...

...
M.

piątek, 30 października 2015

Pół żartem, pół serio o... ludzkim gadaniu

Czasami mam ochotę zrobić najbardziej szaloną rzecz, jaką można zrobić w życiu.
Czasami chciałabym popatrzeć komuś w oczy i głośno dobitnie powiedzieć, co o nim myślę.
Boże, jak ja chciałabym zrobić coś tak szalonego...

Dzisiaj od rana mam splątany dzień.
Machinalnie wykonuję wszystkie czynności od nauki składania kotka z origami (czyt. robienia dzieciom siedemnastu łebków i siedemnastu korpusów podczas jednej lekcji), przez kupowanie bułek, uczenia Continuousa mojego szóstoklasisty po palenie w piecu i jedzenie ryżu z truskawkami.
Wieczorem poszłam do znajomych z laptopem, który ostatnio trochę zmulał.
Pod palcami informatyka dziwnym trafem od razu odżył, co każe mi myśleć, że sprzęt złośliwie robi ze mnie kretynkę i osobę technicznie upośledzoną...
Trzy córki przyjaciół zaskoczyły mnie w równym stopniu, choć każda czymś innym.
Jedna radością na mój widok, chociaż codziennie widzi mnie w szkole (i codziennie pyta, kiedy do niej przyjdę ;]) i spijaniem każdego słowa z moich ust jakbym przez bycie nauczycielką była najmądrzejszą istotą na ziemi (nawet nie wiecie, jaka to odpowiedzialność ;P), druga nagłym rozgadaniem się choć na ogół nie mówi prawie nic, trzecia intensywnością produkowania smarków i podszkoleniem się w sztuce pełzania i stawania na dziesięciomiesięcznych nóżkach od momentu, kiedy widziałam ją po raz ostatni.
Potem była kolacja, prysznic, szykowanie ubrań na jutro.
Rattanowy fotel z wielką poduchą, herbatka na "zdrowy sen", koc w kolorowe groszki.
Piżama, balsam Nivea, włosy zwinięte w koczek, żeby nie przeszkadzały.

Skończyłam czytać: "Łowcę", przeglądnęłam książkę Martyny Wojciechowskiej, przeleciałam pobieżnie książkę o bolączkach posiadania dzieci ('Jak być tatą" czy coś w tym stylu) i zaczęłam czytać powieść, która z tyłu okładki wyglądała lepiej niż w rzeczywistości.
Merde. Jak można... Uh... Jak można tak zepsuć taką fajną fabułę zbyt krzykliwymi dialogami, przerysowanymi postaciami, nadmiarem wykrzykników i brakiem znajomości dziecięcych faz rozwoju. No jak?!
Wkurzyłam się, uspokoiłam, znowu wkurzyłam.
Z tego wszystkiego trąciłam stopą kubek i wylałam na panele resztkę herbaty.
Wytarłam mokrą plamę chusteczką, zwinęłam ją w kulkę, ciesząc się, że tak dobrze się lepi, bezbłędnie wcelowałam nią do kosza.
Odłożyłam książki na regał, postawiłam pusty kubek po herbacie na szafkę.
Przeciągnęłam się, ziewnęłam, zmieniłam miejscówkę.
Łóżko, pościel w sowy, przytłumione światło LEDowych kulek.
I laptop.
Laptop, ach laptop.
Wróg i przyjaciel, zabieracz czasu, prowokator do sprawdzania wiadomości, fejsbukowego czata i statystyk bloggera w dzień; przelewacz myśli na słowa, odciągacz uwagi w nocy.

Znów mnie nosi i znów jestem zbyt rozkojarzona, żeby wyciszyć się przed snem.
Znów czuję, że noc będzie wyzwaniem, a poranek bolączką.
Nie przejmuję się tym jednak ani trochę.
Nie to nie. Pośpię w dzień.
Koniec podniecania się bezsennością.
Nie tylko mi ona doskwiera. Z kim bym nie rozmawiała to zawsze znajdzie się inny bezsennik. I też niby nie ma problemów, przez które miałby nie spać pół nocy.
Nie przejmuję się więc spaniem ani nie - spaniem też.
Przejmuję się sobą.
Tylko i wyłącznie sobą.
Samolubnie, egoistycznie i jakże niemądrze.
Bo przejmuję się czymś, czym obiecałam sobie nigdy się nie przejmować.
Przejmuję się ludzkim gadaniem.
Taa...
Nie było opcji, żebym brała do siebie czyjeś uwagi, bo poszłam na pedagogikę, zerwałam z chłopakiem, przestałam jeść mięso, wróciłam do rodzinnego miasta, starałam się dostać do Policji.
Nie było opcji, żebym myślała, co myślą inni.
Czasami gdzieś z tyłu głowy chowała się jakaś myśl, że może czasem mówię za dużo, a czasem za dużo milczę.
Że głupio jest się komukolwiek tłumaczyć, a może jednak czasem powinno się to zrobić.
Że może pewne rzeczy trzeba wykrzyczeć, żeby sobie ulżyć, a pewne zachować dla siebie, żeby nie dawać innym satysfakcji.
Że trzeba być twardym, nawet jak wszystko aż prosi, żeby zmięknąć.
I mówiłam sobie - żyj sobie jak chcesz, co to kogo obchodzi.
Nie chcesz jeść mięsa to nie jedz, nie chcesz związku to się w niego nie wplątuj, nie chcesz dziecka to się na nie nie decyduj.
Chcesz pisać? Pisz. Chcesz coś zmienić? Zmieniaj. Chcesz żyć? Żyj.
Do tej litanii pasowałoby dodać - nie chcesz mieć zmartwień, to się nie martw.
Więc staram się nie martwić.
Staram się.
Podobnie jak staram się być miła, grzeczna i w porządku.
Nie wiem w sumie po co, skoro jak jestem wredniejsza to jest mi lepiej w życiu...

Wiecie co mnie naprawdę cieszy?
Cieszy mnie, że jak patrzę na siebie w lustrze, oprócz pierwszych (awrrrr!!!) siwych włosów, kilku nowych pryszczy na nieskazitelnej zwykle cerze i uśmiechu uwydatniającego krzywą jedynkę, widzę osobę, która nie musi mieć faceta dla potwierdzenia swojej atrakcyjności, nie musi zakrywać się toną makijażu, żeby wyjść z domu, nie musi o nic nikogo prosić, nie musi na nic się zgadzać, nie musi na nic czekać i nie musi się martwić ludzkim gadaniem.
Która nie musi się bać plotek, bo wszyscy plotkują i plotkować będą, niezależnie od tego, czy ktoś jest dobry, zły czy przeciętny.
Która nie musi przejmować się głupotami, bo niby z jakiej racji?
Po cholerę mam się tłumaczyć ze swoich decyzji, postanowień, wyborów.
Po co mam wszystkim mówić, na co, po co, dlaczego.
Co komu do tego?
Równocześnie mogę pisać co mi się żywnie podoba i mówić, co myślę, jeśli będę mieć w sobie na tyle odwagi.


Brzydka prawda jest taka, że im mniej smaczków się komuś dostarczy, tym silniej będzie musiała popracować jego wyobraźnia, żeby dorobić sobie teorię na czyjś temat.
Korci mnie, ach, nawet jak nie wiecie jak mnie korci rzucić czasem coś głupiego - niech ktoś ma pożywkę, niech się cieszy, niech się podnieca, jak nie ma czym.
A z drugiej strony... Po co to komuś ułatwiać? Niech ćwiczy kreatywność. Niech doszukuje się ukrytych znaczeń tam gdzie ich nie ma. Niech myśli i mówi co chce.
Ja za to mogę żyć jak chcę ;).
Mogę cieszyć się, że jeszcze potrafię oddzielić sobie to co jest konstruktywną krytyką, a co krytykanctwem.
I mam nadzieję, że kiedyś, jak będę starsza, lepsza, mądrzejsza, pogratuluję sobie w duchu tego, że może i byłam za miła, za grzeczna, zbyt idealistyczna, ale nie za głupia.


PS Wpis z wczoraj łamane przez dzisiaj (pisany koło północy). Nie zdążyłam go dopracować, bo spróbowałam się położyć. Zasnęłam w ciągu kwadransa, nie obudziłam się ani razu. Niech żyje herbatka na zdrowy sen ;P.
Miłego weekenendu! (Mi życzcie przespanego ;P).





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz