...

...
M.

piątek, 30 października 2015

Pół żartem, pół serio o... ludzkim gadaniu

Czasami mam ochotę zrobić najbardziej szaloną rzecz, jaką można zrobić w życiu.
Czasami chciałabym popatrzeć komuś w oczy i głośno dobitnie powiedzieć, co o nim myślę.
Boże, jak ja chciałabym zrobić coś tak szalonego...

Dzisiaj od rana mam splątany dzień.
Machinalnie wykonuję wszystkie czynności od nauki składania kotka z origami (czyt. robienia dzieciom siedemnastu łebków i siedemnastu korpusów podczas jednej lekcji), przez kupowanie bułek, uczenia Continuousa mojego szóstoklasisty po palenie w piecu i jedzenie ryżu z truskawkami.
Wieczorem poszłam do znajomych z laptopem, który ostatnio trochę zmulał.
Pod palcami informatyka dziwnym trafem od razu odżył, co każe mi myśleć, że sprzęt złośliwie robi ze mnie kretynkę i osobę technicznie upośledzoną...
Trzy córki przyjaciół zaskoczyły mnie w równym stopniu, choć każda czymś innym.
Jedna radością na mój widok, chociaż codziennie widzi mnie w szkole (i codziennie pyta, kiedy do niej przyjdę ;]) i spijaniem każdego słowa z moich ust jakbym przez bycie nauczycielką była najmądrzejszą istotą na ziemi (nawet nie wiecie, jaka to odpowiedzialność ;P), druga nagłym rozgadaniem się choć na ogół nie mówi prawie nic, trzecia intensywnością produkowania smarków i podszkoleniem się w sztuce pełzania i stawania na dziesięciomiesięcznych nóżkach od momentu, kiedy widziałam ją po raz ostatni.
Potem była kolacja, prysznic, szykowanie ubrań na jutro.
Rattanowy fotel z wielką poduchą, herbatka na "zdrowy sen", koc w kolorowe groszki.
Piżama, balsam Nivea, włosy zwinięte w koczek, żeby nie przeszkadzały.

Skończyłam czytać: "Łowcę", przeglądnęłam książkę Martyny Wojciechowskiej, przeleciałam pobieżnie książkę o bolączkach posiadania dzieci ('Jak być tatą" czy coś w tym stylu) i zaczęłam czytać powieść, która z tyłu okładki wyglądała lepiej niż w rzeczywistości.
Merde. Jak można... Uh... Jak można tak zepsuć taką fajną fabułę zbyt krzykliwymi dialogami, przerysowanymi postaciami, nadmiarem wykrzykników i brakiem znajomości dziecięcych faz rozwoju. No jak?!
Wkurzyłam się, uspokoiłam, znowu wkurzyłam.
Z tego wszystkiego trąciłam stopą kubek i wylałam na panele resztkę herbaty.
Wytarłam mokrą plamę chusteczką, zwinęłam ją w kulkę, ciesząc się, że tak dobrze się lepi, bezbłędnie wcelowałam nią do kosza.
Odłożyłam książki na regał, postawiłam pusty kubek po herbacie na szafkę.
Przeciągnęłam się, ziewnęłam, zmieniłam miejscówkę.
Łóżko, pościel w sowy, przytłumione światło LEDowych kulek.
I laptop.
Laptop, ach laptop.
Wróg i przyjaciel, zabieracz czasu, prowokator do sprawdzania wiadomości, fejsbukowego czata i statystyk bloggera w dzień; przelewacz myśli na słowa, odciągacz uwagi w nocy.

Znów mnie nosi i znów jestem zbyt rozkojarzona, żeby wyciszyć się przed snem.
Znów czuję, że noc będzie wyzwaniem, a poranek bolączką.
Nie przejmuję się tym jednak ani trochę.
Nie to nie. Pośpię w dzień.
Koniec podniecania się bezsennością.
Nie tylko mi ona doskwiera. Z kim bym nie rozmawiała to zawsze znajdzie się inny bezsennik. I też niby nie ma problemów, przez które miałby nie spać pół nocy.
Nie przejmuję się więc spaniem ani nie - spaniem też.
Przejmuję się sobą.
Tylko i wyłącznie sobą.
Samolubnie, egoistycznie i jakże niemądrze.
Bo przejmuję się czymś, czym obiecałam sobie nigdy się nie przejmować.
Przejmuję się ludzkim gadaniem.
Taa...
Nie było opcji, żebym brała do siebie czyjeś uwagi, bo poszłam na pedagogikę, zerwałam z chłopakiem, przestałam jeść mięso, wróciłam do rodzinnego miasta, starałam się dostać do Policji.
Nie było opcji, żebym myślała, co myślą inni.
Czasami gdzieś z tyłu głowy chowała się jakaś myśl, że może czasem mówię za dużo, a czasem za dużo milczę.
Że głupio jest się komukolwiek tłumaczyć, a może jednak czasem powinno się to zrobić.
Że może pewne rzeczy trzeba wykrzyczeć, żeby sobie ulżyć, a pewne zachować dla siebie, żeby nie dawać innym satysfakcji.
Że trzeba być twardym, nawet jak wszystko aż prosi, żeby zmięknąć.
I mówiłam sobie - żyj sobie jak chcesz, co to kogo obchodzi.
Nie chcesz jeść mięsa to nie jedz, nie chcesz związku to się w niego nie wplątuj, nie chcesz dziecka to się na nie nie decyduj.
Chcesz pisać? Pisz. Chcesz coś zmienić? Zmieniaj. Chcesz żyć? Żyj.
Do tej litanii pasowałoby dodać - nie chcesz mieć zmartwień, to się nie martw.
Więc staram się nie martwić.
Staram się.
Podobnie jak staram się być miła, grzeczna i w porządku.
Nie wiem w sumie po co, skoro jak jestem wredniejsza to jest mi lepiej w życiu...

Wiecie co mnie naprawdę cieszy?
Cieszy mnie, że jak patrzę na siebie w lustrze, oprócz pierwszych (awrrrr!!!) siwych włosów, kilku nowych pryszczy na nieskazitelnej zwykle cerze i uśmiechu uwydatniającego krzywą jedynkę, widzę osobę, która nie musi mieć faceta dla potwierdzenia swojej atrakcyjności, nie musi zakrywać się toną makijażu, żeby wyjść z domu, nie musi o nic nikogo prosić, nie musi na nic się zgadzać, nie musi na nic czekać i nie musi się martwić ludzkim gadaniem.
Która nie musi się bać plotek, bo wszyscy plotkują i plotkować będą, niezależnie od tego, czy ktoś jest dobry, zły czy przeciętny.
Która nie musi przejmować się głupotami, bo niby z jakiej racji?
Po cholerę mam się tłumaczyć ze swoich decyzji, postanowień, wyborów.
Po co mam wszystkim mówić, na co, po co, dlaczego.
Co komu do tego?
Równocześnie mogę pisać co mi się żywnie podoba i mówić, co myślę, jeśli będę mieć w sobie na tyle odwagi.


Brzydka prawda jest taka, że im mniej smaczków się komuś dostarczy, tym silniej będzie musiała popracować jego wyobraźnia, żeby dorobić sobie teorię na czyjś temat.
Korci mnie, ach, nawet jak nie wiecie jak mnie korci rzucić czasem coś głupiego - niech ktoś ma pożywkę, niech się cieszy, niech się podnieca, jak nie ma czym.
A z drugiej strony... Po co to komuś ułatwiać? Niech ćwiczy kreatywność. Niech doszukuje się ukrytych znaczeń tam gdzie ich nie ma. Niech myśli i mówi co chce.
Ja za to mogę żyć jak chcę ;).
Mogę cieszyć się, że jeszcze potrafię oddzielić sobie to co jest konstruktywną krytyką, a co krytykanctwem.
I mam nadzieję, że kiedyś, jak będę starsza, lepsza, mądrzejsza, pogratuluję sobie w duchu tego, że może i byłam za miła, za grzeczna, zbyt idealistyczna, ale nie za głupia.


PS Wpis z wczoraj łamane przez dzisiaj (pisany koło północy). Nie zdążyłam go dopracować, bo spróbowałam się położyć. Zasnęłam w ciągu kwadransa, nie obudziłam się ani razu. Niech żyje herbatka na zdrowy sen ;P.
Miłego weekenendu! (Mi życzcie przespanego ;P).





środa, 28 października 2015

Poprawić kucyk

Dziś Dzień Odpoczynku dla Zszarganych Nerwów.
Z tej okazji zdarłam sobie gardło, krzycząc na dzieci, które przez trzy lekcje sumiennie targały moje nerwy nie słuchaniem i przeszkadzaniem.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że niektórzy mówią, że promienieję, odkąd pracuję w szkole, a inni, że mówię jak stara nauczycielka, która upomina, bo ktoś bawi się długopisem albo niepotrzebnie coś gada.
Oj, jak chętnie postawiłabym wtedy taką osobę przed siedemnaściorgiem dzieci i kazała przeprowadzić lekcję, kiedy każde dziecko robi coś, co zagraża zdrowiu/bezpieczeństwu/powoduje hałas/powoduje, że dziecko nie słucha, a potem pyta, co ma zrobić z tą niebieską kredką i gdzie właściwie jesteśmy w ćwiczeniach.
Jak to możliwe, że idąc rano do pracy, kiedy jestem zmęczona po nieprzespanej nocy i nie mam humoru z powodu zmęczenia niewyspaniem, dzieci, ich przytulanie, powitania i uśmiechy stawiają mnie na nogi i jak to możliwe, że kiedy wychodzę ze szkoły, z ulgą witam samochód, odpalam sobie muzykę na fulla i wpadam do domu, całując płytki na korytarzu ze szczęścia?
Jak to możliwe, że w środę cieszę się, że już środa, w piątek, że jest weekend, a w niedzielę wieczorem cieszę się, że jutro idę do pracy?
To się dopiero nazywa paradoks.

Ogólnie paradoksów mam ostatnio więcej.
Na przykład - mam śliczny, przyjemny pokoik z wygodnym twardym łóżkiem i pościel, która kosztowała tygodniówkę z korepetycji, a mimo to nie mogę zasnąć i w efekcie kręcę się w tej pościeli, narzekając na jej gładkość, bo po paru godzinach i nocach z rzędu bez snu zaczyna drażnić wszystko, nawet cena pościli i jej komfort, mimo których I TAK NIE MOŻNA ZASNĄĆ.
Coś sobie obiecuję i sama łamię swoje postanowienia, czując się wtedy tak głupia jak bezmózga meduza.
Marzę o rzeczach, bez których da się żyć, a żyję dzięki temu, o czym niektórzy mogą sobie pomarzyć.
Martwię się czymś, na co nie mam wpływu.
Zaczynam nawet trochę mięknąć i chyba wolałabym umieć rozpłakać się z powodu faceta niż bać się o czyjeś zdrowie.
Nie wiedziałam, że choroba kogoś bliskiego, a niespokrewnionego może tak w kogoś wsiąknąć, że cały czas myśli się o tej osobie i o tym, co by się oddało, żeby wytrząsnąć dla niej zdrowe i sprawne narządy.
W chwilach, kiedy szukam po sklepach kolczyków z symbolem nieskończoności albo kupuję nową szaro białą czapkę i komplet Dalii w kolorze capuccino, cały czas myślę o szpitalu, operacji, bólu.
Nie swoim, bo nie mam nic chorego, a mimo czuję ból tak cholernie mocny, że ściska mnie w dołku.
I boli mnie coś, czego nie potrafię odkryć.
Gdzieś mnie gniecie, mierzwi, drażni.
Wybieram awokado, szukam mleka sojowego, kupuję ciemny chleb.
Myślę o transplantacji.
Robię coś, co robię codziennie, myślę o czymś, o czym nie myślałam nigdy.
A głównie myślę o tym, że jestem okropną szczęściarą skoro mogę pracować, prowadzić bezstresowe życie, nie martwić się zdrowiem i nie spędzać 1/3 życia w białej szpitalnej pościeli.
I myślę, że to nie fair, że ja mogę sobie chodzić, kupować ciuchy, czytać książki, dawać korki, wychodzić do znajomych, a ktoś musi czekać i modlić się, żeby jego narządy robiły to, co do nich należy, chociaż zdrowy normalny człowiek na ogół o takich rzeczach nie myśli.
To takie cholernie niesprawiedliwe.
Takie przytłaczające.
I takie prawdziwe.



Dzisiaj wstałam koło dziewiątej, zmęczona, niewyspana i ziewająca.
Zmusiłam się do wzięcia prysznica i zjedzenia śniadania, żeby nie wpaść w błędne koło odsypiania nocek.
Wyodkurzałam cały dom, umyłam podłogę, wywietrzyłam dom, umyłam okno w pokoju, wypicykowałam półki i panele w swoim królestwie.
Wszystko to do głośnej muzyki, która i tak nie umiała zagłuszyć myśli.
Gdyby nie to, że musiałam iść do pracy, pewnie przewróciłabym dom do góry nogami, bo robiąc coś miałam złudne wrażenie, że przynajmniej zajmuję czymś ręce, skoro myśli zająć nie mogę.
Niestety kiedy wskazówki zegara zaczęły niebezpiecznie przesuwać się na porę, o której zwykle wyjeżdżam z domu, rzuciłam wszystko, ubrałam chabrową bluzkę z ważką i małe kolczyki ważki.
Popatrzyłam na siebie w lustrze, poprawiłam na szyi łańcuszek, poprawiłam kucyk, jakby to mogło pomóc przestawić myśli na inne tory.
Jakbym dzięki temu mogła przestać się martwić, głowić, przejmować.
Jakby to pomogło wyrzucić z głowy niechciane myśli i zmartwienia.
Zacisnęłam mocno gumkę, jakbym chciała sama przekonać się o własnej sile, z którą i tak nic nie mogę zrobić.
Potem wsiadłam do samochodu, pojechałam do pracy.
Rozebrałam się w pokoju nauczycielskim z czarnej (zimowej już) kurtki, dałam się wyściskać dzieciom na korytarzu i weszłam ze swoją klasą do sali.
Przez trzy godziny sprawdzałam dzieciom zadanie, pokazywałam, jak poprawnie napisać literkę "K", pisałam wyrazy do przepisywania w zeszytach, czytałam o zajmowaniu się zwierzątkami domowymi, uciszałam hałasujących, uspokajałam płaczących, opieprzałam przeszkadzających, uśmiechałam się do przytulaśnych, wymyślałam nowe, nie oklepane jeszcze zabawy ruchowe, realizowałam program, uzupełniałam dziennik.
Robiłam milion rzeczy, a mimo to myślałam o tym, o czym myślę od prawie roku, z różną tylko częstotliwością i natężeniem.
O tym, co obecnie jest dla mnie najważniejszą rzeczą, o tym, co obecnie jest największym marzeniem.
O tym, że tylu z Was przejmuje się pryszczem na czole, tym,  że mamy dużo pracy, a mało pieniędzy, że mamy katar albo alergię na orzeszki, że ktoś nas wkurza, a ktoś inny zlewa, że mamy za mały samochód, a za duży dom i niesymetryczny uśmiech a za bardzo symetryczną grzywkę.
Przejmujemy się takimi głupotami, kiedy inni marzą, żeby mieć takie problemy, a jedyne co mogą zrobić to poprawić kucyk, żeby wyrzucić z głowy myśli, których nie da się wyrzucić i zacisnąć frotkę równie mocno co zęby, kiedy można tylko siedzieć i czekać.


http://theevampirediaries.pinger.pl/m/20335231





niedziela, 25 października 2015

Kwitnąca tarantula ;]

Obiecałam sobie, że ten weekend spędzę inaczej niż zawsze.
Bo chociaż książki, ćwiczenia i pisanie to coś, co w moim przypadku zawsze się sprawdza, to jednak czasem trzeba jakiejś małej odmiany.

W piątek poszłam na imieniny do cioci.
Cały tydzień napalałam się, że skuszę się wreszcie na wino (*obrona nie opita, praca w szkole nie opita, książka nie opita...), a jak przyszło co do czego, zakręciło mną po połowie lampki i resztę wieczoru siedziałam zmulona, próbując skupić wzrok na jednym punkcie ;).
W sobotę pojechałam na parapetówkę do koleżanki.
Najlepiej wychodziło mi picie herbaty z wielkiego ("Rozmiar ma znaczenie") kubka i mimo ogromnej ilości płynu, szło mi z nią lepiej niż z drinkiem. Mimo to driknąć też drinknęłam.
I nie kręciło mi się w głowie jak w piątek.
Oprócz tego po powrocie do domu zasnęłam błyskawicznie i spałam całą noc (a już się bałam, że dodatkowa godzina związana z przesunięciem czasu będzie dla mnie oznaczać kolejną godzinę liczenia baranów).


W niedzielę postanowiłam - zero ćwiczeń, zero pisania, zero obijania.
Dzień zaczęłam całkiem wcześnie, bo moja mama wybitnie lubi pytać mnie: "I jak, jak było?" przed ósmą, kiedy odsypiam imprezę, więc i dziś wpadła do mnie z samego rana i rozdrażniła budzeniem.
Do południa razem z rodzicami projektowaliśmy skrzynkowy stolik do mojego pokoju, wspólnie próbowaliśmy okiełznać (w sensie - obrać i pokroić) dynię i razem pojechaliśmy spełnić obywatelski obowiązek i zagłosować.
Miałam zamiar wziąć psa na spacer, ale sam urządził sobie spacer, kiedy uciekł mi niepostrzeżenie za bramę, podczas moich prób odplątania sznurka owiniętego n razy wkoło tui, a uciekając przede mną,  kiedy stałam na chodniku w kapciach i wołałam głośno zachrypnięte: "Peeeedro!"wybiegał się dostatecznie.
Potem ambitnie ugotowałam zupę dyniowo - pomarańczową (nie trzeba było powstrzymywać się przed podpijaniem świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy; zupa wyszła ciut za pomarańczowa. I nie - nie chodzi mi o kolor), korzystając z wolnej chaty (rodzice poszli do lasu) urządziłam sobie tańce i swawole do muzyki z Eski TV, pląsając po salonie, potem przeczytałam dwie strony książki (co z tego, że wciągająca... Wygodny fotel wciąga bardziej) i w dziesięć minut ugotowałam kolorowy makaron ze szpinakiem i pieczarkami.
Popołudnie spędziłam oglądając: "Igrzyska śmierci", na które jakoś mnie dziwnie naszło (ostatnio oglądałam "Kolekcjonera kości" i kawałek: "Azylu", a wcześniej telewizor widziałam tylko przy okazji ścierania z niego kurzy), robiąc stopom SPA w wersji deluxe (czyt. wszystkie możliwe specyfiki do pielęgnacji stóp użyte podczas jednego wieczoru) i szukaniem wegańskich przepisów na necie.
O - i popijając kwitnącą herbatę, której wydudliłam dwa dzbanki.
Swoją drogą - efekt końcowy (w sensie kwiatek) całkiem ładny, ale sam proces "kwitnięcia"przypomina przebudzanie się tarantuli z zimowego snu, więc średnio podniecający widok...
Wieczorem fundnęłam sobie zdrowy zielony koktajl.
Mój organizm zaakceptował zmiany w diecie, w której dominuje zielone i nie domaga się już tak dużo chleba z gorzką (*bezmleczną) Nutellą, żeby dobić kalorycznie do normy, za to strasznie ciągnie mnie do zup kremów i koktajli.
A może czekolada to tylko jak zwykle moja ulubiona "faza cyklu" ;D
Nie mniej jednak - wczoraj dorwałam w Biedronce warzywny mix z jarmużem, dodałam do niego sok jabłkowy, banana i pomarańczę, a potem piłam, piłam i piłam.
Aż wypiłam ;P.
Tak coś czuję, że jeszcze trochę, a dobiję do złotej szesnastki w poziomie hemoglobiny ;].
Ale póki co - wolę dobić do końca wpisu i iść pod prysznic, bo w trakcie pisania włączyłam muzykę, a jak muzyka to Burning Fire, Club can't handle, Limbo i Lovumba, czyli huuuula ;P.
Idę więc wymyć kubek, który wygląda jakby spleśniał, próbować odklejać z siebie czarny podkoszulek i wylać resztę herbaty.
"Tarantulę" wrzucę do jakiegoś kubka.
Niech jutro zakwitnie po raz wtóry ;)









piątek, 23 października 2015

Niiiiice ;]

Dziś mam zdecydowanie dobry dzień ;).
Od rana wszystko układa się idealnie.
Wstałam prawą nogą, wyspana mimo bezsenności, chudsza niż wczoraj mimo niesprzyjającej fazy cyklu, szczęśliwsza, chociaż dalej zakatarzona i mówiąca przez nos.
W szkole było tylko dwanaścioro moich uczniów.
Wszyscy byli grzeczniejsi niż zwykle, więc na każdej lekcji piałam z zachwytu nad ich przykładnym zachowaniem.
Oczywiście paru łobuzów tradycyjnie rozrabiało i cierpiało na dziwną głuchotę nieznanej etiologii (w sensie - nie słuchało, co się do nich mówi), ale oprócz tego w klasie było tak cicho, że łapałam się na tym, że mówię za głośno, żeby przekrzyczeć dzieciarnię, której nie trzeba było przekrzykiwać.
Na zajęciach komputerowych żaden komputer nie odmówił mi posłuszeństwa, a pierwszaki były mega podniecone faktem, że mogą namalować sobie domki i pieski w Paintcie.
Na korytarzu wszystkie dzieci ładnie się ze mną witały, nie spoufalając się ponad granice przyzwoitości (czyt. znajome dzieci nie wołały do mnie "Cześć, M., a pozostałe nie wieszały się po mnie i nie obłapiały mnie w pasie od tyłu, kiedy niczego nie świadoma rozdzielałam handryczących się uczniów).
Po czterech lekcjach byłam mniej zmęczona niż wczoraj po dwóch.
Załatwienia na mieście obskoczyłam na jednej nodze.
I w nowych butkach, które są tak samo ładne jak i wygodne ;)
W domu zjadłam porządny (kupiony w Rze) obiad, zagryzłam czekoladą, zdążyłam wypić herbatę przed korkami, a po korkach odkurzyć pokój.
Do tego po raz pierwszy od dwóch miesięcy postanowiłam jednak złożyć swoją kanapę i chyba będę musiała robić to częściej, bo dzięki temu mam o wiele więcej miejsca w pokoju.
A więcej miejsca w pokoju to więcej szaleństw z ćwiczeniami.
Na szczęście ostatnio ćwiczenia znów zagościły w moim dziennym rozkładzie zajęć i chociaż nie mogę powiedzieć, żebym przytyła chociaż gram bez treningów, to jednak o wiele lepiej czuję się z ćwiczeniami niż bez nich.
Nawet jeśli potem chodzę ozdobiona sińcami ;P.
Plany pójścia na basen spaliły się na panewce, bo wyglądałabym jak ofiara przemocy (zgięcie w łokciu też lekko zasiniałe po pobieraniu krwi).
Przeziębienie weszło już w tę fazę, kiedy choć dalej jestem pociągająca (nosem) i z lekko błyszczącymi oczami, czuję się normalnie i normalnie funkcjonuję nie zajmując się głównie leżeniem i smarkaniem ;).

Piątek zapowiada się więc idealnie, podobnie jak idealnie zapowiada się sobota i niedziela, podczas której mam zamiar ćwiczyć do upadłego, hulahopić, nie przejmując się siniakami, czytać, aż dojdę PRZYNAJMNIEJ do połowy książki i spać, ile będę w stanie.
No właśnie.
Z tym spaniem to może być problem.
Nie chcę się jeszcze martwić, bo martwienie jakoś nie należy do moich ulubionych zajęć, ale od jakiegoś tygodnia znów zaczęły się dla mnie bezsenne noce i powoli zaczynam wracać do starych nawyków kombinowania przed snem.
Oznacza to mniej więcej tyle, że łóżko już zaczęło mi się źle kojarzyć i że znów zaczęłam przeciągać moment pójścia spać z obawy przed bezsennością.
Standardowo nie mogę zasnąć przed północą i budzę się koło drugiej albo trzeciej, kręcąc się w pościeli i urozmaicając sobie czas wycieczkami do wc i myśleniem o głupotach.
Ostatnio brak snu przeciągnął się do tak długiego okresu, że zdążyłam nawet zekranizować w myślach książki, których nie zdążyłam napisać, więc osiągnęłam już apogeum bycia zmęczoną niespaniem ;).
Póki co rano wstaję wypoczęta i nie odsypiam nieprzespanych nocek w dzień, ale po zeszłorocznych atrakcjach z desperackimi próbami zwalczenia bezsenności (kupienie tabletek na sen i plan napisania ogłoszenia o osobie towarzyszącej do łóżka, która zapewni mi zdrowszy i spokojniejszy sen) nie chciałabym mieć powtórki z rozrywki...















czwartek, 22 października 2015

Po łowach ;]

Nie, że nie miałam czasu ani ochoty, ale jakoś odpuściłam sobie na chwilę bloga.
Co w tym czasie?
Po pierwsze - poremontowy pokój sprząta mi się dużo przyjemniej i średnio co drugi dzień ścieram kurze i myję lustro, żeby utrzymać ten wspaniały stan.
Co dość przyjemnie zabiera mi długie jesienne wieczory.
Po drugie - zaczęłam ćwiczyć. Znów Mel B. i hulahopienie ;].
Po trzecie - jestem przeziębiona, ale oprócz ogromnego kataru i bólu głowy (plus śladowe ilości drapania w gardle i sporadyczne sesje kaszleniowe) nic mi nie dolega.
Po czwarte - w środę urządziłam sobie wycieczkę do Rzeszowa i jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że kimałam w obie strony pod groszkowanym kocykiem (jechałam z siostrą) ani dlatego, że musiałam zaliczyć dwóch lekarzy o wątpliwej przyjemności zaliczania.
Jakkolwiek to brzmi.

Ogólnie najlepsze z całego wyjazdu były zakupy, jedzenie i jeszcze raz zakupy.
O dziwo - i tu wielkie brawa dla mnie - nie kupiłam NIC miętowego (* piżamę, ale nie jest cała miętowa), sportowego ani żadnej nowej bielizny.
Jest okej.
Co więc kupiłam?
Poduszki (do siedzenia) w sowy, które mają identyczny motyw jak moja pościel.
Pościel, która jest w zasadzie ciut dziecinna (szaro - biało - czerwono Puchatkowa), za to była na wyprzedaży i jest z mięciutkiej, cieplutkiej mikrofibry.
Dwie pary butów z Deichmana - obie czarne, obie śliczne, obie wygodne.
Nie jakoś wybitnie drogie.
W sumie to nie miałam czarnych butów na jesień, a klasyczna czerń pasuje do wszystkiego, więc myślę, że zakup jak najbardziej trafny.
No i jeszcze to, że nie mają żadnych pierdół, błyskotek i ozdób, a przecież wiadomo, jaką mam obsesję na tym punkcie...

Poza tym dwa komplety singielskiej piżamy - jedna długa i miękka (wersja zimowa - z pingwinem na dość wąskiej "górze" i puszystymi barankami na różowym (!!!) "dole"), druga krótka i letnia (miętowy T - shirt, czarne szorty z białymi napisami). I gacie do kompletu ze standardowym BAD, GOOD na tyłku. To też mi się chyba nigdy nie znudzi ;).
Poza tym czarna, do bólu zwyczajna bawełniana bluzka i tęczowy ręcznik, który jak go wypiorę i powieszę na sznurku, będzie powiewał jak lesbijska flaga, wzbudzając zapewne zdziwienie sąsiadów.
O - i jeszcze komin w wersji "na zimę".
Szary z kożuszkowym wnętrzem.
Do bólu ciepły.
Jedyny z nim problem to taki, że zasupłany wkoło szyi dwa razy jest za luźny, przy trzech owinięciach powoduje lekki wytrzeszcz oczu.
Taka sytuacja ;).

Oprócz zakupów - jedzenie.
Jedzeeeenie ;P.
Znów wegański bar, czyli luksus w postaci obiadu podanego pod nos.
I zupa plus obiad na wynos, co dopełniło poczucie szczęścia.
Tyle póki co, więcej jak mi się zachce zwierzać ;).
















poniedziałek, 19 października 2015

Na Eskimosa ;)

Gdybyście mogli mnie teraz zobaczyć, padlibyście ze śmiechu ;).
Oprócz tego, że mam dziś wyjątkowo niebieskie oczy, które aż rażą blaskiem, mam też gorączkę, czerwony z kataru nos, nosowy głos i szary dresowy kombinezon w skandynawskie wzorki.
Drugi z kombinezonów - czerwony polarkowy służy mi jako piżama.
Bo ogólnie to takie jest jego przeznaczenie.
Chociaż jak na moje standardy powinien mieć jeszcze stopki jak w dziecięcych śpioszkach, bo piżama podwija się do łydek i nogi są lodowato zimne mimo skarpet.
Taa...
Zaczęłam już swój sezon na najgrubsze skarpetki świata, ciepłe rozczłapane kapcie i całkowicie pozbawione choćby cienia erotyzmu piżamy.
Są mega grube, mega ciepłe i mega wygodne.
I mega aseksualne ;].
O, i jeszcze czerwony kombinezon to piżama z Angry Birds.
Ma nawet kapturek, kieszenie i czarny ogonek ;P.
Nawet nie przeszkadza w spaniu, jak przełoży się go na bok.
To tyle w tym temacie ;).
Oprócz tego, że sama się z siebie śmieję, jak wariacko wyglądam, sunąc po domu jak przerośnięty Angry Bird z ptasim ogonkiem ;P.
Ekhm.
Niestety dziecięce rozmiary to i dziecięce wzornictwo.
Trzeba było więcej jeść i więcej urosnąć ;).


Poza tym co?
Poza tym jestem niewypoczęta po weekendzie i pociesza mnie jedynie fakt, iż kolejny weekend spędzę w domowych pieleszach.
Ten był na obrotach.
W piątek migrenowałam.
Cztery godziny wyjęte z życiorysu później miałam światłowstręt, jadłowstręt, ludziowstręt i hałasowstręt.
W sobotę bawiłam na weselu.
Dwanaścioro pociech w wieku od 3 do 13 lat.
Do domu wróciłam o czwartej, spałam do dziewiątej, rozkręcałam się do dwunastej.
Potem owinęłam się w bluzy i chustki i pojechałam na wycieczkę życia na zaporę i źródełka w Myczkowcach.
Jak na zdechlaka z podgorączkowym wspinaczka po milionie schodków szła mi całkiem nieźle.
Na koniec wycieczki załapałam się na makaron ze szpinakiem, który zaserwowała mi koleżanka, aż wreszcie całą wycieczkową ekipą wylądowaliśmy w moim domu.
Potem spędziłam upojny wieczór, uzupełniając dziennik do dwudziestej trzeciej, gorączkując do dwunastej, wstając o drugiej, budząc się o szóstej i idąc do pracy na dwunastą, co akurat było światełkiem w tunelu po rozpalonej nocy z gorączkowymi koszmarami.
Dziś przepadły mi korki (odrobię jutro), więc snuję się po domu w wyżej wspomnianym kombinezonie, popijam sok pomarańczowy, ćwiczę trafność rzucając zasmarkanymi chusteczkami do kosza, piję herbatę za herbatą i napawam się słodkim nieróbstwem, zanim znów wezmę się za uzupełnianie dziennika... ;]
 








niedziela, 18 października 2015

Za co dziękuję mojej mamie ;)

Jako dziecko wstydziłam się za moją mamę, jak po dziecięcych występach, czy to z okazji Dnia Matki czy pasowania na ucznia, klaskała najgłośniej i najdłużej, a czasem o zgrozo - podnosiła ręce nad głowę i klaskała z taką mocą jakby ktoś płacił jej za klakierowanie.
Jakoś inni rodzice klasnęli ze dwa razy i zastygali z poważnymi minami, upominając pod nosem swoją pociechę, że pomyliła słowa...
Jako dziecko wywracałam oczami, kiedy moja mama wzruszała się na obcych ślubach i komuniach, kiedy szkliły jej się oczy na ładnej piosence, kiedy płakała na wzruszającym filmie.
Przecież nikt inny nie płakał, więc po co ona płakała?
Jako dziecko było mi głupio, że idąc z mamą przez miasto, byłyśmy zaczepiane przez mnóstwo ludzi, przed lekarzy po bezdomnych, a mama z każdym musiała porozmawiać, pouśmiechać się, wysłuchać.
Przecież nikt jej nie płacił za bycie pracownikiem socjalnym po godzinach...
Jako dziecko rumieniłam się, kiedy moja mama kwitowała głośno czyjąś nieuprzejmość w sklepie, banku, restauracji i wychodziła.
Nie mogła udawać, że tego nie widzi?
Jako dziecko byłam zła, że moja mama chodzi za raczkującymi dziećmi na czworakach, naśladuje Kaczora Donalda, zmienia słowa piosenek, żeby rozśmieszyć dzieci.
Przecież wszyscy patrzyli na nią jak na wariatkę.
Jako dziecko denerwowało mnie, że kiedy moja mama będąc ze mną dziewięć tygodni w szpitalu, kroiła innym dzieciom kanapki na "jednokęsowe", brała je na kolana i wycierała buzie po ataku torsji.
Przecież nikt jej za to nie dał medalu, nikt nie powiedział marnego "dziękuję" , a mną jakoś nikt się nie zajmował, kiedy jej nie było.
Jako dziecko było mi głupio, że moja mama śmieje się i płacze, kiedy ma ochotę, a nie kiedy wypada, że mówi co myśli i nie zawsze myśli co mówi.
Przecież nikt inny tak nie robił.
Jako dziecko nie lubiłam, że moja mama wygłupia się z dziećmi, organizuje im zabawy, zaprasza do kółeczka, przełamuje nieśmiałość i chwali.
Nikt inny nie wybijał się poza szereg bycia "dorosłym", więc po cholerę miała to robić?
Jako dziecko wkurzałam się, kiedy moja mama mówiła, że poważna będzie jak umrze i że jak coś nie wyjdzie, to mądry się nie domyśli, a głupi pomyśli, że tak miało być.
Jako dziecko nie rozumiałam słów "zgrywający", "sztuczny", "pretensjonalny".
Teraz rozumiem...

Teraz to ja najgłośniej i najdłużej klaszczę, jak znajome, swoje "szkolne" czy całkowicie obce mi dzieci tańczą, śpiewają czy występują na scenie, pokonując tremę.
Z całą swoją twardością osoby kolekcjonującej siniaki i niemelodramatyzującej w sprawach związanych z wielkim słowem na "M", czuję, że robi mi się wilgotno pod powiekami jak słyszę niektóre melodie, a na filmach/momentach kiedy jakieś dziecko płakało, bo odpadło z "Mam talent" albo na wzruszających teledyskach - zdarzyło mi się ryczeć jak kretynce.
Teraz to ja idąc przez miasto, nie mogę odpędzić się od ludzi, i nieważne czy to znajome dziecko, nauczyciel z liceum czy żebrząca Cyganka.
I z każdym muszę zamienić słowo i uśmiech, kiedy moja mama stoi z boku i czeka.
Teraz to ja wychodzę ze sklepu, jak ktoś wykazuje się brakiem kultury i nie zapominam powiedzieć głośno czegoś, co mogłabym powiedzieć w myślach.
Teraz to ja głośno się śmieję, nie przejmując się, że z oczu robią mi się szparki, mówię co myślę, nie zawsze myśląc co mówię, a płaczę jak mam taką potrzebę.
Teraz to ja chodzę za dziećmi na czworakach nie zastanawiając się czy robię sobie oczko w rajstopie czy ktoś patrzy na mnie jak na idiotkę, robię im pociąg, z pasją fucząc jak lokomotywa, noszę dzieciarnię na barana i świetnie naśladuję miauczącego kota.
Teraz to ja wycieram zasmarkane nosy, pozwalam dzieciom wypłakiwać się w rękaw nowej bluzki, z uwagą przyglądam się dziurze po wypadniętym mleczaku i przytulam, jak jakieś dziecko płacze.
Teraz to ja najgłośniej i najlepiej się bawię, pierwsza idę tańczyć na weselu, pierwsza zagajam rozmowę z nieznajomą osobą, pierwsza jestem "pijana" bez alkoholu.
Teraz to mnie drażnią osoby o pretensjonalnym zgrywającym się głosie i zdecydowanie wiem, co oznacza słowo: "sztuczne".

Dziękuję mojej mamie za to, że nauczyła mnie widzieć, a nie patrzeć.
Że nauczyła mnie wzruszać się, a nie płakać.
Pochylać się zamiast wywyższać.
Rozpoznawać zgrywuskie tony i nienaturalne miny.
Szanować ludzi niezależnie od pozycji społecznej.
Bawić się i tańczyć, jakby nikt nie patrzył.
Wyrażać siebie, nie zapominając o innych.
Traktować dzieci jak równych sobie.
Mówić co się myśli.
Żyć, a nie udawać.
I klaskać tak głośno, ile ma się sił w dłoniach ;).

 http://various.pinger.pl/p/9



czwartek, 15 października 2015

Piąta ;)

Inne opcje nie wchodziły w grę.
Nie chciałam rezygnować ze środowych korepetycji ani tłuc się w nocy autobusem.
Nie miałam czasu na kombinowanie i planowanie.
No i goniły mnie terminy.
- Jutro nad ranem jadę do Rzeszowa - powiedziałam wczoraj rodzicom, kiedy już załatwiłam sobie wolne w pracy. I od razu dorzuciłam, że pasowałoby mi zmienić opony na zimówki ;).
Kiedy ja męczyłam swoją piątoklasistkę rzeczownikami policzalnymi i niepoliczalnymi, tato pojechał na warsztat.
A jak tylko za moją uczennicą zamknęły się drzwi, zaczęłam planować wyjazd.

Jest coś, co lubię w nocnych wyjazdach.
Nie wiem właściwie czemu, bo w 99% nie śpię dobrze przed podróżą (długo nie mogę zasnąć, a potem śpię czujnie jak komandos i na dźwięk budzika zrywam się, jakby ktoś próbował mnie dusić poduszką) i zawsze jak wstaję wczesnym rankiem, wstaję z dziwnymi mdłościami, czego przyczyny nie udało mi się jeszcze odkryć.
Mimo to paradoksalnie wolę wstawać, skoro świt, niż na przykład o przyzwoitej siódmej rano.
Może dlatego że jest ciemno, że wszyscy jeszcze śpią, że zauważa się na ulicy rzeczy, których na ogół się nie widzi i że w ogóle wszystko jest inne.
A może dlatego, że fajnie się śpi w drodze, kiedy wyjeżdża się z domu o piątej nad ranem.
No właśnie.
Zawsze lubiłam jeździć nocą, bo zawsze wtedy spałam.
Zwlekałam się z łóżka o tej trzeciej czy czwartej, jadłam coś lekkiego, żeby uciszyć rozszalały żołądek, brałam kocyk, poduszkę i urządzałam sobie legowisko na siedzeniu pasażera.
Mruczałam sobie coś do ucha, przyciszałam radio i spałaaaam - aż miło.
A dziś?
Dziś było całkiem inaczej.
Musiało być inaczej.
Przede wszystkim - musiałam być na czczo, bo jechałam na badania. Mdłości przybrały więc zwiększony obrót, a pusty żołądek zaczął się zapętlać i zasysać mnie głodem.
Po drugie - jechałam sama, więc o spaniu nie było mowy.
Po trzecie - nie wiedziałam, ile mi zejdzie i czy będę musiała zostać w Rzeszowie na noc czy nie.
A po czwarte - byłam porządnie zestresowana, bo miałam jechać do szpitala, którego nie znałam i latać z obiegówką po wszelkich możliwych lekarzach, których też nie wiedziałam gdzie znaleźć.
Dla tych, którym nie mówiłam osobiście - obiegówka z komisji lekarskiej do Policji się kłania ;)

Pierwsze schody zaczęły się więc już przy pakowaniu.
W zasadzie niezbędne były tylko dokumenty auta, moje dokumenty i skierowanie na badania.
Ale musiałam przygotować się też na potencjalny nocleg, więc chociaż darowałam sobie ręczniki i kosmetyki, tusz, bieliznę, ubrania na zmianę, dresy i piżamę wziąć musiałam. Książkę też ;P.
Głodna jak wilk wzięłam też pół lodówki do torby, a jak już brałam jedzenie - wzięłam jeszcze wodę i sok.
I apaszkę i teczkę na dokumenty.
A potem jeszcze kartki, notesik i garść długopisów.
Włożyłam ciepłe wkładki do butów, wrzuciłam parasolkę na tylne siedzenie, sprawdziłam ile mam pieniędzy w portfelu, popatrzyłam na zegarek i złapałam się za głowę.
Na pewno wszystko?
Na pewno mogę już jechać?

Włączenie silnika zabrzmiało jak wystrzał z armaty i przerwało błogą ciszę, którą słychać tylko o piątej nad ranem.
Było ciemno jak w nocy i na nic się zdało tłumaczenie sobie, że przecież już jest dzień.
Widnieć zaczęło dopiero grubo po szóstej, kiedy zrobiłam sobie przerwę na CPNie.
Do Rzeszowa dojechałam przed siódmą, zanim przebiłam się przez korki było kwadrans po.
Zanim znalazłam miejsce na parkingu byłam już trochę spięta, jeszcze mocniej spięta zrobiłam się jak musiałam znaleźć komisję lekarską w budynku D, którego nie mogłam zlokalizować, choć po drodze widziałam cały alfabet...
Wreszcie udało mi się znaleźć odpowiednie miejsce, a rozpoznałam je po długiej kolejce oczekujących, złożonej prawie z samych facetów ;].
Dostaliśmy plik kartek do wypełnienia, więc zaczęliśmy mozolnie pisać.
Na początku wszyscy kandydaci byli małomówni i z lekka sztywni (oprócz mnie, oczywiście. Ja zachowywałam się jak króliczek Energizera, nawijając z nowo poznanym krośniakiem i śmiejąc się sama nie wiem z czego - i ta dziwna pobudzona faza trwa do teraz...).
Potem wszyscy chodzili jak dzieci we mgle (a ja chyba w najgęstszej, bo nie mogłam się dopchać do rejestracji) z lekko przerażonymi minami. Nie trwało to na szczęście za długo, bo szybko poczuliśmy się w szpitalu jak u siebie.
Biegaliśmy od neurologa do laryngologa, od laryngologa do stomatologa, a od stomatologa na prześwietlenia płuc, EKG i badanie krwi.
Wszystko to przy wtórze śmiechów, chichów, wymiany zdawkowych zdań: "Masz już okulistę?" albo: "Zrobiłeś audiogram?" i gorączkowego machania plikiem skierowań.

Jednym słowem - szpitali, lekarzy i kolejek do rejestracji mam dość do końca roku ;)
Nie udało nam się dorwać dwóch specjalistów, a na psychologa i psychiatrę też trzeba czekać ponad miesiąc.
Mimo to jestem zadowolona, bo przy okazji zaliczyłam neurologa, który sprawdził moje odruchy, dentystkę która uznała że mam dwie wyrzynające się ósemki w i tak małej już, "dziecięcej" buzi ;>), laryngologa który uznał, że mam dobry słuch i okulistki, orzekającej wzrok na przyzwoitym poziomie.
Najśmieszniejsze było to, że większość lekarzy na mój widok wpadało w opiekuńczy ton i zamiast skupiać się na badaniu, mówili, że jestem  "malutka", "szczuplutka", ewentualnie "drobniutka".
Poniekąd to fakt, bo akurat dziś byłam tak przegłodzona i zmdłościowana, że nawet przyssawki z EKG nie chciały mi się nijak przyczepić do żeber, ale żeby mnie tak od razu oceniać po niepozornym wyglądzie... ;)

Ogólnie po dwunastej byłam już po wszystkim.
Skoczyłam do Vegusa na wegański obiadek, kupiłam sobie zupę brokułową i pierogi z soczewicy na wynos (wszystko genialnie pyszne, ale pewnie mi nie uwierzycie ;)) i wróciłam do domu.
Droga powrotna dłużyła mi się niemiłosiernie, pewnie przez mocny deszcz, korki na drodze, zmęczenie i ból głowy.
Pierwsze co zrobiłam w domu to przebrałam się w piżamowy kostium (absolutny hit drugiej studniówki*), cieplutki, milutki i do bólu aseksualny i przez pół godziny miałam bliskie spotkanie z łóżkiem i pościelą w sowy.
Korki z ambitnym szóstoklasistą obudziły mnie na tyle, że wieczorem podzwoniłam do koleżanki, którą miałam okazję usłyszeć wczoraj w radiu (gratuluję, gratuluję ;D) i do znajomego kardiologa, który jechał za mną z Rzeszowa i machał mi z samochodu na światłach (a przez telefon śmiał się, że prawie wszystkie skrzyżowania ze światłami śpiewałam i nawijałam włosy na palce ^^).
Na koniec opchałam się chlebem z powidłami i swoją Nutellą z gorzkiej czekolady, ubrałam czarną koszulkę z kotem Simona i wpełzłam pod zielony kocyk.
W piątki zaczynam lekcje po dziesiątej, więc jutro o piątej mam zamiar zmienić pozycję z lewego na prawy bok i wtulić się w jedną z dwunastu poduszek ;]


* Powoli widzę, że znów włącza mi się singielski olewczy stan, polegający na paradowaniu po domu w kapciach po łydki, spodniach z krokiem w kolanach, bluzkach ze wszystkimi możliwymi postaciami bajek, od Kłapouchego po Małą Mi i ubieraniu na noc skarpet i piżam grubych jak kombinezon Eskimosa, co jak możecie się domyślić zwisa mi i powiewa prawie tak radośnie jak wynaciągana bluza, którą też namiętnie noszę... ;]

http://pinger.pl/szukaj/po_tagu/p/3/?t=poranek
 





środa, 14 października 2015

Poremontowe ;]

Mój pokój był okropny.
Przemalowanie ścian z dziecinnie żółtego na zielony kolor na niewiele się zdało, bo wciąż miałam małe dziecięce łóżko, biurko i stare ciemne meble.
Łóżko oprócz tego, że było strasznie wąskie (okej, mieścić się na nim mieściłam, ale wyciągnąć nie wyciągnęłam, a do spania we dwójkę nie nadawało się w ogóle...) miało tendencję do gubienia listewek. W jednym momencie wylatywała z niego jedna listewka, a po paru sekundach leciały kolejne trzy. Tak powstawała dziura, w której musiałam spać. Nie było to zbyt miłe.
Meble to przedpotopowe dwudziestoletnie egzemplarze ze starego mieszkania. Oprócz tego, że były brzydkie i ciemne, były też obskurne i zniszczone.
Biurko było nowe, ale zupełnie zbędne. I zagracone ;).
Wysokie po sufit regały nie mieściły tego, co powinny.
Kącik sportowy przypominał prymitywną mini siłownię.
Nic nie było tak jak trzeba.
Dopóki chodziłam do szkoły i zaczynałam studia nie miałam funduszy na remont.
Potem były fundusze, ale mieszkałam w Rzeszowie.

Metamorfoza zaczęła się całkiem spontanicznie.
Najpierw były porządki, potem kupowanie dodatków, wreszcie pomysł z malowaniem.
Przez dwa tygodnie spałam na sofie w salonie, przez resztę czasu u siebie w pokoju, w którym stała tylko kanapa.
Ciuchy leżały poskładane w stosiki na podłodze, książki kłębiły się w przedpokoju.
Był jeden wielki miszung.
Do zajęć przygotowywałam się na łóżku, ciuchów do pracy szukałam w wielkich worach na śmieci.
Zresztą - przecież o tym pisałam ;].

Miesiąc, konto biedniejsze o sześć tysięcy i wiele wieczorów układania ciuchów i książek później, mam to co chciałam.
Swój śliczny, klimatyczny, do bólu babski pokój ;).
Z białymi meblami, koszyczkami, książkami, fotelem z wielką poduchą, lampkami LED, kocykami, masą poduszek, wielkim łóżkiem, jeszcze większą szafą i komódkami.

"Stary" pokój przestawia nieciekawy wygląd, zwłaszcza, że zdjęcia robiłam już w trakcie wynoszenia rzeczy. Nie ma więc sprzętów do ćwiczeń, jest bałagan i ogólny bajzel.
Z kolei "nowy" pokój wciąż jeszcze jest bez firanek, lampki i jednego plafona ;P.
Nie mogę się jednak oprzeć i wrzucam to, co mam.


Okej.
Na zdjęciach wygląda to jeszcze gorzej, ale cóż... ;]






Widać gołym okiem, że meble straszyły wyglądem.
Były za ciemne, za brzydkie i w ogóle wszystko "za" ;).



 Wyniesione książki, kuferki, hantle i pudła z szalikami zamieszkały na przedpokoju i w łazience. Zajmowały tam mnóstwo miejsca, a ostatecznie wkurzyły mnie do granic możliwości, kiedy musiałam je sortować, wynosić na strych i układać na półkach.




 Malowanie ciągnęło się jak flaki z olejem, ale kolory wyszły w zasadzie całkiem przyzwoite.










 Na zamówione na wymiar meble musiałam czekać ponad trzy tygodnie. Trochę kosztowały, ale było warto ;). Regał schodki dobrze wpasował się w ścianę, na której jest skos, a prosta rozsuwana szafa pomieściła wszystkie ubrania. Jak widzicie, pierdółek w postaci uchwytów, błyszczących elementów czy pierdół brak ;].





Potem było wnoszenie, tego co wcześniej wynosiłam i próba okiełznania wszystkich tych klamotów. W chwili, kiedy zobaczyłam to:  



miałam ochotę siąść i płakać ;).
Wszędzie książki, zeszyty, papiery, notatki i dokumenty. Jeden wielki sajgon. Kilka razy myślałam, że rzucę wszystkim i pójdę biegać, ale w końcu udało się i efekt finalny wygląda teraz tak:


 

Regał zgrabnie pomieścił książki, na "schodkach" ułożyłam pastelowe koszyczki z pierdółkami i kule świetlne. Całość musiałam uzupełnić paroma pluszakami, kosmetyczką itd., bo pokój byłby zbyt biały i za sterylny, bez odrobiny swojskich badziewi ;].
No i wyglądałby jak pokój socjopatki bez cienia akcentu osobistego ;P.



 

Kącik sypialniany to jedno wielkie królestwo poduch. Ogółem mam ich dwanaście. No comment ;] 






 Wieczorami kulki cudownie oświetlają pokój, nadając pokoikowi przytulności i przyjazności.
To nic, że nie ma firanek. Grunt, że są kulki ;P.



Byłam bardzo ciekawa, kiedy Kiara odkryje, że regał można traktować jak schodki. Odkryła to całkiem szybko. Od razu chciała wejść do koszyczka, a potem udawała posąg kamienny, tkwiąc na szczycie schodkowego regału ;].




Miało być minimalistycznie, ale jedna szafa, regał i regalik to za mało.
W pokoju było pusto i jak coś się powiedziało, było słychać echo.
Zamówiłam więc sobie dwie komody w Jysku.
Obie oczywiście białe.
Jedna prosta z szufladami bez uchwytów, druga z koszyczkami.





Kiarka dzielnie towarzyszyła nam podczas ich składania ;].







Ostatecznie, po porządkach, układaniu, picykowaniu i ogarnianiu, pokoik wygląda tak:





















Myślę, że różnica jest dość znaczna ;]
Dzięki pastelowym kolorom ścian i białym meblom pokój jest jasny nawet z jednym plafonem.
Wszystko ma swoje miejsce, wszystko mi się podoba.
Najwięcej w pokoju bieli, szarości, mięty, zieleni, brązu i beżu.
Ale odkąd mam kolorową pościel w sowy jest trochę "żywiej" ;].



 W szafie mam mało miejsca na wieszaki, a dużo półek.
Stąd szafa robiona na wymiar - takie miałam potrzeby.
W komodzie pochowałam głównie bieliznę, torebki, piżamy i skarpetki, ale na uwagę zasługuje organizer z Ikei (mi się udało wyhaczyć miętowy :D), który genialnie wszystko mieści.




















Finito ;].
Wybaczcie, że zdjęcia są w nieregularnych odstępach i trzeba szukać odpowiedniego zdjęcia do konkretnego opisu, ale blogger bywa dla mnie jedną wielką tajemnicą, a nie mogę za dużo kombinować, bo znów usunę sobie cały wpis ;].

Pozdrawiam serdecznie z na wskroś kobiecego kącika, z Panem Listopadem z zeszłego roku, pyszniącym się na szarej ścianie ;P.