...

...
M.

niedziela, 11 października 2015

Brawo, ja... ;]



Plan na dzisiaj był taki – szarlotka sypana i naleśniki ze szpinakiem i pieczarkami.
Czyli wolny dzień spędzony między wyspą, a zlewem, w asyście kuchennych gadżetów, ziołowych przypraw i zapachu cynamonu.
Ponieważ w nocy prawie nie spałam, rozkminiłam sobie wszystko po kolei.
Mleko sojowe jest, mąka jest, szpinak jest, renety są.
Kręcąc się w sowiej pościeli od trzeciej do piątej, prawie się śliniłam na myśl o pysznościach, które zjem następnego, tfu – tego dnia.
Po czwartej wyrzuciłam z pokoju kotkę, ostrzącą pazurki na mojej kanapie i zmęczona brakiem snu przełożyłam poduszkę w „nogi” , bo liczenie baranów jakoś nie pomagało. Ostatecznie gdzieś po piątej udało mi się zasnąć.
Pora budzenia przesunęła mi się na dziesiątą, więc zanim śniadanie, zanim herbatka u cioci – była już pora obiadowa.
Szarlotkę musiałam sobie odpuścić.

Kiedy szykowałam składniki na obiad, byłam już głodna jak fiks, ale nie chciałam zapychać się niczym szczególnym.
Przecież miałam jeść naleśniki.
Ze szpinakiem i pieczarkami...
Wyciągnęłam z szafki awaryjny, litrowy sok z Tymbarka, który dzięki swojej gęstości działa lepiej niż tabletki z błonnikiem, pociągnęłam parę solidnych łyków, z uśmiechem przeczytałam napis na kapselku: „Uszy do góry” i zaczęłam szykować wszystkie potrzebne akcesoria, z patelnią i silikonową łopatką na czele.
No a potem szukać przepisu na wegańskie naleśniki.
Żeby było całkiem zdrowo, połowę mąki dałam białej, połowę razowej.
Nieco zwietrzałej, co wyczułam na odległość.
Wlewając do miski mleko doszłam do wniosku, że lepiej będzie wymieszać wszystko w Thermomixie.
Przełożyłam wszystko do robota kuchennego, palnęłam się w głowę, bo z wrażenia zapomniałam, ile mleka zdążyłam wlać do miski, zanim przelałam jej zawartość.
Zagryzając wargi dolałam optymalne dwie szklanki i włączyłam przycisk.
Kiedy ciasto odpoczywało przez przepisowe piętnaście minut, ja zajęłam się robieniem farszu.
Czosnek, cebula i szpinak nie sprawiły żadnego problemu.
Gorzej było z pieczarkami, których nie było.
Zadzwoniłam do rodziców, ale byli w trakcie kupowania mebli do łazienki.
Majeranku jakoś też nie mogłam znaleźć, co zdezorientowało mnie na tyle, że o mało nie przyfurałam sobie farszu.
Podlałam szpinak wodą, rozgrzałam patelnię na naleśniki.
Moja siostra znalazła majeranek, więc strzeliłam do niej oczami pełnymi wdzięczności.
Ciasto wyglądało trochę podejrzanie, ale jak miało wyglądać skoro było bez jajka, bez normalnego  mleka i z mąką w kolorze tektury?
No i było go ciut za dużo.
"Dziesięć naleśników? Kurczę. Co ja z nimi zrobię"? – myślałam, zaglądając czujnie do miski.
"Coś się wymyśli" – wzruszyłam w końcu ramionami, kołysząc się na piętach.
Raz, dwa -  pierwsza porcja na rozgrzaną patelnię.
Bo do naleśników trzeba ją porządnie rozgrzać.
To wiem.
To, że pierwszy naleśnik nie wychodzi – też wiem.
Bez skrupułów wywaliłam więc ciężki zdrowy placek do kosza.
Podśpiewywałam pod nosem, nuciłam coś radośnie, ciasto jeszcze radośniej bulgotało na patelni.
Mama zadzwoniła, że wiezie mi pieczarki.
Pies z kotem zaczęli biegać po kuchni, goniąc się wkoło wyspy.
Pełnia szczęścia.
Trwała ona do czasu, do kiedy nie zaczęłam próbować odklejać naleśnika z patelni.
Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej nerwowo.
Ostatecznie zdarłam go na bezczelnego, bo skwierczał tak głośno, że bałam się, że zaraz się zapali.
Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy, więc szybko poszedł w kosz.
"Trzeci wyjdzie idealny" – pomyślałam i nalałam idealną porcję ciasta na patelnię.
I nawet wlałam na patelnię olej, żeby nie było…
Trzeci naleśnik musiał być wyjątkowo pechowy.
Podobnie jak czwarty.
Z lekką paniką stwierdziłam, że ciasta powoli ubywa, a ja nie mam żadnego naleśnika…
Siostra zlitowała się nade mną i spokojnymi wyważonymi ruchami usmażyła mi naleśnika, którego udało jej się przewrócić i zdjąć w jednym kawałku.
O mało nie zacałowałam ją na śmierć.
Niestety za drugim razem miała mniej szczęścia, bo kolejnego pełnoziarnistego oszołoma jej również nie udało się oderwać z patelni.
Przeklęła soczyście, rzuciła patelnię na kuchenkę i mamrocząc pod nosem poszła na górę, tupiąc głośno po schodach.
Przedostatni naleśnik usmażył się w trzech częściach, ostatni wyglądał jak sponiewierany przez tornado śpiwór grotołaza.
Muszę mówić, że ostatni delikwent wylądował w koszu…?

Ostatecznie udało się ocalić dwa naleśniki.
Ten połatany, niedorobiony został przeze mnie skonsumowany z powidłem śliwkowym.
A jeden jedyny porządny, okrąglutki naleśnik przyjął na siebie mega wielką porcję szpinakowego farszu, który miał starczyć na minimum trzy porcje.
Nie dał się zwinąć, częściowo przez ilość nadzienia, częściowo przez kruchość ciasta.
Mimo to złożyłam go na pół i przełożyłam na talerz.
Wylądował na nim z głośnym plaśnięciem.
Przeżegnałam się przed pierwszym kęsem, ale o dziwo naleśnik okazał się całkiem smaczny.
Zjadłam, oblizałam się, zerknęłam na kapselka.
"Uszy do góry!"  - powiedziałam głośno sama do siebie i wypiłam resztę soku jako dopełnienie obiadu.

Jutro też będzie pyszny, wegański obiad.
Kanapki z pomidorem i awokado... ;>



http://ask.fm/poszukiwana



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz