...

...
M.

czwartek, 29 stycznia 2015

Pół żartem, pół serio o... niczym ;P.



Nie mam nic ciekawego do napisania.
Naprawdę ;).
Nic, a nic...
 
Ale i tak coś napiszę, bo nie chce mi się robić tego, co robić powinnam, a robienie wpisu to moja ulubiona wymówka ;P.
A że dodatkowo mam dobry nastrój, a dobry nastrój powoduje we mnie chęć pisania…
Sami rozumiecie :) :) :) :) :) :).
Całe szczęście, że emotikony, których używam na blogu są tylko ciągiem kropek, kresek i różnej maści nawiasów, bo ostatnio przeraziłam się, jak wyglądają emotikonki w aplikacji messenegera.
Bo na moje oko wyglądają na dość mocno upośledzone ;P.
Nie macie takiego wrażenia?
Jak tylko to zobaczyłam, od razu obiecałam sobie przestać wstawiać minki, kiedy zauważę, że ktoś konwersuje ze mną przez telefon.
Albo, jak już nie będę mogła się powstrzymać, dam zwyczajny do bólu uśmieszek, a nie emotikona puszczającego oczko, który wygląda jakby miał jednostronny wytrzeszcz i niepełnosprytność, wpisaną w dowodzie osobistym...
Jak widzicie, nie mam dziś nawet ochoty silić się na powagę ;P.
W zasadzie nie zdziwi mnie, jeśli w końcu mnie zjecie za ten mój niezdrowo dobry humor  i nadmierny optymizm.
Tak tylko czekam, kiedy ktoś wytknie mi, że zachowuję się jak pieprzony promyczek szczęścia i że niechcący wywołuję w kimś agresję ;P.

O czym będę dziś pisać?
O niczym ;P.
Dziś będę ściemniać.
Pechowo chcę na dniach zgłosić bloga do konkursu, więc trochę szkoda, jeśli ktoś tu trafi tuż po opublikowaniu wpisu o niczym, ale mówi się trudno.
Konkursu nie wygram - to wiem.
Chcę tylko złapać paru nowych czytelników ;].
Nie, żebyście mi zbrzydli.
O, nie! ;).
Tylko… trochę Was mało ;P.
No wiecie.
Po prostu ostatnio wszystko co mi się przydarza, rozmiarami przekracza możliwości objęcia tego moim rozumem.
I blog choć też całkiem fajnie sobie radzi, nie hula jednak tak prężnie, jakbym chciała ;P.
No cóż.
Poprzewracało mi się w głowie i tyle ;P.

Oj, to istotnie prawda.
Poprzewracało… ;)
Ze wszystkim…

Zacznijmy od tego.
Jestem przeziębiona, ale czuję się dobrze.
To jakiś fenomen.
Po raz pierwszy czuję się tak pełna sił, charcząc, chrypiąc, kaszląc i kichając.
Znów chodzę na siłownię (nie dłużej niż na godzinę. Zmądrzałam ;P), pilnując się tylko, żeby nie osmarkać maty, kiedy robię planka pod czujnym okiem trenera albo żeby nie spaść i nie skręcić kostki, gdy próbuję utrzymać równowagę na Bosu.
Znów gotuję obiady (na dwa, a nie na pięć dni).
Znów przygotowuję się do sesji.
Jeden egzamin zdałam na 4, choć w przeddzień zaliczenia głowa pękała mi z bólu na pół, a ja miałam wrażenie, że czytam wkoło jedno zdanie.
Nie wiem czy pomogły zapachowe markery, którymi popodkreślałam całe zdania, czy może tabletki (tańszy odpowiednik Neozine), które zaaplikowałam sobie w dawce uderzeniowej i które przetkały mi zatkane zatoki, udrażniając przy okazji przewody międzymózgowe ;).
W każdym razie - coś pomogło.
I teraz jestem już prawie wyluzowana.

 
Po drugie…
Chodzę do przedszkola z uśmiechem wymalowanym na twarzy, choć wciąż mam nieodpłatne praktyki.
Klepię po angielsku jak katarynka i choć czasem braknie mi słowa albo nie wiem, co powiedzieć, to jednak znacznie częściej brakuje mi polskich (!!!) słów, żeby wyjaśnić angielskie definicje.
Szok.
We wszystkich grupach zyskałam już też trochę autorytetu i dziecięcy szacunek.
Muszę kupić sobie teczkę na dziecięce rysunki, bo nie mam co robić z plikiem laurek (żadnego dzieła sztuki póki co nie wyrzuciłam. Może mi przejdzie po pierwszym miesiącu pracy ;P), które codzienie dostaję od tych dwujęzycznych smyków.
Dzieci wołają mnie, żeby coś im pokazać, wołają, kiedy chcą pokazać coś mnie, słuchają moich poleceń i milkną, kiedy robię groźną minę.
Nawet jeśli równocześnie powstrzymuję śmiech ;).
Rozmawiam z nauczycielkami o „babskich sprawach”, znam już prawie wszystkich rodziców i zaczęłam korzystać z herbaty i czajnika w „staff roomie”.
Wow.
Korzystam z pokoju nauczycielskiego.
Czy możecie w to uwierzyć?! ;D.

Poprzewracało mi się też w głowie, bo będę mieć nowy telefon.
Co prawdę mówiąc trochę… mierzwi moje postanowienie.
Postanowienie, żeby nie kupować wypasionego telefonu tylko po to, by go mieć.
Z jednej strony trochę mi wstyd wyciągać z torebki odrapaną i starodawną Nokię.
Z drugiej – głupio będzie mi sięgać po jej nowy model ;P.
Okej, okej.
Wiem, że WSZYSCY mają już nowe telefony.
Nawet moja ośmioletnia sąsiadka i starszawa pani z naprzeciwka.
Ale biorąc pod uwagę moje ostatnie szastanie pieniędzmi, kupowanie karnetów na siłownię „bo mam ochotę”, markowych piżam „bo miłe w dotyku” (…) i horrendalnie drogich bluz „bo ładne”, wydaje mi się lekkim przegięciem, żeby jeszcze teraz szarpnąć się na telefon…
Wróć.
Nie szarpnę się.
Ja go DOSTANĘ.
Niby w dobrej ofercie, bo jako trzecią usługę za połowę w ofercie Smart Domu.
Niby tato sam zaoferował, że dostanę telefon na abonament.
Niby wiem, że nielimitowane sms-y i minuty są mi potrzebne, bo za dużo kasy wydaję na kartę, ale…
Nie umiem tego wyjaśnić ;).
Chyba tak się przyzwyczaiłam do tego, że jako jedna z nielicznych nie oceniałam swojej wartości po telefonie, że teraz ciężko mi będzie wejść do grona burżui, którzy jako jedyną swoją zaletę potrafią wymienić markę nowoczesnego gadżetu…
Już nie będę mogła powiedzieć: „Okej. Nie oszczędzam na swoich fit obse… upodobaniach ani na dro… wygodnych ubraniach, ale tak naprawdę jestem minimalistką”, kiedy równocześnie wyjmę z kieszeni nowy model telefonu ;P.
Nie wiem, czy będę umiała przyjąć naturalny wygląd twarzy, odbierając komórkę ;P.
Będzie mi się pewnie zdawało, że wyglądam na znudzoną, zblazowaną nastolatkę, której tatuś zasponsorował nowy telefon, żeby podnieść jej samoocenę...
^^
Ot tak tylko mówię.
Nie narzekam, że dostanę komórkę w prezencie ;D.
To chyba pierwszy telefon, który dostanę.
W dodatku bez okazji…

Okej.
Zaczynam niebezpiecznie przybliżać się do górnego limitu ilości znaków w poście.
Jak widzę, wolicie krótkie, małowymagające teksty, a nie elaboraty.
Kończę więc, zanim przekroczę granice przyzwoitości.
Idę czynić swą powinność.
Poprawianie pracy jest przecież bardzo fajne ^^.

PS Czy zdajecie sobie sprawę, że jutro zaczyna się weekend? ;]



http://szkola-trudnej-mlodziezy.blog.onet.pl/2012/02/14/minuta-do-wolnosci/

środa, 28 stycznia 2015

Obsession(s) ;P ;)

Każdy ma jakieś dziwactwa i obsesje.
Jedni mają ich więcej, drudzy mniej.


Ja akurat jestem osobą z wieloma obsesjami.
Niektóre są mniej szkodliwe, inne bardziej.
Jedne są śmieszne, drugie nie bardzo.
Ale wszystkie łączy jedno – strasznie ciężko jest mi się ich pozbyć ;P.
Cóż więc mogę zrobić…
Tylko zaakceptować je i z nimi żyć ;P.

Powiem Wam, że czasami to nie problem, bo niektóre obsesje mam nawet całkiem fajne ;].
Akceptowanie ich wydaje się więc prezentem od losu ;P.
Ale zacznę od tych mniej fajnych dziwactw ;D :D.
To, że świruję na widok pająków, szukam ich zawsze i wszędzie zanim usiądę/położę się/ wejdę pod prysznic, urządzam sceny na ich widok i myślę o nich zdecydowanie za często, to już chyba wiecie.
To, że kilka dni bez jakiejś aktywności fizycznej są dla mnie nie do zniesienia - też.
Wiecie też, że jestem uzależniona od czytania i pisania.
I że ostatnimi czasy mam obsesję na punkcie spania, bo mam z tym problem, więc wszystko jest podporządkowane pod to, żeby w nocy „było mi dobrze”. 
Odpowiednia wysokość poduszek, właściwa miękkość piżamy, optymalne zaciemnienie pokoju... To chyba nie jest do końca normalne, co? ^^.
Mam obsesję na punkcie cery (2 pryszcze – koniec świata), włosów, sylwetki i paznokci.
Na punkcie wagi, rozmiaru biustonosza i wielkości oczu.
Ot, takie tam – schizy.

Ale prawdziwym obsesjowym hitem są moje upodobania ;).
„O czym ona co cholery mówi?!” – myślicie pewnie.
Już tłumaczę ;P.
Otóż mam to do siebie, że nie zdzierżę robienia czegoś wbrew sobie, jeśli coś mi się nie podoba.
Czyli – jeśli nie lubię czegoś do zjedzenia – nie zjem tego.
I nieważne, czy ktoś mnie ładnie prosi czy mi grozi, że się obrazi.
Nie zjem i już.
Okeej, zdarzy się, że zjem coś, choć a tym nie przepadam, albo zjem coś mimo braku ochoty, ale to tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma nic innego do jedzenia albo kiedy jestem już naprawdę głodna.
A rzadko jestem aż tak głodna ;P.
Wyznaję zasadę : „Jak po jedzeniu ma mi rosnąć tyłek, to niech rośnie po tym, co lubię” ;P.

Podobnie jest z ciuchami, butami, bielizną, rzeczami osobistymi, które kupuję.
Ja muszę mieć takie rzeczy, które podobają mi się wizualnie.
Ale, ale… Jak coś dostanę albo chwilowo jestem zmuszona ubrać nie swój ciuch, jest okej.
Chodzi o decyzję przy zakupach.
Nie kupię butów na promocji, tylko dlatego, że są na promocji.
Nie kupię ich, bo są modne, jeśli mi się nie podobają.
Nie kupię ich, bo ktoś mi doradzi, że ładnie w nich wyglądam, dopóki sama tego nie stwierdzę.
I ostatnie – nie założę czegoś, jeśli tego nie lubię ;P.
Nieważne, że kiedyś mi się podobał ten sweterek.
Nieistotne, że sama go wybrałam.
Nie obchodzi mnie, że powinnam go nosić, żeby nie zjadły go mole.
Nie założę go i już ;).
Chyba, że nie będę miała już żadnego innego ciucha do wyboru… ;].

Ta obsesja jest stosunkowo nowa i świeża.
Zrodziła się z chęci zmian i poprawiania sobie humoru zakupami ;P.
Wcześniej raczej bezkrytycznie nosiłam ubrania, które dostawałam po siostrze, znajomych, kuzynce albo te, które kupiłam w secondhandzie.
Wygodne?
Niesprane?
Czyste?
Nieróżowe?
To mogło być.


Bardziej o swoich typach ubrań myśleć zaczęłam wtedy, kiedy zaczęłam sama kupować sobie ubrania.
Wtedy nauczyłam się, że jednak cena czasem idzie w parze z jakością i dobrym samopoczuciem.
I że jeśli mam wydać kasę na kilka byle jakich i niewygodnych rzeczy – to wolę kupić jedną, acz porządną rzecz.
W ten oto sposób kupiłam sobie trochę całkiem fajnych ubrań.
Rzeczy, które uwielbiam nosić.
Które są miękkie, miłe i cieszące oko.
I w których wyglądam ładnie, nawet kiedy jestem chora, smutna czy (^^) niewyspana ;].
Kobiety pewnie zrozumieją co mam na myśli, faceci niekoniecznie ;P.
(Czasami to, jak się czujemy w danej rzeczy może poprawić albo zepsuć nam nastrój).
A ja zdecydowanie bardziej lubię go sobie poprawiać niż psuć ;P.
I powiem Wam, że ostatnio miałam wyśmienity nastrój.
(Nie tylko przez ciuchy ^^).
I podobało mi się też to, jak wyglądałam w nowych bluzach, prostych butach i ulubionych kolczykach.
Ale…
Zaczęła drażnić mnie moja kurtka.
Fioletowa, zeszłoroczna kurtka z fioletowym futerkowych kapturem.
Kurtka, która nagle zrobiła się zbyt jaskrawa, za dziecinna i... za brzydka.
Wzbraniałam się przed jej noszeniem rękami i nogami.
Ubierałam coś innego (najchętniej futrzaka, w którym szczękałam zębami jak w febrze), dawałam kurtkę do prania i czekałam tydzień, aż wyschnie, choć do dwóch dniach była sucha na pieprz… 
Robiłam wszystko, żeby tylko jej nie nosić.

Myślałam, że w końcu mi przejdzie.
Kurtka, jak  kurtka ;P.
Nosiłam ją, żeby mi było ciepło.
Żebym nie przemokła i nie zmarzła.
Ale kiedy ostatnio w szatni na siłowni nie mogłam jej znaleźć i kiedy pomyślałam: „Uff, może ktoś mi ją ukradł i kupię nową”, stwierdziłam, że coś tu jest nie halo ;P.
Po prostu zaczęłam źle się czuć w fiolecie, futerku i tym kroju.

Problem w tym, że uznałam, że z moimi schizami ładnej kurtki po prostu nie znajdę.
Większość kurtek, które ostatnio wiszą na wieszakach dzieli się na długie, eleganckie w ciemnych kolorach, albo na sportowe o barwach żywych jak fosforyzujące markery...
Poszłam raz na przegląd odzieży zimowej do Galerii, ale wyszukałam milion powodów na „nie” dla każdej kurtki.
Nie ten kolor, nie ten fason, nie ta cena…

Więc nosiłam tę fioletową kurtkę, choć wzdrygałam się za każdym razem, kiedy musiałam ją ubrać.
Nosiłam ją, choć czułam się w niej nieswojo.
Aż do czasu, kiedy w sobotę zobaczyłam dziennikarkę z ESKA TV w szaro – biało – miętowej kurtce.
Uh.
„Właśnie taką kurtkę chciałabym mieć!” – dostałam nagłego olśnienia ;].
Łatwo powiedzieć…
Przeszukałam cały Internet, wszystkie możliwe strony z ciuchami i co?
I nic.
Kurtki ani widu ani słychu.
W ogóle nie było takich zestawień kolorów.
Więc wczoraj po egzaminie, uszczęśliwiona czwórką i zasmucona przeziębieniem, poszłam poprawiać sobie nastrój (łamane przez – świętować sukces) zakupami.
Miękką piżamą, ciepłymi kapciami i skarpetkami ^^.
Kolejna obsesja ^^.
Wyżej wspomnianą szaro - biało - miętową kurtkę ku swej ogromnej radości znalazłam w Croppie i zachowując się jak wiejska baba w smateksie, rzuciłam się na wieszak.
Dorwałam XSkę i pognałam z nią do przymierzalni.
Choć na moje oko jest ciut za duża (ostatnio większość XSek przypomina Mki...), od razu wzięłam ją do kasy.
Nie zwracając uwagi na cenę przy metce.
„Odkładam stypendium” – Taa, jasne…
Ponieważ kurtka była na promocji, dokupiłam do niej promocyjne  rękawiczki narciarskie (a nóż widelec zacznę jeździć ;P), a potem zrobiłam rundkę po Galerii i kupiłam kolejno szaro – biały szalik, białą czapkę i szare rękawiczki…
Bo przecież MUSIAŁAM skompletować takie zimowe akcesoria, które będą mi pasować do nowej kurteczki...

Kupiłam jeszcze lek na przeziębienie, lody na gardło (przestało boleć... Zaczęłam chrypieć ^^), pantofle do przedszkola i krem do rąk.
I pomyślałam sobie...
Czyżbym powoli dostawała obsesji na punkcie zakupów…??? ;]


PS Za to od dwóch dni nie byłam na siłowni, nie narzekałam na wygląd i nie szukałam nigdzie pająków ;). To co? Zakupy w nagrodę? ;P.


http://wiadomosci.dziennik.pl/nauka/artykuly/144332,zbliza-sie-okres-grozi-ci-zakupoholizm.html

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Poważnie? ^^

Walczę sama ze sobą, bo korci mnie pisanie, a wiem, że powinnam się uczyć ;].
Walczę, bo chciałabym pójść na siłownię, ale zważywszy na to, że boli mnie gardło i głowa, a jutro mam egzamin, powinnam sobie odpuścić dzisiejszy wysiłek i spożytkować lepiej czas i energię na wchłanianie wiedzy.
Walczę, bo mam ochotę napisać tu o tyyylu różnych rzeczach, ale wiem, że muszę to najpierw dokładnie przeanalizować.
Czy warto, czy mogę, czy powinnam.
Niby takie nic - napisać to, na co ma się ochotę.
Problem w tym, że nie cofnę już tych słów i nie będę mogła wymazać ich z Waszych głów ;].
A nie wiem, czy o pewnych rzeczach chcę mówić, zanim sama ich do końca nie przetrawię :).

Ostatnio dużo myślę, zanim coś zrobię.
Pięć razy obrócę w mózgu słowo, zanim je powiem.
Staram się unikać mówienia głupot.
A robienia ich - jeszcze bardziej.
Czasem kusi mnie zrobienie czegoś impulsywnie, ale zwykle się hamuję.
Mam wrażenie, że większość "spontaniczności", które tak naprawdę były przykrywką dla zachowania "Zrobię tak, bo tak chcę!", nie skończyły się dobrze.
Sztywność sztywniactwem, ale lepiej czasami coś przemyśleć niż potem tego żałować ;).
Wydaje się to takie proste - "Pomyśl, zanim coś zrobisz".
Szkoda, że tylko się wydaje ;P.

Zwykle doskonale wiem, co należy robić, a mimo to kiedy przychodzi co do czego, muszę sobie przypominać mantry, które powinnam wyryć sobie w którymś zwoju mózgu: "Nic na siłę", "Nie to nie", "Bądź twarda", "Jak nie chcesz - to nie rób", "Gwóźdź, który wystaje najbardziej, pierwszy zostaje wbity (czyt. nie wybijaj się)", "Nie przejmuj się tym, co nie jest warte Twoich nerwów" i "Naprawdę Ci na tym zależy???".
Ostatnio wszystko, co wpada mi do głowy, zostaje przepuszczone przez taką właśnie maszynkę pytań.
I dopiero, kiedy przemagluję je wzdłuż i wszerz, wiem, czy warto coś robić, czy lepiej nie.
O dziwo - święcie wierzę, że te zasady mają sens i naprawdę mocno się ich trzymam ;).


Szkoda tylko, że nie mam takiej maszynki do przesiewania myśli ;P.
Może wreszcie skończyłyby się głupie sny, które są efektem spychania myśli na dno głowy.
Sęk w tym, że mogę je sobie zapchać, upchać, zakryć, schować i dodatkowo nakryć kocem, ale wcale nie przeszkadza im to, żeby wypłynąć nocą.
Kiedy pozornie nie myślę świadomie, za to kiedy podświadomość ma swoje pięć minut, tańcząc mi po umyśle i kreując sobie własne wizje, będące pewnie częściowo moimi, nieocenzurowanymi i nie przeanalizowanymi przez maszynkę myślami ;).

Cóż - sny snami.
I tak cieszy mnie, że śpię, więc mogę nawet śnić, że jestem czarodziejką Witch abo że zostałam gwiazdą pop, byle by tylko nie kręcić się bezowocnie w pościeli ;).
Budzę się już o wiele bardziej wypoczęta i wreszcie przestałam się bać wieczorów i kładzenia do łóżka ;).

To wysypianie się chyba wreszcie pomogło mi zachować jaką taką trzeźwość umysłu, skoro nagle zaczęłam się zastanawiać nad tym, co powinnam w sobie zmienić.
Choć chwilami przeraża mnie, jak potrafi mi się zmienić myślenie w ciągu dni, tygodni, miesięcy, lat.
Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że pewne cechy tak szybko ustępują miejsca drugim.
I to często - ze skrajności w skrajność.

Nie wiem, kiedy z nieśmiałej zrobiłam się ryzykowna.
I gdzie był ten czas pośrodku?
Kiedy zrobiłam ten pierwszy, pokonujący nieśmiałość krok?
Jaka byłam pomiędzy?
Albo czy było W OGÓLE jakieś pomiędzy? A może przeskoczyłam z jednego okresu do drugiego jak Simba w "Królu Lwie", który idąc po przewróconym drzewie jako lwiątko, przez jedno machnięcie rozczochraną nastoletnią czupryną, stał się dorosłym i ukształtowanym lwem? ;P.

Kiedyś bałam się wyjść do ludzi.
Bałam się nowych sytuacji.
Bałam się zmian.
Teraz wszystko to, co robię jest jak rzucanie się ze stromego klifu w porównaniu z tym, że dawniej zatrzymywałam się nad skrajem trawnika, choć dalej była droga ;).
Bać się ludzi?
Pierwsza wyciągam do nich rękę.
Bać się nowych miejsc?
Pierwsza gdzieś pojadę.
Wyzwanie?
A mogę prosić o dwa?

Zamiast kręcenia w żołądku z nerwów, czuję motylki w brzuchu z podekscytowania.
Kiedyś powiedziałabym "Nie, dziękuję".
Teraz mówię "Tak, proszę".


Kiedyś byłam grzeczna, uległa i spokojna.
Teraz?
"Niebezpieczna"- mówi moja mama.
I wiem, że ma rację ;P.
Bo mi nie trzeba alkoholu, żebym była szczera.
Ja jestem dosadnie szczera.
Brutalnie szczera.
Bezczelnie szczera.
Czasem - agresywnie szczera.

Kiedyś dawałam się wykorzystywać i poniżać.
Teraz?
Prędzej zranię niż sama dam się zdeptać.
Będę harda, będę pewna, będę niepokorna.
Będę słuchać reprymend z obojętnym wzrokiem i nawet powieka mi nie drgnie.
Spłynie to po mnie jak po kaczce i nic nie wezmę do siebie.
Jeśli wiem swoje - nie dość, że nie przyznam nikomu racji, to jeszcze powiem, co myślę.
I powiem to, nawet jeśli będę musiała to wykrzyczeć.
Powiem, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię ;).

O swoje poglądy, myśli i prawo do własnego zdania będę zawsze walczyć.
Nie umiem przyklasnąć komuś tylko dlatego, że chciałby, żebym tańczyła jak mi zagra.
Nie ma szans ;).

Tylko szkoda, że ta "twardość" nie przekłada się też na inne sytuacje.
I że mimo wszystko wciąż zdarza się, że komuś uda mnie się przydeptać.

Chyba więc czas zacząć trochę uważać na ludzi.
Nie wierzyć we wszystko co mówią, nie ufać im bezgranicznie.
Nie mówić im wszystkiego.
Nie mówić im tego, co chcą słyszeć, a mówić to, co chcę im powiedzieć.

I wtedy mówić o sobie "Jestem silna".


;)
Hm...
I pomyśleć, że miałam dziś napisać, że wysmarowałam pół czoła chłodzącą maścią, bo łeb mi pęka.
Że miałam pochwalić się, że w przedszkolu załapałam się na ryż z jabłkami.
Że chciałam pisać o miłych poniedziałkach, mokrym śniegu, przemaczającym buty i zapachowych markerach, którymi kreślę po notatkach.

Hah.
To się nazywa paradoks.
Żeby napisać pierwszy poważny, refleksyjny wpis z bólem głowy, przedegzaminacyjnym stresem, po miłym i relaksującym weekendzie i po samych dobrych wiadomościach ;).
 
http://wrednaa17.pinger.pl/p/2

 PS Okej, okej. I już idę się uczyć, zamiast udawać, że natchnienie twórcze nie da mi się skupić na przyswajaniu wiedzy o psychologicznych aspektach pracy i rozwoju zawodowego... ;P.

sobota, 24 stycznia 2015

Studniówka, czyli BDSM ^^



Dziś mija dokładnie sto dni, odkąd zerwałam z chłopakiem.
Równiutkie, okrągłe sto dni ;].
Oczywiście nie jestem geniuszem matematycznym, który na okrągło liczy ani zagorzałą feministką, która oblicza liczbę dni, od ilu zasila szeregi singli, żeby móc się napawać swoją wolnością ;P.
Ja wyliczyłam to sobie, sunąc palcem po kalendarzu.
Dzień po dniu ;P.
Dlaczego?
Bo tak samo zrobiłam, będąc w związku ;).

„Mam chłopaka od stu dni” – pomyślałam jesienią trzy lata temu.
I przeanalizowałam sobie wszystko to, co się zmieniło, odkąd zaczęłam spotykać się z nim spotykać.
Teraz, analogicznie, powinnam podsumować sobie sto dni bycia singielką ;).
A że ostatnio mówię zwykle tu to, na co mam ochotę, ciężko jest mi się powstrzymać, żeby podsumowania nie zrobić na blogu ;P.

Jaka więc jest Studniowa Singielka M.?
Przede wszystkim Studniowa Singielka M. jest inną osobą niż była przed związkiem i jest zupełnie różna od dziewczyny, którą była, będąc w związku ;].
Studniowa Singielka M. prowadzi całkiem inne życie niż kiedykolwiek wcześniej.
Inaczej myśli, inaczej się zachowuje.
Nawet inaczej czuje ;P.
Studniowa Singielka M. jest ciut cyniczna, lekko ironiczna i raczej chłodna.
Przejmuje się tylko tym, co jest naprawdę ważne.
Większość mało istotnych rzeczy wrzuca do pudełka z etykietką „Mam na to wyje***e”. Dotychczas trafiły tam wszystkie: „Kto Z Kim?”, „A Wiesz, Że?” i „Słyszałaś o…?”.
Ma jeszcze drugie pudełko z napisem "Nie, dziękuję". 
Wrzuca tam wszystkie pretensje, żale, krytykę i fałsz, którymi jest częstowana ;].


Tryb życia Studniowej Singielki M. również uległ zmianie.
Przede wszystkim w łóżku nie budzi jej chłopak, który mruczy jej do ucha półsenne propozycje.
Studniowa Singielka M. codziennie budzi się zrywana przez natarczywy i bezpłciowy dźwięk budzika w telefonie, na którego propozycję nigdy się nie zgadza, bezceremonialnie wciskając przycisk „Funkcja drzemki”.
I tak oto w szybki i łatwy sposób mówienie „nie” zrobiło się równie przyjemne, co wcześniejsze „tak” ;).
Studniowa Singielka M. nie dostaje rano sms-ów o treści: „Dzień dobry, Kochanie” i„Jak spałaś, Skarbie?”, tylko: „Tu RMF FM, ślij swoje imię na 7252...” albo: „Dlaczego do cholery nie dajesz znaku życia?! Mama”.
Studniowa Singielka M. nie odlicza dni do powrotu do domu, żeby spotkać się z chłopakiem.
Studniowa Singielka M. jedzie do domu w piątek wieczorem, a w planach na weekend uwzględnia sprzątanie pokoju, odwiedzenie cioci, spotkanie z przyjaciółką i wizytę u weterynarza z szynszylem.
Studniowa Singielka M. nie ogląda męskich bokserek, nie patrzy w stronę męskich koszulek i nie szuka prezentów na Dzień Chłopaka, Mikołajki czy jakąś inną (często wyssaną z palca) okazję.
Studniowa Singielka M. egoistycznie kupuje prezenty sobie, koleżankom (jeśli mają urodziny :P) i znajomym dzieciakom.
Studniowa Singielka M. nie czyta „Cosmopolitana”, bo porady typu: „Jak sprawdzić, by w łóżku było bardziej hot” i „50 pomysłów na udany szybki numerek” przestały mieścić się w zakresie jej zainteresowań.
W łóżku Studniowej Singielce robi się „hot”, jak weźmie do niego psa albo wsadzi pod kołdrę termofor, a „szybki numerek” bardziej kojarzy jej się z wykonaniem trzech ważnych rozmów przed telefon, podczas robienia stu innych ważnych rzeczy na raz niż z tym, z czym na ogół kojarzy się zbitek tych dwóch słów ;).
Studniowa Singielka M. nie chodzi na randki, nie flirtuje i nie esemesuje z żadnymi facetami.
Chyba, że uzgadnia przez telefon szczegóły powrotu na stancję ze znajomym albo rozmawia z kolegą o jego nowej pracy.
Nie pamięta już, na czym polega kokietowanie, a na czym podrywanie.
Natrafiając w książce na jakieś pikantniejsze fragmenty, dwa razy czyta podtekstowy akapit, łapie się za głowę i myśli: „Albo dostałam nagłej seksualnej amnezji albo autor ma dziwne wyobrażenie na temat gry wstępnej”.
Studniowa Singielka M. ma wrażenie, że zapomniała już, jak postępuje się z facetem.
Ba – ona wie, że jest w tym znów równie zielona jak zielony jest jej blog ;].
Studniowa Singielka M. nie wiedziałaby, jak ma się zachować, nawet gdyby facet podał jej się na tacy, z jabłkiem w ustach ;].
Pewnie wzięłaby jabłko, powiedziała „O, skąd wiedziałeś, że lubię Glostery?” i poszła czytać książkę albo kręcić hula hopem, bo w końcu jest Studniową Singielką  ^^.



Jeśli wieczorem telefon Studniowej Singielki M. co trzy minuty daje znak nadejścia nowej wiadomości, oznacza to, że Studniowa Singielka M. pisze głupoty z przyjaciółką.
Przyjaciółką, której imię jako pierwsze wyświetla się w „Ostatnio używanych”.
I z którą najczęściej spędza sobotnie wieczory. 
Kiedy Studniowa Singielka M. gdzieś wychodzi, to tylko na imprezę lub na soczek z koleżankami, a jak umawia się z jakimś mężczyzną – najpewniej jest to kurier/promotor/opiekun praktyk albo ginekolog.
Studniowa Singielka M. ma wrażenie, że faceci zaczęli się jej bać.
Nie wie tylko czemu...
Nie ma kłów, ostrych szponów ani zbyt dużej ilości tapety na twarzy.
I przecież, to, że zerwała z chłopakiem wcale nie oznacza, że nagle przestała lubić facetów.
Szczególnie po roku mieszkania z pięcioma dziewczynami, po pięciu latach studiowania babskiego kierunku na babskim wydziale, gdzie faceta ze świecą szukać i po dwudziestu trzech latach mieszkania w babińcu, gdzie jedynym osobnikiem płci męskiej jest jej tato. 
Nie licząc psa i szynszyla ;).
Studniowa Singielka M. nie ma więc nic przeciwko niezobowiązującym znajomościom.
Przeciwko wychodzeniu na piwo albo do kina.
Tylko raczej nie chce się za szybko wiązać ani rozmawiać o imionach dla przyszłych dzieci ;).
Nie chce zbyt poważnych relacji, nie chce zobowiązań.
Teoretycznie jest więc niegroźna.
Nie gryzie, nie atakuje i nie gwałci mężczyzn tylko dlatego, że są mężczyznami ;P.

Studniowa Singielka M. robi wielkie oczy, kiedy koleżanka mówi: „Okres mi się spóźnia”.
Studniowa Singielka M. nie pamięta już, co to znaczy spóźniający się okres, bo jej cykl jest regularny jak pora transmisji Teleexpresu ;P. A jeśli nie jest – wyluzowana i niewiatropylna Studniowa Singielka M. stwierdza: „Ale fajnie. Okres mi się spóźnia. Pójdę dziś na basen”.
Studniowa Singielka M. często odwiedza znajomych, którym niedawno urodziło się dziecko. Wpatruje się w tygodniowe paluszki małej Panny M., głaszcze główkę wielkości pomarańczy i trzyma w ramionach zawiniątko z żywą, trzykilogramową zawartością, myśląc: „Mam większe szanse na lot na Marsa niż urodzenie dziecka w ciągu tego roku” ;).
Co nie martwi jej znowuż aż tak bardzo ;P.
Studniowa Singielka M. kiedy czyta na rodzicielskim blogu rozkminy młodej  mamy kilkumiesięcznego smyka, żalącej się, że od kilku tygodni nie uprawiała seksu, że ma luźną pochwę i cierpi na notoryczny brak czasu, myśli: „Mimo marudzącego ząbkującego niemowlaka i spadku libido, statystycznie i tak będziesz to robić częściej niż ja”.


Studniowa Singielka M. nie pamięta, kiedy ostatnio miała na sobie seksowną bieliznę.
Studniowa Singielka M. nosi wygodne bokserki (z zawartością koronki mniej niż 10% objętości), figi w kropki i majtki z Myszką Minnie.
Z Myszką Minnie ma też piżamę, w której bardzo lubi spać.
Piżama jest zabudowana z góry na dół, jakby Studniowa Singielka M. obawiała się inwazji kosmitów, chcących zgłębić tajemnice ludzkiego ciała.
Albo jakby nie miała do kogo się w nocy przytulić ;).
Studniowa Singielka M. kupuje ostatnio prawie same sportowe ubrania i zupełnie nie przejmuje się, że wygląda w nich jak nastolatka, choć w marcu stuknie jej 24 lata.
Studniową Singielkę M. zaczęło drażnić wysłuchiwanie historii o kłótniach i sporach jej koleżanek z ich chłopakami. Zaciska wtedy zęby i zaczyna przypominać sobie wszystkie techniki relaksacyjne (najchętniej tę:  http://demotywatory.pl/2872717/Widzisz-Juz-sie-usmiechasz ^^), żeby nie powiedzieć: „So what?!”.
Studniowa Singielka M. dopiero teraz widzi, że singli zupełnie nie interesują związkowe perypetie.
Podobnie jak nie interesują ich zagadnienia z cyklu: „Jak postępować z teściową?”, „Jak przekonać faceta do częstszej zmiany slipków” i „Jak dyskretnie dać mu do zrozumienia, że kobieta nie składa się tylko z biustu i łechtaczki i że powinien lepiej ją pieścić, jeśli chce, żeby miała ochotę na coś więcej".
Dla Studniowej Singielki M. słowo „orgazm” brzmi równie egzotycznie jak „karambola”, „malaria” i „barakuda”.
Studniowa Singielka M. nosi w domu aseksualne skarpetki frotte, koszulki bez dekoltów i szare dresy, a poza domem ubiera równie aseksualne kozaki bez obcasów, wygodne legginsy i bluzy ^^.
Według Studniowej Singielki M. „na łyżeczkę” ogląda się film z kuzynem, „na odwróconego  jeźdźca” masuje obolały bark obolałemu koledze, a „na pieska” się pływa.
Kiedy 85 -  letnia ciocia mówi Studniowej Singielce M., że ta musi zacząć jeść, bo żaden chłop nie będzie jej chciał, nagle z pewnym przebłyskiem owa M. uświadamia sobie, że od bardzo dawna nie jadła nic „bo wypada” , bo „powinno się” i bo „chłopak patrzy, wypatrując podejrzanych oznak tego, że w przyszłości umrze z głodu, bo nie zrobisz mu jajecznicy ani nie ugotujesz pomidorówki”.
Studniową Singielkę M. dalej podnieca i ekscytuje wiele rzeczy.
Na przykład fakt, że udało jej się przebiec 6 kilometrów na bieżni albo, że zaliczyła egzamin na piątkę ^^.
Studniowa Singielka M. kiedy widzi uśmiechniętą i zadowoloną parkę w Galerii, zastanawia się, czy mają dobre humory, bo obejrzeli dobry film w kinie, czy może właśnie skończyli uprawiać spontaniczny seks w samochodzie na parkingu.
Studniowa Singielka M. zaczęła czerpać satysfakcję z biegania, używania ciętego języka, wyciągania się na całą długość w pościeli, kiedy nie musi wstawać o siódmej i wylegiwania się na łóżku z polarkowym kocem i książką wieczorną porą.
Studniowa Singielka M., kiedy dowiaduje się, że jej młoda koleżanka jest mężatką od dwóch lat, najpierw zbiera swoją szczękę z podłogi, a potem uśmiecha się i mówi: "Wow", myśląc równocześnie "JAK, DO CHOLERY?! Jak ze sobą wytrzymujecie, mieszkając pod jednym dachem? Jak to robicie, że się nie zjecie? Jak radzisz sobie z rutyną? Jakie metody stosujesz, żeby nie zabić go, kiedy Cię wkurza? Jak???".
Studniowa Singielka M. zmienia partnera do łóżka mniej więcej co tydzień.
Czasem decyduje się na odważny krok i zaprasza w swoje czarno - białe pościelowe pielesze jakąś kobietę, ale zdecydowanie bardziej lubi mężczyzn.
Faceci - autorzy fajniej opisują rzeczywistość niż kobiety - autorki, a Studniowa Singielka M. zrobiła się bardziej wymagająca w kwestii książek, które zabiera do łóżka, zwłaszcza jeśli chodzi o "opisy";P ^^.
Kiedy gra wstępna głównych bohaterów ciągnie się przez pięć stron i obejmuje tylko wymianę spojrzeń i opis tego, jak zachowują się ich ciała pod wpływem hormonów, Studniowa Singielka M. czuje się, jakby smyrała się piórkiem po podniebieniu, więc zdecydowanym ruchem przyciąga do siebie autora, który napisał bestsellerowy kryminał.
Albo thriller ;P.
(I to takiego autora, który nie zawarł w powieści scenek miłosnych, a jeśli nawet, to mieszczą się one na połowie strony albo są na tyle ciekawe/mocne/dobre/zabawne/niedopowiedziane, że M. decyduje się jednak czytać dalej ^^).

Studniowa Singielka M. podczas oglądania sceny łóżkowej w filmie, czuje się równie pewnie i na miejscu, jak oglądając science fiction. Chociaż wtedy chyba czuje się bardziej wtajemniczona i obeznana. Nawet kiedy po ekranie latają niezidentyfikowane obiekty latające albo świstają miecze świetlne ;).
Kiedy zdarzy się, że Studniowa Singielka M. kątem oka zobaczy jakąś komedię romantyczną, myśli sobie: „Aha. Więc to tak wygląda z boku oglądanie ociekających lukrem i słodyczą scenek o kupowaniu zasłon do wspólnej sypialni”.
W nocy Studniowej Singielce M. czasem śni się coś podchodzącego pod kategorie: „Sny erotyczne”, ale otrzepuje się z nich tak samo szybko, jak otrzepuje się z pajęczyn po powrocie ze strychu.
I wciąż nie pokusiła się o przeczytanie ani jednego artykułu o masturbacji i nie zamówiła sobie wibratora ;D.
Studniowa Singielka M. codziennie szczerzy się  w myślach sama do siebie, kiedy ktoś mówi jej: „Ale mój chłopak mnie wkurza” i „Wrrrr… Znowu pokłóciłam się z mężem”, starając się równocześnie zrobić współczującą minę i przyjąć odpowiednio kobieco solidarnościową postawę.
Studniowa Singielka M. uwielbia w nocy owijać się w kołdrę jak w kokon, kokosić się na łóżku i turlać po materacu, bez słuchania „Ale Ty się wiercisz!”.
Choć przyznaje, że czasem przydałby się ktoś do podrapania po plecach i wygrzania zimnych stópek ;].
Studniową Singielkę M. bardzo rozśmieszają twierdzenia: „Nie martw się, znajdziesz sobie kogoś” i „To nic, że zerwałaś z chłopakiem. Będziesz miała nowego”.
Studniowa Singielka M. zaczęła szukać pracy, chodzić na siłownię i myśleć „Jestem młoda, jestem twarda, jestem niezależna. Mogę robić co chcę”.
I wcale nie była u coacha ani u psychoterpapeuty, a nad biurkiem nie powiesiła sobie motywującego napisu „Dasz radę!”.


Studniowa Singielka M. wie, że może liczyć na siebie i tylko na siebie.
Uczy się dla siebie, ćwiczy dla siebie, robi dobrze sobie, nawet robiąc dobrze innym i nie płaszczy się przed nikim, bo i bez tego czuje się wystarczająco mała ;).
Studniowa Singielka M. jest szczęśliwa, choć wie, że czasem będzie jej brakować przytulenia się do męskiego ciała, które nie należy do jej kuzyna.
Jest szczęśliwa, mimo, że nie pamięta, kiedy ktoś dotknął ją z pasją, a nie po to, żeby sprawdzić jej temperaturę czy poklepać po ramieniu.

Studniowa Singielka M. cieszy się ze swojego studniowego bycia singielką, bo chciała nią być.
Bo chociaż fajnie było mieć masaż karku na żądanie i orgazm na życzenie, to jednak i bez tego jest fajnie ;).
Bo nie ma pretensji, fochów, łaski, uwiązania, wyrzutów i uległości.
Bo może być sobą.
I może być kim chce ;).
Może też zrobić mocny wpis o wibratorach, orgazmach i szybkich numerkach, bo kto singlowi zabroni? ;P ^^


http://likely.pl/zdjecie/6477/dziewczyna-przeciagajaca-sie



PS I może nadać tekstowi tytuł BDSM, który oznacza Bezpośrednia i Dosadna Singielka M., a nie to co zapewne pomyślała większość z Was, pokuszając się o kliknięcie linka ;P ^^.