...

...
M.

środa, 30 września 2015

Wieczory i poranki ;)

Kiedy postanowiłam, że zostaję na ten rok w domu, wiedziałam, że będę miała swój pokój tylko na wyłączność.
Jak zaczęłam remont, wiedziałam, że urządzę sobie pokój w typowo babski sposób. Z białymi meblami, poduszkami i pastelowymi koszyczkami.
Wiedziałam, że będę mieć regał "schodki" i okrągły fotel z wielką poduchą.
Wiedziałam, że będę mogła spotykać się ze znajomymi, że będę biegać z psem po "swojej" alei.
Że będę mogła jeść, co będę chciała, bo będę miała czas na gotowanie i Thermomix pod ręką.
Że przez swoje miasto nie będę przelatywać, tylko spokojnie spacerować.
Że nie będę wszystkiego robić w biegu, bo zwolnię trochę tempa.
Wszystko to wiedziałam.
Ale nie wiedziałam, że:
...będę się budzić w dobrym humorze niezależnie od pory i pogody,
...co rano będę budzona przez łaszącą się do mojej twarzy kotkę,
...zaraz za nią do łóżka będzie mi wskakiwał pies,
...będziemy się razem kotłować po łóżku, aż kot zeskoczy, a pies z niego spadnie,
...będę chodzić co rano po maliny do płatków, a kot będzie mi się wałęsał między nogami,
...śniadanie będę jeść w asyście próbującego mi wleźć do miski kota,
...nie będę gorączkowo patrzeć za zegarek, bo przeważnie będę mieć do pracy na dziesiątą lub później,
...nawet jak będę zaczynać na drugą zmianę, przed czwartą będę już w domu,
...będę przygotowywać się do pracy z kotem na kolanach i herbatą w ulubionym kubku na wielkim wygodnym łóżku,
...wieczorami będę słuchać muzyki i pisać, nie licząc słów, a strony,
... będę układać książki na półce, mając czas na segregowanie ich pod względem gatunku, wielkości i koloru okładki,
...będę mieć czas na herbatki, kawki i znajomych,
...będę siedzieć spokojnie na tyłku, nie latając i nie szukając sobie miliona rzeczy do zrobienia,
...będę spokojnie czytać książki w fotelu z wielką poduchą, wciągnięta przez fotel, otulona przez koc,
...będzie mi tak błogo, miło i przyjemnie, choć nie będzie się działo nic wielkiego,
... będę kłaść się spać w dużym łóżku pełnym poduch i poduszek,
... będę zasypiać usypiana głębokim sennym mruczeniem kota,
... będę się budzić w nocy, widząc znajome kontury mebli i znajdując kota co raz to w innym miejscu łóżka,
... będę tak zadowolona co rano i co wieczór, na pozór z braku powodów do radości.

Wieczory i poranki.
Niby nic, ale jakie to przyjemne nic ;).

http://lovesmile11.bloog.pl/kat,0,page,2,wyniki,1,index.html




wtorek, 29 września 2015

Koszmarny ;)

Był szalony, był Świra, był zły i był dobry.
A wczoraj był koszmarny ;).
Dzień, rzecz jasna.
Nie bez powodu całą chłodną niedzielę przeparadowałam w niebieskiej bluzie "Delete Mondays" ;).
Szczególnie kiedy w niedzielne popołudnie uzupełniałam 17 arkuszy ocen, zamiast wgłębiać się w "Gwiazd naszych winę", którą radośnie zaczęłam i nie wiem, kiedy skończę ;]


Co więc takiego koszmarnego wydarzyło się wczorajszego poniedziałkowego dnia?
W sumie...
Nic takiego.
Nie zaatakował mnie wielki pająk, nikt mi nie nabił guza (sama też sobie nic nie nabiłam), nie przytyłam (:D), nie wpadłam po autobus, z nikim się nie pokłóciłam.
Miałam za to młyn.
Młyn, dosłowny młyn.

Przygotowywanie się do zajęć.
Kserowanie materiałów na zajęcia wyrównawcze.
Robienie u fotografa zdjęcia ze spuchniętymi oczami (spojówki? tusz? laleczka voodoo?).
Spotkanie z opiekunką stażu.
Praca.
Dyżur na korytarzu.
Odbieranie i rozdawanie dzieciom "Domowniczków".
Przypominanie dzieciom, żeby przyniosły kasę za książki.
Zamawianie sałatki na obiad, żeby zjeść coś treściwego (:D).
Spotkanie z rodzicami w sprawie pasowania na ucznia.
Szybkie zakupy, żeby mieć coś zielonego do zjedzenia.
Korki z nowym uczniem.
Szukanie tokena do banku w poremontowym pokoju.
Szukanie peseli, dat urodzenia, telefonów członków mojej cudownej rodzinki.
Potwierdzanie uczestnictwa na weekendowym kursie i zgłoszenie faktu swojej bezmięsności ;P.
I nieszczęsna papierologia.
Papierki przewalały się wszędzie.
No a gwoździem programu był papierkowy pech.
Machnęłam się w ważnej ankiecie, mama zapomniała mi wydrukować nową wersję, koleżanka nie miała tuszu w drukarce, kolega nie miał przy sobie telefonu, kiedy dzwoniłam po ratunek...
Musiałam pisać konspekt i przygotowywać się do wtorkowego prowadzenia zajęć, na których miał być dyrektor i opiekunka stażu, a ja biegałam i szukałam kogoś z drukarką.
Kolega choć ochoczo mi druknął co potrzebowałam, to niestety nieświadomie wybrał inną wersję. Papiery od uczynnej koleżanki (;**) wyszły jak z młyna (w sensie - białe...), do znajomego gnałam koło dziesiątej w nocy i ostatecznie targana wyrzutami sumienia huśtałam na kolanach jego najmłodszą pociechę, kiedy drukarka mozolnie wypluwała trzynaście moich kartek...
Do jedenastej uzupełniałam, co miałam uzupełniać.
Potem luknęłam na swój konspekt.
Następnie poczytałam fragment: "Plastusiowego", co by wiedzieć, jakie mam zadać pytania dzieciom, kiedy dyrektor będzie słuchał każdego mojego słowa.
A na koniec padłam w pościel, kręciłam się w niej do pierwszej, obudziłam po piątej, a koło szóstej przyszła do mnie sfochana siostra, obrażona na cały świat, a zwłaszcza na kota, który nasikał jej do łóżka ;P.
Z tego wszystkiego spałyśmy słodko pod jedną kołdrą, tuląc się do siebie z zimna, następnie przegoniłam kotkę, która namiętnie wbijała pazurki w moją NOWĄ, niespełna miesięczną kanapę, zostawiając na niej ślady swoich przebrzydłych pazurków, a potem musiałam opuścić swoje rozkosznie rozgrzane ciepłem mojej podręcznikowo 36,6stopniowej siostry, wstać, gnać drukować konspekt i biec na dyżur, lekcję i lekcję, na której miałam gości.
Wyżej wspomnianego dyrektora i opiekunkę stażu.
No a po hospitacji (zakończona sukcesem, choć nikt mi uśmieszku do dziennika nie wpisał ;P) pobiegłam coś druknąć (...), chrupnęłam zbożowego batonika bez cukru, przepiłam sokiem i pognałam z rodzicami na Rzeszów.
Po drodze odbierałam niepokojące (papierologia!) telefony, burzące mój spokój i chwilowy brak problemów, na miejscu latałam po biurowych pokojach i strzelałam raz po raz kulturalnym uśmieszkiem pt. "Nie wiem jak się nazywam, a mam załatwić coś ważnego".
Z całego tego misz - maszu nabawiłam się mdłości, które zwalczyły upolowane na szmatach ciepłe jesienne sukienki (czarna, szara), botki (szare szmaciaki), Intimissinowe szorty, które uwielbiam za swą zwyczajność, naleśniki ze szpinakiem i truskawkowe smoothie z imbirem ;)
W aucie wykonałam sześć telefonów do znajomych, zdając im obiecane relacje, co, jak etc.
Po Rzeszowie wpadłam do domu, rzuciłam zakupy do pokoju, przeprowadziłam lekcję angielskiego z małoletnim, poleciałam do kuzynki, która jutro ma mi odebrać nową papierologię, co bym się nie nudziła, pogadałam z babcią, a teraz padłam.

Siedzę, pije herbatę z sokiem malinowym, cytryną i Amolem i nie mam siły nawet machnąć nogą.
Już wiecie, czemu koszmarny? ;P








niedziela, 27 września 2015

Studniówka, czyli dzień piąty

No i stało się.
Dziś piąty dzień do setki.
Aż mi się nie chce więcej napisać.
Nie teraz, nie dzisiaj, nie wiem czy w ogóle.
To na pewno.
Co jeszcze jest pewne?
Tylko to, że zaczynam odliczać dni do kolejnej setki.
Oby tym razem "Studniówka" trwała trochę dłużej niż sto dni.
Dla regeneracji organizmu (z nerwami i mózgiem na czele) i dla wzmocnienia swojego postanowienia.
Taki przynajmniej mam zamiar, biorąc pod uwagę dobro swoje i innych.
Okej - bardziej swoje.
I tak wiecie, że jestem samolubna ;)

A dla tych mało domyślnych:

 http://little-misss-naughty.blogspot.com/2015/01/studniowka-czyli-bdsm.html

 ...czyli wpis, który jak dotąd zdobył najwięcej wejść.
Niech ma ich jeszcze więcej ;)





     http://likely.pl/szukaj/popularne/ty%C5%82em


piątek, 25 września 2015

Szalony dzień

Mam meble.
Koniec świata - mam meble! ;]
Pół wieczoru pucowałam, czyściłam, zdmuchiwałam z nich pył i odkurzałam pokój, a drugie pół układałam ciuchy w szafie.
Pierwsze pół wieczora pracowałam w ciszy czterech ścian, drugie - trajkotałam z psiapsiółą, której nie przeszkadzało siedzenie na fotelu, wkoło którego walały się majtki i prześcieradła.
Szafa jest wypicykowana i zapełniona po brzeg.
Trochę rzeczy się w niej nie zmieściło i pewnie dzięki naturalnej selekcji łaszki te zostaną wyoutowane z mojego pokoju.
Obawiam się jedynie, że moja "biblioteczka" też się nie zmieści na regale, choć półki zajmują większą część ściany.
Ogólnie jednak jestem bardzo na plus, choć moje konto nie może powiedzieć tego samego ;).

W zasadzie to dziś miałam szalony dzień i teraz marzyłam tylko o thrillerze Cooka, przez który brnę już miesiąc (jak nie lepiej), a który poza biznesowymi fragmentami, bardzo mi się podoba.
Pewnie dzięki bohaterce o nietypowym imieniu Pia, jej reaktywnym zaburzeniu przywiązania, chłodnym sposobie bycia i specyficznym podejściu do życia.
A może dlatego, że lubię thrillery i lubię Cooka.
Niestety jak wszystko inne Cook zginął w bałaganie.
Może przez nowe meble, stosy ciuchów, przez które musiałam się przekopać, a może przez to, że pięć minut przed korkami z angielskiego wrzuciłam wszystkie klamoty do garderoby, a zamiast pilnować, gdzie dałam książkę, ja pilnowałam, żeby panowie montujący mi mebelki, nie zdeptali mi kota.
Za wielki dzisiejszy sukces wychowawczy w sprawowaniu opieki nad niezależną kotką uważam to, że położyłam ją na fotelu i leżała na nim do czasu, do kiedy nie owinęłam się w kocyk i nie odpaliłam laptopa, bo wtedy oczywiście od razu do mnie przydreptała ;). Jednak fakt, że zgodziła się na moją propozycję spania był znamienny, szczególnie zważywszy na to, że miała wszystkie łapki sprawne i zdrowe, co też właśnie pokazuje, bawiąc się moim kablem od ładowarki.
Przezornie odłączyłam ją od prądu.
Ładowarkę, nie Kiarę.
Kiara to żywioł, jak ja ;).

Widzę, że motam tak konkretnie jak można tylko przed dwudziestą trzecią ;)
Miało być o szalonym dniu...

Rano była gonitwa, bo miałam zastępstwo na ósmą.
Potem kursy - dyrektor - pokój nauczycielski - klasa - dom - praca mamy, czyli papierologia, dzięki której może uda mi się pojechać na szkolenie do Mszany Dolnej.
Wracając z pracy zajechałam do sklepu meblowego, spytać właściciela sklepu kiedy działamy.
W sumie to miałam zamiar skoczyć do Sanoka po zapas mleka sojowego (zaczęło lepiej schodzić, odkąd Kiara i Pedro roszczą sobie prawa do resztek moich płatków), a potem zająć się przygotowywaniem do zajęć, ale kiedy szef wszystkich szefów powiedział, że za pół godziny przyjadą montować meble - od razu pognałam do domu.
Po kartę do bankomatu.
Żeby zapłacić za meble.
A potem długa - do miasta.
Cudem udało mi się znaleźć miejsce parkingowe blisko bankomatu (i cudem nie zapłacić za trzyminutowy postój), niestety cudu brakło przy wybieraniu pieniędzy.
Okazało się, że mam blokadę na pewną sumę.
A ja chciałam ją przekroczyć.
Lipa, lipa, lipa! - mruczałam sobie pod nosem, wyjeżdżając sfrustrowana z parkingu.
Cyfry przeskakiwały na zegarze, a ja miałam dychę w portfelu.
Pojechałam więc do banku.
Szybko udało mi się wybrać pieniądze, szybko pojechałam do domu.
Zdążyłam nawet wziąć szybki (zimny) prysznic i zjeść pół obiadu, zanim przyjechała ekipa.
Na szczęście chwilę się spóźnili.
Potem było bieganie, bo jedzenie, sprzątanie i mycie naczyń, robienie kawy, pilnowanie kota, uciszanie psa.
Uczeń, który przyszedł na lekcję angielskiego został dziesięć minut dłużej, bo dwa razy musiałam go zostawiać i lecieć na sygnale do panów od montażu.
Pies zdarł sobie gardło szczekając na panów za każdym razem, kiedy wychodzili i wchodzili do domu.
A kot jak to kot - spał i nic go nie ruszało... ;).


Ja też idę spać, bo noc, a póki co senności u mnie brak.
Napawam się widokiem zarysu mebli w zaciemnionym pokoju i zapachem nowości, który wydzielają.
Pies charczy przez sen, kot dokazuje, nie wykazując odrobiny zmęczenia.
Kręcę obolałym karkiem i rozlewam szeroki uśmiech na ustach...
Jest coś miłego ;)

Dobranocnych snów!

PS Dziś akcja - książki na półki. Nos już mi spuchł od kurzu, a w pokoju jak był, tak jest bałagan... ;]



środa, 23 września 2015

Coś miłego ;]

"Spotka Cię dziś coś miłego" - powiedział mi dziś rano Tymbark, kiedy zaczęłam dzień od wypitego z gwinta soku o smaku owoców cytrusowych.
I jak nie wierzę facetom, tak Tymbarkowi zawsze ;).

Od rana wypatrywałam więc tego "miłego".
Nie udało się podczas robienia śniadania, kiedy okazało się, że nie mam ciemnego chleba, a awokado było tak twarde, że złamałam na nim łyżeczkę.
Nie udało mi się, kiedy wyniosłam na taras pościel do wietrzenia, a kołdra złośliwie skłębiła się w poszwie, wydymając ją i nadając jej wygląd pościeli wyjętej z pyska bulteriera.
Nie udało się, kiedy nie mogłam doczyścić rdzewiejącego brodzika, choć użyłam do tego trzech mocnych środków i zdarłam sobie do krwi skórę na dłoniach.
Nie udało się, kiedy nie zdążyłam wypić herbaty, bo przygotowywałam się do prowadzenia zajęć i ogarniałam dom.
Nie udało się, kiedy nic na mnie dobrze nie leżało i nic mi nie pasowało, kiedy ubierałam się do wyjścia.
Nie udało się, kiedy nie mogłam znaleźć kotki na podwórku, a nie chciałam jej rozjechać, wyjeżdżając do pracy.
Nie udało się, kiedy pełniłam dyżur na korytarzu i przytulające się dzieci były aż za bardzo przytulaśne.
Nie udało się na pierwszej lekcji, na której dzieci skrobały paznokciami o piórnik, stukały ołówkami, pokazywały sobie gesty i miny uważane za obraźliwe, a na pytanie: "Czy znacie jakieś imiona na literę A?" zaczynały opowiadać o wujku, który nie ma zębów albo o tym, ile mają kolorów plasteliny w pudełku.
Nie udało się na przerwie, która trwała za krótko, żeby mogło się podczas niej stać coś miłego.
Nie udało się też na kolejnych dwóch lekcjach, które z powodu niskiej motywacji uczniów i słabej efektywności nauczyciela zakończyły się piosenką o odblaskach i wieszaniem dziecięcych obrazków na tablicy korkowej.
Nie udało się, jak po trzech lekcjach miałam zdarte od przekrzykiwania dzieci gardło.
Nie udało się w szatni, kiedy rodzice zamęczali mnie gradem pytań, jak to rodzice dzieci z klasy pierwszej.
Nie udało, kiedy dowiedziałam się, że jutro mam zastępstwo na ósmą, a potem wypada mi okienko.
Nie udało się po pracy, kiedy w pędzie jadłam obiad, który nie wyszedł ani w połowie tak smaczny jak myślałam, że będzie i bardziej skleił mi jelita niż dopieścił kubeczki smakowe.
I nie udało się po zjedzeniu i posprzątaniu, bo mam tylko godzinkę, zanim zacznę korki.


I gdyby się uparł - taka optymistka jak ja znalazłaby "coś miłego" w słonecznej pogodzie, wodzie w kranie i herbacie w kubku, ale...
Ale nie teraz.
Teraz czekam na coś autentycznie "miłego".
Najlepiej, żeby dotyczyło tych zagadnień, które w tym momencie najbardziej mnie absorbują.
Najlepiej, żeby to "miłe" przyszło we właściwym momencie, nie wszystko na raz, tak jak sobie zaplanowałam i w sposób zgodny z moimi wyobrażeniami.
O.
To czekam.
Aż się doczekam ;P.

A Wam życzę miłego popołudnia, miłego odpoczynku i miłego czytania. Mojego bloga, oczywiście ;P.






http://www.menshealth.pl/zdrowie/Badz-optymista-w-czasach-kryzysu,4364,1



wtorek, 22 września 2015

Telefoniczny Savoir - vivre ;]

Mam dla Was zabawę.
Chcecie się pobawić?
Myślę, że Wam się spodoba, bo bawi się w nią przy użyciu telefonu, a zakładam, że każdy z Was takowy sprzęt posiada i lubi traktować go jak zabawkę... ;)


Uwaga, zaczynamy.
Pierwszy punkt zabawy:
Wyciągamy telefon i wybieramy numer pierwszej lepszej osoby z listy.
Jeśli to nie ginekolog, kurier ani dyrektor, a ktoś znajomy - dzwonimy!
Po co?
Po nic.
Po to, żeby podzwonić.
Nie z problemem, nie z interesem, nie z jakiejkolwiek innej przyczyny.
Skoro uważamy tę osobę za znajomą, to chyba możemy do niej podzwonić bez powodu, tak?


Ok.
Zadzwonione?
To idziemy dalej.
Teraz dzwonimy do bliskiej nam osoby.
Rodzic, chłopak, dziewczyna, przyjaciel.
Ktoś, kto jest dla nas ważny.
Dzwonimy, bo jest dla nas ważny, tak?
Proste.

Kolejny punkt - ktoś starszy.
Babcia. Dziadek. Ciocia....
Nie macie nikogo starszego, osamotnionego, czującego się niepotrzebnie?

Za dużo jak na jeden raz?
Spoko.
Pewnie nawet bateria zaczęła Wam siadać.
Ototo ;).
Nie ma sprawy.
Jutro też jest dzień!



Okej.
Zabawa - dzień drugi.
Gotowi?
Teraz dla odmiany - lekcja pisania.
Zerkamy do skrzynki odbiorczej i patrzymy, czy nie mamy tam czasem wiadomości, na które zapomnieliśmy (nawet jeśli było to zapomnienie z premedytacją ;P) odpisać.
Macie takie wiadomości?
Na pewno tak.
Nie wierzę, że nie ;P.
Sama bym takie znalazła, a mam bzika na punkcie odpisywania na eski ;)
Czyli co?
Odpisujemy na zaległe wiadomości.
I nie zapominamy o dopisaniu magicznego słowa: "Przepraszam".

Iiii... znów lista kontaktów.
Szukamy kogoś znajomego, z kim dawno nie mieliśmy kontaktu.
Powiedzmy - koleżanka z liceum, przyjaciółka, która przestała być przyjaciółką po skończeniu studiów, koleżanka z porodówki (dla tych przedstawicielek płci pieknej, które miały przyjemność tam urzędować ;D), kolega, który zawsze naprawia nam samochód po znajomości itp itd.
Piszemy: "Hej, co u Ciebie słychać?".
Może ten ktoś nie padnie na zawał ze zdziwienia ;)

Kolejne zadanie rozkładamy sobie w czasie. Możemy je wykonywać regularnie albo w wolnej chwili.
A więc dzwonimy/piszemy do kogoś, kto:
- zawsze chętnie nam pomagał, nie żądając niczego w zamian,
- jest dla nas miły,
- w czymś nam pomógł, a my nie zrewanżowaliśmy się tym samym,
- poprawia nam humor,
- wspiera nas w kłopotach,
- zawsze ma dla nas czas,
- jest dla nas ważny,
- kiedy ostatnio go widzieliśmy, był smutny,
- wygląda na osobę, która chce się wygadać,
- ucieszy się z naszego telefonu.

 PS Zorientowaliście się, że to ma być więcej niż jedna osoba, prawda...?


Teraz zadanie bonus.
Wybieramy osobę, z którą musimy rozmawiać przez... przynajmniej 15 minut.
I nie - nie może to być nasza psiapsiółka od serca ;P.
Miłej pogawędki!


Kolejne zadanie - dzwonimy do osoby:
- która jest żywym dowodem na istnienie optymistów,
- do której mamy słabość,
- o której (za) często myślimy,
- z którą urwał nam się kontakt,
- do której nigdy nie zadzwoniliśmy bezinteresownie,
- która niedawno nam się przyśniła,
- o której urodzinach zapomnieliśmy,
- która została niedawno rodzicem,
- która na widok naszego imienia na wyświetlaczu może powiedzieć: "Jeeeezu, co znowu chcesz pożyczyć?",
- która jest samotna,
- z którą miło nam się rozmawia,
- która ma w sobie coś, co się nam podoba,
- której zapomnieliśmy oddzwonić,
- która z dużym prawdopodobieństwem ma nas zapisanych jako: "Nie Odbieraj", "Nie Odbieraj!!! (wyższy level w dziedzinie frustracji), "Kretyn", "Panna Interesowna", "Ignoruj" albo "Pod żadnym pozorem nie wciskaj zielonej słuchawki!",
- która straciła kogoś bliskiego,
- która umie nas rozśmieszyć,
- której chcemy za coś podziękować,
- którą powinniśmy przeprosić,
- której mamy ochotę powiedzieć: "Cześć. Co u Ciebie?",
- bez której byłoby nam smutno,
- której chcemy zaproponować kawę,
- która pewnie przywita nas słowami: "Bo Ty zawsze dzwonisz tylko, jak czego ode mnie chcesz!",
- która narzeka na nasz brak kultury,
- którą lubimy, mimo, że ma złośliwy charakterek albo charakterek w ogóle,
- którą chcemy gdzieś zaprosić,
- u której usłyszymy zdziwienie w głosie, jak dowie się, że dzwonimy bez przyczyny,
- z którą dawno się nie wiedzieliśmy,
- z którą chcemy się umówić,
- która mieszka daleko i nie możemy się z nią widywać,
- z którą ostatnio widzieliście się przelotem, ale nie mieliście czasu pogadać,
- dla której numeru telefonu musieliście się postarać,
- która ma mniej niż 13 lat,
- którą lubimy. Po prostu ;),
- której dawno nie mówiliśmy nic miłego,
- która coś dla nas znaczy. Nawet jeśli nie wiemy co,
- do której zawsze chcieliśmy zadzwonić, ale nie mieliśmy pretekstu,
- która odniosła sukces, a my jej nie pogratulowaliśmy,
- z którą nie chcielibyśmy stracić kontaktu,
- z którą rzadko widujemy się się na żywo,
- z którą NIGDY nie widujemy się na żywo,
- która jest dla nas wsparciem, a może o tym nie wiedzieć,
- o którą się niepokoimy,
- której widok wywołuje u nas uśmiech,
- która czeka na nasz telefon (poznacie po specyficznych miłych wibracjach w głosie, kiedy odbierze telefon jąkając: "Haaalo?" głosem będącym połączeniem mieszaniny szoku, miłego zaskoczenia i pełni szczęścia),
- której należy się komplement,
- z którą ostatnia rozmowa zakończyła się kłótnią,
- która ma ładny uśmiech,
- która nas lubi.



I na koniec...
Jak ktoś ma urodziny, a my nie możemy mu złożyć życzeń osobiście - dzwonimy. Nie, nie wklejamy bezpłciowego "Sto lat" na facebookową tablicę... ;>.
Możemy przez telefon zanucić: "Sto lat", nawet jeśli zabrzmi jak fałszywe zawodzenie dwóch pijanych kotów.
Możemy powiedzieć "Wszystkiego najlepszego" w pięciu językach obcych.
Możemy składać życzenia przez pięć minut, ale możemy też po prostu powiedzieć: "Wszystkiego najlepszego", co każdy śmiertelnik odczyta jako: "Pamiętam o Tobie, więc dzwonię".

Esemesowe życzenia od serca są milsze niż gotowce, które traktujemy przyciskiem: "Przekaż dalej".

Jeśli ktoś do nas dzwoni - oddzwaniamy.
Choćby po to, żeby powiedzieć dwa słowa i się pożegnać.

Jak odbieramy telefon, mówimy: "Cześć", "Hej", ewentualnie: "Hejka", a kiedy kończymy mówimy: "Pa", od bidy: "Na razie".
(Z westchnięciami ulgi powstrzymujemy się do czasu, do póki na 100% nie przerwiemy połączenia... ;)).

Esemesy też zaczynamy od przywitania, a kończymy pożegnaniem.
Serio.

"Tobie", "Ciebie", "Ci" piszemy z dużej litery.

Telefon odbieramy bez okazywania znużenia/zniecierpliwienia/znudzenia/frustracji w głosie.
Jeśli nie możemy rozmawiać - nie odbieramy albo odbieramy i grzecznie o tym informujemy, zanim wciśniemy czerwoną słuchawkę.

Telefon służy do dzwonienia, pisania, utrzymywania znajomości.
Nie traktujemy go jak zabawkę tylko jako środek do podtrzymywania kontaktów międzyludzkich.

Telefon nie jest najważniejszy.
Zwłaszcza, kiedy jest się na randce, herbacie z przyjaciółką, między ludźmi.

Rozmówca wyczuwa nasz entuzjazm bądź jego brak.
Naprawdę.

Telefon posiada bardzo użyteczną funkcję: "Wyłącz", z której naprawdę można korzystać bez szkody dla funkcjonowania telefonu.

Jeśli uśmiechamy się, widząc czyjeś imię na wyświetlaczu - byłoby fajnie powiedzieć to osobie, która wywołuje w nas takie uczucie.
Okej.
Nie zrobicie tego.
Ja też tak nie robię ;).
Tchórzliwi ludzie górąąą! ;]

Czyjś telefon to czyjaś sprawa.
Nie robimy mu szybkiego przeglądu wiadomości i historii rozmów.

Bez telefonu da się żyć i polecam wychodzić na spacer bez smyczy w postaci komórki i miliona spraw do załatwienia.

Telefon jest dla ludzi.
Dla ludzi.


Rozumiecie...?


http://kobieco.pl/milosc/czym-poznac-sie-podobasz/







niedziela, 20 września 2015

Kocie ;)

Nie będę się wysilać, tylko sypnę Wam garść fotek ;P.
Lojalnie ostrzegam - same kocie ;).

No, co tam?

Dziś na śniadanie mięsista łydka na surowo... Trzy, dwa, jeden...

 A to co za czułości? Weź spadaj z tym mokrym nosem!

A ta znowu tylko szpanuje czerwonym długopisem i przewodnikiem dla nauczycieli...

Pobawisz się troszkę?
Nie to nie. Za karę zjem Ci trochę książki i ciekawe, z czego będziesz dzieci uczyć...


Wstawaj! Głodna jestem!


Ej Ty, Futrzasty! Nie spoufalaj się tak!

Znowu się uczymy...? Nuuuda!



Co dzisiaj oglądamy?

Miejscówka numer  1 - między naczyniami

Miejscówka numer 2. Przystawka z kota.

Gdzie z tymi wielkimi łapami?!
Co masz, co masz?

Robię wielkie maślane oczka i mówię: "Miau".

Daj trochę!
Przecież widzę, że to miska dla kota, dawaj to mleko, ale już. Mi tam nie przeszkadza, że sojowe...


Co by jej tu wcisnąć? F4? Eee, stary numer. Obczaiła, że wyłączyłam jej touchpada...



Ale o co chodzi...?

Jak o nic to idę spać...

Znoooowu zdjęcie...?

Tu nie znajdą mnie żadni paparazzi. A Ty Little Miss Naughty nie szczerz się, tylko pilnuj tyłów!

Że co, że niby ja?!
Ja jestem wzorem cnót i oazą spokoju...


No wrzucaj te zdjęcia i chodź pod lodówkę. Tylko nie rób sobie jaj z szynką sojową. Rzuć mięsem, czasem nawet nauczycielce wolno ;)