środa, 30 września 2015

Wieczory i poranki ;)

Kiedy postanowiłam, że zostaję na ten rok w domu, wiedziałam, że będę miała swój pokój tylko na wyłączność.
Jak zaczęłam remont, wiedziałam, że urządzę sobie pokój w typowo babski sposób. Z białymi meblami, poduszkami i pastelowymi koszyczkami.
Wiedziałam, że będę mieć regał "schodki" i okrągły fotel z wielką poduchą.
Wiedziałam, że będę mogła spotykać się ze znajomymi, że będę biegać z psem po "swojej" alei.
Że będę mogła jeść, co będę chciała, bo będę miała czas na gotowanie i Thermomix pod ręką.
Że przez swoje miasto nie będę przelatywać, tylko spokojnie spacerować.
Że nie będę wszystkiego robić w biegu, bo zwolnię trochę tempa.
Wszystko to wiedziałam.
Ale nie wiedziałam, że:
...będę się budzić w dobrym humorze niezależnie od pory i pogody,
...co rano będę budzona przez łaszącą się do mojej twarzy kotkę,
...zaraz za nią do łóżka będzie mi wskakiwał pies,
...będziemy się razem kotłować po łóżku, aż kot zeskoczy, a pies z niego spadnie,
...będę chodzić co rano po maliny do płatków, a kot będzie mi się wałęsał między nogami,
...śniadanie będę jeść w asyście próbującego mi wleźć do miski kota,
...nie będę gorączkowo patrzeć za zegarek, bo przeważnie będę mieć do pracy na dziesiątą lub później,
...nawet jak będę zaczynać na drugą zmianę, przed czwartą będę już w domu,
...będę przygotowywać się do pracy z kotem na kolanach i herbatą w ulubionym kubku na wielkim wygodnym łóżku,
...wieczorami będę słuchać muzyki i pisać, nie licząc słów, a strony,
... będę układać książki na półce, mając czas na segregowanie ich pod względem gatunku, wielkości i koloru okładki,
...będę mieć czas na herbatki, kawki i znajomych,
...będę siedzieć spokojnie na tyłku, nie latając i nie szukając sobie miliona rzeczy do zrobienia,
...będę spokojnie czytać książki w fotelu z wielką poduchą, wciągnięta przez fotel, otulona przez koc,
...będzie mi tak błogo, miło i przyjemnie, choć nie będzie się działo nic wielkiego,
... będę kłaść się spać w dużym łóżku pełnym poduch i poduszek,
... będę zasypiać usypiana głębokim sennym mruczeniem kota,
... będę się budzić w nocy, widząc znajome kontury mebli i znajdując kota co raz to w innym miejscu łóżka,
... będę tak zadowolona co rano i co wieczór, na pozór z braku powodów do radości.

Wieczory i poranki.
Niby nic, ale jakie to przyjemne nic ;).

http://lovesmile11.bloog.pl/kat,0,page,2,wyniki,1,index.html




niedziela, 20 września 2015

Kocie ;)

Nie będę się wysilać, tylko sypnę Wam garść fotek ;P.
Lojalnie ostrzegam - same kocie ;).

No, co tam?

Dziś na śniadanie mięsista łydka na surowo... Trzy, dwa, jeden...

 A to co za czułości? Weź spadaj z tym mokrym nosem!

A ta znowu tylko szpanuje czerwonym długopisem i przewodnikiem dla nauczycieli...

Pobawisz się troszkę?
Nie to nie. Za karę zjem Ci trochę książki i ciekawe, z czego będziesz dzieci uczyć...


Wstawaj! Głodna jestem!


Ej Ty, Futrzasty! Nie spoufalaj się tak!

Znowu się uczymy...? Nuuuda!



Co dzisiaj oglądamy?

Miejscówka numer  1 - między naczyniami

Miejscówka numer 2. Przystawka z kota.

Gdzie z tymi wielkimi łapami?!
Co masz, co masz?

Robię wielkie maślane oczka i mówię: "Miau".

Daj trochę!
Przecież widzę, że to miska dla kota, dawaj to mleko, ale już. Mi tam nie przeszkadza, że sojowe...


Co by jej tu wcisnąć? F4? Eee, stary numer. Obczaiła, że wyłączyłam jej touchpada...



Ale o co chodzi...?

Jak o nic to idę spać...

Znoooowu zdjęcie...?

Tu nie znajdą mnie żadni paparazzi. A Ty Little Miss Naughty nie szczerz się, tylko pilnuj tyłów!

Że co, że niby ja?!
Ja jestem wzorem cnót i oazą spokoju...


No wrzucaj te zdjęcia i chodź pod lodówkę. Tylko nie rób sobie jaj z szynką sojową. Rzuć mięsem, czasem nawet nauczycielce wolno ;)

sobota, 19 września 2015

Do tańca i do różańca... ;)

Dwa wpisy tchnące przemyśleniami - ten dla równowagi musi być lajtowy.
Będzie więc o moich nocnych ekscesach i weekendowych szaleństwach.
Zapowiada się ciekawie?
No, a jakże ;P.

Zaczęło się od piątkowego wieczoru.
Najpierw był seans pisaniowy.
Potem bieganie z psem.
Następnie moja kotka, którą wcześniej popieścił kabel od podłączonego do prądu laptopa (czyt. wyrzuty sumienia i nakarmienie kota szynką w ramach zadośćuczynienia), położyła się u mnie w nogach i zasnęła jak kamień.
Później był orzeźwiający prysznic.
I kubek z herbatką na "zdrowy, spokojny sen".
Byłam więc usatysfakcjonowana i świeża po kąpieli, była masa poduszek, był mruczący kot i wygodne łóżko.
A potem akcja pt. "M. robi rozpierduchę..."
Czyli jak zwykle - obudziłam się nie w swoim łóżku.
Tzn. nie że obudziłam się w czyimś.
Obudziłam się na podłodze.
Z wylaną herbatą i stłuczoną ręką ;P.
Trochę zdezorientowana, trochę obolała.
I trochę nietomna, jak to o 2 nad ranem.
Zamknęłam okno, przesunęłam kota, walnęłam się spać.

Rano w ustach miałam watę, a ręka bolała jak fix.
I wciąż nie wiedziałam do końca, co do cholery robiłam w nocy.
Po drobnych zakupach i drobnych porządkach, a także po ochach, achach i sykach, kiedy dotknęłam środkowego palca prawej, piśmiennej o zgrozo ręki, postanowiłam - jadę do szpitala.
Może i nic się nie stało, ale może być i tak, że złamałam palca jak dziesięć lat temu, potykając się na prostej drodze ;P.
Ogólnie w mojej rodzinie kobiety mają kości miękkie jak plastelina, a ja sama ze swoimi wegańskimi fanaberiami też wapniem zapewne nie grzeszę...
A może jednak grzeszę, bo palec choć stłuczony, to cały i zdrowy.
Nie będę go Wam prezentować, bo jakże to tak pani nauczycielka ze środkowym palcem na blogu... ;).
Potwierdza się więc tylko moja teoria, że jestem do tańca i do różańca, ale do łóżka to już tylko dla odważnych... ;)

Pozdrawiam! ;)


http://whishey_woda.pinger.pl/

niedziela, 13 września 2015

Słodko, gorzko, czekoladowo ;)

Siedzę, piję herbatę, patrzę na śpiącą Kiarę.
Przebieram palcami u stóp, żuję miętową gumę, stukam w klawiaturę.
Słucham bzyczenia muchy i zastanawiam się, jakim cudem wleciała do mojego pokoju przez moskitierę.
Oglądam plamę na ścianie, której nie pokryły trzy warstwy szarej farby i patrzę na zapakowany w folię fotel, na którym chwilowo zrobiłam składowisko pościeli, poduszek i piżam.
Nie próbuję po raz setny zmyć plamy, nie składam piżam, nie przekładam ciuchów z miejsca na miejsce.
Nie łapię muchy, nie szukam packi, żeby niewegetariańsko pozbawić jej życia.
Ogólnie to nic nie robię.
I wpis też będzie o niczym ;P.

Nigdzie dziś nie byłam, nic nie robiłam.
Chyba, że liczy się dwugodzinny spacer z Toś (umilany przez pogaduchy z przyjaciółką) i gotowanie makaronu ze szpinakiem i pieczarkami.
Nic nie widziałam, nic nie słyszałam.
Chyba, że dawno niewiedzianego eks - sąsiada podczas wczorajszego wypadu na herbatkę ze znajomą.
Nic się nie wydarzyło, nic nie zmieniło.
Chyba, że za wydarzenie weekendu uznam dzisiejszą nagłą wenę twórczą, powodującą ból tyłka od siedzenia i ścierpnięty kark.
Nic ciekawego dziś nie powiedziałam, z nikim się nie pokłóciłam.
Nawet z tatem ;].
Nie zrobiłam nic szalonego ani ryzykownego.
Chyba, że policzę wszystkie siniaki po hula hopie na biodrach albo zjem jeszcze jedną kostkę gorzkiej czekolady od Wedla, a to już będzie całkowite szaleństwo ;P.
Nic nie zrobiłam w pokoju, bo co mam robić, skoro i tak jest w nim poremontowy bałagan i wywołany brakiem szafy nieład?
Nic nie zaplanowałam na niedzielę, bo nic nie miałam ochoty robić.
A teraz dodatkowo nic nie napiszę, bo pies ciągnie mnie na spacer.
Krótka piłka.
Wpis o niczym ;P.
Z nikim i niczym w roli głównej.
Z żadną nowością.
Żadnym newsem.
Żadną sensacją.
Wpis z byle jak zaścielonego łóżka, którego nie chciało mi się złożyć w elegancką sofę, pisany z padającego laptopa, którego nie chce mi się podłączyć do prądu, umilany przez mruczącego głośno przez sen kota, któremu też nic się nie chce... ;)
Wspaniałe słodkie nieróbstwo pod znakiem wibracji pochodzących z ciepłego futrzastego ciałka, cytrynowego Liptona i gorzkiej czekolady.
Życzę Wam równie słodkiej niedzieli i leniwego poniedziałku na miły początek tygodnia ;)
No i pozdrawiam z doskonałym humorem, kolorową waleczną kotka i posmakiem czekolady ;]







piątek, 11 września 2015

Czwarta

Co można robić o czwartej nad ranem?
Jeśli o pierwszej nie wybudzi nas ból gardła, który nie pozwoli zmrużyć oka, można spać.
A jeśli wybudzi, można kolejno:
- usilnie (i bezskutecznie) próbować się samodzielnie utulić do snu za pomocą siły woli,
- psioczyć w duchu na kotkę, która poszła spać do mojej siostry, chociaż to ja sprzątałam jej kuwetę, ratowałam przed kotem sąsiada, skacząc przez płot i pozwalałam kokosić się po mojej głowie podczas pierwszych nocy spędzonych w naszym domu,
- próbować zainstalować po ciemku LEDowe lampki,
- rozmawiać na fb ze znajomym z Florydy,
- słuchać w kółko"Czarnego bluesa o czwartej nad ranem",
- pisać bestseller, który bestsellerem jest tylko o czwartej nad ranem ;),
- myśleć,
- powstrzymywać się od myślenia, bo myśli o czwartej nad ranem nie należą do zbyt lekkich, mądrych ani przyjemnych,
- szukać przepisu na wegańskie naleśniki w necie,
- czuć ssanie w żołądku na myśl o jedzeniu,
- i ból migdałków...


Problem w czwartej nad ranem nie polega tylko na tym, że jest w zasadzie noc i że normalni ludzie o tej porze śpią.
I nie w tym, że boli gardło.
Problem polega na tym, że jest czwarta nad ranem i wszystko podpowiada, żeby zacząć smęcić, rozmyślać i wspominać.
A to błąd.
Tego nie robi się ani o czwartej ani w ogóle.
Dlatego zamiast wpadać w pułapkę czwartej nad ranem, piszę wpis, a że robię go po ciemku i na czuja, trwa to nieskończenie długo, więc dzięki temu ładnie i zgrabnie przechodzę na godzinę piątą, oddychając z ulgą, wyłączając "Czarnego bluesa" i układając się do snu.

Pozdrawiam Bezsenników i tych, którzy "lubią" obudzić się o czwartej nad ranem bez na pozór konkretnego powodu.
No i tych normalnych, przewracających się o tej porze na drugi bok też... ;].

http://swag333.pinger.pl/p/2


czwartek, 10 września 2015

Ciepło, zimno, jesiennie ;]

Długie spodnie.
Ciepłe bluzy.
Grube pantofle.
Kocyki.
Spanie w skarpetkach.
W piżamie.
Pod kołdrą.
I kocem!!! ;]

Jesień.
Dla mnie już nieodwołalnie.
Czasem zapędzę się jeszcze i ubiorę balerinki, ale wtedy zaczynam szczękać zębami i od razu obiecuję sobie chodzić w ciepłych skarpetkach i botkach ;P.
Zwłaszcza, kiedy w mieście nie ma wody i nie ma gdzie szybko wdepnąć do jakiegoś znajomego sklepu do łazienki, a zimne stopy od razu aktywują przycisk: pęcherz ;).
Poza tym w domu jeszcze chętniej wskakuję w dresy i otulam się polarowym kocykiem, pijąc gorącą herbatę z cytryną.
Moje przesilone od wielokrotnego powtarzania i mówienia gardło aż się prosi, żeby je czymś przepłukać ;P.

Z powodu chłodnych i ponurych dni jeszcze bardziej nie mogę się więc doczekać, jak pokój będzie gotowy.
W trakcie remontu zmieniłam nieco koncepcję i z zimnego, miętowo szarego pokoju postanowiłam zrobić jasny, ciepły i przytulny pokoik.
Ze świecącymi kulkami, brązami, beżami i kremami. Tzn. póki co zapakowanymi w folię i papier ;P. Odfoliuję je, jak umebluję pokój.
A miętowe ściany są miętowe tylko w chłodne dni.
Do słonka i światła zieleniejąąą, aż miło... ;].
Trochę szkoda, trochę nie.
Przynajmniej łatwiej jest zaaranżować w pokoju cieplejsze dodatki.

Z nowości - kupiłam sobie fotel.
Rattanowy w kształcie satelity, z wieeeelką kremową poduchą.
W sam raz do siedzenia i czytania.
Albo pisania.
Albo na legowisko dla Kiary ;)
Ciuchy dalej składam i przekładam z miejsca na miejsce, bo wciąż czekam na szafę.
Większość dalej jest zaworkowana, ale mam już kilka porządnych kupek z podziałem na oficjalne i domowe.
O dziwo okazało się, że mam całkiem sporo wyjściowych ubrań.
Wreszcie znów zaczęłam nosić legginsy (zeszłego roku miałam boom na Calzedonię i nabyłam kilka par legginsów, które później leżały, bo się dresowałam...), ładne bluzki i czerwony płaszczyk ;]
Co wieczór szykuję sobie ubrania do pracy i co rano je prasuje, więc jest obrót o 180 stopni, bo wcześniej do żelazka miałam zdecydowanie nie po drodze ;].
Nie po drodze mam też teraz do czytania.
Chyba, że do tego, co sama napiszę ;).
Jakoś czytanie nie mieści się obecnie w rubryczce "ulubione".
Zdecydowanie chętniej, więcej i częściej piszę.
Poza tym wszyscy ostatnio przyznają mi się do czytania bloga (;D) i sporo osób twierdzi, że schudłam.
W tej kwestii zgadza się jeszcze moja (przerażona oczywiście ;P) mama, lustro, gacie spadające z tyłka i waga.
Dziwi mnie tylko jedno.
Jakim cudem lecę z wagi, skoro nie ćwiczę? ;)
Odkąd wróciłam do domu początkiem sierpnia, poćwiczyłam parę razy z Mel B. i zakręciłam parę razy hula hopem, jak usłyszałam Enrique na Spotify.
Potem były leki, ból pleców, brak czasu i remont.
Nie przemęczam się więc i póki co daję sobie fory.
Kondycję mam mimo to całkiem całkiem.
Ostatnio mama ochrzciła mnie "siłaczką", bo wygrywałam z nią w pojedynku na siłowanie się rękoma, choć mam wątlejsze ręce i ciało ;).
No a dzisiejsza misja ratunkowa kota, kiedy w biegu zakładałam botki, wspinałam się w nich na drabinę i skakałam z dachu (ratując Kiarę przed dużym rudym kotem), a potem przekładanie drabiny przez daszek też nie świadczyły o braku witalności ;P.
Jedynie co się zgadza, to fakt, że nie za bardzo wchodzi mi jedzenie.
Rano najchętniej jem trochę płatków na spółkę z Kiarą i Pedrem, serwując je sobie na niskotłuszczowym mleku sojowym.
Potem długo, długo nic (zwłaszcza w pracy, w pracy nie jem), a jak już zaczyna mnie ssać z głodu, jadę na obiad.
Obiady jem okrojone, choć podwójne.
Znaczy się - jem tyle co kotek * (nie Kiara, ona wpierdziela na okrągło...), a potem jem drugi obiad w postaci ziemniaków albo makaronu z resztą rodzinki.
I zaczęłam jeść wieczorem.
Tak ogólnie to nawet to, co zawsze wsuwałam bez ograniczeń, jak owoce, musy i smoothiaki przestały mi smakować.
Choć jak na "nicjedzącą" wydaję stanowczo za dużo na jedzenie ;P.


No.
A właśnie dziś się pochwaliłam że piszę krótsze wpisy... :D.
Ekhm... ;)
Pozdrawiam ze swojej pisarskiej pościeli, miękkich brązowych poduszek i jasnego pokoju nie mogącego się już doczekać, żeby zalśnić blaskiem nowych mebli i LEDowych kulek ;]



http://www.pinger.pl/szukaj/po_tagu/p/4/?t=nude



środa, 9 września 2015

Misja - kulki ;]

Oby więcej takich lekkich dni w pracy ;P.
Zaczęłam za kwadrans ósma, po dziesiątej byłam już po.
Koło jedenastej miałam już za sobą przemarznięcie do sfioletowienia ust, ogrzanie się herbatą u mamy w pracy, wybranie kasy z bankomatu i wpłacenie zaliczki na meble.
Jagodziankę i grahamkę z czarnuszką później, ocierałam brodę i szykowałam się do wyjazdu.
Na włóczęgę.
Tak jak to lubię ;]
Bo od czasu do czasu lubię urządzać sobie takie samotne wyjazdy "po coś".
Najczęściej po głupotę.
Bo nie jest ważne, po co jadę.
Ważna jest sama oprawa ;)
Droga, delektowanie się jazdą, otwarte szyby bez niczyjego marudzenia: "Zimnooo", "Przeeeeciąg".
Słuchanie muzyki.
Oddanie się rozmyślaniom.
Brak świadków, jak za późno zredukuję bieg albo jak mało zgrabnie zaparkuję autko... ;)
No i misja.
Czyli: stosik książek z biblioteki, wycofany z obiegu szampon, tysięczna szara bluzka czy coś tam innego.

Dziś wymyśliłam sobie akcję "Kulki".
Od rana chciałam upolować kolorowe kulki LED z Biedronki.
W moim mieście już ich nie było.
Pojechałam więc do Sanoka.
Z otwartymi szybami, muzyką i pustym siedzeniem pasażera ;].
Najpierw zaliczyłam Kaufland, gdzie zapełniłam wózek smoothiakami, nektarynkami, sokiem marchewkowym, orzeźwiającym żelem pod prysznic w ekonomicznej butelce i zdrowymi płatkami o wyglądzie paszy dla gryzonia ;).
Potem biblioteka i szukanie nieszczęsnych kulek, koniecznie beżowo - brązowych.
Pierwsza Biedronka - światła, szukanie miejsca na parkingu, buszowanie w koszach w poszukiwaniu kulek, pytanie ekspedientki, wyjście z pustymi rękoma.
Druga Biedronka - światła, szukanie miejsca na parkingu, znalezienie kulek, ale tylko białych, pytanie ekspedientki, wyjście z pustymi rękoma.
Trzecia Biedronka - bonusowo zostałam obtrąbiona przez niecierpliwego kierowcę, któremu chyba wydawało się, że powinnam wryć się na drogę zamiast cierpliwie czekać aż skończy się sznur jadących samochodów.
Czwarta Biedronka też świeciła pustkami w zakresie LEDowych kul. Poza tym bez zmian. O, jeszcze tylko jakiś młody tatuś z dzieckiem zmierzył mnie z góry na dół, tzn od pasa w dół bo morelowa bluza w sowę jest przecież mniej interesująca niż czarne legginsy...

Trzy godziny później wracałam do domu.
W korkach.
Z rozwaloną fryzurą.
Pustym żołądkiem.
Pełnym pęcherzem.
I pudełkiem z kulkami LED.
Białymi, bo białymi, ale kulkami ;).

PS Wieczorem zadzwoniła do mnie przyjaciółka mówiąc, że stoi w leskiej Biedronce z beżowo brązowymi kulkami w rękach i spytała czy dalej je chcę... ;). Chyba nie muszę mówić, co powiedziałam? ;]




http://charlizemystery.com/2013/04/design-cotton-ball-lights-with-9design/



poniedziałek, 7 września 2015

Mrucząco ;)

Jest uparta.
Waleczna.
Czasem agresywna ;).
Lubi rządzić.
Praktycznie wszystkimi.
Ceni sobie niezależność.
I zawsze robi to, co chce.
Nikt nie może jej nic dyktować.
Lubi robić to, czego robić nie powinna.
Uwielbia się przytulać, ale tylko wtedy kiedy ma na to ochotę.
Natrętnie upomina się o pieszczoty w nocy.
Drażni ją nadmierna czułość i namolnie całusy.
Co też jawnie okazuje.
Kiedy ma fazę, biega po oparciu sofy w salonie.
Jest tak samo niedobra, jak i ładna.
Jak coś jej się nie podoba, szybko daje upust swojej złości lub frustracji.
Chadza własnymi ścieżkami.
Bywa szalona, bywa stonowana.
Mrozi bystrym spojrzeniem rzucanym z ukosa.
Rozczula słodkimi minkami i przekrzywianiem łebka.
Rzadko miauczy, na ogół bezgłośnie.
Tak samo chętnie się bawi, jak i śpi.
Śpi w nietypowych miejscach i jeszcze bardziej nietypowych pozycjach. Na ogół poskręcana, pozwijana jak precelek.
Jest rozpieszczona i czasem zaczyna "księżniczkować".
Ma charakterek.
Jest ciekawska.
Uwielbia się wspinać, biegać, skakać, drapać i być drapana.
Dużo rzeczy uchodzi jej płazem.
Nie można jej zarzucić braku wdzięku.
Jest temperamentna.
Zaczepia i prowokuje do bójki.
Kiedy coś jej się nie podoba, daje to jasno do zrozumienia.
Umie się przypodobać i podlizać.
Prosić i strzelać oczkami też umie ;).
Jest nieustępliwa.
Lubi się droczyć.
Potrafi walczyć o swoje.
Mruczy przez sen.



Patrzę na nią i nie mogę powstrzymać się przed pogłaskaniem jej.
Patrzę na nią i w 100% zgadzam się ze stwierdzeniem, że dom bez kota to tylko mieszkanie.
Patrzę na nią i widzę siebie ;)
Jest z niej takie samo ditko jak i ze mnie z tym swoim buntem, uporem i grzeczną niegrzecznością.
Biorą ją do siebie do łóżka i pozwalam kokosić się po swojej głowie.
A potem razem sobie mruczymy do poduszki ;).