...

...
M.

czwartek, 28 maja 2015

Ciasteczkowy Potwór ;]

Dziś będzie absurdalnie, bo wczorajszy dzień obfitował w absurdalne wydarzenia.
Choć właściwie to te absurdy zaczęły się już w zeszły piątek, bo...
 
Do południa bawiłam dziecko.
Dziecko, które mnie zna i u którego byłam już kilkakrotnie.
I które zwykle na mój widok reagowało machaniem rączkami i szczerzeniem pierwszych ząbków...
No niestety.
Tym razem zamiast mnie wolało tatusia, który wrócił zza granicy i na każdą próbę wzięcia przeze mnie na ręce reagowało płaczem.
Ponoć poprzedniego dnia tak samo robiło na widok tatusia, wymuszając rączki mamusi, ale wcale mnie to nie pocieszyło...
Zaczęłam się nawet głośno zastanawiać, jak wezmę Małą na spacer, skoro nie dała mi się tknąć.
"Wsadzę ją do wózka tyłem, tak żeby Cię nie widziała" - oznajmił wesoło tatuś, wzruszając ramionami.
Yhyyy...

Spacer był całkiem miły.
W koszu pod wózkiem chrupki kukurydziane, soczek w niekapku, mokre chusteczki i kocyk.
Dziecko zapakowane w śpiworek.
Niania wyposażona w telefon, jabłko i wodę.
Pogoda niezbyt przyjemna, ale przynajmniej nie padało.
Mała siedziała grzecznie w wózku, ani jej nie było słychać.
Wzięłam ją na miasteczko politechniki i... spotkałam się z mega absurdalnymi spojrzeniami, rzucanymi mi ukradkiem przez studentów.
Niektórych.
Dla innych byłam niewidzialna ;).
Faceci omijali mnie spojrzeniem tak gwałtownie, że woleli przyglądać się pracującym śmieciarzom i starszym panom spacerującym z pieskami niż patrzeć na wózek z niemowlakiem ;).
Usiadłam sobie na ławeczce pod Polibudą i podkarmiałam O. chrupkami.
Potem wróciłyśmy do domu i - choć wtedy w mieszkaniu było już oboje rodziców - dziecko bawiło się ze mną w pokoiku starszego braciszka i nawet nie patrzyło w ich stronę ;].

Później pognałam na MPK-a, zjadłam coś i poszłam do pracy.
W ciągu pierwszej pół godziny mojej pracy jedno z dzieci zarzygało pół przedszkola, a drugie dostało (drugiego tego dnia) krwotoku z nosa, produkując zakrwawione ręczniki jednorazowe w takim tempie, że zaczęłam się zastanawiać, czy za chwilę nie będę musiała zdjąć bluzki i tamować krwotoku w staniku...
Sprzątaczka usiłowała zmyć wielką wymiocinową plamę na korytarzu, starając się równocześnie porozklejać plakaty ostrzegawcze, żeby nikt w nią nie wlazł.
Native speaker przynosił kolejne ręczniczki krwawiącemu i próbował uspokoić go, mówiąc do niego swoim amerykańskim angielskim.
Krwawiący wciąż krwawił obficie.
Dzieci splotły wkoło niego ciasny krąg z fascynacją przyglądając się, co wydmuchuje z nosa.
Czterolatka zarzygiwała łazienkę.
Jej siostra bliźniaczka przyglądała się, jaki kolor ma niestrawione i zwrócone jedzenie, "zdobiące" korytarzową wykładzinę i głośno mnie o tym informowała.
A ja próbowałam odsuwać małych gapiów od akcji ratunkowej, pocieszająco głaskając krwawiącego i płaczącego M. po plecach i równocześnie robić opanowane i kompetentne wrażenie i rodziców, odbierających dzieci ;).

Po godzinie byłam już solidnie wymęczona...
Ale jakoś wytrzymałam przez kolejne dwie.
Zaraz po pracy śmignęłam na mieszkanie, zjadłam prawie sałatkę grecką (pomidor, feta, sałata - bez mieszania, przegryzane grahamką) i wpadłam z domu z dwiema torbami.
Ponieważ tego dnia miałam za mało atrakcji, wymyśliłam sobie jechać do Oławy z koleżanką i jej rodzicami.
Do lekarki, która leczy naturalnymi metodami.
Pół drogi rozmawiałam z panią nauczycielką przedszkola z o 30 lat większym niż ja doświadczeniem, a pół spałam.
A potem była lekarka, jej naturalne zalecenia i naturalne substancje, mające zrobić ze mnie Mistrzynię Odporności.
Aloes, witamina C, nalewka z orzecha i prądy, które mają wytrząsnąć ze mnie wszystkie grzyby, pleśnie, pasożyty, bakterie i wirusy, które miały odwagę zasiedlić mój organizm...
Póki co biorę jedynie sproszkowaną naturalną witaminę C, którą rozpuszczam w ciepłej wodzie i popijam małymi łyczkami, krzywiąc się niemiłosiernie. Aloes i orzecha kupię jak będę mieć czas. Prądy... Hmm... Prądy chyba sobie odpuszczę ;).
W razie bólu gardła (choć to zalecenie usłyszałam od mamy. Dwadzieścia lat temu ;P) jem czosnek.
I to tak chamsko - rozgryzając ząbek, pozwalać rozlać się po podniebieniu pieczeniu i połykać przy lekkim odruchu wymiotnym... ;].
Ale - czego się nie robi dla zdrowia...
Absurdalny był też koszt wycieczki, bo medycyna niekonwencjonalna, podróż, hotel, wegetariański obiad we wrocławskiej galerii, szarlotka naszpikowana jabłkami ze Starbucka, szara cienka bluza w jaskółki i kino kosztują ;).
Absurdalne było też to, że choć większość drogi przespałam, byłam sakramencko zmęczona ;).
A w niedzielę tatko zawiózł mnie do Rzeszowa, bo w sumie nie wiem czemu, ale grunt, że mnie zawiózł ;P.
Co też zakrawa na lekki absurd ;D.

A wczoraj?
Wczoraj trzy razy wracałam się do domu, żeby zabrać pieniądze na zakupy.
Za pierwszym razem poszłam do łazienki, wyszłam z bloku, trzepnęłam się w czoło i znów wróciłam po kasę.
Za drugim - bo wzięłam nie ten portfel co trzeba.
Za trzecim - bo jednak w tym pierwszym miałam kasę, a w drugim nie...

Potem założyłam zimową kurtkę, w której też pewnie wyglądałam absurdalnie, ale było mi przynajmniej ciepło.
Skarpetki też miałam grube, więc nie mogłam wziąć Air Maxów (wyglądałabym przecież jak wieśniara ;P...), tylko jesienne botki.
Cienkich stopek na zmianę zapomniałam i kiedy w przedszkolu założyłam miętowe tenisówki, niebieskie skarpetki frotte brutalnie wypełzły mi z nich, wyglądając jakbym miała Ciasteczkowe Potwory zamiast stóp.
Oczywiście szybko zapchałam brązowe legginsy do środka, co nie zapobiegło niestety wydostawaniu się turkusowych kłaczków przez dziurki na sznurówki...
Między nauczycielkami ubranymi w eleganckie garsonki, kiecki i białe bluzki (występy z okazji Dnia Rodziców) musiałam wyglądać jak pomoc domowa w miętowej bluzeczce, miętowych tenisówkach (z materiałem frotte spozierającym przez szczeliny...) i legginsach.
Szczęście w nieszczęściu w pokoju nauczycielskim miałam "awaryjny" chabrowy sweterek o przyzwoitej długości.
Spięłam go z przodu identyfikatorem z moim pięknym imieniem i nazwiskiem, poprawiłam fryzurę (kucyk) i już wyglądałam o tonę poważniej ;).


Dziś z kolei obyło się już bez żadnych absurdów.
Uczelnia, spożywczak, drugie śniadanie, chwila oddechu i do pracy, rodacy ;).
Wieczorem planowo mam zająć się dokańczaniem projektów na zaliczenie i pisaniem pracy.
O ile dziś w przedszkolu nie będzie jakiejś akcji, która odbierze mi apetyt, siły witalne i chęć do robienia czegokolwiek bardziej wymagającego niż leżenie na łóżku pod kocem i wsłuchiwanie się w szum wiatru za oknem ;P.


http://foteliki-pod-lupa.pl/tag/ciasteczkowy-potwor/feed/


środa, 27 maja 2015

Pół żartem, pół serio o... mojej Mamie ;)

Nie potrafi chodzić powoli.
Ma problemy z liczeniem w pamięci.
I w sumie ogólnie z liczeniem też ;].
Nigdy w życiu nie była na egzotycznych wczasach.
Lubi dzieci i zwierzęta.
Książki też lubi, ale rzadko ma na nie czas.
Pije słabą czarną kawę, używa kosmetyki z linii Dove i namiętnie pożycza sobie bez pozwolenia moje ciuchy z szafy.
Bywa czepialska, drobiazgowa, wybuchowa i męcząca.
Poza tym to okaz na pokaz ;).
Taaak - dziś wazelinuję z okazji Dnia Matki ;].


Ogólnie rodziców mam świetnych.
Bez dwóch zdań.
Dali mi odpowiednio dużo swobody, przy równoczesnym wsparciu i dobrym wychowaniu.
W 100% akceptowali, tolerowali (albo chociaż udawali, że nie bolą ich od tego zęby) wszystkie moje decyzje. Nieważne czy dotyczyły one niejedzenia mięsa, chodzenia czy też niechodzenia do Kościoła, wyboru studiów, pracy, chłopaka.
Nie było problemu, z którym nie mogłam się do nic zwrócić.
Nie oznacza to, że nie zdarzały się chwile, kiedy czułam się niesprawiedliwie potraktowana, zlana, zmęczona subtelnym ciężarem ich troski czy zła na ich decyzje, ale mimo wszystko - nie mogę narzekać na swoich rodziców.

Z mamą kontakt mam naprawdę rewelacyjny.
Dobrze nam się rozmawia, nawet jeśli robimy w tym czasie milion innych rzeczy.
Mam wrażenie, że praktycznie zawsze rozumie mnie bez słów i że wie o mnie więcej niż ja sama.

A za ja co najbardziej kocham swoją mamę?
Za to, że zawsze jest na bieżąco z moim aktualnie ulubionym kolorem, gatunkiem książki, rodzajem herbaty, znajomymi, z którymi się zadaję.
Za to jak naturalnie podchodzi do wszystkich moich znajomych, niezależnie od tego czy to mąż koleżanki, przyjaciółka, dziecko, które bawię czy koleżanka z drugiej klasy podstawówki.
Że robi im herbatę, częstuje obiadem, pakuje szarlotkę na wynos, uczy młode mamuśki podnosić niemowlaki do odbicia, biega do łazienki z uczącą się sikać do klopa dwulatką, rozmawia z moim kilkuletnim podopiecznym o Lego Chima, choć nie ma fioletowego pojęcia co co jest, zostaje z dziećmi moich i mojej siostry znajomych, żeby ci mogli gdzieś wyjść i prawie nie narzeka, kiedy po wyjściu gości okazuje się, że dom wygląda jak pobojowisko ;].
Za to, jak dzielnie je wszystkie wegetariańskie potrawy, jakie sporządzam przy użyciu pietruszki, kaszy jaglanej i pomidorów.
Za jej troskę.
Za to, jak pokracznie wygląda w skarpetkach frotte, naciągniętych po łydki i dwóch swetrach, kiedy siedzi pod kocem i mówi, że jej zimno.
Za to, że kolekcjonuje filiżanki i choć wciąż pije ze swojej ulubionej - białej, do bólu prostej - wciąż ślini się ze szczęścia, kiedy widzi jakieś ładne zestawy.
Za to, że jak robi jakąś zupę, prawie nigdy nie gotuje na kości ani na żeberkach, żebym "gdybym jednak zgłodniała i nabrała na nią ochoty"', mogła zjeść "coś normalnego" , co ma więcej niż 3 kalorie.
Za to, że jak jestem chora, kupuje mi wszystkie smakołyki, jakie sobie wymyślę, nawet jeśli to deser owocowy dla dzieci ;].
Za to, jak wkręca mi, że cycki mi zmalały i że jeszcze trochę, a w ogóle będę bez biustu, kiedy krytycznym okiem lustruję się z góry na dół w lustrze z miną zwiastującą płacz, lament i ogólne rozstrojenie emocjonalne.
Za to, że zawsze sprząta psie rzygowiny, ratując mnie z opresji puszczenia niekontrolowanego pawia.
Za to, że nawet jak się pokłócimy, ja wykrzyczę jej co myślę, a ona powie mi coś niemiłego, szybko potrafi przejść do porządku dziennego.
Za to, że chodzi po sklepach i szuka na półkach syropu imbirowo - goździkowego, herbaty z miodem Manuka, jogurtu bez tłuszczu i wszystkiego innego, co sobie wymyślę, nawet jeśli nie ma na to czasu.
Za jej poświęcenie.
Za to, że z uporem maniaka przekarmia psa, kupuje tańszy papier toaletowy i opieprza mnie za trzymanie miotły pod niewłaściwym kątem podczas zamiatania.
Za jej empatię, zrozumienie i to, jak bardzo jest lubiana przez ludzi.
Za jej uśmiech, pogodę ducha i kreskę nad ustami, które odziedziczyłam w pełnym komplecie.
Za to, jak odrywa mnie od pisania, wołając: "M., chodź tu natychmiast i sprzątnij po sobie ten burdel [książka/kubek po herbacie/łyżeczka/pantofle], który zostawiłaś w pokoju, bo zaraz ta/ten/te [książka/kubek po herbacie/łyżeczka/pantofle] wylądują u naszych sąsiadów za płotem!!!".
Za to, że jest wybuchowa, obrażalska i dużo mówi, co daje mi podstawy do zwalania swojego charakterku na geny i ogromny wpływ wychowania ;).
Za to, że nie śmiała się ze mnie, kiedy jeszcze niedawno dzwoniłam do niej i pytałam, czy mój szynszylek je, pije, ma dobry humor i błyszczące oczka, a nawet z detalami opisywała stan zdrowia futerka, długość przednich siekaczy, poziom oślinienia brzuszka i czystość klatki.
Za miłe słowo, wsparcie i chęć niesienia pomocy innym.
Za to, że szyła mi pościelki dla lalek z kraciastego materiału i że kupowała mi pampersy i smoczki, żeby uwiarygodnić mi zabawę w dom, kiedy byłam mała.
Za to, że jest ze mnie dumna.
Za jej łagodne formy szantażu: "Ale zadedykujesz mamusi jakąś książkę, prawda?", kiedy łaskawie udziela mi pozwolenia na pisanie, a sama bierze się za szorowanie kabiny prysznicowej.
Za to, że pyta mnie o rady i liczy się z moim zdaniem.
Za to, że nie ruga mnie "Ale ja chcę mieć wnuki!", gdy mówię, że nie chcę mieć dzieci, nie upomina, kiedy powiem niecenzuralne słowo albo sprośny kawał, nie wywraca oczami, kiedy mówię, że przytyłam i nie wyśmiewa się, jak telepię się ze strachu na widok pająka wielkości pięciozłotówki.
Za wsparcie finansowe.
Za dziewięć tygodni spędzone ze mną na sanockim Oddziale Zakaźnym, kiedy miałam zapalenie opon mózgowych, gdzie rozbawiała cały oddział dziecięcy zmienianiem słów w znanych piosenkach, uczeniem wszystkich dzieci układania pasjansa i opowiadaniem historii o duchach.
Za to, że rozumie, że można lubić pić z konkretnego kubka, bo wtedy lepiej smakuje, że można tygodniami płakać za ukochanym zwierzątkiem, nie mieć siły rozmawiać po ciężkim dniu pracy i uzależnić się od pisania.
Za dbanie o moje zdrowie, szczęście, wykształcenie.
Za to, że obiecywała mi, że jeśli założę schronisko dla psów, będzie sprzątać klatki i myć brudne metalowe miski i wiem, że gdybym rzeczywiście założyła schronisko, ona już by czekała z drucianą gąbką, zwarta i gotowa do pracy ;].
Za to, że w dzieciństwie nigdy nie wyganiała mnie do dzieci, kiedy chciałam siedzieć z dorosłymi.
Za to, że nigdy nie zmuszała do jedzenia (* "Albo zjesz tę kanapkę z czosnkiem, albo zawiozę Cię zaraz na pogotowie i powiem, że jesteś nagłym przypadkiem wyjątkowego tumanostwa, skoro wolisz brać antybiotyki niż zjeść cholerny ząbek czosnku!!!").
Za to, że zawsze kolekcjonowała moje laurki i ulepianki z plasteliny, choć nasze mieszkanie było nimi tak zapchane, że dziwię się, że nie otworzyliśmy Muzeum Dziecięcej Twórczości Artystycznej i Robótek Ręcznych.
Za francuskie tosty na śniadanie, jedzone w łóżku przy włączonej bajce w sobotnie poranki, kiedy byłam dzieckiem.
Za to, że wierzy, że wydam bestseller, że będę ilustrować bajki dla dzieci i organizować wieczorki autorskie ;).
Za wspólne froterowanie podłogi do muzyki, gdy byłam mała, co niestety nie zaowocowało tym, że umiem tańczyć i że wybitnie dbam o pielęgnację podłogi.
Za to, że jak upomina mnie w domu, robi to tak głośno i przekonująco, że cała okolica słyszy jaką jestem gapą, bałaganiarą i roztrzepańcem.
Za to, jak na tony kupowała mi plastelinę, plastikowe dinozaury, książeczki, miśki i kolorowanki, żebym chętniej chodziła do przedszkola.
Za ohydne pseudozdrowe mikstury na bazie czosnku i goździków, które bulgotały demonicznie w czarnku, przerażając swoim sraczkowatym kolorem i gorzkim smakiem, a ona z zapałem mieszała w tym garnku drewnianą łyżką, ciesząc się, że zaraz napoi mnie tą mazią, co z pewnością uodporni mnie na wszelkie wirusy i całe zło tego świata.
Za to, że szybko zaczęła mnie traktować jak równą sobie, a równocześnie wciąż traktuje mnie jak dziecko.
Za jej śmieszne hasła, anegdotki, historyjki i gafy, które popełnia.
Za to, że upierdliwie zdrabnia moje imię i dziubdzia mi do telefonu, mówiąc tak głośno, że muszę odsuwać słuchawkę od ucha ;).
Za to, że czasem doprowadza mnie do szału, drażni, irytuje i frustruje.
Za jej śpiewanie Krawczyka podczas mycia naczyń, udawania warczenia, kiedy bawi się z psem, grożenie mi ścierką, kiedy podkradam farsz do pierogów.
Za to, jak budzi mnie telefonem o ósmej rano, kiedy odsypiam imprezę i z entuzjamem krzyczy mi wprost do ucha: "Dzieeeń dobry, Kochanie!!!".
Za to, że zawsze zjadała za mnie ciastka z kremem i torty z mulącymi masami na urodzinach/imieninach/rodzinnych uroczystościach etc.
Za to, że nie jest zgorszona, wiedząc, że śpię z chłopakiem.
Za jej odręcznie pisane karteluszki z koślawymi minkami, które wyglądają, jakby miały jednostronny wytrzeszcz albo ogólne upośledzenie, zostawiane na kuchennej wyspie albo lodówce.
Za niewyłapywanie sarkazmu w moich słowach.
Albo za doszukiwanie się złośliwych intencji tam, gdzie naprawdę ich nie ma ;].
Za ambicję i zawzięcie, podczas robienia kursu informatycznego i angielskiego przy równoczesnej pracy 8 godzin dziennie.
Za to, że kiedy znajdywała na przedpokoju jeden mały, maleńki trocinowy wiórek z klatki mojego Borysa, groziła, że "jeszcze raz znajdzie Borysowe śmieci porozrzucane po domu" wyrzuci go razem z klatką przez okno. A mnie chwilę później ;).
Za jej uśmiech.
Za to, że odkąd jestem na studiach, zaczęła się rządzić moją bezmięsną strefą w lodówce, ładując na specjalnie wyznaczoną na zielonki półkę szynkę i kabanosy, a mój pokój zaczął pełnić rolę składzika na świeżo wyprane ubrania i pościel.
Za to, jak próbowała robić ze mną fiołki z bibuły, choć wychodziły jej tak nieudaczne, że zachodziłam się ze śmiechu, próbując równocześnie zachować powagę.
Za to, że nigdy nie robiła z niczego tabu i zawsze mogłam ją o wszystko spytać. A pechowo zawsze byłam dociekliwym dzieckiem ;P.
Za jej oryginalne wyzwiska i przezwiska, które dają mi podstawy do zastanawiania się, czy w czasie ciąży nie czytała czasem poradnika: "Jak obraźliwie nazwać nieposłuszne dziecko na tysiąc różnych sposobów".
Za umiejętność dobierania biżuterii i dodatków idealnie skomponowanych z ubraniami.
Za to, że pozwoliła mi przygarnąć bezdomnego, zapchlonego, skołtunionego psa z ulicy i sama osobiście kupiła mu wiklinowy koszyk z czerwoną kraciastą poduszką.
Za niezmienne od lat gotowanie dwudaniowego obiadu w ciągu tygodnia mimo pracy zawodowej.
Za jej wylewność, przytulasy i witanie mnie w piątkowe wieczory, jakbym wracała z rocznej podróży dookoła świata.

Kurczę.
Kocham ją na tyle różnych sposobów i za tyle różnych rzeczy, że zanudziłabym Was na śmierć opisywaniem tego, ale... Z okazji Dnia Matki mogę polać trochę miodu na jej serce przy użyciu bloga, nieprawdaż? ;]



PS Najlepsze życzenia dla wszystkich obecnych, przyszłych i potencjalnych (np. takich, którym spóźnia się okres - pozdrawiam z wyśmienitym humorem, termoforem i chęcią wyrwania sobie jajników ^^) Mam! ;]

http://www.efecto.pl/obrazy/macierzynstwo

poniedziałek, 25 maja 2015

Ankieta Bardzo Osobista ;]

Taka mała konsternacja, jak zawsze wtedy, kiedy ktoś powie, że czyta mojego bloga "bo...", a ja mam wrażenie, że nagle mój umysł zmienił się w gąbczastą substancję i nie wymyślę nic mądrego/ kreatywnego/ zabawnego/ wciągającego w bieżącym wpisie i zawiodę tę osobę, która weszła tu żeby przeczytać coś mądrego/ kreatywnego/ zabawnego/ wciągającego ;).

Siedzę więc z pomarańczowo cynamonowym rooibosem i kminię.
Gdybym zrobiła Wam ankietę (haha, ciekawe jakbyście ją wypełnili. Chyba telepatycznie... ), podejrzewam, że w pytaniu: "Dlaczego czytasz pokrętnego, pełnego podtekstów zielonego bloga Panny M.?" na liście najczęściej podawanych przez respondentów opcji znalazły by się takie odpowiedzi jak;
* Chcę poprawić swój spartaczony nastrój,
* Chcę się pośmiać,
* Nudzi mi się,
* Jestem jej mamą/siostrą/kuzynem/ kuzynką/ innym członkiem bliższej bądź dalszej rodziny/ chłopakiem/ koleżanką ze studiów/ szkoły/ pracy/ podwórka/ Internetu/byłą współlokatorką/przyjaciółką/ inną w miarę bliską osobą/ kimś, kto wie, że jak zagai ją słowami: "Czytam Cię" dostanie + 100 pkt,
* Chcę dowiedzieć się, jakie kolejne niesamowite przygody i niesamowite zdarzenia ją spotkały, z chorymi spojówkami i kupnem nowej bluzy z kapturem na czele,
* Chcę sprawdzić, czy napisała wreszcie coś mądrego,
* Mam ochotę policzyć wszystkie podteksty, jakie ukryła w pozornie banalnym wpisie o gatunkach herbaty,
* Z przyzwyczajenia,
* Żeby zrobić jej dobrze i podbić statystyki,
* Kliknąłem zdjęcie, bo była na nim fajna laska z fajnym uśmiechem/ długowłosa piękność/ cycki,
* Kliknęłam zdjęcie, bo był na niej słodki szczeniaczek/ uroczy dzidziuś/ mięśniak z kaloryferem,
* Wszedłem na niego niechcący, bo wpisałem w Googlu frazę: "Jak zrobić komuś dobrze"...


Na pytanie: "Co najbardziej podoba Ci się w blogu LittleMisssNaughty?" mogłabym uzyskać odpowiedzi z cyklu:
* Nonszalancki styl,
* Podteksty, podteksty, podteksty,
* Poczucie humoru,
* Lekkie pióro,
* Ironia,
* Ładne zdjęcia,
* Bezpośredniość,
* Bezpretensjonalność,
* Szczerość,
* Fakt, że autorka bloga ma duże cycki.



Bolesne, acz prawdziwe pytanie: "Co Ci się nie podoba na blogu?" pewnie zostałoby zbombardowane odpowiedziami typu:
* Pokrętne tytuły, które w żaden sposób nie mogą zasugerować treści tekstu,
* Długość postów, która przekracza przyzwoite normy długości,
* Nadmierny sarkazm,
* Zbytnie plucie jadem,
* Złośliwość łamane przez wredotę,
* Przesadna ironia,
* Za dużo cynizmu,
* Sceptyzmu zresztą też,
* Brak wiary w miłość. Jak to miłość nie istnieje? Jak to "ułuda"? Jesteś wyzuta z uczuć czy co!?
* Widzenie we wszystkim i we wszystkich pozytywnych stron ("WTF?! Z księżyca spadłaś? Cieszysz się, że wylądowałaś dupą w kałuży?", "Oszalałaś?! Widzieć pozytywne aspekty w "przejechaniu" się na kimś?"),
* Eee, zero przepisów na zapiekankę z makaronu, zero porad co pasuje do szarej garsonki i zero fit zaleceń. Lipa.
* A gdzie zdjęcia biustu autorki bloga???,
* No to może chociaż tyłek...?


"Jakie pytania najchętniej zadałbyś autorce, gdybyś mógł je zadać?"
* Naprawdę jesteś wegetarianką? Ale naprawdę? Schabowego też nie jesz? W OGÓLE?
* Hm... A Ty to tak tego... Tak tylko piszesz z kosmatymi podtekstami czy naprawdę masz takie kosmate myśli?
* Po co właściwie piszesz bloga? Masz coś z tego? Pieniądze? Profity? Voucher na książki?
* Ten tajemniczy K. Hymmm... Istnieje naprawdę czy tylko ściemniasz skoro na fb nie masz "w związku"?,
* Na żywo też jesteś do bólu szczera? Zawsze mówisz, co myślisz?
* Kurde. I mówisz, że jaki masz rozmiar biustu...?


"O czym chciałabyś /chciałbyś przeczytać na blogu?"

*Ooo. Na pewno o jakichś pikantnych smaczkach z życia prywatnego. Kłótnie, zdrady, rozboje, grzechy, przewinienia, karta zdrowia, przygodne stosunki, IQ, ilość partnerów seksualnych, problemy rodzinno - osobiste, nietypowe miejsca/ pozycje seksualne, gafy, wstydliwe choroby, używki, antykoncepcja, ilość środków na koncie, zażywane leki, skrywane tajemnice, stan zdrowia psychicznego, poglądy religijno - polityczne,
* O czymś konkretnym. Jeden temat, zero dygresji.
* O czymś poważnym. Bez żartów. Bez robienia sobie jaj. Bez śmiechawek. Bez głupawych uśmieszków. Coś refleksyjnego i wnoszącego do życia. Jakieś porządne rozważania natury filozoficznej, pozwalające odkryć głębię wyższej duchowości człowieka...
* O czymś ciekawym, niebanalnym i interesującym. Jakimś wydarzeniu kulturalnym, szalonej podróży, tajnej misji, tajemniczym kochanku,
* Zamiast pisać głupoty, mogłabyś wrzucić zdjęcie cycków...

 To co? Jakieś pytania? ;]


PS Boże. Czemu pytania do ankiety do pracy magisterskiej piszę, piszę i napisać nie mogę? ;P.



http://www.mocnymarketing.pl/copywriting/jak-napisac-skuteczna-reklame-w-4-krokach/
 

piątek, 22 maja 2015

Pół żartem, pół serio o... atrakcyjności ;]

Ten tydzień jest dla mnie niezłą próbą.
I nie - nie chodzi tu o pracę, studia, piętrzące się projekty czy grafik wypełniany powoli egzaminami.
W tym tygodniu uczę się na nowo siebie.
Uczę się zwalczania swoich kompleksów.
Próbuję je zaakceptować.
No i przede wszystkim zastanawiam się nad swoją kobiecością.

A wszystko to z dość banalnego powodu.
Z racji "zapalonych" spojówek nie mogę się malować.
Nie mogę, nie chcę i nie umiem tego sobie zrobić.
Wystarczy, że codzienne sytuacje (i nagle czytanie, wytężanie wzroku, słońce i wiatr stają się wrogami...) zmuszają mnie do odliczania minut, kiedy zafunduję sobie krople do oczu.
I najśmieszniejsze jest to, że nie aż tak bardzo drażni mnie pieczenie czy swędzenie, co... upokarza brak makijażu.
Choć w sumie cały mój szumnie określany mianem "makijażu" Sposób M. Na Urodę to aż tusz do rzęs, to bez niego czuję się...
No właśnie.
Gorsza.
Brzydsza.
Młodsza w ten zły, gówniarowaty sposób.

No i cholernie zawstydza mnie fakt, że nie mogę schować się za firanką gęstych, czarnych rzęs...
Czemu?
Nie mam zielonego pojęcia.
Przecież to tylko tusz! Czarne mazidło, którym co rano pokrywam rzęsy, nie roztkliwiając się zbytnio nad tą czynnością.
Nie kupuję drogich tuszów (tuszy?), nie noszę ich zawsze przy sobie.
Może i staram się wymieniać je co jakiś czas (jak już zaczynają dość mocno przysychać i kapiel we wrzątku przestaje na nie działać), ale nie mam jakiejś obsesji na ich punkcie.
Mimo to pomalowane rzęsy coś mi dają.
Więcej pewności siebie.
Świadomość, że moje małe oczka wyglądają na nieco większe.
Nadzieję, że jasne rzęsy przestają razić swą jasnością.

Nigdy nie miałam na sobie pudru, podkładu czy fluidu.
Podobnie jak szminki, różu czy bronzera.
Lakiery do paznokci kolekcjonuję póki co na półce, a pomalowane pazurki są dla mnie oznaką, że miałam wystarczająco dużo czasu na pracę, naukę, pisanie, czytanie i ćwiczenia, skoro znalazłam chwilę na taki zbędny luksus jak lakierowanie paznokci.
Odświeżający prysznic, balsam do ciała, umyte, rozczesane włosy, nawilżone pomadką usta, wyszorowane i wynitkowane zęby, antyperspirant, dezodorant, perfuma i tusz.
Tylko to mi jest potrzebne, żeby czuć się komfortowo.
A teraz, bez tego ostatniego, jakże niezbędnego do poczucia własnej wartości Jaśnie Pana Tuszu, muszę jakoś zrekompensować sobie braki ;).

W poniedziałek ubrałam więc sukienkę.
Dresową, bo dresową, ale sukienkę ;).
We wtorek kupiłam okulary przeciwsłoneczne.
Żeby nie drażnić spojówek, żeby nie męczyć oczu.
Okulary kupiłam u optyka, za całkiem przyzwoitą cenę jak na okularki z filtrami i polaryzacją.
Ale nie to jest najważniejsze.
Najciekawsze jest to, że okulary są... bordowo białe ;).
Kurczę.
Ja i takie kolory?!
Chryste...
W sumie nie miałam zbyt wielkiego wyboru, bo wśród okularów w dziecięcych (...) rozmiarach nie było za wiele (tych pomarańczowych i fluo zielonych nie wliczam...) fasonów do wyboru.
Mi chodziło głównie o ochronę dla oczu.
Ale mimo to - przecież okulary mogą zmienić twarz o 180 stopni.
Wolałam więc zmienić ją na plus... ;].
Przymierzając czerwono - białe okularki byłam baaardzo sceptycznie nastawiona.
Ale kiedy okazało się, że łączą w sobie coś stonowanego, szalonego, eleganckiego i idealnie dopasowanego równocześnie, a przy tym nie zjeżdżają mi z nosa przy każdym skinięciu głową... Kupiłam je z marszu.
Wprawdzie uważam, że szkła mogłyby być nieco większe, żeby jeszcze bardziej zasłonić oczka przed światłem (wściekliznowy światłowstręt, jak słowo daję ;P), ale nie ma co się czepiać.

Kolejnym szaleństwem było kupienie czegoś, co pozwoliło mi poczuć się lepiej i pewniej bez makijażu.
Nie, nie ciuchy - mam ich wystarczająco sporo.
I nie - nie biżuteria. Oryginalne kolczyki i nieodłączna ważka dyndająca na łańcuszku mi wystarczą.
Postanowiłam odmienić się czymś innym.
Zapachem ;) ;) ;).

Od kilku lat byłam wierna zielonej herbacie.
Początkowo takiej za dychę z kiosku, potem Elisabeth Arden kupowanej prawie zawsze na wyprzedaży.
Orzeźwiający, lekko cytrusowy świeży zapach leżał mi jak żaden inny.
Żadne kwiatowe, ciężkie, przytłaczające, omdlewająco słodkie czy dziewczęce perfumy do mnie nie przemawiały.
Do czasu aż jakieś dwa tygodnie temu przypadkiem zostałam zmuszona przez kilka godzin chodzić w bluzie wypachnionej nie moimi perfumami.
Ommm...
Czułam się dobrze jak nigdy wcześniej.
A potem, kiedy zdjęłam bluzę, czułam się jeszcze lepiej, bo włosy i kark przeszły mi tym zapachem, który lekko przytłumiony i delikatniejszy - był jeszcze bardziej kuszący.
Przez kilka dni żyłam obsesją na punkcie tego zapachu.
Wcale nie pomógł mi fakt, że dowiedziałam się, jakie to perfumy.
I wcale nie pomagały racjonalne argumenty typu: "Masz już swój zapach" i "Jego dwie prawie pełne stumililitrowe butelki stoją na twojej półce".
Gdzie tam!
W głowie wciąż miałam ulotne wspomnienie TEGO zapachu i wiedziałam, że w końcu nie wytrzymam i kupię tę perfumę.
To jest właśnie minus posiadania oszczędności.
Brakuje racjonalnego argumentu na wyperswadowanie sobie kupienia czegoś, co jest w zasadzie frywolną zachcianką ;].
Odczekałam parę dni.
Odmówiłam parę zaklęć, mających na celu odgonienie ode mnie tego dziwnego pociągu w stronę czegoś tak ulotnego jak zapach.
A potem poszłam do drogerii i kapnęłam kroplę testera na nadgarstek...

Uiszczając opłatę za perfumę byłam tak zadowolona, że dziwię się, iż facet w kasie nie wezwał ochrony z obawy przed naćpaną klientką ;].
Oczywiście bardzo rozsądnie kupiłam największą, najdroższą, 200 ml perfumę...
Idąc do domu całą drogę wąchałam skropiony testerem nadgarstek.
Napawałam się tym zapachem.
Podniecałam.
I przede wszystkim cieszyłam ;).

A dziś w 100% się nim otulam.
Czuję się bardziej wypoczęta, zadowolona i co dość dziwne - pewniejsza.
Psiknięte rano włosy pachną do teraz.
A ja podniecam się tym faktem, jak murzyn bateryjką ;P.
Ale perfuma to jedno.
Reszta przed nami...
Nie śpicie jeszcze? ;P.

Nie wiedziałam, że przez głupie spojówki i nową perfumę coś mi kliknie w głowie, przestawiając się na właściwe miejsce.
A wskoczyło ;).
Bo choć zawsze stawiałam na naturalność, błyszczyk zastępowałam szczerym uśmiechem, a cienie do powiek - błyszczącymi radością oczami, to jednak dążyłam do tego, żeby wyglądać atrakcyjniej.
Siłownia. Ubrania. Codzienne mycie włosów.
Nawet te głupie lakiery, oliwki do podniszczonych skórek od paznokci czy balsam ujędrniający.
Nie powiem, że byłam niewolnikiem prostownicy czy eye linera, ale - chciałam wyglądać dobrze.
Bo dobrze równa się ładnie.
Łamane przez atrakcyjnie ;P.

Często plułam sobie w brodę własną ignorancję w kwestii szpilek, sukienek, dobrze dopasowanych ubrań czy dodatków.
W sumie wiedziałam, że włożenie nawet dwunastocentrymetrowych szpilek nie robi z kobiet bogiń seksu, ale...
Równocześnie uważałam, że kobieta seksowna to kobieta choć trochę zrobiona.
I nie - nie mam na myśli silikonowych cycków, botoksowych policzków, wypełnionych ust czy tapety...
Kreska na powiece. Fajne ciuchy. Dobre buty. Delikatny makijaż. Zadbane dłonie. Szczupła sylwetka. Modna fryzura.
To według mnie było zmysłowe.
To było kobiece.

A teraz?
A teraz myślę, że nieważne jest jak wyglądamy i co mamy na sobie, tylko jak się z sobą czujemy.
Bo możemy mieć równiutkie, porażające śnieżną bielą ząbki w szeroko rozciągniętym uśmiechu pełnych, malinowych ust.
Możemy mieć wyraźne kości policzkowe, odpowiednio wysokie czoło, nosek zadarty pod właściwym kątem i fryzurę, w której każde pasemko idealnie się układa.
Długie i szczupłe palce z paznokciami o idealnym kształcie, twarz o doskonałym owalu, oczy o perfekcyjnej oprawie, kolorze i stopniu nabłyszczenia.
Ciało bogini, bez jednego włoska, krostki, zmiany czy defektu, biust o idealnym rozmiarze, nogi niebotycznej długości i do tego zgrabniutkie stópki.
Rzeczy markowe od bielizny po opaskę do włosów, najlepszy puder i oszałamiające spojrzenie wymalowanych oczu, ale...

I tak najważniejsza jest pewność siebie.
To, jak się czujemy w swoim ciele.
I to, jak podchodzimy do tego, jak wyglądamy.
Bo chociaż symetryczna twarz i proporcjonalne ciało są uważane za ładne, nikt nie określi ładnymi osób, które wiecznie przykrywają się grubą warstwą pudru, które tłumią swoją naturalność sztucznością i chowają się za kurtyną idealnie wymodelowanych włosów.
I możemy zazdrościć innym dziewczynom jabłuszkowatych tyłków, wąskich bioder i prostych włosów, ale tak naprawdę to co może nas odróżnić od innych to naturalność, poszerzona o subtelny element umiejętnego podkreślenia urody.
Do tego "to coś", które ma każdy z nas (ciężko te "cosie" wymienić bo rozciągają się one od trzech piegów na nosie, przez zmysłowe pieprzyki, drobne dłonie, zabójczy uśmiech, dołki, drobne asymetryczności, przerwy między jedynkami i jasne plamki na ciemnych tęczówkach po błyskotliwość, poczucie humoru, umiejętność robienia ruloniku z języka, śpiewanie piosenek po portugalsku i sypania żartami), uśmiech, odpowiednie nastawienie i poczucie, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy jak jesteśmy i już  mamy + 10 do atrakcyjności bez szpilek i torebki od Gucciego ;).
Niezależnie od tego czy mamy pulchną czy kościstą sylwetkę, płaski lub imponujący biust, ciało gładkie czy z rozstępami, a zęby bijące bielą czy w kolorze kości słoniowej.


A chociaż wiem, że jak powieki trochę mi sklęsną, a oczy przestaną dawać czadu pieczeniem i łaskotaniem - znów machnę je tuszem i chociaż zapewne jeszcze kupię nie jeden i nie dwa nowe ciuchy, lakiery do paznokci i odżywki do włosów, to na pewno nie będę się już oceniać przez pryzmat tego, że nie mam na sobie zbyt wiele makijażu, a w mojej szafie ze świecą szukać gustownych ubrań wśród sportowych bluz i bawełnianych T - shirtów.
I nie będę zadręczać się wmawianiem sobie, że nie jestem wystarczająco kobieca, bo nie mam stu par butów, nie noszę małych czarnych, garsonek ani podkładu.

Postaram się też nie zamartwiać zakrzywieniem nosa, owalem twarzy, wielkością biustu, długością nóg, kształtem paznokci czy wypukłością kolan.
Bo czuć się pewnie, w czyichś oczach oznacza "wyglądać atrakcyjnie".
A nietłumienie urody, tylko tę urodę podkreśla.
Niezależnie od tego, czy ktoś używa tuszu do rzęs czy nie ;D.
I jeśli przypadkowo, całkiem niespodziewanie i nieoczekiwanie przybłąkał się tu jakiś osobnik płci męskiej i przypadkowo, całkiem niespodziewanie i nieoczekiwanie doczytał ten wpis do końca (;P), niech puknie się dość mocno w czółko, jeśli leci na w 99% zrobione i mocno wytapetowane laski ;].
Bo plastikowe mogą być zabawki, a sztuczne kwiaty, jeśli mamy uczulenie na te żywe.
Wszystko inne lepiej wygląda w oryginalne.
Niezmienione, niepoprawione, nieoszlifowane.
No, chyba, że w stopniu minimalnym ;).
Kropka.




poniedziałek, 18 maja 2015

Zapaleniec ;]

Bilans tego weekendu przedstawia się następująco:

- napisane kilka stron metodologii do pracy magisterskiej z książek pożyczonych tylko na chwilę z czytelni, co sprowadzało się do "wyciągania" z nich informacji w biegu, na szybko i poniekąd na oślep, bez zakładek indeksujących, zakładek, karteluszek i planu. Czyli tak, jak nie lubię pisać rzeczy, których nie pisze z głowy,
- trzy wielkie kubki czarnej herbaty z cytryną, które wchłonęłam jak gąbka podczas pisania. Sama nie wiem jak to się dzieje, że pisanie czegoś bardziej wymagającego niż lanie wody na blogu jest tak wyczerpujące jak tabata ;P.
- zero gotowania, więc w efekcie jedzenie jedzenia, którego z zasady nigdy nie jem, bo:
a) zawartość zieleniny jest mniejsza niż 30% objętości,
b) zawartość tłuszczu/węglowodanów jest większa niż 10%,
c) zjedzenie tych produktów wiąże się z licznymi schizami i nałogowym przeglądaniem się w lustrze, czy aby nie zaczęłam nagle tyć. Najlepiej już w trakcie gryzienia, połykania, ewentualnie trawienia ;),

- domowe porządki, które zajęły nieprzyzwoicie dużo czasu i sprzątanie pokoju, w którym w następny weekend przy dobrych wiatrach spędzę dwie godziny,
- wizyta w cukierni z koleżanką i jej dziecięciem, które musiałam do siebie przekonać, jako iż z dziecięciem tym spędzę kolejny weekend. Na weselu. Jako niania ;],
- niezbyt długa jazda na motorze z K. w sobotni wieczór i rozdarcie emocjonalne, kiedy w niedzielę wygoniłam go w trasę, a sama ślęczałam nad problemami badawczymi i hipotezami...
- niepokaźny siniak w dolnym lewym kwadrancie brzucha, poobijane biodra i kolana, zakwasy w udach i pośladkach, czyli - półtora godziny słuchania muzyki do zumby w asyście wypustkowego hula hopa. Oczywiście sińce nie wzięły się z samego słuchania ;),
- zabawa w Najgorszą Córeczkę Roku i zabawa w Najlepsza Córeczkę Roku, czyli zabawy, których nie lubię i to wcale nie dlatego, że nie jestem ani grzeczna ani niegrzeczna, a dlatego, że rola rodzinnego mediatora, jaka przypadła mi w udziale nie jest chyba tym, co mnie kręci...
- miętowa (!!!) bluzka z Małą Mi, którą wypatrzyłam sobie w swoim rodzimym miasteczku na wystawie i którą już dziś - w słoneczny, pracowity poniedziałek - nabyła dla mnie moja mamcia ;]. Dodam tylko, że T - shirt jest w rozmiarze S i kosztował zabójcze 18 zł ;),
- skoro o ciuchach mowa... Przez weekend także szarpnęłam się na ciuchowe zakupy. Tak więc moja szaro - miętowo - granatowo - łososiowo - stonowana szafa poszerzyła się o szare szorty (typu GenialnyTyłekOdZaraz), granatową dresową sukienkę z białymi napisami (i już widzę oczami mojej bujnej wyobraźni tę sportową sukienkę, te białe trampeczki i te białe zamkowe kolczyki w uszach ;P), miętową (...) koszulkę z białym napisem (nieważne jakim, grunt, że jest mięta) i nieśmiertelną, standardową i bardzo przewidywalną czarną bluzkę z kotem Simona, co oznacza, że mam już trzy bluzki z wizerunkiem tego kocura i każda jest w przewidywalnym kolorze, od bieli, przez szarość, po czerń  ;),
- zapalone spojówki, czyli coś, co początkowo uznałam za niechęć do pisania pracy (dziwnym trafem oczy zaczęły mnie piec, kiedy odpaliłam laptopa i zaczęłam mozolnie stukać), a co okazało się stanem zapalnym w pełnej postaci. Przyczyna jest mi jeszcze nieznana. I pewnie taka pozostanie, bo nie znajdę zapewne czasu na lekarza. Nie wiem czy to alergia, uczulenie na któryś kosmetyk czy jak zwykle - jakiś mały nosiciel z przedszkola. Chociaż moja paranoiczna część twierdzi, że wie, jak to się stało. Jak zwykle - niepozornie. Wylewnie powitałam w drzwiach jakieś dziecko, trzymające się kurczowo nóg rodzica. Przyjmując profesjonalną minę i rozlewając na twarzy wyrozumiały uśmiech wyperswadowałam dziecku schowanie się do matczynej torebki i pójście z nią do pracy. Następnie zachęciłam delikwenta do wejścia do sali, rejestrując równocześnie, że ma czerwone i szkliste oczka. Następnie obiecałam sobie uważać na potencjalną wylęgarnie zapalenia spojówek, po czym:
a) potencjalny nosiciel uparł się, żeby siedzieć koło mnie na dywanie podczas sprawdzania obecności i dopiął swego, przywierając do mnie ciałkiem, głaskając mnie po rękach i tuląc się do mojego boku,
b) ponieważ reszta potencjalnych nosicieli innych infekcji równie intensywnie pragnęła mojej bliskości i obsiadła mnie jak mrówki, załzawiony delikwent zajął miejscówkę na kolanach,
c) choć załzawiony potencjalny nosiciel cały dzień trzymał się z daleka, a ja unikałam patrzenia w jego stronę i co chwilę myłam ręce...

... następnego dnia obudziłam się z zaropiałymi oczami. Ta daaam. Koniec historii.
Chociaż w sumie przyczyna chorych oczu wisi mi i powiewa. Bo grunt, że swędzi, piecze, boli i wku***a niemiłosiernie. Powieki są opuchnięte - i to zarówno te górne, jak i dolne. Pod oczami cienie. Oczy galeretowatej konsystencji (na oko, bo nie dotykałam ;P), nadmiernie błyszczące, nadmiernie załzawione. A - i czerwone, oczywiście. Tzn. jak się zaglądnie pod powiekę, bo białka są dzięki Bogu białe ;]. Wydawać by się mogło, że nie jest tak źle, ale skoro wzdrygałam się na widok tuszu i cały dzień chodzę au naturel, oznacza to, że zapalenie przejęło poziom hard level. Bez pomalowanych rzęs czuję się  masakrycznie, bo przez spuchnięte oczy wyglądam jak ropuszka. Niestety - możliwość wielokrotnego przepłukiwania oczu kolejnymi ampułkami z solą fizjologiczną i zakraplanie kropli z poprzedniego zapalenia brzmi chwilowo bardziej pociągająco niż możliwość pomalowania rzęs tuszem. Równie pociągająco brzmi "chłodny wiatr owiewający oczy" i "zimna woda spływająca kaskadami po powiekach", ale choć pozornie woda i wiatr przyniosłyby ulgę, niesione przez podmuchy pyły, pyłki i paprochy plus chlorowana, twarda woda przyniosłyby mniej więcej takie korzyści jak smarowanie powiek miętową pastą do zębów...

I tyle.
Z weekendu ;).
Z nie-weekendu w sumie nic ciekawego.
Dziś wstałam o 6 (taa, jasne, bez żadnych problemów ze zwleczeniem się z łóżka), na 7 powlekłam się do pracy. Trzy po miałam już pierwszego ucznia. Wertując podręcznik nauczyciela sączyłam miętową herbatę, a malując dziewczynkom koniki, próbowałam tę miętę dopić, zanim całkowicie wystygnie. Po pracy (czyli po 10)  pobiegłam do domu, żeby zgarnąć książkę i wodę. W drzwiach wpadłam na pomysł popatrzenia na zegarek i z euforią stwierdziłam, że mam kwadrans czasu na MPK-a. Walnęłam się więc na łóżko i tak walnięta leżałam. Chwilę. Bo po chwili wstałam, poszłam do łazienki, żeby zalać oczy pełną ampułką drogocennej soli i zakroplić je kroplami. Mam nadzieję, że ściany w bloku są na tyle grube, że nikt nie słyszał westchnień ulgi i rozkoszy, kiedy moje oczy wyrażały pełnię szczęścia przy pomocy moich ust. No i oczywiście poszłam na ten autobus, a potem do mojej - niemojej małej O., która ucieszyła się na mój widok i nie płakała, kiedy jej mama wyszła z domu. Opis mojej nowej - nienowej roli niani strzelę Wam kiedy indziej, bo nie będę przeciągać, zanudzać tych, którzy weszli tu przez wzgląd na zdjęcie dziewczyny na łóżku, no i oczka znów zaczynają mnie szczypać, więc chyba muszę popodlewać je solą i stłumić na chwilę kroplami.
A potem wciągnąć się w książkę, którą dziś czytałam na ławce, przyjmując najbardziej wydziwione pozy, jakie może przyjąć niania czytająca książkę przy śpiącym dwie godziny ( :D) dziecku.
I wziąć prysznic, żałując, że nie mam dziecięcego ronda kąpielowego (czy jak to to się zwie), żeby woda nie zalewała mi oczu ;).

Kurczę. Ale mimo wszystko to był miły poniedziałek ;).
Wprawdzie nie udało mi się zjeść obiadu, a tylko kanapkę z Wasy z serem i pomidorem w domu, przepijaną zimnym liptonowskim earl greyem w domu Małej i grecką + pomidora z mozzarellą na obiadokolację, a po pracy - wróć - pracach oczywiście musiałam swoje odespać i dwie godziny spędziłam w rozbebeszonym łóżku, w rozbebeszonej pościeli, więc wstałam po osiemnastej z watą w ustach i piaskiem w oczach i oczywiście "nie zrobiłam nic konstruktywnego".
Nie zdołałam też zmobilizować się do Mel B. (pff), biegania (jeszcze dłuższe "pffffff") ani nawet do zakupów (niezbędne małe buteleczki z życiodajnym, zamulającym i niwelującym burczenie w brzuchu truskawkowym smoothie z Biedronki, chustecznik z chusteczkami w wygodnym pojemniku do wyciągania, wafle ryżowe i perfuma, na którą choruję, ach jak choruję).
Udało mi się jedynie zaścielić pobieżnie łóżko, przygotować ciuchy na jutrzejsze wykłady, odkurzyć mieszkanie i zrobić wpis przy jaśminowej herbacie.
I dobrze.
Mam cały tydzień na działanie.
Poniedziałki stanowczo się do tego nie nadają. Zwłaszcza, kiedy wstaje się o szóstej, pracuje do czwartek i śpi do siódmej ;).





http://likely.pl/zdjecie/764154/lezaca-dziewczyna-zaslaniajaca-oczy



piątek, 15 maja 2015

Pół żartem, pół serio o... dorosłości ;]

Wiedziałam, że to się kiedyś zdarzy.
Zastanawiałam się, kiedy nadejdzie ten moment, ale prawdę mówiąc - nie sądziłam, że stanie się to tak szybko.
Myślałam, że może za parę lat, może za jakiś czas...

A tu bach.
Ostatni rok studiów.
Pierwsza praca na umowę.
Śmieciówka, bo śmieciówka, ale jednak...

I nagle dociera do mnie, że nie jest już tak jak rok temu.
Że nie lecę już do domu za każdym razem, kiedy odwołają nam zajęcia.
Nie zjeżdżam do domu w piątek po pierwszych zajęciach.
Większość ubrań może i wciąż piętrzy się w szafie mojego pokoju w domu, ale są to głównie rzeczy "po domu" - wyświechtane, z przetartymi kolanami i dziurą w kroku.
Wszystko mam tu. W Rzeszowie.
Całą baterię kosmetyków.
Książki, z których na bieżąco korzystam i które czytam.
Ulubione ubrania i te ciuchy, które noszę najczęściej.
Większość butów.
Kurtek.
Leków.

Bo prawda jest taka, że teraz mieszkam w Rzeszowie.
W domu jestem gościem.
Wpadam do niego w piątkowy wieczór, zamieniam dwa słowa z rodzinką i idę spać.
Następnego dnia lepię standardowo pierogi, sprzątam dom, zrobię co muszę, pojadę na zakupy i spotkam się z koleżanką/znajomymi/ciocią.
W niedzielę większość czasu przeważnie spędzam z K.
I tak teraz więcej czasu siedzimy w moim domu. Był czas, że CAŁY weekend siedziałam u niego.
Mimo to, że co weekend jestem w domu, nie czuję tego, że wracam.
Wracam, kiedy widzę tabliczkę "Rzeszów".
Wracam, kiedy w niedzielę wieczór szykuję ubrania, żeby w poniedziałek iść na 7 do pracy.
Wracam, kiedy organizuję sobie bawienie dziecka jako niania i sprawdzam plan zajęć na uczelni.
Wracam, będąc tu...

Dlaczego tak się stało? Co się zmieniło?
To, że kończę studia?
Że mam pracę?
Że mogłabym mieć jeszcze kilka innych zajęć, gdyby nie studia i chroniczny brak czasu?

Wydaje mi się, że śmierć szynszyla też miała tu duże znaczenie.
W końcu leciałam do domu jak na skrzydłach, żeby się nim zająć.
Pierwsze co robiłam, wchodząc do domu to gnałam na górę do pokoju, żeby go pomiziać za uchem.
Sobota to był dzień wyjazdu do Sanoka.
Do weterynarza, na cokilkutygodniowe przycinanie zębów.
Było sprzątanie klatki, wybieg Borysa ciągnący się przez pół dnia, wynagradzanie mu samotnego tygodnia.
Teraz nie czuję się już tak potrzebna.
Pies? Lata sobie wkoło domu.
Jeść da mu mama, na spacer też ona go weźmie.
Domownicy też mają swoje życie.
Każdy ma swoją pracę, zajęcia, znajomych.
Wszyscy gdzieś wychodzą, wszyscy się mijają.

To nie tak, że nie lubię jeździć do domu.
Ja kocham tam wracać.
Widzieć drewniane ogrodzenie i niewielki żółty domek.
Słyszeć szczekanie Pedra, który nawet po kilku latach od przygarnięcia wciąż obszczekuje "swoich".
Jeść przy wyspie w kuchni, czytać w salonowym fotelu z nogami na poręczy.
Pić herbatę na tarasie przed domem.
Spać we własnym łóżku (z którego odpadają listewki i czasami śpię powykrzywiana jak es flores).
Przebywać w swoim pokoju z zielonymi ścianami, pluszową pandą przy łóżku i regałami pełnymi książek, które przeczytam pewnie na emeryturze.
Chodzić spacerkiem po swoim mieście, kupować bułki u znajomych pań ekspedientek, rozmawiać ze starszymi paniami, byłymi nauczycielkami, koleżankami...
Brać psa na długi spacer i zagadywać się z sąsiadami. Zaglądać do wózków i głaskać bobasy koleżanek po pulchnych stopkach. Gawędzić o grządkach, zdrowiu i pogodzie.
Sączyć wolno herbatkę u cioci.
Droczyć się z kuzynem...
Być ze "swoimi" u "siebie".

Mimo to wiem, że już raczej marne szanse, żebym wróciła na stałe do domu.
Za niedługo skończę studia i wtedy całkowicie zajmę się pracą.
Może zostanę w Rzeszowie, może wyjadę do innego miasta, może nawet do innego kraju.
Kto to wie jak się wszystko potoczy?
Ale chyba minęły już te lata, kiedy siedziałam w domu przez wakacje i czytałam książki, machając nogami.
Chyba nie wrócą już te chwile, kiedy spędzam wieczory w swoim łóżku albo oglądam filmy z siostrą.
Raczej nie będę już siedzieć na garnuszku rodziców i chodzić bawić okoliczne dzieciaki za parę groszy, żeby kupić sobie kilka par koronkowych stopek i dresy u Chińczyka.

Z jednej strony fajnie, że kończę studia, fajnie, że mam pracę i fajnie, że dałam sobie radę w większym mieście.
Ale to tylko tyle.
To tylko jest "fajne".
A fajne to mogą być spodnie na wystawie, film, na którym nie ziewamy i książka, podczas czytania której nie zasypiamy.

Rzecz w tym...
Problem w tym, że trochę się tego boję.
I chociaż ostatnio zrobiłam się odważniejsza, twardsza, bardziej wyszczekana i samodzielna, to jednak... Czasami chciałabym się cofnąć w czasie ;).
Najciekawsze jest jednak, że nie potrafię wskazać odpowiedniego momentu, do którego chciałabym się cofnąć.
Nie do dzieciństwa i nie do gimnazjum.
Nie chciałabym już być dzieckiem.
Podlotkiem zestresowanym dojrzewaniem ani tyle.
Liceum?
Nieee... Wtedy też byłam gówniarowata.
Pierwsze lata studiów?
W sumie?
Ale w zasadzie... Eee... Nie były aż takie znowuż kolorowe.
Magisterka???
Taaa.
Magisterka rok temu.
Tfu - półtora.
Jesień, kolorowe drzewa na mojej cichej uliczce, studia, pisanie, kochana współlokatorka, która szybko awansowała na przyjaciółkę, masakrowanie maty z Chodakowską...
Na usta ciśnie mi się też - "I Borys", ale nie chcę uchodzić za dziecinną.
Ale jak sobie dobrze przypomnę, jak wysilę mózg i wrócę myślami do zeszłego roku - wiem, że nie było wcale aż ta idealnie i wiem, że teraz trochę idealizuję ten okres.
Przecież kłóciłam się z ówczesnym chłopakiem, wiecznie cierpiałam na brak kasy, nie miałam swojego laptopa, chciałam mieć pracę, szynszyl ciągle mi chorował, ja sama też chodziłam częściej do lekarzy niż na imprezy...
Tak więc z drugiej strony - bo jak zawsze musi być i druga strona, teraz pod pewnymi względami mam lepiej.
I to, że w szafie zamiast byle jakich ubrań kupionych na wyprzedaży mam lepszej jakości rzeczy, które otulają mnie miękkością kiedy je ubieram to akurat najmniej ważna rzecz.
Choć skłamałabym, mówiąc, że nie jest ona miła ;P.

Teraz mam więc więcej na koncie, ale i mniej luk w książkowym kalendarzu.
Dawniej miałam dni podzielone na "uczelnię" i "wolne".
Teraz mam "Uczelnia", "Praca 1", "Praca 2", "Praca magisterska", "Inne".
Teraz mam więcej znajomych - w tym koleżanki i kolegów z pracy.
No bo właśnie - mam pracę ;D.
Myślałam, że mi to przejdzie, ale wciąż wyszczerzam się, kiedy to słowo prześlizguje mi się przez gardło.
Idę do pracy.
Muszę iść do pracy.
Jutro pracuję.
Jestem w pracy.
Wracam z pracy.
Kołtuński uśmiech wpływa mi na usta za każdym razem, kiedy o tym mówię.
I muszę się pilnować, żeby nie przyjmować wtedy głupkowatego wyrazu twarzy ;).
Nie sądziłam, że stanę się takim pracusiem, wypełniającym sobie grafik od rana do wieczora, ale coś w tym jest.
To uczucie bycia potrzebnym, ważnym i spełnionym.
Satysfakcja.
Wyzwanie.
Powód, by rano wstawać.
Motywacja do zmian, motor do ulepszania się.
Pieniądze... Te nieszczęsne pieniądze, za które nie kupi się szczęścia, spokoju, zdrowej nerki czy życia, ale rachunki też się same nie zapłacą, a smoothie i warzywka z nieba nie zlecą...
Niestety ;P.

Zdaję sobie też sprawę, że pewne rzeczy już nie wrócą.
Szynszyl cudownie nie odżyje.
Mama nie pogłaska mnie po głowie i nie powie :"Nic się nie martw, ja to załatwię".
Nie będę już tylko studiować i tylko odpoczywać.
Chwytam życie w garść, ale w garść chwytam też dorosłość.
Nad głową jak neon świeci mi "WOLNOŚĆ!", ale jak mu się lepiej przyjrzeć, zaczyna trzaskać i strzelać, a potem gaśnie po to, żeby zaświecił się napis "ODPOWIEDZIALNOŚĆ".
I chociaż oglądając zdjęcia, czytając swoje stare wpisy albo po prostu - wspominając - mam gulę w gardle, to jednak wiem, że to minie.
I że to całkowicie normalne.
Bo przyzwyczaję się i do tego, że nie mam swojego łóżka w swoim pokoju.
I rodziców, którzy dadzą mi kasę...
Ale przeraża mnie też jeszcze jedno.
To, że mam dwadzieścia cztery lata to pikuś, bo w Air Maxach i bluzie z kapturem wyglądam na mniej niż 18, ale...
Kurczę.
Chyba to jest ten czas, kiedy myśli się o życiu poważniej.
Kiedy trzeba dokonywać wyborów.
Myśleć, zanim coś się zrobi.
Podejmować mądre decyzje.

O żeniaczce i rodzeniu dzieci nic nie mówię ;P.
Chociaż będę bardziej zadowolona, kiedy dostanę okres w terminie... ^^.

No.
W każdym razie - dziś po pracy, z której pobiegłam do drugiej pracy, postanowiłam nie lecieć na łeb na szyję na autobus.
Wróciłam na mieszkanie.
Zjadłam.
Ubrałam się w domowe ubrania.
Wzięłam ulubiony, nie domowy kubek.

I postanowiłam nie jechać dziś do domu.
Nie mam na to siły, nastroju, ochoty.
Wiem, że K. już tęskni i że chciałby się spotkać.
Wiem, że mama chciałaby pogadać.
Wiem, że siostra chciałaby się wyżalić.
Ale wiem też, że chcę odpocząć.
Sama.
W "swoim" mieszkaniu.
Po ciężkim dniu.
Ciężkim tygodniu.
Po pracy ;).
Napisać długi, refleksyjny wpis.
Wyciągnąć nogi na stole.
Poczytać książkę w łóżku.

I poczuć się jak swoja u siebie ;).
Bo bez szynszyla, mamy za ścianą, siostry, wpadającej z impetem do pokoju, plakatu kota na ścianie i tablicy korkowej też jestem u siebie...
Przecież w przedpokoju stoi sześć par butów ;P ;) ;) ;).


PS M., robisz się ostatnio strasznie sentymentalna ;P. Albo przestaniesz zanudzać czytelników albo oni przestaną Cię czytać ^^. Ale nie, nie. To tylko "ta" pogoda. Albo "ten" dzień cyklu. Wiadomo ;).







wtorek, 12 maja 2015

Best day ever ;]

Zawsze mam dziwnie ambiwalentne uczucia, kiedy po wyjątkowo refleksyjnym/smętnym/długim/nic nie wnoszącym poście, mam więcej wejść niż zwykle ;].
A mimo to dziś też napiszę luźny, banalny post.
O tym, co robiłam przez weekend i jak spędziłam ostatnie dni.
Czasem dopada mnie myśl, czy aby na pewno kogoś z Was interesuje, gdzie byłam, co robiłam i w jakim jestem nastroju, o ile oczywiście nie jesteście moją mamą lub chłopakiem ;].
Mimo to - ja tam lubię pisać o takich banałach, więc chyba piszę ten wstęp tylko po to, żebyście mogli przerwać czytanie, jeśli nie jesteście zainteresowani.
Zwłaszcza, że wpis jest długi, bo dość dawno nie zwierzałam się ze szczegółów swojego życia ;].

Co u mnie słychać?
Jestem jeszcze w miarę rozluźniona i wypoczęta po weekendzie.
Spędziłam go jak zwykle - bez szaleństw, ale i bez nudy. 
Pół soboty przesiedziałam w domu, przyglądając się jak siostra robi syrop z pędów sosny (znalazła się specjalistka od ziołolecznictwa i domowych mikstur ;D) i w kawiarni, gdzie piłam gorzką mrożoną kawę z przyjaciółką, z którą rozkminiałyśmy głównie tematy zdrowotne.
Wiecie - takie tam pogaduchy przy kawie i truskawkowym koktajlu dwóch dwudziestoparoletnich chorowitych koleżanek jako forma sprawdzianu, czy nasza znajomość przetrwa kolejne pół wieku, żebyśmy jako staruszki mogły wylądować przy tym samym stoliku i tym samym zestawie napoi i przedyskutować swój artretyzm, reumatyzm i sklerozę przy wtórze kłapania sztucznych szczęk ;].
Później skoczyłam na chwilę do cioci, jeszcze później przyjechał do mnie K.
Ostatecznie wylądowaliśmy na grillu u jego znajomych, z którymi dość mocno teraz trzyma, bo wkupił się w ich team nabywając motor, kask, kurtkę i buty do jazdy ;).
Żeby chytrze wymigać się od roli kierowcy, sączyłam jabłkowe piwo i liznęłam parę lizów śliwkowego Krupniku (w sprzedaży z pyszną śliwkową pomadką do ust ;P). Oczywiście nawet nie powąchałam karkówki, jedząc jabłko i banana i ostentacyjnie przepijając je truskawkowym smoothie ;].
Ani ja ani K. nie upiliśmy się szczególnie, więc dalej nie wiem, czy po % K. zyskuje jakieś wady i usterki fabryczne, niewidocznie na trzeźwo ;P. U mnie jest w sumie na odwrót - wszystkie wady ujawniają się na trzeźwo, natomiast po alkoholu jestem cicha, grzeczna, milcząca i spowolniona. Czyli łatwiejsza i mniej skomplikowana niż zwykle. No i mniej wredna, kiedy stworzenie błyskotliwej (łamane przez złośliwej) myśli zajmuje mi nieporównywalnie więcej czasu.

W niedzielę z kolei udało mi się poćwiczyć trochę z Mel B., próbowałam też ogarniać sześciany i matryce Ravena przed Multiselectem (mój humanistyczny umysł po pięciu latach humanistycznych studiów LEŻY, kiedy trzeba wykonać jakieś działania i obliczenia matematyczne...), pojechałam z tatem na zakupy i zagłosowałam w wyborach, biegnąc do gimnazjum wśród bombardujących kropli deszczu.
Dość motywujący był jednak fakt, że kiedy ja stawiałam krzyżyk przy nazwisku swojego kandydata (du**, nie przeszedł...), K. smażył w tym czasie naleśniki w mojej kuchni.
Wyobraźcie sobie taki obrazek - wracam do domu przemoknięta, z mokrymi pasmami włosów przyklejonymi do czoła, otrzepuję się z wody, strząsając z siebie milion zimnych kropli, wchodzę do kuchni, a tam na talerzu piętrzą się świeżutkie naleśniki, a mój luby szuka szpinaku i fety do zrobienia farszu. Dodatkowo w domu jest ciepło i cicho, słychać tylko szum lodówki i chrapanie mojego kundelka śpiącego w koszyku i wyciągającego w górę wszystkie cztery kończyny...
Mmm... ;]
Wiadomo, że można różnie wykreować sobie wizję chłopaka, czekającego, żeby rozgrzać dziewczynę po ulewie, jednak kiedy wracam do domu razem z pozostałymi członkami mojej rodziny - najbardziej cieszy mnie widok faceta dzierżącego patelnię i mówiącego, że zaraz zrobi mi obiad ;P.
Po szpinakowym obżarstwie zalęgliśmy na moim łóżku z pełnymi brzuchami i laptopem z włączonym filmem ("Więzień labiryntu", gdyby ktoś pytał). Potem K. zasnął, a ja dokańczałam film, który zaczęłam w Rzeszowie ("Zostań jeśli kochasz"). Następnie pakowałam się, budząc równocześnie półprzytomnego K., który przed odjazdem musiał jeszcze odrobić swoje bezczelne spanie, naprawiając mi łóżko (cóż poradzę, że lubię wykorzystywać ludzi ;D).
Spać poszłam wyjątkowo szybko, by wyjątkowo szybko zwlec się z niego przed piątą rano.
Jak zawsze wstając nad ranem, dokuczały mi mdłości, ale o dziwo - udało mi się zjeść dwie mikroskopijne kanapeczki z bagietki, co graniczyło z cudem, bo na ogół do dziesiątej nic mi nie wchodzi ;].
Kolejnym cudem było to, że nie spałam ani minuty przez całą drogę do Zaczernia. Możliwe, że jednak podświadomie coś tam się denerwowałam, bo zwykle potrafię zasnąć na odcinku 10 km... ;).
Multi jak to Multi. Ponad 300 zadań na komputerze, z których te dotyczące mnie i mojej osobowości trzaskałam strasznie szybko (intuicyjnie, zgodnie z pierwszą myślą), a na matematyczne brakowało mi czasu (mózg miałam zlasowany już po kilku zadaniach, wymagających liczenia ;D). Na refleks i zapamiętywanie szczegółów narzekać nie mogę, czego nie mogę powiedzieć o umiejętności uzupełniania tych nieszczęsnych sześcianów ;D.
Potem było pięć minut przerwy na ławeczce i rozmowa z panią psycholog. Wymaglowała mnie solidnie, wypytała, wydręczyła i wynaciągała za język.
Rodzice zawieźli mnie na mieszkanie i śmignęli do domku, a ja - ponieważ przepadło mi bawienie dziecka - śmignęłam do łóżka.
I to w pełnym ekwipunku - w dresach i bluzie.
W dodatku pod kołdrę i kocyk... ;D.
Spałam tak praktycznie do oporu, czyli do momentu, kiedy musiałam wstać, zjeść odgrzanego w mikrofali naleśnika (co tam, że miejscami gorący, miejscami letni - był pyszny) i lecieć do pracy.

A dziś cieszyłam się wolnością aż do za kwadrans druga.
Czas wykorzystałam doszczętnie, śpiąc do wpół do dziesiątej, jedząc leniwe śniadanie i idąc niespiesznym spacerkiem do biblioteki. Bilans tej wycieczki to jedna stara książka z metodologii, jedna masakrycznie obtarta (czyt. do krwi) stopa, jedna jasnopopielata torebka nabyta w secondhandzie, prezent dla K. z okazji 24 urodzin (mam młodszego od siebie chłopaka, dacie wiarę? ^^. Sto lat, Młodzieńcze !!! ;D ;D ;D), którego nie mogę tu zdradzić, bo nie będzie niespodzianki i brak bluzek z Małą Mi, których szukałam na rynku.
Potem oczywiście nie miałam zbyt wiele czasu, więc poza umyciem głowy i przygotowaniem sałatki na wynos nie zdążyłam zrobić NIC.

Na szczęście w pracy było cudownie.
Tzn. że zdarzały się same cuda ;P.
Oprócz tego, że po wejściu do zerówki nie mogłam okiełzać grupy i dopiero wzięcie tej hałaśliwej hałastry na plac zabaw zaowocowało spokojem, cały dzień obfitował w cudowne wydarzenia.
Dzieciarnia hasała po drabinkach, szalała na karuzelach, skakała na trampolinach i biegała po placu zabaw, wnosząc w górę tumany kurzu i sypiąc się piaskiem po włosach, a ja wraz z główną nauczycielką zerówki i praktykantką kontemplowałyśmy chwilę relaksu siedząc w półcieniu i mając oko na tę rozbrykaną gromadkę.
Cudem oczywiście było to, że nikt nie nabił sobie guza, nie rozbił kolana i nie spadł ze zjeżdżalni.
Kolejnym cudem był fakt, iż udało mi się zjeść małą miseczkę z barszczem (jeden ciepły posiłek - zaliczony), a także to, że choć nalewałam i rozdawałam zupę, nie oblałam się ani jedną czerwoną kroplą ;].
O trzeciej przytulaśne i słodziaśne maluszki zrekompensowały mi rozwrzeszczane i krnąbrne sześciolatki.
Choć uważanie, by ich zawsze lepkie/mokre/brudne łapki nie zetknęły się z moją bluzką, która pechowo była śnieżnobiała z morelowym nadrukiem i napisem "Best day ever" nie było łatwe, to udało mi się nawet uniknąć plam z barszczu, herbaty i dzięki Ci Panie - farbek plakatowych.
A potem była stara szara codzienność, czyli jak zawsze wszystko na raz.
Dawanie kleju, nożyczek, taśmy i innych cudów, które dzieciaki wymyślają.
Zbieranie podpisów od rodziców, czyli łapanie śpieszących się rodzicieli, tłumaczenie im na co i po co potrzebujemy ich autografów (zgoda na wycieczkę).
Prowadzenie jednego kilkuletniego delikwenta do łazienki, by po trzech minutach inne dziecko (pytane wcześniej czy nie chce siusiu) łapało się za portki i prosiło o "toilet".
Udzielanie rodzicom informacji o Dniu Rodziców, przypominanie o zabraniu wierszyków do nauki, mówieniu o zrobieniu bądź nie zrobieniu przez dziecko kupy i inne takie...
Później było już tylko z górki, bo wystarczyło pilnować, żeby dzieci nie pozabijały się przy użyciu drewnianych łyżek, plastikowych kręgli i tekturowych książeczek, wyjaśnianie zawiłych problemów przedszkolaków ("Ja go ugryzłem, bo on mnie wczoraj uszczypnął") i sprawianie, by ogólnie były lepsze, grzeczniejsze, mądrzejsze, bardziej empatyczne i czyściejsze niż kiedy rodzice przyprowadzali je do przedszkola przed siódmą rano...
No i jeszcze pilnowanie, żeby dzieci przebrały się z kimon (karate) w normalne ubrania (czyt. koszulki z nadrukami My Little Pony, Anną, Elsą, tudzież obiema).
I jedzenie sałatki greckiej, w tak zwanym międzyczasie ;]. Wprawdzie trochę to trwa, kiedy trzeba się co chwilę odrywać, tłumaczyć coś dzieciom albo uśmiechać się wyrozumiale do rodziców (i uważać przy tym, żeby nie zobaczyli fragmentów koperku na zębach), ale jest wykonalne.
Zwłaszcza, kiedy pracuje się do 18.00 ;).


Tak więc teraz, zdjąwszy z siebie bialutką niepoplamioną koszulkę z wymownym napisem "Best day ever" i przyodziawszy na siebie krótkie "ćwiczeniowe" szorty w ulubionym różowym kolorze, zasiadam przy stole, zajadam podwieczorek i chilloutuję się słuchając Eda Sheerana i pisząc.
Bo nawet jeśli dzień jest do bólu zwyczajny i zalatany, to jednak jest całkiem miły.
Może i nie dowiedziałam się, że wygrałam milion złotych... Albo co tam złotych - dolarów albo funtów (lepiej stoją), nic mi nie wiadomo na temat zekranizowania mojej książki, nie otrzymałam Nagrody Idealnej Blogerki (coś czuję, że nie spełniłabym połowy kryteriów, z zawiłymi tytułami i długaśną treścią na czele...), dziany tatuś nie kupił mi samochodu, a mama co najwyżej obiecała, że jutro wypożyczy dla mnie książkę w bibliotece pedagogicznej...
Do tego chłopak, korzystając z pogody pojechał na motor.
Siostra wczoraj zrypała mnie, że zawracam jej głowę telefonem, więc póki co nie będę do niej dzwonić.
Współlokatorka gdzieś wyszła.
Do mamy już dzwoniłam, a że nie muszę już co chwilę dopytywać, jak miewa się Borysek, bo Borysek nie żyje, nie będę się jej naprzykrzać.
Do nikogo innego też nie mam ochoty dzwonić, bo w sumie to mam gardło zdarte od gadania i dawania reprymend dzieciom.
Jestem trochę zmęczona, trochę obolała i bardzo senna.
A jutro od rana mam zajęcia, seminarium dyplomowe, na które nie mam nic nowego i świadomość, że po zajęciach znów wpadnę do domu, zjem coś albo i nie i ponownie polecę do pracy.
Oczekiwać kolejnych cudów.
I spędzać kolejny best day ever ;].
Tak więc życzę wszystkim równie udanych, zwyczajnych dni jak moje ;). Spokojnych, udanych, pracowitych, ale i satysfakcjonująco szczęśliwych! ;].

PS Nadmienię tylko, że w trakcie pisania zdążyłam jeszcze pogadać przez telefon z K., przebrać szorty na długie czarne dresy, a cienkie stopki na ciepłe skarpetki i wypić dwie herbaty z grubaśnymi plastrami cytryny ;). Jest mi więc błogo, ciepło i przyjemnie i żadne problemy i zła tego świata są mi nie straszne ;].

http://likely.pl/zdjecie/815968/dziewczyna-w-trampkach