...

...
M.

czwartek, 22 października 2015

Po łowach ;]

Nie, że nie miałam czasu ani ochoty, ale jakoś odpuściłam sobie na chwilę bloga.
Co w tym czasie?
Po pierwsze - poremontowy pokój sprząta mi się dużo przyjemniej i średnio co drugi dzień ścieram kurze i myję lustro, żeby utrzymać ten wspaniały stan.
Co dość przyjemnie zabiera mi długie jesienne wieczory.
Po drugie - zaczęłam ćwiczyć. Znów Mel B. i hulahopienie ;].
Po trzecie - jestem przeziębiona, ale oprócz ogromnego kataru i bólu głowy (plus śladowe ilości drapania w gardle i sporadyczne sesje kaszleniowe) nic mi nie dolega.
Po czwarte - w środę urządziłam sobie wycieczkę do Rzeszowa i jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że kimałam w obie strony pod groszkowanym kocykiem (jechałam z siostrą) ani dlatego, że musiałam zaliczyć dwóch lekarzy o wątpliwej przyjemności zaliczania.
Jakkolwiek to brzmi.

Ogólnie najlepsze z całego wyjazdu były zakupy, jedzenie i jeszcze raz zakupy.
O dziwo - i tu wielkie brawa dla mnie - nie kupiłam NIC miętowego (* piżamę, ale nie jest cała miętowa), sportowego ani żadnej nowej bielizny.
Jest okej.
Co więc kupiłam?
Poduszki (do siedzenia) w sowy, które mają identyczny motyw jak moja pościel.
Pościel, która jest w zasadzie ciut dziecinna (szaro - biało - czerwono Puchatkowa), za to była na wyprzedaży i jest z mięciutkiej, cieplutkiej mikrofibry.
Dwie pary butów z Deichmana - obie czarne, obie śliczne, obie wygodne.
Nie jakoś wybitnie drogie.
W sumie to nie miałam czarnych butów na jesień, a klasyczna czerń pasuje do wszystkiego, więc myślę, że zakup jak najbardziej trafny.
No i jeszcze to, że nie mają żadnych pierdół, błyskotek i ozdób, a przecież wiadomo, jaką mam obsesję na tym punkcie...

Poza tym dwa komplety singielskiej piżamy - jedna długa i miękka (wersja zimowa - z pingwinem na dość wąskiej "górze" i puszystymi barankami na różowym (!!!) "dole"), druga krótka i letnia (miętowy T - shirt, czarne szorty z białymi napisami). I gacie do kompletu ze standardowym BAD, GOOD na tyłku. To też mi się chyba nigdy nie znudzi ;).
Poza tym czarna, do bólu zwyczajna bawełniana bluzka i tęczowy ręcznik, który jak go wypiorę i powieszę na sznurku, będzie powiewał jak lesbijska flaga, wzbudzając zapewne zdziwienie sąsiadów.
O - i jeszcze komin w wersji "na zimę".
Szary z kożuszkowym wnętrzem.
Do bólu ciepły.
Jedyny z nim problem to taki, że zasupłany wkoło szyi dwa razy jest za luźny, przy trzech owinięciach powoduje lekki wytrzeszcz oczu.
Taka sytuacja ;).

Oprócz zakupów - jedzenie.
Jedzeeeenie ;P.
Znów wegański bar, czyli luksus w postaci obiadu podanego pod nos.
I zupa plus obiad na wynos, co dopełniło poczucie szczęścia.
Tyle póki co, więcej jak mi się zachce zwierzać ;).
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz