...

...
M.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zdolna, zdolna ;]

Skąd się bierze zły humor bez powodu i dobry z niewiadomych przyczyn?
Wczoraj zła, smutna, przygaszona, dziś - promyk szczęścia.
Wczoraj smęcąca, znudzona, przymulona  - dzisiaj wyszczerz od ucha do ucha.

W nocy nie spałam prawie do trzeciej, co mi się nie zdarzało już dawno, daaawno.
Wprawdzie nie chwalę Wam się już, jak to ładnie kładę się lulu i przesypiam nocki, ale nie znaczy to, że wciąż się tym nie jaram po pasmie bezsenności, które prawie zrobiło ze mnie zombie (moja siostra parę dni temu po jednej nieprzespanej nocy uznała, że dziwne, że nie zwariowałam ;P).
Ogólnie to skończył się mój problem, moje widmo, moje kłopoty ze spaniem.
Jak wszystko idzie zgodnie z planem - śpię jak nie ja.
I nie trybię co się dzieje wkoło, co mnie wcale nie martwi, bo po co mam się stresować ;].

Dziś niestety coś poszło nie tak.
Ale skoro prawie nie spałam, prawie nie musiałam się budzić, jak budzik wygrzmocił piątą czterdzieści pięć.
Prawie bez problemu wstałam, telepiąc się z zimna jak w febrze.
Prawie nie przejęłam się, że na zewnątrz mróz jak jasna cholera.
Prawie wiedziałam, że rano pojadę do Rzeszowa, chociaż to wcale nie było takie pewne.
Otóż - postanowiłam sobie nic nie planować, bo wtedy nic nie wychodzi.
Więc moje wyjazdy wszelakie są nieplanowane i spontaniczne.
Ponieważ do Rzeszowa jeżdżę w miarę regularnie w jednym celu - na pamięć znam wszystko to, co mam zrobić przed drogą.
Nie jeść - bo badania.
Nie pić - bo nie ma czasu na odwiedzanie CPN-ów.
Wziąć teczkę ze skierowaniami i obiegówką.
Wziąć dokumenty swoje i auta.
Wziąć telefon, portfel i kartę.
A także chusteczki, wodę, smoothie na pierwszy głód i książkę do czytania na poczekalni.
Założyć najcieplejszą i najbardziej miłą w dotyku bluzę jaką znajdę w szafie.
Ubrać ciuchy i buty, które są na tyle wygodne, żeby prowadzić w nich samochód i spędzić kilka godzin na siedzeniu albo łażeniu po galerii...

Dziś dodatkowo doszły tylko cieplejsze, zimowe buty, rajstopy, cieplutki komin i grube rękawiczki.
No i miętowo - szaro - biało kurtka, dzięki której kocham mrozy ;P.
Kurtkę noszę tylko jak jest wybitnie zimno, bo jest ocieplona na milion sposobów warstwami, materiałami i Bóg wie czym jeszcze.
Więc kiedy rano (wpół do siódmej) otwierałam (nie bez problemu) zaszronioną bramę, pomyślałam, że w sumie nie ma co się przejmować mrozem (-19), bo jestem ubrana jak Eskimos.
Kiedy jednak po paru kilometrach ręce przymarzły mi do kierownicy, co chwilę mocowałam się z lewarkiem, żeby włożyć bieg, a w aucie wcale nie było cieplej niż na zewnątrz (chociaż ogrzewanie hulało na maksa), stwierdziłam, że jednak mrozy są fajne, ale jak się siedzi w domu. Z gorącą herbatą. Pod kocem ;).


Droga upłynęła błogo i radośnie (0 rozjechanych psów - tak teraz liczę swój poziom satysfakcji z jazdy), powoli wracało mi czucie w palcach u stóp, a Rzeszów był o dziwo spokojny i niezakorkowany.
Badania poszły jak z płatka, chociaż kiedy pielęgniarka (chyba młodsza ode mnie) nie mogła się wbić w moją "cienką, wijącą się żyłkę" i kiedy nieopatrznie popatrzyłam na ową "cienką, wijącą się żyłkę" zrobiło mi się ciut słabawo... ;]
Potem pognałam do ortopedy, który bez problemu machnął mi autograf na obiegówce, a następnie poszłam odczekiwać swoje, czyli zabijać czas w oczekiwaniu na wyniki.
Zamiast zakupów (kurde, gdzie ja straciłam tyle kasy, hmm?) poszłam do cukierni, gdzie posiliłam się rozgrzewającą herbatą z pomarańczą i drożdżówką z makiem. I nowym skandynawskim thrillerem ("Słodkie lato").

*Francuski ("Las cieni") musiałam odłożyć, bo czytanie opisów kanibalistycznych zbrodni i jedzenia zwłok przykrym trafem zbiegły się z moimi kilkoma dniami mdłości nieznanej etiologii.
A czytanie fragmentów o jedzeniu czyjegoś ciała + mdłości to niezbyt dobry duet...

Z galerianych zakupów szarpnęłam się tylko na kosmetyki i kapcie.
Kapcie oczywiście w stylu botków, oczywiście proste, zwykłe, bez różu, króliczych uszek i serduszek, granatowo - białe w paski, oczywiście - za duże ;> ;> ;> ;>. Trochę się w nich ślizgam, więc pewnie muszę napchać do nich jakiegoś shitu (czytaj waty), żeby się nie zabić na schodach ;).
Oprócz tego Cetaphil EM, który z racji ceny odpuściłam sobie około rok temu, kiedy poprawiła mi się cera, ale do którego znów wracam, bo skoro cera zaczęła mi wariować to wolę świecić pustym portfelem niż pryszczami ;].
Przy okazji polecam (chociaż nikt mi za to nie płaci, a szkoda, bo dziadostwo to drogie, jakby miało w sobie płynne złoto...) tę emulsję, bo jest naprawdę mega delikatna i skuteczna.

No i ostatecznie poszłam po wyniki, nie spodziewając się, że już będą, podskoczyłam ze szczęścia, że jestem przeciętniakiem, mieszczącym się w normach (*od października kłułam się już pięć razy i ciągle coś, więc można się już tym znudzić) i poszłam szukać szczęścia na komisji.
Komisyjny lekarz ewidentnie się na mnie uwziął, bo wciąż cmokał na mój drobny (Panie, pan wie, że przytyłam kilogram przez tyle wolnego? ;>) wygląd i wagę (jakbym wiedziała, że tak to działa, dodałabym sobie 3 kilo jak mnie pytali o wagę, może bym jakoś przeżyła tę hańbę ;P), ostatecznie jednak rozstaliśmy się w zgodzie.
On został w gabinecie z leżanką i biurkiem, ja wyszłam ze szpitala z werdyktem: "Zdolna do służby".
Do Policji jak ktoś nie w temacie ;).
Ekhm ;].

PS  A teraz muszę się chwilę zresetować, bo wieczorem chcę jechać na dwie godziny zumby. Ósemki, srósemki, wysiłek, niewysiłek - teraz mogę ćwiczyć do bólu, bo nikt mi na leukocyty patrzeć nie będzie, o ;P;






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz