...

...
M.

niedziela, 3 lipca 2016

Rozbujany ;)

Przez kilka dni próbowałam usiąść do laptopa.
Pięć razy zabierałam się do zrobienia wpisu.
Cztery razy zaczynałam zdanie i kasowałam je z nerwami.
Trzy razy zmieniałam miejsce, gdzie rozsiadałam się z laptopem. Byłam już na łóżku, na podłodze i na fotelu.
Ostatecznie wylądowałam na tarasowym hamaku i bujam się słuchając deszczu bębniącego o dach, miziając równocześnie psa lewą stopą.

Ogólnie... Ogólnie to nie mam chyba weny do pisania.
Chociaż ostatnio to nie wiem czy do czegokolwiek mam wenę ;]
Dziś jest już trochę lepiej, ale odnoszę dziwne wrażenie, że te kilka tygodni funkcjonowałam na pół śnie.
Półprzytomna, półświadoma, półżywa.
Normalnie takie stany są mi obce, bo jestem jednym wielkim chodzącym śmiechem i temperamentem, więc to przymulenie było dla mnie równie obce co język mandaryński.
Ale jednak się zdarzyło.
Przez ten czas zdążyłam dostać pałę i piątkę z prawa, zaczęłam podciągać się na drążku cztery, a nie trzy razy i przemarzłam na nocnej i deszczowej służbie (dzień po niej nie mogłam się rozgrzać mimo założenia najgrubszej bluzy, ale gorączkowa noc w termoaktywnej bieliźnie i wstrząsające mną dreszcze i poty rozgrzały mnie do czerwoności), za to jako jedyna dobrze zniosłam pierwszą falę upałów, bo przez dwa dni wygrzewałam swój wyziębiony organizm.
Po dwóch dniach dogrzałam się do tego stopnia, że kiedy budziłam się rano, robiło mi się słabo na myśl o ubraniu czarnego moro i ciężkich butów, ale jak do wszystkiego - i do munduru można się przyzwyczaić. Po jakimś czasie nie przeszkadzają już ani mi mokre włosy, ani pot spływający po plecach ani nawet uczucie pożaru w butach ;].
Byłam też nad jeziorem z kolegami, którzy pomagali zwalczać mi strach przed wodą (chociaż stwierdzili, że na pewno wyporność mam dobrą) i podnosili poziom w ogólnej koordynacji ruchowej, kiedy próbowałam przebrać mokry strój kąpielowy pod miętowym kocykiem, a oni łapali poły owego kocyka z trzech stron...
W ostatnim tygodniu zdążyłam też nie zdać jednego ważnego egzaminu, zestresować się, zmobilizować do tego stopnia, żeby codziennie ćwiczyć i spiąć poślady by ostatecznie dać radę.
Wyskoczyły mi nawet tzw. stresówki na brodzie (pierwszy raz w życiu) i w niebieskich radosnych oczkach pojawiło się coś na kształt paniki pomieszanej ze strachem.
Wsparcie, które miałam od znajomych (przez turlanie się ze mną na macie i przynoszenie mi Coli przed egzaminem po kupowanie jagodzianek i pożyczanie płatków kukurydzianych) zaowocowało sukcesem, który świętowałam ściskając wszystkich którzy napatoczyli mi się na drodze (z paniami sprzątającymi, które bardzo boleśnie przeżyłyby brak mojej osoby, bo kto by je zagadywał i świergotał radosne "dzień dobry" włącznie) i lewitując pod sufitem na ramionach wysokiego kolegi, który wszem i wobec ogłosił, że egzamin komisyjny zdałam i przeżyłam ;)
Nie miałam nawet czasu odpocząć czy ochłonąć, bo wchłonęło mnie tempo i rytm koszarowego życia, z pośpiechem, obowiązkami, pakowaniem i wykwaterowywaniem włącznie.
Na 11 dni zostaliśmy oddelegowani na swoje jednostki.
W telegraficznym skrócie oznacza to, że jestem w domu.
I że noc z piątku na sobotę spędziłam w swoim łóżku, na mega szorstkim prześcieradle frotte, pod mega gładką satynową pościelą, z szeroko otwartym oknem z powietrzem świeżym jak nigdzie indziej.
Jeśli widzieliście kiedyś rozjechaną żabę na asfalcie to ja wyglądałam mniej więcej tak samo. Szeroko rozrzucone blade i posiniaczone kończyny, przywarcie do podłoża, brak oznak życia.
Rozsypane na poduszce włosy (które w ostatnim czasie strasznie mi urosły; to pewnie ta pełnowartościowa dieta oparta na ziemniakach i bułkach ^^) nadawały mi może nieco bardziej ludzkiego wyglądu, chociaż mama i tak sprawdzała rano moje funkcje życiowe i reakcje na światło ;].

Ten weekend miałam spędzić na absolutnym nic nie robieniu i do południa w sobotę jeszcze mi to wychodziło. Zalegałam na łóżku w półpłynnej postaci niczym zegar Salvadora Dali, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu."Śpij, śpij" - mówiła moja mama, widząc moje oczka wielkości szparek i podkowy pod nimi, a ja słuchałam jej i łóżko opuszczałam tylko w celach zwiadowczych, żeby sprawdzić co leży na paterze (stos brzoskwini i nektarynek) i orientacyjnych (kto przyszedł, kto wyszedł).
Niestety po południu nabrałam energii i zaczęło mnie nosić, czego efekt był widoczny w postaci zbyt szybko poruszających się gałek ocznych, nerwowych ruchach palców i tuptania stopami.
Nie usiedziałam w domu ani w sobotę ani w niedzielę, a kiedy niedzielnym popołudniem zostałam w domu sama (na własne zresztą życzenie, z myślą, że będę w spokoju pisać, czytać, spać) to z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że nie wiem co mam ze sobą zrobić.
Odwykłam od organizowania sobie czasu wolnego, a siedzenie na łóżku, machanie nogą i szeroko pojęty chillout przerażały mnie swoją biernością.
Finalnie zrobiłam to, czego najbardziej było mi brak - wzięłam trzeci tego dnia prysznic, umyłam drugi tego dnia raz głowę, zrobiłam sobie wielki kubek herbaty z Amolem i cytryną i odpaliłam laptopa z myślą, że moje palce wykażą się większą pamięcią mięśniową niż mój zmęczony umysł i same spłodzą wpis.
Spłodziły.
A ja poszłam na spacer z koleżanką i jej rocznymi bliźniaczkami. Po histerii na spacerze i histerii w domu, gdzie wszędzie były rozsypane klocki, mąka i fragmenty jajecznicy, a ja równocześnie zabawiałam, rozbierałam i śpiewałam piosenkę o małych kotkach doszłam do wniosku, że...
Koszary nie są jednak takie złe, ja zaś nie jestem aż tak zmęczona ganianiem w moro ;)
I tym pozytywnym akcentem kończę, idę pod prysznic (trzeba nadrobić wszystkie te niemożności wzięcia porządnej kąpieli), a potem będę kokosić się w swoim łóżku.
Omm.
Chyba się rozpłynę ze szczęścia ^^.

PS Wpis zaczęty na hamaku, kontynuowany na łóżku, ulepszany na podłodze. Triumfalne "publikuj" wciśnięte na fotelu. Boże, skąd się takie dziwadła jak ja biorą, skąd? ^^









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz