...

...
M.

niedziela, 31 stycznia 2016

Pociągający

Jak spędzić niedzielę z grypą?
Obudź się wcześnie rano.
Pokręć się w pościeli, próbując jeszcze poleżeć.
Próbuj wciągać powietrze nosem, mimo że jest zaklejony jak puszka na datki.
Okej. Poddaj się i weź głęboki wdech ustami, bo jeszcze się udusisz.
Przełknij ślinę.
Tak, wiem, że boli.
Wygładź zmierzwione przez noc prześcieradło i uklep zgniecione gorączkowym snem poduszki.
Skapituluj i wyjdź z łóżka, żeby mieć więcej godzin na smęcenie i snucie się bez celu po domu.
Popatrz do lustra i uśmiechnij się mimo, że wyglądasz jak obraz nędzy i rozpaczy.
Nie wpatruj się zbyt długo w mało świeże i potargane włosy, podkrążone oczy i bladą twarz.
Zjedz na śniadanie to, co jesz od trzech dni jako każdy posiłek, czyli namoknięte płatki na ciepłym jak zupa mleku.
Nafaszeruj się całą baterią leków, po których zostanie Ci w ustach gorzki smak.
Z równie gorzkim smakiem próbuj zrobić coś sensownego.
Poprzekładaj mandarynki na paterze, popatrz się przez chwilę na wzór przedpokojowych płytek, pobaw się trochę rąbkiem koszulki.
Powarcz na domowników - niech widzą, że cierpisz.
Nie wychodź z domu, bo ubranie butów i szalika jest za bardzo męczące.
Porzucaj chusteczkami do celu (kosza) i ciesz się, jaki jesteś zręczny (*osmarkane chusteczki dobrze lecą).
Około południa pomaluj rzęsy (jeśli jesteś kobietą. Jak jesteś facetem to nie wiem co możesz zrobić. Ogolić się?), żeby udać przed samą sobą, że ładnie wyglądasz.
Przyliż przytłustawe włosy na bok, nie używając do tego szczotki (boli), grzebienia (ciągnie), frotki (ałaa!).
Na obiad zjedz bezsmakową zupę z dyni i marchewki. Jest sycąca i bez smaku, ale przecież i tak smaku nie czujesz.
Spędź pół dnia w łóżku, czytając książkę i ciesząc się, że możesz wodzić oczami po kolejnych wierszach tekstu i Cię od tego nie mdli.
Rób sobie tylko przerwy na pojenie się herbatkami i wydalanie z siebie herbatek.
Postępuj według następującej instrukcji:
Wyrwij z furią chusteczkę z chustecznika, smarknij w nią porządnie, wrzuć do kosza, posmaruj piekący nos maścią, umyj ręce. Powtórz cztery razy, odetchnij z ulgą, że udało Ci się pozbyć tego niemiłego ucisku i ciężaru w zatokach. Po pięciu sekundach dojdź do wniosku, że znów czujesz, że masz zatkany nos.
Powtórz jeszcze raz i postępuj według instrukcji trzysta razy na godzinę.
Czytaj przez kolejne parę godzin, narzekając że 600 stronnicowa książka jest ciężka do trzymania w osłabionych rękach.
Na zmianę smaruj wazeliną nos i spierzchnięte usta.
Pomarudź domownikom trochę, że boli Cię to i tamto, że masz ochotę na rabarbar i mrożone truskawki i że zaczyna boleć Cię głowa.
Zmień pozycję do czytania na taką, od której nie boli du**.
Przygotuj sobie ciuchy do pracy i nie myśl: "Jezu, jak ja jutro dam radę?!".
Poćwicz w lustrze optymistyczne miny.
Przekonaj się, że wyglądasz ładnie.
Jak parskniesz przy tym śmiechem - uważaj, żeby nie osmarkać lustra.
Połóż się na łóżku i powpatruj się w sufit.
Przypomnij sobie, że grypa to nie koniec świata i że nie jesteś facetem, żeby umierać na katar.
Pomyśl, jak miło będzie jak wrócisz do zdrowia i znów wskoczysz na swój normalny tryb.
Przekonaj sama siebie, że to była w zasadzie całkiem miła niedziela, spędzona na czytaniu i... czytaniu i... czytaniu.
Znajdź jakieś pozytywne aspekty kataru (eeee, będę mogła sobie kupić nowy chustecznik z nowymi bialutkimi chusteczkami...?).
Zaplanuj w grafiku następny tydzień, nie uwzględniając w nim chorowania.
Zmęcz się całym dniem nicnierobienia, poprzeglądaj bezmyślnie Zalando walcząc z pokusą zamówienia nowej pocieszającej bluzy, połóż w pogotowiu (koło łóżka) zapas ampułek z solą do płukania oczu i nową paczkę chusteczek.
Uśmiechnij się sama do siebie, odpal bloggera i pojaraj się przez chwilę statystykami (*przez weekend są tłumy, widzę że kilka postów przegoniło Studniówkę, a średnie odwiedziny z 1, 2 i 3 tysięcy podskoczyły do 5), napisz wpis, wklej linka na fejsiku, przeciągnij się.
Właśnie napisałaś kolejny wpis o niczym, wszyscy będą szczęśliwi i pewnie oplują monitory ze śmiechu, jak ładnie i zręcznie opisujesz dzień z katarem, a Ty będziesz mogła błogo zasnąć z myślą, że poprawiłaś komuś nastrój.
;)
 








sobota, 30 stycznia 2016

1:0

Co mam?
Mam grypę albo jakieś inne świństwo.
Plus wielkiego zajada w kąciku ust, który jest wprawdzie mało widoczny, co nie znaczy, że nie upierliwy.
Co słychać?
Słychać krtaniowe "ehy, ehy, ehy", które dudni po domu, kiedy tylko nabieram pary w płuca.
Co nowego?
Wykańczam chustecznik i swój nos, przy okazji.
Co poza tym?
Jem głównie kukurydziane płatki na sojowym mleku, bo są wyjątkowo bezpłciowe i wyjątkowo łatwe do przełknięcia.
Pochłaniam książkę za książką (wczoraj - "Ostatni, który umrze" mojej kochanej Tess Geritssen, teraz - "Zaklinacz deszczu" mojego kochanego Johna Grishama).
Wzdycham z ulgą na widok maści majerankowej i soli fizjologicznej do oczu, obficie smarując się pod nosem zieloną mazią i wlewając do obolałych, piekących oczu płynne złoto z apteki.
Czuję się gorączkowo, choć w moim przypadku jak mi podskoczy powyżej 36 to już jest podgorączkowy.
Snuję się po domu, mówiąc przez nos co nadaje mi wiecznie pretensjonalny głos.
Szukam sobie zajęcia, które będzie mało wymagające, a równocześnie zajmujące (nie znalazłam póki co nic takiego).
Krzywię się na jakikolwiek hałas (pryskające na tłuszczu naleśniki to horror dla moich uszu).
Źle reaguję na ból (a bolą mnie cebulki włosów, spody stóp i małżowina uszna). 
Coś optymistycznego?
Nie mam (jeszcze) chrypy i krwotoków z nosa.
Coś pesymistycznego?
Już czuję, jak zanikają mi mięśnie i już wiem, jak ciężko będzie mi wrócić do formy, skoro mam problemy, żeby utrzymać szczotkę do włosów we właściwej pozycji.
A szara torba na siłownię leży i śmieje mi się w twarz...


No nic.
Idę dogorywać w mojej samotni, wysprzątanej i wymuskanej jak zawsze (*z koszem pełnym zasmarkanych chusteczek) pod kocem w kolorowe groszki z herbatą z imbirem.
Oby do wieczora, oby do nocy, oby do rana, oby do normalnego stanu bez bólu cebulek...





czwartek, 28 stycznia 2016

Na łopatki ;]

Łóżko.
Szary kombinezon do spania.
Grube skarpety w skandynawskie wzorki.
Komedia romantyczna.
Chustecznik.
Maść majerankowa.
Gorzka herbata.
Koce.
Poduszki.

Taa...
Wytrzymałam dwa dni i trzy zajęcia z zumby.
Ale dzisiaj mnie rozłożyło.
Na łopatki ;).
Wytrzymałam poniedziałkową wywiadówkę, wczorajszą radę pedagogiczną i dzisiejszą zabawę karnawałową.
A teraz spędzam dzień w domu, w pokoju, w piżamie.
Po pracy byłam tylko u fryzjera, w bibliotece i na zakupach.
Kupiłam sobie rozpieszczacze w drogerii (kosmetyki z ulubionej linii zapachowej Nivea, szczotkę do masażu i mycia twarzy, szczotkę masującą do włosów) i jedzenie, które da się przełknąć z gardłem czerwonym jak polne maki.
Oprócz tego moje popołudnie zostało sprowadzone do wlewania w siebie herbat i wylewania z siebie smarków ;). O tak. Wylewanie to dobre słowo. Wysmarkiwanie musiałby się wiązać z czynnością, a po pierwsze - nie mam siły na żadną aktywność, po drugie - to ta faza, kiedy z nosa kapie jak z nie uszczelnionego kranu.
Siedzę więc w ciemności pokoju, rozświetlając mrok kulkami, żeby nie zasnąć (bo noc nie moja) i żeby nie oślepnąć od światła żarówek (bo cierpię na dziwny światłowstręt).
Nie czytam, bo boli mnie głowa, więc nowe książki ułożyłam w zgrabną piramidkę na stoliku i podziwiam je z daleka.
Obejrzałam za to mało wymagający film ("PS Kocham Cię") i wypiłam setną herbatę.
Oczywiście walnęłam sobie też porcyjkę czosnku, więc pachnę mało przyjemnie i mało subtelnie, ale jak to ładnie ktoś kiedyś napisał - medycyna niekonwencjonalna nie jest perfumowana ;).
No i napisałabym chętnie coś więcej, ale mi się nie chce ;P.
Łączcie się więc ze mną w katarowym bólu (jutro mam jeszcze Dzień Babci w szkole) i trzymajcie kciuki, żebym szybko była zdolna do biegania na siłownię jak króliczek Energizera ;)






wtorek, 26 stycznia 2016

Na jednej nodze, w jednym bucie ;)

Niedziela zaczęła się od bólu żeber.
Gdyby nie to, że śpię sama (pomijając ostatnią piątkową noc, kiedy moja kotka nie dała się wygonić z pokoju i całą noc spała rozkosznie zwinięta w precel koło mojej głowy), pomyślałabym, że ktoś skopał mnie na śnie.
Po chwili ból z żeber rozlał się na brzuch i plecy, a ja poczułam się jak jeden chodzący zakwas, co było dość niemożliwe, bo sobota jest dniem porządków, korepetycji i lepienia pierogów. No i dniem regeneracji po całym tygodniu biegania na siłownię ;].
Nie minął kwadrans, a do bólu żeber dołączyła głowa.
Zanim wstałam, głowę miałam ściśniętą niewidzialną obręczą, a przewracanie oczami było niemożliwe.
Płatki jadłam na szybkości, bo tato już tuptał nogami, żebym jechała z nim na zakupy.
Wrzucanie owoców i warzyw do wózka przypominało mi przerzucanie tony węgla.
Jak wróciłam do domu, słaniałam się już pod ciężarem papieru toaletowego i małej siatki z zakupami.
Wtedy mnie tknęło.
Żebra.
Kości.
Mięśnie.
Głowa.
Przerażona rzuciłam zakupy na podłogę.
Grypa.
O nie.
O nie, nie, nie.
Nieee!
Poniedziałek - wywiadówka (*dwie godziny zumby).
Wtorek lekcje od rana (*i zumba wieczorem)
Środa - Rada Pedagogiczna (*zumba odwołana ---> będzie bieżnia).
Czwartek - zabawa dla dzieci.
Piątek - Dzień Babci w szkole.

Już widziałam swoją głowę opadającą na stół podczas Rady.
Już widziałam siebie, niemogącą utrzymać kartki z wierszykami dzieci...
Rozpakowałam zakupy i w te pędy zabrałam się za leczenie.
Na początek - bezlitośnie.
Czosnek.
Nie jestem zbyt mleczna ani maślana.
Moje mleko to mleko sojowe, masło to awokado ;).
Na przeziębienie nie piję więc mleka z miodem i czosnkiem.
Na przeziębienie brutalnie rozgryzam w zębach ząbek czosnku i wylewam morze łez z obojga niebieskich oczu.
Gryzłam więc ten czosnek jak własne ciało, wzdrygając się i męcząc, ale wciąż z zapałem żując.
Cała rodzinka z jednej strony śmiała się z mojej zawziętej miny, z drugiej kręciła głowami z podziwem nad wytrwałością.
Potem walnęłam sobie wapno i aspirynę, jakieś dziesięć herbat z cytryną (co druga z Amolem), a resztę dnia spędziłam w swoim pokoju czytając, pisząc oceny opisowe dla dzieci i nie robiąc absolutnie nic bardziej męczącego niż odwrócenie strony w książce.
No a wieczorem zepsułam prysznic.
I to tak niewinnie - chwyciłam za baterię, żeby odpalić sobie chłodniejszy strumień wody, a ona została mi w dłoni.
Słuchawka ostatnimi podrygami ochlapała zimną wodą mnie i końcówki moich włosów, a ja nieco zdziwionym głosem zawołałam tatę, że mam mały kryzys i że nie jest to pająk w brodziku.
Tato wyszedł z łóżka i zdziwił się nieco, kiedy zastał mnie owiniętą w ręcznik jak mumię, z wodą ściekającą z włosów z nieco skonfundowaną miną i baterią w ręce.
Moje ciało z kolei zdziwiło się, że zamiast siły i energii silnego strumienia wody o naprzemiennej temperaturze miało tego wieczoru wylegiwać się w wannie i w pianie o innym niż mój żel zapachu.

Poniedziałek zaczęłam od stwierdzenia, że czuję się dobrze.
A przynajmniej nie obudził mnie ból żadnej części ciała.
Po pracy miałam wywiadówkę, po wywiadówce dwie godziny zumby.
Mokra koszulka lepiła mi się do pleców, włosy lepiły się do czoła, a ja przylepiłam się do butelki z wodą.
Roznosił mnie powysiłkowy entuzjazm i nawet podczas zdrapywania z szyb szybko marznącego deszczu podrygiwałam wesoło.
Droga po śliskiej powierzchni nie przeszkadzała mi w wesołym podśpiewywaniu, choć jechałam wyjątkowo ostrożnie.


Wtorek zaczął się od zaspania.
I to takiego bezczelnego - bo wieczorem specjalnie nastawiłam budzik i położyłam telefon z dala od łóżka, żebym czasem nie pacnęła drzemki na śnie.
Obudziłam się 25 po siódmej i już widząc cyferki na telefonie, szybko obliczyłam, że mam kwadrans do rozpoczęcia dyżuru na korytarzu.
Prysznic i prostowanie włosów pozostały w sferze marzeń, więc zjadłam tylko parę łyżek zbożowej kaszki 7 zbóż (mistrzostwo w dziedzinie "Zjeść coś w minutę"), ubrałam przygotowane wieczorem (zawsze to robię. Jestem porządna ^^) ciuchy, maźnęłam byle jak rzęsy, umyłam już nie byle jak zęby i pognałam skrobać szyby.
Dwie lekcje minęły mi bardzo szybko i ciut kichająco. Ale powiedzmy, że to alergia na kredę ;).
Do domu wróciłam przed dziesiątą i na początek zajęłam się napełnianiem brzucha sałatką.
Pisanie sprawozdania na konferencję przerwało mi przyjście listonosza z dwoma poleconymi listami do rodziców.
Chwilę później zadzwonił kurier z Zalando, że wiezie mi paczkę.
Paczkę otworzyłam zaraz kiedy zamknęłam drzwi za kurierem, a chwilę później znów szczelnie zakleiłam ją do odsyłki.
Sukienka jest o wiele za duża, a ja wyglądam w niej jak dziewczyna z wioski Amiszów.
Jest tak bezkształtna i workowata, że zaczynam się zastanawiać co jest nie tak z rozmiarówkami, skoro to 34 i mniejszych rozmiarów już nie ma, a mi do wymiarów anorektyczki brakuje jakieś 10 kilo.
Kiedy poprawiałam oceny opisowe zadzwonił tato, że za kwadrans będzie u mnie gość od armatury do wymiany baterii.
Gość od armatury przyjechał jak tylko odłożyłam słuchawkę.
Gdy on naprawiał prysznic, przyjechał kurier z DPD z moją torebką.
Wszyscy dzwonili dzwonkiem, wchodzili, wychodzili, a mój pies wariował.
On miał dość szczekania na obcych, a ja dość biegania do drzwi w jednym kapciu.
Torebka jest jednak całkiem fajna.
Dość duża, prosta, brązowa.
Zwykła do bólu.
I zero złotych elementów ;).

Teraz idę gotować obiad, sprzątać to co pozostawił za sobą facet od instalacji w łazience po wierceniu, zamiatać podłogę i ścierać ślady psich łapek na panelach.
Jakoś tak zapomniałam o kichaniu ;).

PS Miseczkę z czosnkiem wyeksponowałam na kuchennej ladzie. To tak w razie bólu żeber ;)


http://girll.x33.pinger.pl/m/15295989




niedziela, 24 stycznia 2016

Z trzepotaniem rzęs ;)

Wydudliłam wielki kubek jaśminowej herbaty.
Poukładałam ciuchy w szafie (czy ktoś jak ja docenia terapeutyczną moc układania książek i bluzek?).
Zastrugałam ołówki, żeby ich główki sterczały z blaszanego pojemnika zwarte i gotowe do pisania.
Złożyłam nawet kanapę, by choć jeden dzień była porządna, bo zwykle przerzucam tylko byle jak literkową pościel, żeby była gotowa przyjąć mnie szeroko otartymi połami, kiedy porządnie wypompowana wysiłkiem fizycznym wpełzam do łóżka pachnąca cytrynowym szamponem i balsamem Nivea.
I nic.
Dalej zbieram myśli, dalej szukam pomysłu na wpis.

Chciałam iść dalej alfabetem i napisać coś na "B", chciałam napisać wpis tematyczny, chciałam, chciałam, chciałam...
I na chceniu się skończyło ;).
Podzieliłabym się z Wami tym, co u mnie słychać, gdyby rzeczywiście było coś słychać.
A tu nic.
Nada.
Zero.
Zmian w sensie ;)

Ogólnie jest cudownie i jaram się każdym dniem jakbym co rano dolewała sobie czegoś do płatków.
Zawsze czekałam na tę chwilę, kiedy skończę szkołę i zacznę pracować, żyjąc sobie po swojemu.
Do pełni szczęścia brakuje mi tylko swojego mieszkania, ale przeważnie izoluję się w swoim pokoju, więc też nie narzekam.
A wręcz fruwam pod sufitem.
Bo wreszcie żyję sobie tak jak lubię.
Czyli bardzo samolubnie ;P.
Codziennie pracuję, czyli już jest pozytyw, bo praca dobrze mnie nakręca.
Nakręca mnie zajęcie, obowiązki, dziecięce hasełka, ich ciepłe łapki kiedy obejmują mnie w pasie i laurki, które znoszę do domu.
Nakręcają mnie zajęte korkami popołudnia.
I siłownia, na którą jeżdżę na zajęcia grupowe wszelakie.
Potem przeważnie wbijam na chwilę na bieżnię i wyżywam się, ach jak się wyżywam, choć w sumie nie mam po czym, bo ani nie mam kredytów do spłacenia, ani rygorystycznego szefa, ani wkurzającego faceta ani własnych dzieci ;).
Do wysiłku przyzwyczaiłam się na tyle, że kiedy nie mogę ćwiczyć strasznie mnie nosi.
Prawie dusi mnie z braku ruchu, a sama robię się niemożliwie wręcz pobudzona.
Stopy też zapomniały już co to pęcherze i odciski i zaakaceptowały fakt, że mają być twarde jak ich właścicielka.
Większość pieniędzy egoistycznie przeznaczam na siłownię, zumbę, ciuchy albo akcesoria do ćwiczeń i jedzenie.
Czytam dużo książek, udaje mi się już przy nich nie zasypiać, a potem - głównie dzięki aktywności fizycznej - witam się ze snem praktycznie od razu, kiedy tylko przykładam głowę do poduszki.
Dużo jeżdżę autem i nie przejmuję się białą drogą i zacinającym śniegiem.
Jak zawsze bałam się jeździć zimą, tak teraz siłownia motywuje mnie na tyle, że śnieżyca nie śnieżyca - ja jadę.
Mimo, że rodzice mówią, że trzeba być zdrowo walniętym, żeby w taką pogodę gdziekolwiek jechać.
I co najlepsze, wcale się nie boję ;).
Ostatnio  niewiele rzeczy robi na mnie wrażenie.
Nie boję się, nie stresuję, nie martwię.
Przyjmuję wszystko jak jest i cieszę się tym, co mam i co robię.

Lubię to tempo, ten tryb, w którym nie sposób zagrzać na dłużej miejsca.
Nie da się mnie zatrzymać i nikt nawet nie próbuje.
Równocześnie wcale się nie przemęczam i nie spinam.
Mam czas na wszystko, a przy tym na nic go nie marnuję.
Zero telewizji, seriali, bezmyślnego przeglądania Internetu.
Posiłki ogarniam jak mi pasuje - mam fazy na zupy i wtedy codziennie na kuchennej wyspie ląduje miska z inną zawartością, mam fazę na koktajle i codziennie robię jakieś smoothiaki, które potem ciężko wciągnąć przez słomkę.
Trochę się też rozpieszczam, więc wczoraj na Internecie zamówiłam sobie letnią sukienkę w jaskółki w szkolnym granatowym kolorze (z myślą o zakończeniu roku szkolnego) i brązową, prostą torebkę.
Może wreszcie uda mi się znaleźć torebkę idealną.
Wow.
Sukienka i torebka zamiast adidasów i dresów ;).
Jeszcze trochę i zrobię się nawet subtelna i tajemnicza ;].
Ale z tym musiałabym trochę więcej poćwiczyć, a chyba jednak wolę takie ćwiczenia, w których trzeba się spocić, a nie trzepotać rzęsami... ;).














wtorek, 19 stycznia 2016

Aż dzieci ;]

Co tam, stalkerzy? ;]
U mnie trzy newsy.
Po pierwsze - zakochałam się.
Wybrańcem jest John Grisham, a miłością zapałałam do niego po tym, jak na 24 godziny zabrał mnie do świata prawniczego bełkotu i zapewnił zajęcie na kilkanaście godzin.
Po drugie - jestem zarobiona, dzięki widmu wywiadówki (czyt. oceny opisowe dla każdego skrzata z klasy), korepetycjom, szkole i odrabianiu zastępstw koleżeńskich oraz przygotowywaniu dzieci na Dzień Babci i Dziadka.
Po trzecie - zaczęłam jeździć na siłownię i katować bieżnię. Albo raczej swoje biedne, pozdzierane buty do biegania i łydki ;).

Tak, tak.
Z psychologicznych, medycznych i korporacyjnych gładko prześlizgnęłam się na thrillery prawnicze, łykając prawie jednym kęsem "Górę bezprawia", dzięki której przez weekend późno chodziłam spać i wcześnie wstawałam, żeby móc czytać.
Książkę uważam za genialną, jedną z bardziej "ludzkich" jakie miałam okazję ostatnio czytać.
Jest w niej zmiana, wyprowadzka, silna kobieta i bezinteresowna pomoc, czyli coś co ostatnio dość mocno mnie prześladuje. Zwłaszcza, kiedy oglądam "GI Jane" i "Pod słońcem Toskanii", a kapsel od Tymbarka mówi mi: "Czas coś zmienić".
Książka jest wciągająca, ciekawa, bardzo pouczająca i pisana bardzo inaczej niż do tego przywykłam. Trup się nie ściele, nie ma profilerów, sekcji zwłok, ironicznych policjantów. Nie ma patolożek sądowych i nie ma modus operandi. Wirusów, spisków też jakoś nie.
Z jednej strony książka jest na wskroś chłodna, bez zbytnich emocji, podniet i długich dialogów, bez związków, bez zobowiązań, bez schematów, bez oklepania i bez nudy, co mi bardzo odpowiada. Do tego - jest pisana naprawdę dobrze. Po prostu bardzo dobrze.
Dobrzy bohaterzy - nie przerysowani i nie cudownie słodcy, dobre sceny - bardzo lakoniczne, bez zbędnego operowania nazwami intymnych części ciała, dobre dialogi, bo krótkie, zwięzłe, cięte bez wredoty, dobre słownictwo, dobre zdania, dobra całość.
O, tak.
"Górę" streszczam każdemu kto chce słuchać i pieję nad nią peany pochwalne, mówiąc o jednosilnikowych cessnach, odkrywkowemu wydobywaniu węgla i pylicy równie chętnie co o wolontariacie i prawniczym żargonie.

W pracy pojawił się dziś pierwszy kryzys, pierwsza rysa na idealnym planie: "NieAngażujSięNiePrzywiązujNieToNieZnajdzieszPracęGdzieIndziej".
To. Nie. Będzie. Takie. Proste.
Mogę sobie mówić, że jestem zimna i oziębła uczuciowo, bo nie ufam facetom i nie mam ochoty na związek, mogę sobie mówić, że nic mnie nie wzrusza, a potem mieć gulę w gardle oglądając z siostrą niby dla śmiechu "Chłopaków do wzięcia" (i nie pytajcie czemu, bo nie wiem. Może to moje resztki człowieczeństwa, mówiące mi, że ludzi się z zasady szanuje, nie ocenia i nie wyśmiewa...?), mogę zgrywać twardą i niezłomną, ale dzieci mnie rozbrajają.
Krzyczę na nie, wkurzam się, upominam, złoszczę.
Ale nie dam im zrobić krzywdy.
Żadnej.
Nie zawstydzam, nie ganię, nie poniżam, nie podcinam skrzydeł.
Chcę, żeby czuły się akceptowane, dobre i kochane.
Chcę, żeby były bezpieczne.
Żeby czuły, że są szanowane, żeby szanowały innych, żeby nauczyły się czegoś więcej niż 2+2.
Żeby cieszyły się szkołą, nauką, życiem.
Żeby umiały żyć z innymi.
I mięknę, Jezu jak ja mięknę, kiedy "nieprzytulaśne" dzieci (w tym głównie chłopcy) nagle zaczynają się do mnie lepić i robić buzie w podkówki, bo kończę z nimi lekcje i idę do domu.
Ich ulubiony dzień to piątek, bo wtedy "mamy wszystkie lekcje tylko z panią", malują domy i bałwany na miętowo, bo to mój ulubiony kolor, a ironizowanie "o, na obrazku jest pani ulubione zwierzątko" (czyt. pająk) stało się normą.
Dzięki nim uczę się zdecydowanie więcej niż one dzięki mnie.
Ja uczę ich liter, one uczą mnie bezprestensjonalności.
Ja pokazuję im znaki drogowe, one pokazują mi jak żyć kierując się szczerością i prostotą, nie społecznymi nakazami.
Ja okazuję się być tylko dorosłym, one są aż dziećmi...

Siłownia.
Taaak.
To ten puzzel, którego mi brakowało po zmianie dużego tętniącego życiem miasta na senne miasteczko, które wymiera o piątej.
I nie pomogło tu odwalenie sobie pokoiku na miętowo - szaro - biało i fundnięcie sobie białych mebelków i fotela z wielką poduchą.
Nie pomógł czas na pichcenie, czytanie, pisanie.
Nie pomogły kolorowanki.
Pomógł powrót do tego, co znałam.
Do pakowania swoich manatków i ruszenia się z miejsca.
Do porządnego spocenia, takiego, po którym wszystkie części garderoby nadają się do zmiany, do endorfin, do siły.
To jest to, co mnie napędza, to jest to, na co czekam ;).
Samochód, rzucona na siedzenie torba, butla wody i zacieranie dłoni.
O, tak ;).

Poza tym nic nowego.
Noo, nabawiłam się jakiegoś dziadostwa na buzi - ni to uczulenia ni to pryszczy, a zwłaszcza jednego wielkiego CZEGOŚ, dzięki czemu wyglądam jak nosorożec z wielkim guzem na łuku brwiowym i co zniekształca moją buźkę do tego stopnia, że zamiast oglądać w lustrze cycki i tyłek, teraz sto razy na dzień patrzę na czoło.
Kupiłam sześć książek do angielskiego dla maturzystów na korki (promocja...) i teraz sama je uzupełniam, ćwicząc szare komórki wieczorną porą.
Zamówiłam torbę sportową na Zalando (szaro - czarna, bardziej jak męska, zero kobiecych akcentów, zero różu), rozglądam się za torebką (z moimi wymaganiami będzie ciężko. Póki co nie znalazłam nic prostego bez złotych, błyszczących, ćwiekowatych akcentów) i prawdopodobnie będę musiała kupić nowe buty do biegania, bo moje dwie stare pary są w stanie katastrofalnym.
Finito.
Idę luknąć na mój czołowy róg obfitości, może akurat zmalał przez promieniowanie z laptopa, potem wybiorę jakiegoś szczęśliwca z półki, żeby powertować go do poduszki, a na koniec rozkosznie porozkładam się na łóżku. Po pół roku posiadania dużego łóżka zaczęłam wreszcie korzystać z całej jego powierzchni, nie śpiąc skulona na połówce, więc zamierzam to skwapliwie wykorzystać ;)

Miłego!


http://pl.freepik.com/darmowe-zdjecie-wektory/dziecko-doros%C5%82y

czwartek, 14 stycznia 2016

Wąskie biodra ;]

Wyjazd na Śląsk w środku tygodnia, w niepewną pogodę, z tatą i trójką starszych ludzi na pogrzeb musiał się skończyć jednym.
Zmęczeniem ;)

Jazda w jedną stronę była nawet zabawna, zważywszy na okoliczności.
Kiedy jeszcze znaliśmy dobrze trasę, chętnie wsłuchiwaliśmy się w staruszkowe przekomarzania i kłótnie, podśmiechując się pod nosem.
Kiedy jeszcze nie ujechaliśmy stu kilometrów, problemy z zapięciem pasów były śmieszne, a narzekania, że ciasno, że pas dusi i chce odciąć szyję albo że gniecie brzuch - nie zrobiły na na mnie i na moim tacie najmniejszego wrażenia.
Kiedy jednak zaczęły się schody w postaci nieznajomości trasy, padającego deszczu i znużenia długą jazdą - zrobiło się stresująco.

Ostatecznie, jak już szczęśliwie wylądowaliśmy na miejscu i wyciągnęliśmy z bagażnika torby, byliśmy przeszczęśliwi.
Zjedliśmy obiad, wypiliśmy szybką herbatę i pojechaliśmy do drugiego wujka do innego śląskiego miasteczka.
Tam zabawiliśmy do wieczora, a potem wróciliśmy do wujka nr 1.
Byłam już trochę zmęczona, ale zmęczenie przeszło gdy okazało się, że będę spać z ciotką.
Osiemdziesięcioletnią.
W jednym łóżku.
Małym łóżku.
Moje przerażenie nie miało końca, bo już widziałam oczyma wyobraźni, jak będzie wyglądać ta noc...
Nie - nie mam nic przeciwko cioci.
To ta sama starsza osóbka, którą tak namiętnie odwiedzam po pracy, do której zaglądam jak mam ochotę na herbatkę między zakupami i którą objadam z mandarynek.
Chodziło raczej o spanie.
Spałam już z moją siostrą. Kiedy walnęłam ją z łokcia między żebra tylko syknęła, ale kiedy nad ranem skopałam ją po plecach, musiałam dreptać do siebie z nosem na kwintę i poduszką pod pachą.
Spałam z rodzicami. Na rodzinnym zlocie, gdzie było nas naście osób. W nocy zerwałam się przez sen i prawie udusiłam mamę poduszką, moszcząc się na jej głowie.
Spałam raz z siedmiolatkiem, którego na wakacjach bawiłam na nocki. Nie zmrużyłam oka, podrywałam się na każde jego stęknięcie, a on w nagrodę skopał mnie po nerkach.
Spałam z dwu i trzy letnimi dzieciorkami w jednym łóżku jako weselna niania. Okej. "Spałam" to naprawdę niewłaściwe słowo. To nie miało nic wspólnego ze spaniem... To było raczej dwunastogodzinne czuwanie nad dwójką maluchów...
Spałam z kuzynem... Hm. No okej. Nic się nie działo, ale on miał akurat duże łóżko...
W każdym razie - ciocia.
Jak pomyślałam sobie, że albo kopnę ją swoją wytrenowaną łydą w schorowane narządy albo że będę leżeć i tępo wpatrywać się w sufit, żeby ustrzec ją przez uszczerbkiem na zdrowiu spowodowanym moją nadaktywnością, zrobiło mi się gorąco...
Narobiłam więc rabanu, zaczęłam na gwałt szukać sobie jakiejś miejscówki i ostatecznie wylądowałam ze swoim tatem.
W pokoju.
Na szczęście były tam dwa łóżka ^^.
Mnie trafiła się skórzana kanapa.
Taka mała, wąska.
Do siedzenia.
Jak się na niej położyłam to zostało nawet jeszcze trochę miejsca po bokach, co ucieszyło mnie, że może i mam duże cycki, ale za to jestem wąska w biodrach.
Po kąpieli (udało mi się nic nie zepsuć, nic nie strąciłam, nie nachlapałam wodą, nie zrobiłam żadnego przecieku ani wybuchu) postanowiłam przeczytać dwie strony książki, które szybko przeszły w dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt.
Znacie ten stan: "Nie zasnę, jak nie skończę?"
Mimo to nawet po skończeniu nie mogłam zasnąć i przewracałam się z boku na bok, z czego rano bolały mnie te wąskie niby biodra, bolały mnie te lubiące niby twarde podłoże plecy i bolała mnie nawet d**a ;).

Rano wujki, ciotki (ci osiemdziesiąt plus) urządzili nam pobudkę przed ósmą, a potem ciocia podziałkała mi nad uchem, jak jadłam swoje płatki.
Ogólnie działkanie nad uchem towarzyszyło mi stale przez dwa dni.

- Pewnie jesteś zdechlak, jak nie jesz mięsa!
- Ciociu, zdałam testy sprawnościowe i komisję lekarską do Policji.
- Pewnie masz złe wyniki krwi!
- Ciociu, mam hemoglobinę 15, a norma jest do 16.
- Pewnie mało pijesz i masz gęstą krew!
-...
 

- Wcale się nie dziwię, że tyle sikasz, skoro ty CO CHWILĘ pijesz!
- Przedtem mówiłaś, że piję za mało, więc mam zaburzone wyniki...
- Co? Kiedy? Ja tak mówiłam?!

- Mięso daje siłę.
- Ciociu, ćwiczę pięć razy w tygodniu, a zajęcia na które chodzę są dość forsujące. Zapewniam cię, że mam siłę.
- Ale mięso daje go więcej.
- Tak. I zatyka przy tym tętnice.
-...

Nie rozumiem jednego fenomenu.
Czemu mogę być wegetarianką od dziesięciu lat, bić rekordy w wynikach badań, jeździć na maratony fitness i ćwiczyć do upadłego, a mimo to słyszę, że bez mięsa jestem słaba?
Czemu ja nie biegam za nikim z transparentami, afiszami i zdjęciami z rzeźni i nie mówię o zabitych zwierzątkach tylko wbijam wzrok w talerz i beznamiętnie przeżuwam sałatę, kiedy ktoś podnieca się nade mną, wyliczając na palcach że przez niejedzenie mięsa często sikam, kicham statystycznie częściej niż jedzący mięso i pewnie jeszcze przez to jestem wredna (a ja głupia myślałam, że to celibat tak na mnie działa...).


Pogrzeb był smutny.
I zimny - przy okazji.
Moje zziębnięte stopy błagały o litość, chociaż przebierałam nimi dość żwawo, szczególnie jak nie mogłam skorzystać z toalety.
Potem był szybki obiad, bo ciotki/wujki już tuptali, że chcą jechać.
Powrót był o tyle przyjemniejszy, że nie padał deszcz, a my lepiej znaliśmy trasę. No i było nam cieplej.
Niestety cierpliwość i nasze siły były już ciut nadszarpnięte.
Kiedy więc ciocia na każde słowo ("ładny chłopiec", "burak", "Polska") zaczynała piać chóralnym głosem pieśni ("Matko Boska, Królowo Polska" - do teraz dźwięczy mi w uszach...), zagłuszając naszego GPSa, zaczęłam zgrzytać zębami.
Radia nie było sensu włączać, bo "tyły" były od niego głośniejsze.
Ciocia ze śpiewów przeszła na deklamację wierszy i po chwili zaczęło mnie przytępiać.
Głowa kiwała mi się sennie, na co byłam upominana, że mam pilotować tatę i pilnować "GiePeEsa. Tak? Tak to się nazywa?".
Opaski na chorobę lokomocyjną ("Masz chorobę lokomocyjną? W takim wieku? Przecież jesteś kierowcą. Kierowcy nie mają choroby lokomocyjnej!") wżynały mi się w przeguby dłoni.
Tyłek cierpł mi od siedzenia, ciotki dziwiły się, po co idę znów do łazienki na CPNie ("Czy sikanie też już jest zabronione?!" - warknęłam w końcu, z czego wcale nie jestem dumna), więc kiedy dojechaliśmy do celu, a tato odprowadził starszych pasażerów do domu, odetchnęłam.

W domu zjadłam płatki na sojowym mleku, nie słuchając niczyjego gadania.
Potem zjadłam do bólu zielony makaron ze szpinakiem, mlaskając z zadowolenia i nie usłyszałam przy tym ani jednego słowa, żebym zjadła mięso do tej zieleniny.

A na koniec dnia wzięłam długi prysznic i chętnie walnęłam się swoimi wąskimi biodrami na szerokie łóżko ;] ;] ;].

PS Kocham starszych ludzi. Naprawdę. Na poważnie. Na chwilę...




http://warsaw.blog.onet.pl/page/8/




środa, 13 stycznia 2016

Poniedziałkowy ;]

Żeby nie było, żeby nie było...
Ostatnio wrzuciłam coś prawie że z sensem, więc teraz dla równowagi muszę pobezsensić ;).

Weekend był cudowny.
Pewnie dlatego, że po miałam świadomość, iż po dwóch błogich dniach czytania, pisania i ćwiczeń wrócę do pracy ;).
Dzisiejszy poniedziałek był z kolei jednym z lepszych poniedziałków ever.
Spałam genialnie i miałam problem, żeby w ogóle się dobudzić, a drzemkę ponawiałam od 7.45 do 10.25 co dwadzieścia minut, bo nie mogłam zmotywować się do wypełznięcia z łóżka.
Potem kurier i listonosz urządzili mi i mojej siostrze akcję "Panika", bo ani jedna ani druga nie byłyśmy kompletnie ubrane, żeby pokwitować odbiór paczki i listu.
Oczywiście nie obyło się bez zwalania obowiązku jedna na drugą i bez miauczenia, że nie możemy znaleźć koszulki, przy równoczesnym pianiu "Chwileczkęęęę", próbując przebić się przez ujadającego psa.
Ale tak to już jest, kiedy paczki i orzeczenia o zdolności do służby przychodzą o nieludzko wczesnej za piętnaście dwunasta w południe... ;)

Poza tym miałam cudowny dzień.
W szkole - cudownie.
Dzieciaki - cudowne.
Po pracy - cudownie.
Wieczorem pojechałam autobusem do Sanoka i oczywiście zemdliło mnie już po trzech kilometrach, co przypomniało mi dlaczego właściwie nie lubię autobusów.
Jechałam oczywiście ambitnie - na zumbę.
Na cóż innego byłabym w stanie tak się poświęcić w deszcz i chlapę? ;]

Teraz dogorywam już we własnym pokoju.
Po dwóch godzinach tańców i skoków (stepy, stepy...) jestem nieprzyzwoicie wręcz mokra, choć czerwień z policzków zaczęła dziś ze mnie złazić o dziwo całkiem szybko.
Mięśnie bolą mnie tylko tam, gdzie wczoraj wyeksploatowałam je z Natalią Gacką, a na stopach zaczynają wykwitać mi nowe pęcherze, ale i tak mam wspaniały nastrój.
Co też psuje jeden mały smutny fakt...

Jutro po pracy jadę na Śląsk.
Wypadł mi pogrzeb u dalszej rodziny.
Pewnie nie będzie mnie parę dni, a Wy biedni nie wpadniecie na to, żeby odkryć ten wpis, jeśli nie dostaniecie go pod nos na fb, więc daję Wam bezkarne prawo szubrowania bloga do woli.
Ostatnio z dwucyfrówki zrobiło się koło 300 wejść dziennie, a statystyki miesięczne stopniowo urosły z 1000 do 3000, więc pewnie prześwietliliście mnie już wzdłuż i wszerz, co powoli zaczyna po mnie spływać mniej więcej tak samo subtelnie jak powysiłkowy pot. Oprócz tego, że nie łaskocze mnie po nosie... ;].

Miłego tygodnia!
Wstawać rano, nie witać kurierów w niedokońca naciągniętych na siebie bluzach i nie obijać mi się tam, nie do końca wiem gdzie ;P.
Pozdrawiam poniedziałkowo.
Mokro.
Pozumbowo ;]


poniedziałek, 11 stycznia 2016

Pół żartem, pół serio o... głupiej miłości ;]

Nie wierzę w miłość.
W miłosne wyznania, ckliwe spojrzenia, robienie sobie dziecinnych wyrzutów.
W łzawe historie, tanie dramaty, głupie kłótnie.
W ciche dni, trzymanie się kogoś kurczowo "bo tak", pilnowanie partnera, żeby czasem nie zrobił skoku w bok.
W romantyczne wizje, czcze obietnice, rozstania i powroty.
W drugie szanse, happy endy i never ending story.
Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
Nie wierzę w miłość z rozsądku.
Nie wierzę w to, że powtarzanie co pięć minut: "kocham Cię" jest szczere, chyba, że nie wychodzi się przez cały dzień z łóżka i że to "kocham" jest rzucane między jednym z trudem zaczerpniętym wdechem, a drugim.
Nie wierzę w to, że ślub to najwspanialsze wydarzenie z życia, a po ślubie żyje się długo i szczęśliwie.
Nie wierzę w seks bez zobowiązań.
Nie wierzę, że można kogoś przekupić pieniędzmi.
Nie wierzę, że można być szczęśliwym jeśli jest się z kimś tylko z przyzwyczajenia i z poczucia bezpieczeństwa.
Nie wierzę, że można złapać kogoś na dziecko, bo jeśli ktoś ma z nami być to będzie i bez wymuszonego zobowiązania.
Nie wierzę, że można kogoś na siłę przy sobie zatrzymać. Groźbą, prośbą, szantażem.
Nie wierzę, że zazdrość jest zdrowa.
Nie wierzę, że możemy kogoś na siłę zmienić.
Nie wierzę w to, że żonaty facet zostawi żonę i trójkę dzieci dla młodziutkiej kochanki, którą traktują jak zabawkę do łóżka.
Nie wierzę w całą tę dziecinadę z fochami, przepraszaniem się, robieniem minek dwuletniej dziewczynki, używaniem infantylnych "dziubeńków" i "skarbeńków".
Nie wierzę w słowa, obietnice, przysięgi.
Nie wierzę w to, że po iluś tam latach ktoś kocha tak samo jak na początku znajomości, bo relacja z czasem się zmienia.
Nie wierzę, że dziecko nic nie zmienia w związku, choć wcale nie twierdzę, że zmienia na lepsze czy gorsze.
Nie wierzę, że jak ktoś nadużywa alkoholu albo wykazuje oznaki agresji, po ślubie nagle zmieni się w anioła, przestanie pić i zamiast robić śliwę pod okiem będzie robił kobiecie pedicure.
Nie wierzę w to, w co każą nam wierzyć filmy, książki, społeczeństwo.


Wierzę za to w głupią miłość.
W miłość ślepą, całkowicie pozbawioną sensu i logiki.
Miłość, która przypełza Bóg wie skąd i Bóg wie po co.
Miłość, która jest tak głupia, że nie sposób nie czuć się przez nią głupim.

Co na pewno charakteryzuje głupią miłość?
Że absolutnie nie da się jej szybko pozbyć z głowy.
Można próbować potrząsać nią jak wokalista na koncercie hard rockowym, można się nią puknąć w murek, można medytować.
Nadaremnie.
Jedyne o czym się myśli to o tym, żeby przestać myśleć.
Jedyne o czym się marzy to o szybkim pozbyciu się wspomnień, marzeń i myśli za pomocą hipnozy, noża gamma albo nawet czarów szamana, biegającego wkoło nas w przepasce na biodrach.
Jedyne co chciałoby się zrobić to namacalnie pozbyć tej głupoty z głowy.
Wyciąć z mózgu natrętne myśli i patrzeć jak oślizgłe szare zwoje wypadają z pluskiem na podłogę, żebyśmy mogli triumfalnie po nich podeptać.

Skąd się bierze głupia miłość?
Z Głupolandii, mającej uświadomić nam, że nawet jeśli jesteśmy rozsądnymi dorosłymi ludźmi i z dyplomem wyższej uczelni, którzy nigdy nie robią nic nieprzemyślnego - wciąż jesteśmy tylko istotami czującymi i podatnymi na uczucia.
Co jest najgorsze w głupiej miłości?
Najgorsza jest niemoc i to, że choć zdajemy sobie sprawę z irracjonalności tego pseudo uczucia - wciąż nie możemy się go pozbyć.
Możemy tłumaczyć sobie na milion sposobów, że obsesyjne myślenie o kimś nie ma sensu, możemy rozrysowywać sobie drzewko decyzyjne, zrobić listę paskudnych wad osoby, która siedzi nam w głowie, możemy nawet czepić się jej lekko odstającego ucha, niesymetrycznego uśmiechu albo za ładnego głosu, ale myśleć o niej nie przestaniemy.
Będziemy może myśleć źle.
Ale wciąż, dalej i od nowa.
Rano po przebudzeniu, wieczorem przed snem, tysiąc razy w dowolnej chwili w ciągu dnia - najczęściej w trywialnych momentach albo jak coś nam się skojarzy.
A w przypadku głupiej miłości WSZYSTKO się kojarzy.
Kojarzy się imię, które nagle jest wszędzie, kojarzy się piosenka, którą ktoś nucił, kojarzy się głos, zapach, miętowe czekoladki, niebieski sweter, herbata malinowa i nawet sposób, w jaki ktoś marszczy nos podczas śmiechu.
I wtedy nagle - BACH! - wszyscy łażą po mieście żrąc nieszczęsne miętowe czekoladki, ubrani rzecz jasna w niebieskie swetry, a u babci dostaje się pod nos gorący kubek malinową herbatą, w którym ma się ochotę utopić...
Jaka jest głupio zakochana osoba?
Roztargniona, zamyślona, zakręcona, raz euforycznie wesoła, raz depresyjnie smutna.
Gotowa do upokorzeń, bo z głupiej miłości można robić różne głupie rzeczy.
Można się przed kimś płaszczyć, można zapominać języka w gębie, można się rumienić, można spuszczać wzrok, można się upokarzać, można na kogoś rzucać przelotne spojrzenia, a można udawać, że się kogoś nie zna.
Głupia miłość dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie i nie zakochujemy się w przypadkowym przechodniu, który rzuci nam powłóczyste spojrzenie.
Nie zakochujemy się głupio w kimś, kto nas podrywa
Nie zakochujemy się w kimś fajnym, mądrym, kimś, kto nas lubi.
Nieee, najchętniej zakochujemy się w kimś, kogo nie znamy.
Albo znamy nie za dobrze.
Albo kogo znamy i traktujemy jak kurz na komodzie, dopóki nie dotrze do nas, że znaczy dla nas coś więcej.
W kimś mało szkodliwym, nic dla nas nie znaczącym.
W osobie, którą określamy ładnie jako "idiota", "gbur", "palant" albo "burak".
W kimś, kto nas drażni, kogo nie lubimy, kto nam zalazł za skórę.
W kimś, kto nas nie zna i co gorsza - nie chce poznać.
W kimś, kto kompletnie nie jest w naszym typie.
I musimy porządnie wysilić mózgownicę, żeby w ogóle dopatrzeć się jakiejś minimalnej nici zaczepienia, dlaczego do cholery ta osoba nam się podoba.
A odpowiedź brzmi - nie ma takiego powodu.
Bo właśnie o to chodzi.
Że ktoś nam się podoba z niewiadomych przyczyn.
Że mówimy: "To kretyn, nie traktuje mnie poważnie, jest gburowaty, wredny i fałszywy, wykorzystuje ludzi, nie szanuje kobiet i... mi się podoba".
Że z braku laku doszukujemy się u tej osoby cech geniusza, altruisty, ideału wręcz.
Że myślimy, że to właśnie my odkryliśmy jak wspaniałą i cudowną osobą jest bez tej swojej otoczki i maski, którą zakłada dla całego świata.
Że odrzucamy tysiąc pięćset ofert zaproszenia do kina i na spacer, bo nie chcemy wychodzić do kina i na spacer z osobą, która nie jest tą, o której myślimy średnio dwa razy na minutę.
Że czekamy, chociaż sami nie wiemy na co. Najpewniej na cud.
Że nie modlimy się o nic innego jak o to, żeby przespać noc bez ani jednego snu o tej osobie.
Że nosimy wszędzie telefon, licząc na to, że zadzwoni, napisze, wyśle nam sms-a, choćby przez pomyłkę.
Że liczymy dni od ostatniego kontaktu.
Że na widok tej osoby nawet z daleka czujemy coś dziwnego w brzuchu i nie - nie są to ruchy perystaltyczne jelit.
Że można rzucić telefonem, bo wróżka Esmeralda (WTF, skąd wróżka Esmeralda ma nasz numer?!) napisała: "Ktoś nie jest ci obojętny"
Że rozumie się dziecko, które stoi pod szklaną gablotką i pokazuje na kolorowego lizaka, marudząc: "chcę", a kiedy nie może go dostać, rzuca się na podłogę i wije jak mała żmijka, bo my też chcielibyśmy rzucić się na podłogę, krzycząc: "chcęęęę!"!
Że oddałoby się wszystko co się ma za to, żeby dostać to, czego mieć nie można.
Że można zdawać sobie sprawę z całej śmieszności tej sytuacji, a mimo to dalej głupio myśleć.


Nie wierzę, że samym "chceniem" da się wybić z głowy głupią miłość.
Możemy przestać myśleć o kimś z tak silnym natężeniem, możemy z czasem nie myśleć o tym zaraz po otwarciu oczy i tuż przed przytknięciem głowy do poduszki, ale ta myśl gdzieś będzie.
Będzie nas mierzwić i kłuć jak torbiel na jajniku, wrzód na żołądku, kamyczek na nerce.
Będzie cały czas z tyłu głowy i będzie cały czas nas dręczyć.
Chyba, że po prostu... sama zechce odejść.
Ktoś się z kimś hajtnie, machnie sobie bliźniaki z jakąś ładną długonogą blondynką albo po prostu nam się znudzi.
Chyba, że nagle opadną nam klapki z oczu i nagle sami z siebie - fiu!!! -przestaniemy o kimś myśleć.
Chyba, że ten ktoś wpadnie pod autobus i będziemy mogli go opłakać.
Chyba, że poleci do Honolulu i ślad po nim zaginie albo...
Wpadnie nam w oko ktoś inny ^^.
I może niekoniecznie zauroczymy się głupio i naiwnie.
Może nie polecimy pod ślubny kobierzec.
Może nie będziemy do siebie dziubdziać jak dwa gołąbeczki.
I może nie będziemy sto razy dziennie zapewniać się o miłości.
Ale może trafimy na kogoś, z kim będziemy mogli spędzać czas, bez przywiązywania tej osoby do krzesła, żeby nam nie uciekła i bez kneblowania jej pończochą, żeby nie krzyczała:"Ratunku!" ;).

I tego Wam życzę.
Czegoś dojrzałego, ale nie od razu zbyt wiążącego.
Czegoś miłego, nie przesłodzonego.
Czegoś na wskroś normalnego.
I broń Boże nie głupiego!
Kropka ;).





PS Parę rozmów z kobietami, parę filmów ("Pretty women" po raz pierwszy ;P), parę natrętnych myśli pchających się do głowy w nocy i - voila! - cynka M. napisała o miłości. No ładnie się ten rok zaczyna... ;]


http://gabi20001104.pinger.pl/p/1


czwartek, 7 stycznia 2016

Subtelnie torebkowy ;)

Wróciłam do pracy - wróciłam do życia.
Niby miałam tylko dwie lekcje w szkole i korki po południu, ale czuję się o niebo lepiej pracując niż siedząc w domu.
Zdecydowanie ;).
Zdecydowanie to dzieciaki były jeszcze trochę rozstrojone przez święta, ale po tak długiej przerwie bez nich byłam na tyle zdesperowana, że nawet nie przeszkadzało mi ich trajkotanie na lekcji.
Po pracy obskoczyłam jubilera (muszę skrócić bransoletkę, bo wisi mi dwa centymetry więcej niż powinna), piekarnię, dwie biblioteki - leską i sanocką (ostatnio coś drgnęło i wypożyczone książki ciągle są "w czytaniu". Oddałam siedem, siedem pożyczyłam. Triumfalnie ułożyłam je na pustawej półce). Potem przeczekałam pół godziny na dostawę sojowego jogurtu o smaku borówkowym we wściekle fioletowym kolorze (skoro tłukę się 14 km po książki to grzechem byłoby nie kupić sobie czegoś wydziwionego), kupiłam parę drobiazgów w drogerii i wróciłam do domu.
Boże, jak dobrze znów zapełniać grafik pracą, pierdołami załatwianymi "w mieście" (jakbym co najmniej mieszkała w wiosce bez prądu i światła ^^) i bieganiem tu i ówdzie! ;]
Gotowy obiad, czekający do podgrzania to coś co uwielbiam, kiedy wracam do domu późnym popołudniem.
Potem korepetycje, książka ("Żądza krwi" - eh, te moje upodobania do subtelnej literatury, w której trup się ściele, a jedyne opisy podchodzące pod kategorie damsko - męskie to kontakty policjantek z profilerami), wertowanie przewodnika na lekcje z dzieciarnią...
Sielanka wręcz.
Z tej sielanki aż mi się kimnęło w fotelu, a kiedy ocknęłam się po dwóch godzinach, czułam się jakbym się najadła waty.
Oczy rozmazane, włosy rozczapirzone, a ja sama nieco otumaniona.
Średnio przytomna rozbudzałam się przez pół "Błękitnej laguny" i pół "Diabeł ubiera się u Prady", na które zerkałam z salonowego fotela, wisząc na nim w swobodnym zwisie w pozie "TyleCoObudzoneNemo".
Ostatecznie po wypiciu nasennej herbatki z lipy poczułam się na tyle rozbudzona i wypoczęta, że zamiast wziąć prysznic i walnąć się w świeżo zmienioną literkową pościel (pozbyłam się barwnych sów, licząc na to, że stonowane beżowo - brązowe literki zmotywują mnie do pisania, ale wena pstryknęła mi w nos i pojechała na Bahamy) i zaczęłam kombinować, co by ze sobą zrobić.
Po dziesiątej urządziłam sobie salonik spa, peelingując i balsamując 90% swojego ciała, a po jedenastej wysprzątałam swoją torebkę, komodę i koszyczki z kosmetykami. W efekcie dzięki porządkom znalazłam: pięć dużych czarnych frotek (dwie rozciągnięte, dwie chyba nigdy nie używane), trzy antyperspiranty w kulce w różnym stopniu zużycia, sześć pomadek do ust (każda w innym smaku, od bezpłciowych Max Factorowych po śliwkowe, dorzucane jako promocja do asortymentu z działu monopolowego), niezliczone ilości małych fiolek soli fizjologicznej (Oczy. Spojówki. Obsesja), stos długopisów (piszących albo i nie), parę ołówków, dwie gumki do mazania, trzy kremy do rąk, osiem kremów do stóp (w komodzie były, nie w torebce, noo), pół 100 ml perfumy, którą ostatnio kupiłam w małym opakowaniu, bo nie wiedziałam, że ją mam, świstki z pokwitowaniami za meble, wyniki badań po alarmie nerkowym sprzed roku, paragony za kurtki i buty z poprzedniej zimy, urodzinowe cukierki od dzieci, preparat do pielęgnacji butów, zgnieciona mentolowo - eukaliptusowa guma do żucia, przeterminowana maść, okruchy nieznanego pochodzenia i zbrylona saszetka Vicks na przeziębienie.

Wyrzuciłam papierki, schowałam kwitki, kremy poukładałam w rzędzie w jednej z szuflad rattanowej komódki.
I zmieniłam torebkę na większą.
Się będę ograniczać... ;]

Inwigilacja pełną parą. Nawet nie chce mi się myśleć co, kto, na co, po co. Za dobry mam nastrój, za dużo chęci do podzielenia się radością z powrotu do szarej, nędznej, jakże długo oczekiwanej codzienności. Miłego piątku, który będzie za dziesięć minut. Mam nadzieję, że wtedy będę już w drugiej fazie snu ;].
 


http://fashion-and-muffins.blogspot.com/2012/12/atrybut-kobiety.html

środa, 6 stycznia 2016

502 Bad Gateway

1. Robi mi się słabo, jak ktoś odgrzebuje stare wpisy, które brzmią jakbym pisała je nie ja. Albo inna ja. Albo głupsza ja.
2. Robi mi się słabo, jak widzę ile emotikonów udawało mi się zmieścić w jednym archiwalnym wpisie. Chryste...
3. Robi mi się słabo na widok długości starych wpisów. Jezu, jak Wy to mogliście czytać...?
4. Robi mi się słabo jak ni z gruszki ni z pietruszki podskakują mi statystyki, bo nigdy nie wiem, czy to jedna osoba tak się uwzięła (ale żeby wchodzić na bloga ponad 200 razy w ciągu 12 godzin...?), czy to rodzice moich uczniów dorwali linka i czytają mnie wzdłuż i wszerz czy może granatowi odkryli, że staram się do nich dołączyć i czytają moje wypociny, żeby stwierdzić, czy na pewno nadaję się do służby...

Tak.
Zdecydowanie czuję się wtedy słabo.
(Pst! Nie lubię, jak mi jest słabo. Za twarda jestem na to ;>)
...
Poza tym jestem przeszczęśliwa, że jutro idę do pracy, chociaż nie zmobilizowałam się jeszcze, żeby napisać konspekty.
"Piszę" je cały dzień.
Mniej więcej wtedy jak gotuję zupę z dyni.
Albo jak spaceruję nad rzeką z psem i podziwiam podrywające się do lotu bażanty (dwa, piękne - widziane po raz pierwszy ^^).
Lub też gdy składam ubrania w szafie, ewentualnie wpatruję się tępym wzrokiem w regał z książkami ;).
Dziś więc obijam się jeszcze w domu, a jutro będę świętować powrót do żywych.
Pracujących.
Wychodzących między ludzi.
Boże, tak mnie to cieszy, że chyba nie zasnę dziś z podniecenia ^^.
Już przed południem przygotowałam sobie "służbową" szarą powiedzmyżepoważną bluzkę do pracy, składając ją razem z ciemnymi dżinsami na idealnie równą kupkę na parapecie.

Znów zacznie się normalny tryb.
Znów będzie poranne wstawanie, niejedzenie w pracy, gonitwa, szykowanie się na korepetycje i przygotowywanie do pracy.
Znów będzie cel, motywacja i zadanie do wykonania.
Ufff...
Mam wrażenie, że jeszcze jeden dzień spędzony na wietrzeniu pościeli, sączeniu herbatki w fotelu i rozmawianiu z siostrą o rodzajach mopów do podłogi i o tym, ile ziemniaków trzeba kupić, a ile obrać całkiem wyssałby ze mnie chęci do życia ;].
Koniec.
Nie przekraczam przyzwoitych długości.
Idę konspekcić ;]

PS Karnet na bloga został wyczerpany. Nie wolno czytać więcej wpisów. Serwer przeciążony. Error 404. Brak dostępu. 502 Bad Gateway. Proszę niezwłocznie opuścić tę stronę. Nie stresować pseudopisarki. Przynajmniej dopóki nie wyda bestsellera albo nie założy reklam na blogu... I sio mi stąd, dopóki nie dodam nic nowego ;].





poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zdolna, zdolna ;]

Skąd się bierze zły humor bez powodu i dobry z niewiadomych przyczyn?
Wczoraj zła, smutna, przygaszona, dziś - promyk szczęścia.
Wczoraj smęcąca, znudzona, przymulona  - dzisiaj wyszczerz od ucha do ucha.

W nocy nie spałam prawie do trzeciej, co mi się nie zdarzało już dawno, daaawno.
Wprawdzie nie chwalę Wam się już, jak to ładnie kładę się lulu i przesypiam nocki, ale nie znaczy to, że wciąż się tym nie jaram po pasmie bezsenności, które prawie zrobiło ze mnie zombie (moja siostra parę dni temu po jednej nieprzespanej nocy uznała, że dziwne, że nie zwariowałam ;P).
Ogólnie to skończył się mój problem, moje widmo, moje kłopoty ze spaniem.
Jak wszystko idzie zgodnie z planem - śpię jak nie ja.
I nie trybię co się dzieje wkoło, co mnie wcale nie martwi, bo po co mam się stresować ;].

Dziś niestety coś poszło nie tak.
Ale skoro prawie nie spałam, prawie nie musiałam się budzić, jak budzik wygrzmocił piątą czterdzieści pięć.
Prawie bez problemu wstałam, telepiąc się z zimna jak w febrze.
Prawie nie przejęłam się, że na zewnątrz mróz jak jasna cholera.
Prawie wiedziałam, że rano pojadę do Rzeszowa, chociaż to wcale nie było takie pewne.
Otóż - postanowiłam sobie nic nie planować, bo wtedy nic nie wychodzi.
Więc moje wyjazdy wszelakie są nieplanowane i spontaniczne.
Ponieważ do Rzeszowa jeżdżę w miarę regularnie w jednym celu - na pamięć znam wszystko to, co mam zrobić przed drogą.
Nie jeść - bo badania.
Nie pić - bo nie ma czasu na odwiedzanie CPN-ów.
Wziąć teczkę ze skierowaniami i obiegówką.
Wziąć dokumenty swoje i auta.
Wziąć telefon, portfel i kartę.
A także chusteczki, wodę, smoothie na pierwszy głód i książkę do czytania na poczekalni.
Założyć najcieplejszą i najbardziej miłą w dotyku bluzę jaką znajdę w szafie.
Ubrać ciuchy i buty, które są na tyle wygodne, żeby prowadzić w nich samochód i spędzić kilka godzin na siedzeniu albo łażeniu po galerii...

Dziś dodatkowo doszły tylko cieplejsze, zimowe buty, rajstopy, cieplutki komin i grube rękawiczki.
No i miętowo - szaro - biało kurtka, dzięki której kocham mrozy ;P.
Kurtkę noszę tylko jak jest wybitnie zimno, bo jest ocieplona na milion sposobów warstwami, materiałami i Bóg wie czym jeszcze.
Więc kiedy rano (wpół do siódmej) otwierałam (nie bez problemu) zaszronioną bramę, pomyślałam, że w sumie nie ma co się przejmować mrozem (-19), bo jestem ubrana jak Eskimos.
Kiedy jednak po paru kilometrach ręce przymarzły mi do kierownicy, co chwilę mocowałam się z lewarkiem, żeby włożyć bieg, a w aucie wcale nie było cieplej niż na zewnątrz (chociaż ogrzewanie hulało na maksa), stwierdziłam, że jednak mrozy są fajne, ale jak się siedzi w domu. Z gorącą herbatą. Pod kocem ;).


Droga upłynęła błogo i radośnie (0 rozjechanych psów - tak teraz liczę swój poziom satysfakcji z jazdy), powoli wracało mi czucie w palcach u stóp, a Rzeszów był o dziwo spokojny i niezakorkowany.
Badania poszły jak z płatka, chociaż kiedy pielęgniarka (chyba młodsza ode mnie) nie mogła się wbić w moją "cienką, wijącą się żyłkę" i kiedy nieopatrznie popatrzyłam na ową "cienką, wijącą się żyłkę" zrobiło mi się ciut słabawo... ;]
Potem pognałam do ortopedy, który bez problemu machnął mi autograf na obiegówce, a następnie poszłam odczekiwać swoje, czyli zabijać czas w oczekiwaniu na wyniki.
Zamiast zakupów (kurde, gdzie ja straciłam tyle kasy, hmm?) poszłam do cukierni, gdzie posiliłam się rozgrzewającą herbatą z pomarańczą i drożdżówką z makiem. I nowym skandynawskim thrillerem ("Słodkie lato").

*Francuski ("Las cieni") musiałam odłożyć, bo czytanie opisów kanibalistycznych zbrodni i jedzenia zwłok przykrym trafem zbiegły się z moimi kilkoma dniami mdłości nieznanej etiologii.
A czytanie fragmentów o jedzeniu czyjegoś ciała + mdłości to niezbyt dobry duet...

Z galerianych zakupów szarpnęłam się tylko na kosmetyki i kapcie.
Kapcie oczywiście w stylu botków, oczywiście proste, zwykłe, bez różu, króliczych uszek i serduszek, granatowo - białe w paski, oczywiście - za duże ;> ;> ;> ;>. Trochę się w nich ślizgam, więc pewnie muszę napchać do nich jakiegoś shitu (czytaj waty), żeby się nie zabić na schodach ;).
Oprócz tego Cetaphil EM, który z racji ceny odpuściłam sobie około rok temu, kiedy poprawiła mi się cera, ale do którego znów wracam, bo skoro cera zaczęła mi wariować to wolę świecić pustym portfelem niż pryszczami ;].
Przy okazji polecam (chociaż nikt mi za to nie płaci, a szkoda, bo dziadostwo to drogie, jakby miało w sobie płynne złoto...) tę emulsję, bo jest naprawdę mega delikatna i skuteczna.

No i ostatecznie poszłam po wyniki, nie spodziewając się, że już będą, podskoczyłam ze szczęścia, że jestem przeciętniakiem, mieszczącym się w normach (*od października kłułam się już pięć razy i ciągle coś, więc można się już tym znudzić) i poszłam szukać szczęścia na komisji.
Komisyjny lekarz ewidentnie się na mnie uwziął, bo wciąż cmokał na mój drobny (Panie, pan wie, że przytyłam kilogram przez tyle wolnego? ;>) wygląd i wagę (jakbym wiedziała, że tak to działa, dodałabym sobie 3 kilo jak mnie pytali o wagę, może bym jakoś przeżyła tę hańbę ;P), ostatecznie jednak rozstaliśmy się w zgodzie.
On został w gabinecie z leżanką i biurkiem, ja wyszłam ze szpitala z werdyktem: "Zdolna do służby".
Do Policji jak ktoś nie w temacie ;).
Ekhm ;].

PS  A teraz muszę się chwilę zresetować, bo wieczorem chcę jechać na dwie godziny zumby. Ósemki, srósemki, wysiłek, niewysiłek - teraz mogę ćwiczyć do bólu, bo nikt mi na leukocyty patrzeć nie będzie, o ;P;