...

...
M.

wtorek, 26 lipca 2016

Parskając w płatki ;]

Parę nocy temu naszło mnie na refleksyjny wpis.
Tyle mądrych zdań, co przyszło mi do głowy to nie miałam chyba nigdy.
I jak na złość nie miałam wtedy gorączki.
Gorączka to mi się trafiła gdzieś przez zeszły weekend, ale byłam na tyle półprzytomna, że rano nic nie pamiętałam. No i wtedy też nie miałam chyba mądrych myśli tylko odpierdzielałam jakieś szopki rzucając się po łóżku i zaplątując w koce... ;]
W każdym razie- gorączka gorączką, ale kiedy wymyślałam te mądre zdania byłam trzeźwa, zdrowa i całkowicie świadoma.
I ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.
Nie gorączkować, tylko myśleć.
Myśleć mądre rzeczy przed snem ;).


Najlepsze jest oczywiście to, że wszystko co wymyśliłam na śnie odpełzło gdzieś wraz z nadejściem dnia, bo kiedy udało mi się odkleić górne powieki od dolnych, wszystko co podszyte refleksją zupełnie wywietrzało mi z głowy, a ja zaczęłam myśleć o śniadaniu.
Z pełną świadomością i odpowiedzialnością oznajmiam więc, że płatki kukurydziane wyparły mi z mózgu wszystkie cytaty i złote myśli.
Trochę szkoda. Może napisałabym jakiś mega życiowy poradnik, a część zdań przeszłaby do historii i może nawet dzieci uczyłyby się ich w szkole na pamięć jak wierszyka...
Ale na dobrą sprawę to dobrze się stało.
Refleksje może i tchną życiową wiedzą, ale na co to komu?
I tak najlepiej nauczymy się na błędach.
Dawanie mądrych rad jest tak naprawdę bardzo słabe, bo czy ktoś w ogóle się do tego stosuje?
Za każdym razem kiedy ktoś próbuje mi wytłumaczyć coś głębokiego, powstrzymuję się, żeby nie parsknąć śmiechem.
Na końcu języka mam powiedzenie, że przecież doskonale to wiem, a skoro wiem, to znaczy, że pewnie zrobię coś zupełnie inaczej.
Bo to takie normalne i ludzkie robić na opak i robić wbrew rozsądkowi.
Bo jak się nie sparzymy to się nie nauczymy.
Bo jak czegoś nie zrobimy to będziemy tego żałować.
Bo jak się ma za dużo mądrych myśli w głowie to robi się tak samo głupio jak się ich nie ma...

A mądry wpis kiedyś popełnię, no jasne, że popełnię.
Ale dziś wiecie co?
Dziś też nie zrobiłam nic mądrego i nie wymyśliłam nic głębokiego.
Pojechałam do biblioteki, która była nieczynna w sobotę, do drugiej biblioteki podejść nie zdążyłam, bo pojechałam do fryzjera. U fryzjera zafarbowałam włosy, które wyszły ciemniej niżbym chciała. Kupiłam sobie dwie książki w antykwariacie, zjadłam pyszny wegetariański (szpinakowy i zielony ;]) obiad u znajomych (i dostałam dwie przepiękne imieninowe laurki od ich córeczek), do domu wpadłam tylko żeby się przebrać i iść na imieniny kuzyna, z imienin wyszłam na spacer z psem, po spacerze wyleciałam biegać.
Podczas biegania też miałam jakieś przebłyski geniuszu, kilka fajnych zdań tchnących życiowymi mądrościami i ociekające ironią, ale odkąd wróciłam do domu ociekam potem, włosy śmierdzą mi farbą zamiast jabłkowym szamponem, a ja zamiast wymyślać jakieś mądrości myślę o tym, że termoaktywna bluzka lepi mi się do ciała.


I tak siedzę na jednym półdupku na łóżku, bo wywietrzona pościel i rzucone z prania ciuchy zajmują dużo miejsca w moim centrum dowodzenia.
W oknie mam nową firankę i nowe szare rolety (po pół roku "poremontowego" braku firanki doszłam do wniosku, że jednak będzie ładniej z niż bez niej ;)), na stoliku nowe książki.
Dopijam gorzką herbatę o dziwo bez cytryny, słucham cykania owadów za oknem.
Zaraz pójdę pod prysznic, gdzie czeka na mnie trzy rodzaje żeli pod prysznic, cztery rodzaje szamponów, jeden balsam Nivea i puchate ręczniki, a więc tak jak lubię.
Potem wyłożę się w groszkowanej szarej pościeli i zagłębię się w thriller z kartkami pachnącymi nowością i będę czytać, aż padnę.
Rano wstanę, przeciągnę się, pomyślę przez chwilę o tym co mi się śniło i o czym głębokim myślałam przed zaśnięciem, a jak zacznę za dużo myśleć (jak na babę przystało), skupię się na tym, żeby wyławiać płatki z miski w czarno białe koty i nie zaprzątać sobie głowy głupotami, tfu - refleksjami. Ewentualnie parsknę w płatki jak mi się przypomni jak głupie są mądre myśli ;)


PS Aaa jakbyście nie zauważyli... Wpis jest z soboty ^^.

 




niedziela, 24 lipca 2016

W moim domu ;]

W moim domu noże są tak tępe, że jak się je naostrzy to trzeba wywieszać na lodówce komunikat ostrzegawczy, żeby nikt się nie pociął.
W moim domu jest niepisana zasada, że w sobotę robi się ruskie pierogi.
W moim domu jest milion zabawnych i ciekawych kubków, przeważnie zachomikowanych w moim pokoju (zwłaszcza kiedy poję się herbatą z cytryną w nagłym przypływie pisarskich rozkminów).
W moim domu nie mieszka żadne dziecko, a mimo to na ścianie w salonie jest ślad po rozpryśniętej kaszce bananowej, w szufladzie w kuchni są dwa smoczki i plastikowa różowa łyżeczka, a w garderobie są zakamuflowane kredki i piłka.
W moim domu jest jedna pseudo weganką (* po trzech miesiącach szkoły przetrwania musiałam przeprosić się z nabiałem, choćby w niewielkich ilościach), a reszta jest normalna ;]
W moim domu herbata jest w pudełku po herbacie, cukier w pojemniku z napisem "cukier", a kawa w słoiku z napisem "kawa".
W moim domu jest jadalnia, w której je się od święta, bo na co dzień pokój ten służy na skład: pustych słoików i szklanych butelek (tzw. sąsiedzki recykling - my im słoiki, oni nam weki), zgrzewek wody mineralnej, zakupów, których nie ma czasu rozpakować i rzeczy, które w danej chwili są niepotrzebne i nie ma co z nimi zrobić.
W moim domu zabija się pająki, bo mieszkają w nim dwie arachnofobki, które na widok pająków albo sztywnieją albo krzyczą "ratunku" w pięciu językach.
W moim domu są trzy baby, a więc trzy cykle miesiączkowe, trzy charaktery (każda z nas jest lepsza od drugiej), trzy osobowości i niezliczona ilość bielizny, kosmetyków, butów, książek porozrzucanych to tu to tam, ubrań, gumek do włosów, włosów, które nam wypadają, flakoników perfum i lakierów do paznokci leżących na lampce, oparciu fotela, półce pod lustrem i komodzie.
W moim domu nikt nikogo nie zmusza do jedzenia i chodzenia do kościoła.
W moim domu jest jeden bardzo ospały kundelek, który jest najwierniejszą przybłędą na świecie i jedna bardzo temperamentna trzykolorowa kotka, którą w sumie ciężko zobaczyć w domu, bo większość dnia spędza polując na łące.
W moim domu lubimy gości. Gości, którzy wpadają na weekend (choć nie mamy dodatkowej sypialni i trzeba robić roszady śpiąc w salonie albo lokując mnie w łóżku z siostrą), gości, którzy wpadają na kawę, gości którzy wpadają z zaskoczenia i gości którzy wpadają z dziećmi. Dzieci są u nas zawsze mile widziane i nawet jak robią rozpierduchę, wszyscy są szczęśliwi, że pojawiła się jakaś mała, figlarna istota. Mała figlarna istota jest fajna nawet jak przestraszony kot czmycha przed nią w podskokach i wraca do domu po trzech godzinach i nawet jeśli po takiej wizycie dom wygląda jak po przejściu małego tornada ;).
W moim domu można spotykać się z kim się chce, wyjeżdżać, wracać i żyć po swojemu (*pod warunkiem, że w zlewie nie ma żadnych talerzy, a na podłodze kotów kurzu ;]).
W moim domu normalne jest, że się na siebie warczy jak nie ma się humoru, że ja muszę trochę popyskować, żeby szlifować umiejętności negocjacji, że czasami padnie jakieś niecenzuralne słowo i że czasem zamyka się okna, żeby sąsiedzi nie słuchali co się u nas dzieje ;).
W moim domu codziennie trzeba zamiatać i myć podłogę, bo zwierzaki, piasek, kurz i inne cuda świata, co nie znaczy, że jest sterylnie.
W moim domu zawsze są owoce na paterze i cukierki w misce.
W moim domu kocha się zwierzęta (*wyłączając te na ośmiu przebrzydłych nóżkach) i dba się o nie.  Wprowadza się jasne zasady wychowania i granice, dzieli równo przysmaki między kota i psa, dawkuje jednakową liczbę pieszczot i traktuje poniekąd jak dzieci ;).
W moim domu to ja jestem największą terrorystką, która narzeka na włączony cały dzień i całą noc telewizor i na gorące kaloryfery w sezonie grzewczym.
W moim domu możemy zapraszać do siebie kogo chcemy. Pięć koleżanek, małżeństwo z trójką dzieci, przyjaciółkę na wakacje, kolegów nawet jeśli jest wieczór, bo no właśnie...
W moim domu nie ma pruderii i zaściankowości.
Jeśli ma się chłopaka, z którym nie zna się dwa dni i który nie jest ścigany listem gończym - może zostać na noc. Jeśli chłopaka się nie ma, a ma się kolegów - można ich zaprosić na herbatę o dziesiątej wieczorem i nikt się z nimi zbytnio nie cacka (tato chodzi po domu bez koszulki, kot wskakuje mu na kolana, pies obwąchuje z każdej strony, siostra wpada bez makijażu z rozczochranymi włosami, a mama proponuje kolację), ale za to traktuje jak swojego.
W moim domu każdy potencjalny chłopak miałby dobrze, bo (oprócz tego, że mógłby zostawać na noc), moja mama podsuwałaby mu rano pod nos wędlinkę (bo wie, że mnie nie stać na taki gest poświęcenia), a tato hołubił go za fakt posiadania gonad i zarostu, bo póki co cierpi na brak męskiego wsparcia. Oczywiście pod warunkiem, że Potencjalny przeżyłby noc z moją energią, kopaniem, rzucaniem się po łóżku, przytulaniem i kręceniem i nie strąciłby mnie za to z łóżka albo nie udusił ;).
W moim domu fajne jest to, że można się naprawdę wyluzować. Nie ma sztywnych reguł, nie ma spiny, nie ma rygoru i nie ma sztuczności.
W moim domu jest niewykończona boazeria, niskie ciśnienie wody pod prysznicem, które kiedyś mnie wykończy i połamana suszarka do prania, ale można z tym żyć.
W moim domu jest mały ogródek, na którym rośnie szpinak, jarmuż i rzodkiewka, trawnik, gdzie można rozłożyć kocyk albo leżak, hamak, który rozwiesza się między domem, a sosną i dwa małe pojedyncze hamaczki na tarasie.
W moim domu nigdy nie ma komu opróżnić kosza na śmieci i podlać kwiatków.
W moim domu zawsze musi być zapas płatków kukurydzianych, bo 3/4 domowników nie wyobraża sobie bez nich śniadania. Dodatkowo to ja jestem tą, którą trzęsie jak nie zje porannych namokniętych Corn Flakesów, a siostra tą, która nie ufa ludziom, którzy nie jedzą na śniadanie płatków.
W moim domu to mama jest tą, która ma najwięcej korali powieszonych na ścianie, siostra ciuchów rozrzuconych na podłodze, a ja książek, kubków i długopisów w różnych dziwnych miejscach.
W moim domu jak coś się zepsuje to jest to zawsze moja wina.
W moim domu mogę chodzić półnago, w bieliźnie lub w ręczniku, bo przez większość czasu jestem w nim sama albo w asyście domowego babińca.
W moim domu goście lubią siedzieć w kuchni.
W moim domu to tato jest tym narzekającym i marudzącym, mama tą która lubi się czepiać położonej krzywo kuchennej ścierki, siostra tą, która warczy i rządzi, a ja tą, która jest najbardziej rozpuszczona i która najwięcej gada ;)
W moim domu wszystkie pokoje mają żywe kolory i brązowe meble, tylko w moim królestwie wieje chłodem przez zakręcone grzejniki, otwarte okna, szpitalnie białe meble i szare ściany.
W moim domu jest garderoba pełna ciuchów, a i tak każda z osobniczek płci pięknej ma swoją szafę w pokoju.
W moim domu nie ma stałych pór posiłków i każdy je, jak i kiedy mu pasuje, chyba, że w niedzielę uda się wszystkich złapać do kupy.
W moim domu gotuje przeważnie mama, a ja przeważnie nie jem tego, co ugotuje. Chyba, że ze względu na mnie ugotuje botwinkę na bulionie warzywnym, żebym liznęła czegoś innego niż szpinak i marchewki.
W moim domu na święta nie ma spiny, stresu i robienia mnóstwa żarcia, którego nikt potem nie je. Może nie celebruje się ich jakoś podniośle i z należytym patosem, ale jest przynajmniej na luzie i ze śmiechem.
W moim domu jesteśmy bardzo ekologiczni. Tato dba, żeby gasić żarówki, jak wychodzi się z pomieszczeń, mama zrzędzi żeby skręcić kurkiem gaz pod garnkiem, siostra jest bardzo energooszczędna i przesypia większość dnia, a ja jestem zwolenniczką brania prysznica we dwójkę, żeby świadomie i racjonalnie gospodarować wodne zasoby Ziemi ;).
W moim domu to mama najwięcej sprząta, ale i najwięcej narzeka na "burdel wkoło", tato wykonuje najwięcej "męskich" prac, ale równocześnie najwięcej przy tym jojczy i jako jedyny zna rozkładówkę programów w TV, siostry nie ma w domu prawie tak samo często jak i mnie, bo wiecznie jest w gościach, a do domu wpada jak do hotelu, a ja jestem równocześnie tą, która jest najbardziej pozytywna i postrzelona, a przy tym najczęściej izoluje się w pokoju z książką i trzyma za zębami wszystkie rzeczy, którymi nie chce się dzielić z innymi.


W moim domu doceniam prozaiczne czynności i złapane chwile.
Chwile, kiedy można rano powylegiwać się w łóżku i nikt nikogo nie ściga do wstania.
Chwile picia gorącej herbaty przy wyspie i zimnej wody z cytryną na tarasie.
Chwile wygłupów przy grach planszowych.
Chwile wspólnego gotowania i spierania się kto ma pierwszeństwo i z której strony kuchennej wyspy.
Chwile rozgardiaszu, śmiechu, bałaganu.
Chwile, kiedy jest tak spokojnie, że aż nudnie, chwile ciągnące się jak wata cukrowa.
Chwile siedzenia na kocu z psem, kotem i książką.
Chwile kłócenia się o niezałożony papier toaletowy i o łyżeczkę leżącą na ladzie.
Chwile dziwaczności, które dla mnie są normalnością.

Bo cały fenomen polega na tym, że uwielbiam mój dom za te tępe noże, za zepsuty prysznic i niedokończoną boazerię, jeśli mogę w nim powarczeć jak mam na to ochotę, czytać książki do góry nogami w fotelu i przede wszystkim być sobą ;).








sobota, 16 lipca 2016

Marudny ^^

Przykro mi, ale dziś popełnię zgorzkniały wpis godny starej panny.
Cały tydzień miałam taki cudowny humor, że dostałam ksywkę "ta śmiejąca".
Nie narzekałam na poranne wstawanie, na ćwiczenie musztry przed sierpniową defiladą (dwie godziny dwa razy w tygodniu po zajęciach - bomba), na naukę, ani nawet na to, że na ćwiczeniach z prawa zostałam wybrana na dowódcę grupy, choć na dowódcę to ja się średnio nadaję. Ale w sumie to dobrze, że zostałam wybrana, bo o dziwo dałam radę.
W tym tygodniu w ogóle "dałam radę". Ten odpoczynek w domu jednak zrobił swoje ;). Zdałam strzelanie, zdałam scenkę na symulacji (choć może nie tak dobrze jakbym chciała), wyżyłam się artystycznie robiąc mapę myśli na psychologii (nie sądziłam, że aż tak dobrze zrobi mi komplement, że ładnie rysuję zielonym markerem) i za tę zaszczytną rolę lidera grupy, o której wspomniałam też dostałam pochwałę. Tzn. wykładowca powiedział, że wyglądam mu na małą wojowniczą feministkę i że jestem jak ujadający pekińczyk (mój wewnętrzny bieszczadzki kot mocno się zjeżył na te słowa ;)), ale przecież właśnie tak kazali mi się zachowywać wszyscy ci, którzy twierdzili, że jestem za łagodna, z wykładowcą, który uczy mnie podcięć, obezwładniania i technik interwencji na czele.
W każdym razie - tydzień był cudowny mimo tego, że zakwaterowali nas w nowym bloku (z nowymi łóżkami, nowymi pościelami, dużymi kabinami i miejscem na kosmetyki pod prysznicem) i prawie od razu zapowiedzieli, że we wtorek jednak przeprowadzamy się do starego bloku, mimo duchoty na zewnątrz i duchoty w budynku i mimo że przez tydzień nie miałam czasu wyjąć laptopa z torby.
Przez całe pięć dni mogłam robić za reklamę pasty do zębów (gdyby nie ta wystająca jedynka i brak odpowiedniej bijącej po oczach bieli) i gdyby ogłosili konkurs na najbardziej śmiejącą się dziewczyną na szkole, niekwestionowanie zajęłabym pierwsze miejsce.
Ale już w piątek pomarudziłam sobie przez pół wieczoru i teraz też chce mi się marudzić.
I miauczeć.
I jojczeć na całe zło tego świata, z malinami zalatującymi pleśnią na czele...

Zostałam na weekend na jednostce.
Na jutro wzięłam sobie służbę, bo w tygodniu nie chcę opuszczać zajęć (cóż za ambicja, może dostanę stypendium naukowe...) ze strzelania i z TI. Jakoś dochodzę do wniosku, że egzaminy komisyjne średnio mnie kręcą ;).
Planowałam uczyć się, pisać i spać, bo w tygodniu nie pozwoliłam sobie na marnowanie czasu na drzemki w dzień.
Po wyjeździe współlokatorki zaczęłam sprzątać.
Zrobiłam pranie (zacięły mi się drzwiczki od pralki, ale voila - z nieba spadł idący korytarzem chłopak, którego zahaltowałam do pralni i który pomógł mi ogarnąć pralkę), powiesiłam je w innym bloku, gdzie są sznurki, bo w nowym niestety ich brakuje ;).
Potem wzięłam prysznic.
Potem próbowałam odpalić Internet.
Potem zaczęłam robić wpis.
A potem zaczęłam chorować.
Och - bo oczywiście chorować też muszę oryginalnie, więc nie mogłam dostać gorączki czy kataru.
Mnie musi tąpnać, palnąć, ściąć.
I ścięło.
Jak zawsze kiedy jestem sama.
Bo jestem sama.
W pokoju, a poniekąd i na szkole, bo nie ma praktycznie ani żywej duszy.
Jest cisza i spokój, choć nawet gdyby korytarzem biegło stado nosorożców to i tak nie obudziłyby mnie z trzygodzinnego snu, z którego przed chwilą się wybudziłam.
Pogoda jest w miarę ładna, tak w sam raz, żeby ubrać zimowe skarpetki i zawinąć się w dwa koce.
No i kisić w pokoju przy zamkniętym oknie, bo przecież wieje.
Do tego zastanawiam się jak mam jutro łazić przez dwanaście godzin ciągiem, skoro póki co ciężko mi przejść od łóżka do okna i kminię, co mogę zażyć skoro zachorowałam na dolegliwość, na którą od dwóch tygodni biorę szczepionkę, żeby na nią nie chorować...
Na podłogę znów wypełzły kurzowe koty, które mnie drażnią, a przecież nie schylę się, żeby je pozbierać, bo jak się schylę to potem nie wstanę.
Wypiłam herbatę i nie mam siły zrobić sobie kolejnej, a nie mam dzwoneczka, żeby podzwonić na korytarzu po jakąś dobrą duszę, żeby mi zrobiła kolejną.
Nie pouczyłam się oczywiście z niczego, bo głowa dziwnie mi ciąży, więc nie skupię oczu w jednym punkcie, a poczytać nie poczytam z tego samego powodu.
Boli mnie nadgarstek, boli mnie ósemka, ale najbardziej bolą mnie plecy.
Pleców nie ma mi kto posmarować, wymasować i wygrzać (ale przynajmniej tej nocy nie wołałam obcego chłopaka z dyżurki, żeby mnie ratował), więc pozostaje mi tylko Bengay i wyżej wspomniane koce.
Brzuch też mnie boli, bo czemu ma mnie nie boleć, solidarnie jak wszystko to wszystko.
Gorączki na szczęście nie mam. Brrrr! Jeszcze tego brakowało, żebym zaczęła lunatykować w nocy, łazić i mdleć, skoro na płytkach jest jeszcze poremontowy pył, a na korytarzu jest tak ciemno, że znaleźliby mnie dopiero w poniedziałek rano... Zakładając, że nie rozbiłabym sobie głowy na tych nowych płytkach, bo wtedy chłopacy, którzy w piątek nabijali się z moich skaczących podczas biegania cycków na pewno baliby się, że będę ich pośmiertnie straszyć (Racja. Nie mogłabym oprzeć się pokusie i podsyłałabym im co noc tyle koszmarów z cyckami w tle, że zmieniliby w końcu orientację ;>).
Humor mam kiepski, a w zasadzie to żaden.
Z nikim nie chce mi się gadać, a równocześnie przydałby mi się ktoś do zabawiania.
Ot tak, żeby ta osoba po prostu siedziała i nie działkała mi, nie współczuła, nie wkurzała, nie patrzyła jak brzydko wyglądam, nie wymagała uśmiechu tylko podawała mi herbatę, ewentualnie smarowała plecy maścią rozgrzewającą.
A - i mogłaby mi naprawić spłuczkę, bo tylko osoba tak intensywnie sikająca jak ja może dostać pokój, w którym w łazience woda leci jak wodospad Niagara, a ile razy woda zaczyna szumieć tyle razy przypominam sobie, że nie mam siły chodzić do kibla co dwie minuty. Dobrze, że mam chociaż zapas szarego papieru "Serwus". A tak swoją drogą to jak już wyjdę z tych koszar to będę kupować tylko miękki papier z wizerunkiem baraszkujących misiów polarnych. W kolorze miętowym ^^.
Awrrr!
Tzn. awrr w związku z tą wodą.
Tak naprawdę to dobrze, że nikogo przy mnie nie ma, bo wtedy musiałabym się na nim wyżyć i mu ponarzekać, no i poza tym - skoro mam być twarda to nie mogę się ze sobą pieścić i pocieszać czyimś towarzystwem tylko dlatego że jestem chora.
Ale skoro już jestem chora to mogę sobie pozwolić na chwile słabości, brak tuszu na rzęsach i drogie maliny z supermarketu, które czuć pleśnią...
Rano byłam na badaniach i ponieważ wydałam na nie pół stówy, drugie pół wspaniałomyślnie przeznaczyłam na jedzenie (w tym ciasto ze śliwkami, z którego wyjadłam głównie śliwki. No i właśnie - ludzie cierpią z głodu, a ja sobie wyjadam cynamonowe śliwki i wyrzucam resztę, no pięknie).
Na pociechę kupiłam sobie jeszcze płyn do płukania Cocolino (w Kauflandzie nie ma ładnej bielizny ani markowych bluz), bo oczywiście miedzy półkami też nie miałam siły i nastroju chodzić, a Cocolino przynajmniej ładnie pachnie. Ciul - niech będzie, że kupowanie domowych detergentów poprawia nastrój.
Na pociechę zjadłam też płatki z mlekiem, które podgrzałam też w innym bloku i to nic, że szłam przez podwórko z parującą miską. Wcale, ale to wcale nie przeszkadzały mi dziwne spojrzenia oficerów, że paraduję po polu z miską pełną mleka. Sojowego w dodatku ^^.
Ubrałam sobie ulubioną bluzkę z kotem Simona, wypiłam sok marchewkowy i położyłam się do łóżka.
Na obiad nie poszłam, bo nie jestem głodna. No i kto by mi podawał jedzenie do ust i ruszał moją szczęką, żebym pogryzła, no kto?
Jest mi zimno, jest mi źle i zastanawiam się kto przeczyta tak marudny wpis do końca, bo ja na pewno bym nie przeczytała... W końcu nie cierpię jak ktoś marudzi, chyba, że marudzę ja, a marudzić nie lubię, bo to słabe, a ja ja nie lubię okazywać słabości, a właśnie to robię...
I wiecie co? Idę spać, bo akurat ta czynność wychodzi mi dziś najlepiej.
No, oprócz sikania i marudzenia.
Fu**!


PS A jak ktoś spyta się mnie zdziwiony jak to możliwe, że złapałam wilka skoro terroryzuję wszystkich, żeby nie robili przeciągu i nigdy nie chodzę boso to gwarantuję, że go zjem, albo przynajmniej pogryzę... Ewentualnie zaknebluję szarym papierem albo rzucę w niego kubkiem po herbacie...











piątek, 15 lipca 2016

Po tygodniu ;]

Zadziwiające jak sen wpływa na człowieka.
Po jednej pełnowartościowej nocce zaczęłam mieć lepszy humor.
Po dwóch - tryskać energią, śmiać się i błyskać oczkami.
Po trzech zaczęłam trzeźwo myśleć.
Po tygodniu jestem już normalna.
Pogodna, żywa, zadowolona i trzeźwo myśląca.
Szybko kojarzę fakty, rejestruję zmiany w otoczeniu, dostrzegam związki przyczynowo - skutkowe.
I nawet zrobiłam się ciut bardziej ogarnięta ;)
Jestem spokojna.
Bardzo spokojna.
Ani nie wyciszona, ani przybita, ani smutna.
Spokojna.
Nie mam momentów nadmiernego pobudzenia, a nawet jeśli to tylko zaczynam szybciej mówić i więcej się śmiać.
Z oczu nie robią mi się już małe rollercoastery, a z języka młynek.
Nie kręcę się po pokoju, nie przestawiam nerwowo rzeczy.
Palce czasem mnie świerzbią i taaa - bawię się bransoletką, długopisem i zmieniam pozycję co dwie minuty, ale nie zachowuję się jak dziecko z ADHD.
Wstaję koło wpół do siódmej i jestem wypoczęta.
W ciągu dnia nie chodzę spać ;P.
Nie stresuję się, nie spinam, nie irytuję, nie frustruję, nie podnoszę głosu, nie trzęsą mi się ręce, nie boli mnie głowa, nie zasypiam na siedząco.
Nie zapominam jak się nazywam, nie mam huśtawek nastroju, nie warczę, nie podnoszę głosu.
Nie jestem żałosna, nie jestem spięta.
Mówię nie za dużo, nie za mało.
Jak coś mówię to mówię z sensem.
Buduję ładne długie zdania.
Brzmią logicznie, mają ład, skład, podmiot, orzeczenie i ciętą ripostę.
Operuję różnymi słowami, nie powtarzam się, nie zacinam.
O - i jeszcze wygoiły mi się nawet wszystkie rany, odciski, siniaki, które nie chciały się wcześniej goić.
Masakra.
I to tylko dlatego, że zaczęłam normalnie spać.
Normalnie czyli bez wkuwania wcześniej prawnych przepisów.
Bez stresowania się zaliczeniem.
Bez nakręcania.
Bez zmęczenia.
Nie zmieniłam nic - chodziłam do pracy na ósemki, nie miałam czasu na ćwiczenia czy czytanie i jedyne co to więcej spałam.

Wyluzowałam i wróciłam do siebie.
Wreszcie ;).

Pasowałoby mi schować sobie do słoika trochę tego uczucia.
Tego uczucia lekkości w brzuchu zamiast ściskania w dołku i tego luzu zamiast sztywnej postawy.
Podczas tego tygodnia w pracy mieli ze mnie pociechę, bo byłam duszą towarzystwa (to nic, że trochę wredną ;]) i byłam wiecznie wyszczerzona w szerokim uśmiechu.
I tylko nie chcę znów przymulać, jak pojadę na szkółkę...
Taki tam mają ze mnie pożytek jak ja z promocji w sklepie mięsnym... Albo śpię albo przymulam albo jestem nietomna.
Obym po powrocie zachowywała się jak promyczek szczęścia, którym byłam w domu i w pracy.
Z dołkami w policzkach, iskierkami w oczach i ciętym języczkiem.


PS W piątkowy wieczór radośnie stwierdzam, że nie przymulałam, nie smęciłam, zarażałam optymizmem i narażałam się na zasztyletowanie za obrzydliwie dobry nastrój i nieprzyzwoicie szeroki uśmiech ;)


Kamyczki, wstążeczki ;]

Miałam pomysł na tematyczny wpis (oczywiście nie powiem o czym ^^), ale wiem, że jeśli nie napiszę czegoś luźnego teraz, po powrocie na szkołę będzie mi ciężko.
W zasadzie to nie mam nic ciekawego do napisania.
A może i mam, ale o tym pisać nie będę.
W każdym razie...
Odpoczęłam ;)
Głównie psychicznie, ale o to właśnie chodziło.
Codziennie chodziłam do pracy na ósemki, a mimo to czuję się bardziej wypoczęta niż przez ostatnie trzy miesiące.
Zapomniałam już jak to miło budzić się w swoim łóżku, w swoim pokoju, swojej pościeli.
Jak fajnie mieć czas, żeby rano umyć głowę, wyprostować włosy, zjeść spokojnie ciepłe śniadanie i nawet wypić parę łyków gorącej herbaty z cytryną.
Budziłam się po szóstej, po siódmej wyjeżdżałam do pracy.
Wskakiwałam w mundur i patrolowałam dzielnie ulice.
Uczyłam się dla odmiany praktyki, nie teorii, a potem usatysfakcjonowana wracałam do domu.
W domu się zbytnio nie przemęczałam (kurze starte, ciuchów na podłodze brak, w szafie równe stosy, jedynie pod łóżkiem koty takie same jak były ;P) i w sumie...
Co ja to robiłam?
Ach tak.
Wykładałam się w bieliźnie na łóżku, przeczesywałam włosy palcami, spędzałam czas na beztroskich pogaduszkach przez telefon i fb.
I uzależniłam się od telefonu, o.
Wreszcie miałam czas, żeby pisać, pisać i jeszcze raz pisać do znajomych, więc skwapliwie z tego korzystałam.
A że jeszcze miałam nadmiar energii (szkoda, że nie wykorzystałam jej na ćwiczenia ud albo pośladków... Gdzież się podział mój zapał co ćwiczeń, no gdzie...?) to wytracanie jej przez natrętne sięganie po komórkę było całkiem dobrym rozwiązaniem.
Jak nie miałam pod ręką telefonu, chętnie bawiłam się długopisami (popisane ręce - codziennie), kubkami z herbatą (wylane płyny kilka razy dziennie) albo bransoletką.
Bo bransoletkę i łańcuszek też mogłam nosić. I nosiłam ;]
Poza tym dostałam (brakuje mi tu przymiotnika. Cudowny? Wspaniały? Genialny?) album z mojej półrocznej kariery nauczycielki i - uwierzcie mi, że się wzruszyłam. Nie no wiadomo, że nie płakałam, bo nie płaczę, ale... Fajne uczucie ;] Moje - niemoje smyki, pasowanie na ucznia, ważniejsze chwile z życia dzieci i podziękowania za wszystko. Mega. No po prostu mega ;)
Byłam u babci, która o dziwo nie powiedziała mi, że przytyłam (^^) i z którą wreszcie spędziłam dużo czasu. To nic, że musiałam większość rzeczy powtarzać dwa razy i że pytała, czy "Mam jakąś sympatię na tej Szkole Policyjnej". Jadłam czereśnie, plułam pestkami do kubka i uśmiechałam się szeroko, kiedy mówiła, że cieszy się, że przyjechałam,
Zostałam też porwana przez moją eks podopieczną (tych eks podopiecznych to ja mam już całą masę), do której mam słabość przez chochliki w oczkach i łobuzerski uśmiech (u facetów niestety też na mnie działa taki lekko diabelski look, co zwykle nie wróży dobrze), która postanowiła przeskakiwać przez moje ogrodzenie, kiedy zobaczyła, że tak wchodzę do domu, którą podnosiłam do góry, żeby zrywała listki, która trzymała na smyczy mojego psa i dziwiła się, że nie ma siły za nią biec i która wręczała mi do rąk wszystkie papierki, wstążeczki, kamyczki i inne zabawki, które przeszkadzały jej w zabawie ;]
Byłam z koleżankami i ich dziećmi w kawiarni, piłam mrożoną kawę, jadłam jagodowe ciasto (skoro i tak przytyłam to co mi szkodzi...).
Poza tym coś tam pisałam, co najlepiej widać po nagłym ruchu na blogu, kupiłam sobie sukienkę, nie otworzyłam żadnego zeszytu ani książki i nie zaczęłam się nawet pakować ^^.
A w niedzielę to już zrobiłam całkowity miks wszystkiego i najpierw poszłam ze znajomą (i jej dziećmi, zawsze mówiłam, że będę dobrą ciocią ^^) na kawę (proste, że mrożoną), w domu przebrałam tylko sukienkę na szorty i wybyłam z drugą koleżanką (i jej synkiem ;]) na spacer. Wspólnie odwiedziłyśmy moją 80letnią ciocię babcię, która była zachwycona, że nie dość, że odwiedzam ją ja to jeszcze gratisowo przynoszę ze sobą półtoraroczniaka z masą energii w małych nóżkach, a odprowadzając koleżankę z wózkiem (dobra bezdzietna ciocia pchała dzielnie całą drogę), poszłam do jeszcze innej koleżanki. Bez dzieci ;]. Wyciągnęłam ją na spacer "po szpinak", bo jakoś tak dziwnie wyszło, że nie zdążyłam zjeść obiadu. W drodze do sklepu koleżankę złapała kuzynka, a mnie jej córa i siostrzenica, które (pewnie widząc moje wyskakanie w twardych łydkach) napaliły się, żeby wziąć mnie na trampolinę. Nie wiem co cieszyło je bardziej - moje wysokie loty, to, że podbijałam je mocno w górę, fakt, że umiem być spontaniczna i że znam wszystkie słowa z piosenki: "Mam tę moc" czy fakt, że zbierałam na czarne skarpetki niebieskie farfocle z folii, które poniewierały się na trampolinie. Ostatecznie po szpinak dotarłam gdzieś po szóstej, a wracając do domu dostałam telefon, że córeczka znajomej (^^) nie zaśnie, jeśli mnie dziś nie zobaczy, więc odpuściłam sobie obiad (w sumie pora kolacyjna się zaczęła), zjadłam dyniową zupę z Biedronki i pojechałam na bananowe muffinki i herbatę miodowo imbirową i na porcję przytulasów z ową córeczką znajomej.

Jeśli miałabym więc podsumować ten tydzień w domu, podsumowanie brzmiałoby tak:
Najlepsze z najlepszych było tradycyjnie łóżko, drugie po nim jagodzianki, ale inny wymiar przyjemności miało liczne grono znajomych, znajomych i nieznajomych dzieci, okruszki w wózku, wstążeczki w dłoni i kamyczki w kieszeni.
Koniec ;]



piątek, 8 lipca 2016

Złote, Białe i Różowe

Nie mam parcia na Złoto.
Nie lubię złota ani nic co jest złotego koloru.
Złoto w ogóle na mnie nie działa.
A zwykle kiedy pomyślę o Złocie - przechodzi mnie dreszcz.  Jeden z tych mało przyjemnych jak podczas gorączki.

Nie mam parcia na Białe.
Lubię biały kolor, ale tylko wtedy kiedy białe są trampki albo szorty w czarne palmy.
Choć kolor biały jest kompletnie niepraktyczny to jeszcze byłby w miarę przyzwoity, gdyby nie to, że Biel wcale mnie nie kręci.
A wręcz robi mi się słabo na jej myśl.

Nie mam parcia na Różowe.
Różowy kolor wywołuje u mnie ciarki, a jak kiedyś ubiorę na siebie coś różowego (i nie będą to łososiowe wstawki na szarej bluzie, butach czy majtkach) to będzie to znak, że kompletnie mi już odbiło.
Do Różowego jestem się jednak w stanie zbliżyć.
Na bezpieczną odległość, na chwilę.
Taaak. Choć różu nie cierpię najbardziej, Różowe mogę śmiało podpiąć pod kategorię „Słodkie, miłe i kochane”.

„I co ona znowu wymyśliła?” – pomyślicie.
Jak nie dzikie bieszczadzkie koty to kolory, które nic nie mówią.
I weź tu z niej wyjdź!
Spokojnie.
Na szczęście nie musicie ze mnie wychodzić.
Przecież to tylko blog.
Głupia pisanina i czcze gadanie.
A kolory to oczywiście metafory.
Życiowe.
Mądre.
Mocno decyzyjne.

Tak więc na początek Złoto.
Wiecie, co to jest Złoto, prawda?
Nie wiecie?
Ajjjjć!
To nic.
Grunt, że mnie do niego nie ciągnie.
A nie ciągnie mnie do niego, bo „zaręczyny” brzmią dla mnie równie strasznie co „pajęczyny” ;].
Taaa… Zaręczyny ^^.
Choć mam dość bujną wyobraźnię, nie wyobrażam sobie sytuacji, że ktoś wyskoczyłby przeze mną z pierścionkiem.
I to nie daj Boże padł na kolana ze służalczym wyrazem na pysku i różą w zębach albo zrobił szopkę w stylu musicalu i jeszcze zaangażował do pół miasta, które z uciechą oglądałoby to widowisko…
Nie wiem co jest bardziej prawdopodobne. To że posikałabym się ze śmiechu czy to, że padłabym na zawał.
I to nic, że póki co nie ma takiego Ktosia.
Grunt, że nawet gdyby był to musiałby być mega odważny, żeby pokusić się na takie szaleństwo ;).
Romantyczna to ja zbytnio nie jestem.
Bawi mnie cała ta śmieszna oprawka romantyzmu i trzepotania rzęsami, a nazbyt romantyczny facet to już jest całkiem niedobry znak. Bukiet tulipanów dla ożywienia stołu w jadalni czy kupienie czekolady, jak mam fazę cyklu sugerującą zwiększone zapotrzebowanie na żarcie to jeszcze rozumiem. Ale słodkie misiowanio – pysiowanie, mówienie "kocham" co dwie minuty (*jeśli jest się poza łóżkiem, bo w łóżku to można zwalić na nagłe niedotlenienie mózgu z powodu odpłynięcia krwi do innych części ciała) czy patrzenie maślanym wzrokiem to już jest lekkie przegięcie…
Wracając do Złota.
Nie wiem czy w ogóle byłabym w stanie przełamać się co do idei zaręczyn.
Może gdyby ktoś wykazał się wyjątkową inwencją twórczą albo trafił na mój dobry dzień?
Może.
Ale sam fakt bycia zaręczoną i noszenia pierścionka byłby dla mnie mniej więcej tak przyjemny jak słuchanie skrobania pazurów o tablicę.
Więc jak już gdzieś tam ktoś mnie wyhaczy (155 cm - będzie ciężko), zakocha się w moich wadach (z takim kompletem jak mój to na pewno ;D) i mnie złapie (powodzenia!^^) to będzie musiał zmienić moje myślenie o 180 stopni. No, chyba, że mnie zaknebluje, zwiąże i w między czasie wciśnie na palec złoty krążek z błyskotką. Co też przy moim buntowniczym nastawieniu i ciskaniu z oczu gniewnych gromów na słowo "stała wiążąca relacja” wydaje się być cudem jak przemiana wody w wino w Kanie Galilejskiej ;] 

Biały.
O białej sukience nie marzyłam nigdy.
O sikającej lalce bobas, o seterze irlandzkim, o pójściu do Hogwartu, o butach kształtujących pośladki, o drewnianym domku z bali, o miętowym Fiacie 500  – i owszem.
O białej sukni – niet.
Ani jak miałam lat pięć, ani jak piętnaście, ani jak dwadzieścia pięć.
Sam fakt wbicia się w sukienkę i uważania, żeby jej nie pobrudzić albo żeby się w niej nie zabić trąci dla mnie lekkim szaleństwem.
Noszę sukienki.
I nawet całkiem je lubię.
Ale jak już je na siebie wciskam to są one proste, zwiewne, sportowe albo krótkie. Nie długie, sztuczne, błyszczące jak śnieg i nadające mi wygląd Elsy z „Krainy Lodu”.
I jeszcze te buty.
Boże… Buty.
Przecież ja bym połamała nogi w szpilkach (pomijając fakt, że szpilki to ja mogę ubierać tylko wtedy, kiedy nie trzeba w nich chodzić, a wyglądać) i w sukience, kłębiącej się pod stopami!
Chyba, że byłaby na tyle długa, że mogłabym pod nią wcisnąć Air Maxy ^^.
Ale nie.
Nieeee.
To by mnie tylko zmotywowało, żeby zawinąć się spod ołtarza i uciekać, gnać, pędzić przed siebie ;)
Więc może lepiej bez tych Air Maxów.



Różowe, malutkie, pulchniutkie jest niemowlę.
Idealne jak reklamy Gerbera.
Pachnące, obdarzone bezbłędnym bezzębnym uśmiechem, miękkim puszkiem na główce i uroczymi zagłębieniami w łokciach.
Przeznaczone tylko i wyłącznie do schrupania.
No, może jednak nie, skoro jestem pseudo weganką.
Ale dzieci są kochane.
To trzeba przyznać.
Cudowne, rozkoszne, pełne wdzięku i słodyczy.
Tyle tylko, że ja nie lubię słodyczy...
Ani zobowiązań. Ani wiązania się z kimś w tak odpowiedzialny i definitywny sposób.
Plus nie ufam facetom, a już na pewno nie na tyle, żeby połączyć się z kimś dzieckiem.
O.
To podstawowy argument.
I jeszcze ten, że jestem egoistyczna i samolubna, a do tego rozzz-puuu-szczooo-naaa.
A poza tym nawet jak mocno wsłucham się w ciszę to słyszę tylko „bzzz”, „bzzzzz”, „bzzzzzzzzzzzz”, jak przepalają się moje synapsy i impulsy przeskakują mi w mózgu płodząc kolejne głupie pomysły na wpisy albo bestsellery, które zrobią furorę po mojej śmierci (a profity będą z nich czerpać bezdomne zwierzęta w schronisku, bo skoro nie będę mieć dzieci to jak typowa wariatka przepiszę spadek na kotki), a nie „tik, tak, tik, tak”, oznaczające tykający zegar biologiczny.
Hyhy.
Zegar biologiczny ^^.
Zegar biologiczny to ja mam rano, żeby iść się wysikać.
A póki co potrzebę posiadania potomstwa czy przekazywania tajemnej wiedzy o wszechświecie pozostawię bardziej ogarniętym i tym, którzy rzeczywiście tego chcą, albo którym faktycznie coś tam tyka.
I tylko nie wiem, czy to ja jestem mocno dziwna  czy między wiersze można sobie wsadzić teorię, że  kobiety chcą faceta, którego można prosto z łóżka zaciągnąć do ołtarza i na porodówkę.
Chyba i jedno i drugie ;)

Tak samo więc jak czuję kiedy zapalenie gardła przechodzi mi w zapalenie krtani (specyficzne, nie dające się z niczym pomylić drapanie) i tak samo jak czuję, że zbliżam się do górnej granicy limitu długich zdań w poście (alarm brzęczał mi jakiś tysiąc znaków temu); czuję, że istnieje duże prawdopodobieństwo że będę starą panną.
„Nie, nie. Przecież jesteś młoda, z wyglądu nie wyglądasz na takie ditko jakim naprawdę jesteś, z pewnością ktoś się połakomi i złapie się na te niewinne oczka” – powie ktoś chcąc dodać mi otuchy.
Nie no, spoko.
Nie musicie mi jej dodawać.
I lepiej żeby nikt na te oczka nie leciał.
Chyba, że na te błyski i iskierki, które w nich fruwają.
Tak dla zdrowej równowagi, żebym była znośna dla otoczenia ;]
A z kolorów zostańmy przy lubianej przeze mnie swego czasu czerni i bieli, dzięki której wszystko jest jasne i proste, stonowanej optymalnej szarości, kiedy nie wszystko da się wrzucić do wora czarne/białe i nieodwołalnej miłości do mięty, do której póki co pałam miłością największą. I która jest zdecydowanie bardziej ciesząca oko niż złoto, żywsza niż biel i bardziej orzeźwiająca niż słodko – mdlący róż ;]


PS Tak, tak - jestem zgorzkniała, bo nie śpię z facetem, nie słyszę codziennie, że jestem piękna i nikt ni przynosi mi gorzkiej czekolady (wróć - niezawodny kolega z plutonu i owszem :D), ale i tak zamiast ślubnego wianka póki co bardziej kręci mnie wizja domku z pięcioma rodzajami foteli, w których można się zaszyć z laptopem albo książką i podpisywania książek na wieczorku autorskim... Mmm...  ^^





środa, 6 lipca 2016

Wyprany ;]

Przez trzy dni trzy wpisy rozbujały statystyki na ponad 300 wejść, więc domniemam, że chce się Wam jednak mnie czytać ;].
Fajnie.
Z przerażeniem stwierdzam, że przytyłam dwa kilo, więc chociaż tym niewypowiedzianym pochlebstwem zróbcie mi dobrze ;)
Póki co dobrze zrobił mi sen, nieograniczony dostęp do pralki (po tym jak wprawiłam ją w ruch trzy razy w ciągu dnia, z namaszczeniem wywiesiłam gacie na sznurkach i z radością patrzyłam, jak powiewają na wietrze doszłam do wniosku, że może i ciuchy śmierdzą mi stęchlizną, ale mózg mam ładnie wyprany...), rzodkiewki prosto z ogródka, płatki jedzone wreszcie na ciepłym mleku i wyprostowane włosy.
Wyprostowane włosy wyprostowały mi trochę myślenie i znów mam iskierki w oczkach.
Kocie zachowanie ustąpiło nieco psim zwyczajom i chociaż dalej moszczę się na łóżku, mruczę przez sen, prężę pod wpływem głaskania i jak trzeba to gryzę - zaczęłam też niestety warczeć na ludzi, kiedy przeszkadzają mi w jedzeniu (bo wystarczy mi stres i pośpiech na stołówce, w domu chcę mieć ciszę, spokój - nie chcę słyszeć swojego imienia w połączeniu z żadnym czasownikiem w formie rozkazującej) i szczekać, acz niekoniecznie na obcych.
Odwidziało mi się też robienie porządków i obecnie w pokoju mam delikatną warstewkę kurzu na nieskalnych zwykle białych mebelkach, koty w rogu pokoju i podłogę zaścieloną ciuchami.
Parę kupek ładnie poskładanych ubrań wdzięczy się to tu to tam, ale porzucone w nieładzie czarne szpilki, w których nie dotarłam na wesele (przepustki brak), klapki w marynarskie paski, skłębione dresy, piżama do której też mi nie po drodze, skoro śpię sama w pokoju i różne drobne elementy garderoby zdecydowanie bardziej rzucają się w oczy niż zgrabne stosiki miętowych i szarych bluzek.
Jedynie bielizna starym dobrym obyczajem jest posortowana kolorystycznie, ale nie sądzę by ten stan utrzymał się jakoś szczególnie długo, bo (o zgrozo) nie chce mi się jej układać.
Chce mi się za to śpiewać, słuchać głośno muzyki, zdrapywać lakier z paznokci o róg stolika, kręcić wkoło na hamaczku (mama biadoli, że w ciągu miesiąca użytkowania nikomu nie udało się rozluźnić haka tak dobrze jak mi w dziesięć minut), żuć bezczelnie porzeczkową gumę i chodzić po domu w koszulce i bokserkach.
Chce mi się katapultować z łóżka poduszki, spać przy otwartym oknie, nosić sukienki i kręcić tyłkiem na zumbie.
Chce mi się jagodzianek, kawowych lodów i gotowanych brokułów.
Chce mi się wystawiać twarz do słońca, skubać nieelegancko skórki od paznokci i paplać przez telefon z koleżankami, leżąc na łóżku z głową w dół.
Pisać też mi się chce, ale bardziej pociąga mnie wizja siedzenia w bałaganie i podziwiania tego luzu, wolności i buntu.

No dobra. Bez przesady. Ileż można się jarać tym, że nie trzeba sprzątać...
To idę pod prysznic.
Też jedno z nowych hobby.
Chryste Panie!
Napawam się praniem, biorę prysznic po cztery razy dziennie, chociaż upały się już skończyły i podziwiam porozrzucane po pokoju ciuchy, choć pokój wygląda przez nie jak chlew.
Chyba mnie całkiem pogięło ^^.





niedziela, 3 lipca 2016

Rozbujany ;)

Przez kilka dni próbowałam usiąść do laptopa.
Pięć razy zabierałam się do zrobienia wpisu.
Cztery razy zaczynałam zdanie i kasowałam je z nerwami.
Trzy razy zmieniałam miejsce, gdzie rozsiadałam się z laptopem. Byłam już na łóżku, na podłodze i na fotelu.
Ostatecznie wylądowałam na tarasowym hamaku i bujam się słuchając deszczu bębniącego o dach, miziając równocześnie psa lewą stopą.

Ogólnie... Ogólnie to nie mam chyba weny do pisania.
Chociaż ostatnio to nie wiem czy do czegokolwiek mam wenę ;]
Dziś jest już trochę lepiej, ale odnoszę dziwne wrażenie, że te kilka tygodni funkcjonowałam na pół śnie.
Półprzytomna, półświadoma, półżywa.
Normalnie takie stany są mi obce, bo jestem jednym wielkim chodzącym śmiechem i temperamentem, więc to przymulenie było dla mnie równie obce co język mandaryński.
Ale jednak się zdarzyło.
Przez ten czas zdążyłam dostać pałę i piątkę z prawa, zaczęłam podciągać się na drążku cztery, a nie trzy razy i przemarzłam na nocnej i deszczowej służbie (dzień po niej nie mogłam się rozgrzać mimo założenia najgrubszej bluzy, ale gorączkowa noc w termoaktywnej bieliźnie i wstrząsające mną dreszcze i poty rozgrzały mnie do czerwoności), za to jako jedyna dobrze zniosłam pierwszą falę upałów, bo przez dwa dni wygrzewałam swój wyziębiony organizm.
Po dwóch dniach dogrzałam się do tego stopnia, że kiedy budziłam się rano, robiło mi się słabo na myśl o ubraniu czarnego moro i ciężkich butów, ale jak do wszystkiego - i do munduru można się przyzwyczaić. Po jakimś czasie nie przeszkadzają już ani mi mokre włosy, ani pot spływający po plecach ani nawet uczucie pożaru w butach ;].
Byłam też nad jeziorem z kolegami, którzy pomagali zwalczać mi strach przed wodą (chociaż stwierdzili, że na pewno wyporność mam dobrą) i podnosili poziom w ogólnej koordynacji ruchowej, kiedy próbowałam przebrać mokry strój kąpielowy pod miętowym kocykiem, a oni łapali poły owego kocyka z trzech stron...
W ostatnim tygodniu zdążyłam też nie zdać jednego ważnego egzaminu, zestresować się, zmobilizować do tego stopnia, żeby codziennie ćwiczyć i spiąć poślady by ostatecznie dać radę.
Wyskoczyły mi nawet tzw. stresówki na brodzie (pierwszy raz w życiu) i w niebieskich radosnych oczkach pojawiło się coś na kształt paniki pomieszanej ze strachem.
Wsparcie, które miałam od znajomych (przez turlanie się ze mną na macie i przynoszenie mi Coli przed egzaminem po kupowanie jagodzianek i pożyczanie płatków kukurydzianych) zaowocowało sukcesem, który świętowałam ściskając wszystkich którzy napatoczyli mi się na drodze (z paniami sprzątającymi, które bardzo boleśnie przeżyłyby brak mojej osoby, bo kto by je zagadywał i świergotał radosne "dzień dobry" włącznie) i lewitując pod sufitem na ramionach wysokiego kolegi, który wszem i wobec ogłosił, że egzamin komisyjny zdałam i przeżyłam ;)
Nie miałam nawet czasu odpocząć czy ochłonąć, bo wchłonęło mnie tempo i rytm koszarowego życia, z pośpiechem, obowiązkami, pakowaniem i wykwaterowywaniem włącznie.
Na 11 dni zostaliśmy oddelegowani na swoje jednostki.
W telegraficznym skrócie oznacza to, że jestem w domu.
I że noc z piątku na sobotę spędziłam w swoim łóżku, na mega szorstkim prześcieradle frotte, pod mega gładką satynową pościelą, z szeroko otwartym oknem z powietrzem świeżym jak nigdzie indziej.
Jeśli widzieliście kiedyś rozjechaną żabę na asfalcie to ja wyglądałam mniej więcej tak samo. Szeroko rozrzucone blade i posiniaczone kończyny, przywarcie do podłoża, brak oznak życia.
Rozsypane na poduszce włosy (które w ostatnim czasie strasznie mi urosły; to pewnie ta pełnowartościowa dieta oparta na ziemniakach i bułkach ^^) nadawały mi może nieco bardziej ludzkiego wyglądu, chociaż mama i tak sprawdzała rano moje funkcje życiowe i reakcje na światło ;].

Ten weekend miałam spędzić na absolutnym nic nie robieniu i do południa w sobotę jeszcze mi to wychodziło. Zalegałam na łóżku w półpłynnej postaci niczym zegar Salvadora Dali, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu."Śpij, śpij" - mówiła moja mama, widząc moje oczka wielkości szparek i podkowy pod nimi, a ja słuchałam jej i łóżko opuszczałam tylko w celach zwiadowczych, żeby sprawdzić co leży na paterze (stos brzoskwini i nektarynek) i orientacyjnych (kto przyszedł, kto wyszedł).
Niestety po południu nabrałam energii i zaczęło mnie nosić, czego efekt był widoczny w postaci zbyt szybko poruszających się gałek ocznych, nerwowych ruchach palców i tuptania stopami.
Nie usiedziałam w domu ani w sobotę ani w niedzielę, a kiedy niedzielnym popołudniem zostałam w domu sama (na własne zresztą życzenie, z myślą, że będę w spokoju pisać, czytać, spać) to z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że nie wiem co mam ze sobą zrobić.
Odwykłam od organizowania sobie czasu wolnego, a siedzenie na łóżku, machanie nogą i szeroko pojęty chillout przerażały mnie swoją biernością.
Finalnie zrobiłam to, czego najbardziej było mi brak - wzięłam trzeci tego dnia prysznic, umyłam drugi tego dnia raz głowę, zrobiłam sobie wielki kubek herbaty z Amolem i cytryną i odpaliłam laptopa z myślą, że moje palce wykażą się większą pamięcią mięśniową niż mój zmęczony umysł i same spłodzą wpis.
Spłodziły.
A ja poszłam na spacer z koleżanką i jej rocznymi bliźniaczkami. Po histerii na spacerze i histerii w domu, gdzie wszędzie były rozsypane klocki, mąka i fragmenty jajecznicy, a ja równocześnie zabawiałam, rozbierałam i śpiewałam piosenkę o małych kotkach doszłam do wniosku, że...
Koszary nie są jednak takie złe, ja zaś nie jestem aż tak zmęczona ganianiem w moro ;)
I tym pozytywnym akcentem kończę, idę pod prysznic (trzeba nadrobić wszystkie te niemożności wzięcia porządnej kąpieli), a potem będę kokosić się w swoim łóżku.
Omm.
Chyba się rozpłynę ze szczęścia ^^.

PS Wpis zaczęty na hamaku, kontynuowany na łóżku, ulepszany na podłodze. Triumfalne "publikuj" wciśnięte na fotelu. Boże, skąd się takie dziwadła jak ja biorą, skąd? ^^