musi być błysk, a książki muszą stać idealnie równo.
Pościel, o ile jest ładna (a moja obsesja na punkcie pościeli jest chyba wszystkim znana...) ma pozwolenie leżeć na komodzie, jak nie chce mi się jej chować do kanapy, ale poduszki muszą się pięknie prezentować, więc przekładam je i układam do znudzenia.
Potem przeważnie przygotowuję się do zajęć z dzieciaczkami, chociaż im dłużej pracuję w szkole, tym mniej poświęcam na to czasu.
Wcześniej spędzałam nad poradnikami i elementarzem większość popołudnia, teraz zdecydowanie lepiej wychodzi mi zaplanowanie wszystkiego bez spędzania godzin nad książkami.

Ogólnie koło siódmej wieczorem jestem już po wszystkim.
Po pracy, po korkach i po porządkach.
Zostaje więc parę godzin na robienie tego, co mi się żywnie podoba.
A tu mam nieograniczone pole do popisu.
Czasem mam dzień bez gadania. Jak nagadam się w szkole do obrzęku gardła, cały wieczór do nikogo się nie odzywam. Nie wychodzę z pokoju, do nikogo nie dzwonię, nikogo nie zaczepiam.
Czasem mam z kolei dzień, kiedy jednego wieczoru rozmawiam przez telefon z trzema przyjaciółkami, potem obskakuję pięciu znajomych na facebookowym czacie i piszę cały wieczór smsy z kolejnymi kilkoma znajomymi.
Czasami rozmawiam z siostrą albo mamą, czasami siedzę sama w pokoju.
Czasami rozkminiamy z przyjaciółką krój i kolory majtek, a czasami sznuruję usta i na pytanie: "dlaczego chcesz być sama?" błyskam oczkami i uśmiecham się, wymownie milcząc.
Czasami piszę tak długo, że oczy zaczynają błagać o litość, czasami nie mogę się przekonać do napisania choćby słowa.
Czasami pochłaniam książkę za książką, a czasami zasypiam na 22 stronie.
Czasami ćwiczę aż mam włosy mokre od potu, a czasami moją jedyną aktywnością jest przełączenie piosenki na inną, głębsze naciągnięcie rękawów od bluzy na zimne dłonie i leniwe okręcanie włosów wkoło palca.
Czasami wybiorę się do znajomych i cały wieczór przebawię się z dzieciarnią, a czasami nie wyściubiam nosa za drzwi, migając się nawet od spaceru z psem.

Wieczory są jednak tak podobne, że praktycznie takie same.
Swój dzień kończę, kiedy wszyscy już śpią albo przynajmniej łóżkują w piżamach.
Prysznic przeciągam ile się da, skoro nie muszę liczyć się z kolejnością kąpieli z innymi (wolą wannę).
Celebruję rozkładanie łóżka i układanie wszystkich poduszek tam, gdzie mają być.
Gaszę światło, odpalam sobie kulki i włączam jakiś film, żeby przymulić się trochę przed snem.
Kładę się koło jedenastej i w zależności od tego, czy śpię w nocy czy nie, rano albo warczę na domowników ("Nie spałam - nie ruszać!) albo szczerzę się do miski w koty ("Spałam! Spałam!") i, wszystkiego wkoło, a potem tańczę taniec szczęścia wkoło kuchennej wyspy.
Do szkoły prawie zawsze mam na później, więc kręcę się po domu w porannym nieładzie, rozczochranych włosach i piżamie.
Mam czas na prysznic, prostownicę i przeciąganie się, zanim pójdę do pracy.
A po pracy znów leci jak wyżej.
I tak się kręci ;).

O ile pamiętam, rok temu około dwa miesiące po zerwaniu z pierwszym chłopakiem uraczyłam Was opowieścią, jak wielką zmianą było przeskoczenie z roli "dziewczyny" do roli "singielki".
Teraz praktycznie nie zauważam różnicy.
Zupełnie jakbym wymazała te trzy pierwsze lata i te drugie pół roku bycia z kimś i wskoczyła z powrotem na pozycję "wolna, sama, niezależna".
Jakoś problem facetów przestał dla mnie istnieć, a wszyscy osobnicy płci męskiej są po prostu osobnikami płci męskiej.
Bez jakichś szczególnych względów, bez traktowania ich lepiej czy gorzej niż resztę społeczeństwa.
Ogólnie faceci są dla mnie równie obojętni co naklejka od spodu czarnych zamszowych butów albo zawieszka od herbaty ;P.
Bez obrazy dla tych kolegów, z którymi uwielbiam rozmawiać i nawet okazuję im odrobinę ludzkich uczuć, z uśmiechem włącznie.
Wieczory niespędzone z kimś i samotne noce na wielkim łóżku też wcale mnie nie dziwią ani nie mierzwią.
Weekendy, kiedy mogę się bezkarnie byczyć ze stopami w misce z solą albo z pazurami schnącymi bezczelnie w niedzielnym słonku błogosławię chyba jeszcze bardziej niż możliwość budzenia się bez budzika.
Dni wypełnione pisaniem, pracą, korepetycjami i szeroko pojętym odpoczynkiem są dla mnie o wiele milsze niż zobowiązania i handryczenie.
Czasem coś przerwie codzienną rutynę i wieczorem zatargam psa do weterynarza, słaniając się na nogach pod jego ciężarem, czasem urządzę sobie "domową randkę" z pewnym pięciolatkiem, który obiecał, że za pięć dni, kiedy globus obróci się dwanaście razy, zabierze mnie na wycieczkę dokooła świata i do swojej wioski TIRem, czasami wyżyję się na zumbie, a po niej fundnę sobie zielony koktajl z jarmużem, a czasem przemiauczę pół dnia, chodząc po domu w opasce elastycznej na nadgarstku... ;)

Ok.
Kończę pić jaśminową herbatę, wyłączam laptopa i gonię pod prysznic, zmyć z siebie pozumbowe endorfiny.
Potem kulki, Jodi Picoult w książce o słoniach, kot zwinięty w precel na kolanach i podnóżek z kuśtykającego psa.
Kolorowych, jaśminowych!!! ;]
 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz