...

...
M.

środa, 30 marca 2016

Czego jest najwięcej? (czyt. Cnotliwie po raz trzeci)



Czego jest najwięcej?
Najwięcej jest biegania.
Bieganie zaczyna się od piątej rano i trwa do 23 w nocy.
Biega się rano po pokoju, żeby znaleźć termoaktywne getry, czapkę, rękawiczki i miętowe adidasy.
Biega się z łazienki do pokoju, żeby związać włosy, umyć zęby i zrobić porządek w pokoju.
Biegnie się na plac, po którym też się biega (ciesząc się rześkim porankiem i tym, że zaczyna się dzień od porannej gimnastyki. To nic, że o szóstej ;]).
Biega się, żeby przebrać się w mundur, biegnie się na apel, żeby się nie spóźnić.
Biegnie się na stołówkę, biegnie się na zajęcia…

Najwięcej jest rozbierania i ubierania.
Kurtkę zimową załóż, zapnij pas, ubierz identyfikator, ubierz czapkę, ściągnij kurtkę i czapkę, przepnij pas na bluzę, nie zgub czapki, wywieś identyfikator…
A potem?
Śmigaj po korytarzach, szukając sali.
Poruszaj się całym plutonem, czując się jak wielka gąsienica utworzona z morza ciał w mundurach.
Stój pół godziny w kolejce do stołówki.
Na śniadanie zjedz zwykłą kajzerkę (białe pieczywo, Jesus Christ!), dwie kromki suchawego grahama i przepij wszystko mega słodką (ale za to ciepłą) herbatą. Na stołówce skacz ze szczęścia, że jest kasza, bo możesz ją zjeść z surówkami, na co dzień skacz ze szczęścia, że są ziemniaki i surówki. Obiecaj sobie do końca życia nie jeść ziemniaków ^^.
Poprawiaj mankiety, kołnierzyki, pilnuj czy spodnie są wsadzone w buty, czy sznurówki są ładnie zasznurowane (za mocno  - będziesz mieć sznity na łydkach, za lekko – odciski). Innych też pilnuj, bo skoro jesteś roztrzepana, oni będą pilnować i Ciebie.
Uśmiechaj się do kolegów, ale tylko tak miło, żeby sobie "nie pomyśleli", a żeby dalej Cię rozpuszczali, nosili walizki i mieli do Ciebie słabość.
Miej lekcje od rana do południa, potem biegnij na obiad (wbij się między tłum, odepnij pas, przepnij pas, nie zgub czapki, znajdź miejsce na wieszaku, zapamiętaj numerek – codziennie jest miejsce na innym, więc pochwal swoją pamięć i zmysł orientacji), nastój się w kolejce, wyciągnij przybornik (sztućce) z kieszeni, zjedz na prędkości, gnaj po kurtkę, znajdź, odepnij pas, przypnij pas, znajdź czapkę, wyjdź przed stołówkę, znajdź swoich, ustaw się w szeregu, wyrównaj, ustaw, wyrównaj, pokryj, daj się pokryć, rozchyl stopy, popraw kurtkę, popraw czapkę, WYRÓWNAJ!
Na zajęciach pisz do odcisków na kciuku, stronę, dwie, piętnaście. Naucz się wszystkiego słowo w słowo na następny dzień, bo bania.
Nie nadążaj za slajdami, pisz skrótami, których potem nie odszyfrujesz.
Po korytarzu poruszaj się pewnie i twardo, żeby te metr pięćdziesiąt z haczkiem które masz emanowały siłą i twardością.
Po zajęciach oddychaj z ulgą, że Twoja głowa może odparować na chłodnym powietrzu.
Późnym popołudniem zdejmij buty z zatkanym nosem (dezodorant Scholla za dwie dychy, jassssne…), umyj się, przebierz w wyczochrane ukochane dresy, miętową koszulkę i kapcie.
Cierp na ból głowy (szybkie wstawanie, zmęczenie, ogrom wiedzy), brzucha (inna dieta, długie okresy głodówek, napychanie się na zaś) i senność.
Śpij w nocy jak niemowlę, bo padasz na twarz ze zmęczenia.
Zapomnij o spaniu w satynowej pościeli Home&You (ciesz się prostotą i bielą bawełny), o wcinaniu robionych na świeżo zup z brokuła, o sałatkach, o bananowych muffinkach, o czytaniu książek na łóżku, o pisaniu, o siłowni, o perfumie, o dokładnym malowaniu rzęs (o piątej grozi to wydłubaniem oka…).
Zapomnij o pisaniu smsów na zajęciach, o czytaniu thrillerów pod ławką.
Zapomnij o prostowaniu włosów, o dobieraniu majtek do koloru stanika, o kolczykach, łańcuszku, wygodnych butach.
Zapomnij o codziennej odżywce na włosy, o balsamie do ciała, o niciach do zębów.
Zapomnij o codziennym telefonie do mamy (chyba, że wyślesz jej smsa: „Żyję” jak sikasz).
Zapomnij o ploteczkach z koleżankami, o facebooku, o sprawdzaniu kto ma urodziny, żeby zadzwonić mu z życzeniami.

Po powrocie z zajęć zamiataj, myj podłogę i sprzątaj tak, żeby pokój „wyglądał tak, jakby nikt w nim nie mieszkał”.
Szukaj kotów na podłodze, pucuj baterię w łazience, dopieszczaj przestrzeń między koszem, a prysznicem.
Wieczorem przysypiaj nad notatkami.
Odrabiaj zadania domowe.
Łap pałę za pałą i udawaj, że po samych piątkach w szkole i po trzech latach stypendium naukowego to miła odmiana.
Ucz się do nocy.
W nocy nie zasypiaj ze zmęczenia.
Wstawaj rano, żeby się uczyć.
Miej wrażenie, że DALEJ nic nie umiesz.
Dostań pałę z prawa, po czym zdaj jako jedyna osoba w plutonie cały test sprawnościowy. 
Zyskaj przez to w oczach facetów.
Nie obrastaj w piórka, kiedy wszyscy wkoło chwalą Cię za siłę, upór, zaciętość i kiedy mówią: „Wow, Malutka – jesteś najlepsza!”.
Nie przeskocz przez ponadwu metrową ściankę, chociaż obiecywałaś sobie, że nie będziesz się poddawać.
Nabieraj do siebie dystansu, kiedy nazywają Cię „Największa” i równocześnie podnoszą Cię jedną ręką.
Rozbieraj się w samotni łazienki albo osobnej szatni tylko po pierwszym wf, potem nie trać czasu na głupoty.
Oddawaj na stołówce mięso kolegom, dostawaj od nich szarlotkę.
Napychaj się w pokoju waflami ryżowymi, bakaliami i gorzką czekoladą. Przegryzaj suszoną żurawiną ;]
Noś termoaktywną bieliznę na zaprawie. Na zajęciach. Na wf. W pokoju też noś, bo przecież jest Ci zimno.
Złap mimo to zapalenie pęcherza w drugim tygodniu szkółki, bo niby czemu by nie?
W nocy dostań gorączki i ataku bólu pleców, zaciskając zęby szukaj Ibuprofenu błądząc rękami po omacku, zawołaj chłopaka z dyżurki, żeby posmarował Ci plecy maści rozgrzewającą, nie patrz na jego minę, kiedy mało subtelnie zsuwasz z siebie mało subtelny szary kombinezon do spania i pokazujesz palcem, gdzie Cię boli.
Leż. Oddychaj. Gorączkuj. Wchłaniaj maść.
Następnego dnia cierp, zwijaj się z bólu, idź do lekarza i na L4.
Spędź dwa dni w pokoju.
Sama.
Próbuj się uczyć nie zasypiając nad notatkami.
Nie dzwoń do mamy, bo będzie się martwić, że jesteś chora.
Szczerz się z radości, kiedy po południu drzwi się nie zamykają i kiedy koledzy przynoszą Ci bułki ze stołówki, dają notatki i dotrzymują towarzystwa.
Miej cały pluton gotowy na każde Twoje skinięcie, żeby posmarować Cię rozgrzewającą maścią, po której czujesz jakby Twoje plecy płonęły.
Nie licz, ile osób ogląda Twoje plecy, a ile siada Ci na tyłku, żeby Cię dobrze rozmasować.
Dziękuj koleżance za wykupienie leków w aptece.
Zrób ze swojego pokoju mini aptekę z lekami wyłożonymi na szafce nocnej i unoszącej się w powietrzu mentolowej woni balsamu.
Śpiewaj pochwalne hymny, kiedy zaczyna Cię boleć tylko na tyle, że czujesz ból, a nie jest Ci już słabo.

Ciesz się tym, co teraz, bo jest dobrze, jest miło i sympatycznie.
Że ludzie są ludzcy, że chętnie pomagają i że czujesz się przy nich dobrze.
Że tak jak chciałaś – masz wyzwania, pośpiech, zmiany.
Może nie koniecznie chciałaś, żeby wszyscy rozpuszczali Cię bardziej niż jesteś rozpuszczona, ale to taki nieoczekiwany suplement, nie warto się nim podniecać… ;]



poniedziałek, 28 marca 2016

W rękach ;)

Nie mam typowych Świąt.
Nie ma objadania się mazurkami, jajek, pogaduszek z daleką rodzinką i dekoracji z kształcie kurek.
Nie ma leków na niestrawność.
I zajączków jakoś też nie ma ;P.
Jest za to czas na obijanie się.
Na wykładanie się po łóżku, na luźne rozmowy z siostrą, picie kawy zbożowej z korzennymi przyprawami i jedzenie makowca.
Jest celebrowanie chwili.
Możliwość jedzenia śniadania w piżamie, siedząc na pół śpiąco przy wyspie.
Przewracanie się we własnej pościeli.
Noszenie kolczyków i bransoletki.
Ubieranie dopasowanych ciuchów, wysokich kozaków i wąskich spodni.
I picie herbaty bez cukru ;).

Tak więc siedzę w pokoju i chłonę wszystko co swojskie i domowe.
Kotka mlaska, bo właśnie upolowała tłustą muchę, która otumaniona wypadła zza plafonu i upadła na podłogę.
Pies tupta po korytarzu, skrobiąc pazurkami po panelach.
W brzuchu chlupie mi od wody z cytryną pitą przez słomkę z dekoracją, jak na wakacjach.
W lodówce mam hummus, borówkowy jogurt sojowy, masło z 4 orzechów i wegańskie batony w pięciu smakach. Szkoda, że nie mam miejsca w brzuchu, żeby to wszystko zjeść ;P.
W szafie mam dwie nowe pary spodni (nie mogłam się oprzeć. Po skoszarowaniu mam taką chęć na zakupy, że dziw, że kupiłam tylko grafitowe i ciemne dżinsy ze strechem, a nie wykupiłam pół wystawy w Calzedoni ^^).
Na stoliku cudowny nieład - kubki, frotki (włosy rozpuszczone. Rozpuszczoneee! <3), karteczki i miska po płatkach. Płatki to moje niekonwencjonalne menu na Święta - po dwóch tygodniach smakują jak nigdy ;]
W tle "Fight song".
W ramionach brak zakwasów po pompkach.
W głowie niczym nie zmącony spokój.
W nogach lekkie mrowienie od siedzenia po turecku na łóżku.
W oczkach radosne iskierki.
A w rękach?

W rękach długopis, którym miałam robić notatki, a póki co nawijam na niego długie pasma włosów, mruczę słowa piosenki i rozglądam się, co by tu jeszcze spakować na wyjazd... ;]

http://ulubionykolor.pl/tag/poranek/



piątek, 25 marca 2016

Co się zmieniło? ;]

Co się zmieniło?
Zmieniło się wszystko ;]

Wstawałam zgodnie z naturalnym biorytmem jak byłam już na tyle wypoczęta, że leżenie w łóżku było wręcz boleśnie nudne - teraz wstaję skoro świt.
Budziłam się dopiero podczas ubierania, teraz ubieram się dopiero mocno obudzona, żeby dobrze zawiązać toporne buty i pozapinać wszystkie guziki.
Brałam spokojny prysznic, teraz cieszę się jak zdążę wymyć śpiochy z oczu.
Malowałam rzęsy, dopóki nie uznałam, że o tej porze mogę wydłubać sobie oko.
Przy śniadaniu wybrzydzałam i jadłam tylko to co lubię, teraz wystarcza mi sucha bułka.
Miałam czas na gorącą gorzką herbatę z cytryną, teraz piję lekko wystudzoną, z cukrem. Bez cytryny ;).
Czytałam codziennie inną książkę - dzisiaj nie pamiętam, kiedy przeczytałam choćby jedną stronę.
Płaciłam krocie za siłownię - teraz mam wycisk za free.
Nic się nie uczyłam, a nagle w wolnej chwili przeglądam zeszyty i piszę notatki.
Kolorowałam malowanki dla dorosłych, dziś odgrzebuję kolorowe markery i zakreślam kolejne paragrafy. Powiedzmy, że sprawiają tyle samo przyjemności co malowanie kwiatków na chabrowo... ^^
Było mi wiecznie gorąco i spałam w wychłodzonym pokoju, dziś opatulam się kołdrą, nakrywam kocem i żałuję, że nie dorzucają nam termoforów do pakietu.
Jadłam na obiad zupę z groszku i orkiszowy makaron z warzywami na parze, teraz oblizuję się na widok ziemniaków z marchewką.
Po pracy odpoczywałam, chilloutując się na łóżku, teraz ogarniam zadania domowe.
Pisałam do znudzenia, teraz nawet o tym nie myślę.
"Tęsknisz za domem? Pokojem? Łóżkiem? Kotem?" - pyta siostra. Mówię jej, że tęsknię za tym, żeby spędzić pół godziny pod prysznicem ;)
Codziennie sprawdzałam maila, dzisiaj robię to raz na tydzień.
Otaczałam się ładnymi rzeczami. Rzeczami drogimi. Rzeczami dobrej jakości. Dziś jest prostota w każdym calu. W każdym ;]
Rozpieszczałam się. Wygodnymi ubraniami przypominającymi drugą skórę. Pościelą, której gładkość była wręcz nienaturalna. Całą baterią kosmetyków pod prysznicem. Perfumą. Dziś doceniam bardzo prymitywne i przyziemne przyjemności i są nimi łazienka, łóżko, posiłek.
Często dzwoniłam do przyjaciółek. Dziś nie mam na to czasu ani siły.
Kręciłam się w stonowanej satynie, szukając sobie miejsca, teraz odpływam nie wiadomo kiedy w białej, skromnej bawełnie.
Śniłam co noc mnóstwo snów, dziś padam na poduszkę i nie śni mi się nic.
Prostowałam włosy, pastwiąc się nad pojedynczymi pasmami do znudzenia. Używałam odżywkę na włosy i drugą na końcówki. Czesałam je szczotką z włosia kilka razy w ciągu dnia. Dziś jestem z siebie dumna, że wciąż je codziennie myję.
Kontakt utrzymywałam tylko ze stałymi znajomymi. Teraz telefon zapycha mi się od wiadomości od nowo poznanych osób.
Nie jadłam nic co nie było zdrowe, eko, pełnoziarniste albo horrendalnie drogie. Teraz wsuwam pszenną kajzerkę bez mrugnięcia okiem i popijam ją kompotem.
Miałam problemy z cerą, teraz nawet pryszcze nie mają czasu wyskoczyć ;)
Układałam książki według gatunków i bluzy według kolorów, teraz latam z mopem i szukam pojedynczych kłaczków i kotów, żeby podłoga lśniła.
Często patrzyłam w lustro, dziś widzę swoje odbicie tylko jak myję zęby.


Szczerzę się jak dawniej.
Śmieję się często jak zawsze.
Z oczu nadal robią mi się szparki, pająków dalej się boję, mięsa wciąż mi się nie chce jeść...

Czy zmieniłam się ja?
Tego jeszcze nie powiem, bo nie wiem ;]
Nie zmiękłam.
Nie płakałam.
Nie tęskniłam.
Nie ogarniałam ;P. Jak to ja. Pewne rzeczy się nie zmieniają... ;)

















niedziela, 20 marca 2016

Przydało się ;)

Przydało się.
Przydało się łapanie za najcięższe siaty po zakupach w supermarkecie i targanie ich z auta do domu, choć tato śmiał się ze mnie, że jestem nienormalna.
Przydało się wydawanie większości pieniędzy na zumbę i siłownię.
Przydało się zawzięcie, zacięcie i postawa: "Chcę, to zrobię".
Przydało się chodzenie na maratony fitness, z których wychodziłam ostatnia.
Przydał się mój charakterek, temperament, upór i zakapiorstwo.
Przydały się wszystkie te razy, kiedy siostra wołała: "Szybko, Młoda! Zamiataj, bo za pięć minut mama wraca z pracy i ma być błysk!"
Przydały się buty do biegania, przydała się wiatroodporna czapka i oddychające skarpetki. Termoaktywne gacie też ;).
Przydało się pozytywne nastawienie jak jest ciężko, uśmiechanie się mimo zmęczenia i dołki w policzku (szczególnie jak potrzebuję zbałamucić kogoś do wniesienia mi po schodach walizki cięższej niż ja sama).
Przydała się instytucja taka jak Mama, która kupuje zbiór Kodeksu, zmywalny długopis, zeszyty i awokado, solidna firma zwana Tatem, który przyjeżdża po mnie gdzie trzeba i działalność jak siostra, która dała mi swój sportowy komin, dzięki któremu nie marznę na porannej zaprawie.
Przydały się ćwiczenia na mięśnie brzucha, przydało się ćwiczenie każdego dnia, przydało się ćwiczenie mimo zakwasów, bólu, zmęczenia.
Przydało się mówienie: "Słabość? Nie znam takiego słowa".
Przydał się stos długopisów, bo większość gdzieś już zapodziałam.
Przydała się umiejętność zaciskania zębów i wodoodporność, żeby wszystko co mało istotne mogło spływać po mnie jak po kaczce.
Przydała się odporność na ból.
Przydała się harda postawa.
Przydało się afirmowanie sobie: "Ja? Ja nie dam rady...?"
Przydał się kombinezon do spania, zapas chrupkiego pieczywa, płyn do płukania ust i kolorowe zakreślacze.
Przydało się dużo par zapasowych skarpetek, przydały się bluzy i dresy, przydały się pieniądze w portfelu żeby kupić sobie sok albo orkiszowe paluszki za dychę i te na koncie, które można przepuszczać na sportową odzież bez patrzenia na ceny.
Przydała się umiejętność podchodzenia do życia z dystansem i nie przejmowania się tym, co nie warte naszej uwagi.
Przydał się duży kubek, tabletki na ból głowy, krem na każdą pogodę.
Wszystko się przydało ;)


Dziś jestem u siebie w domu, siedzę przy swoim stole w jadalni, słucham tykania zegara i wiadomości na TVN24, lecących gdzieś w głębi domu. Po tygodniu bez dostępu do świata chętnie słucham nawet melodyjki zwiastującej nowe informacje.
Na pierwszy weekend wypuścili nas do domu.
Początkowo myślałam, że zostanę na szkółce, ale wszyscy jechali, więc zostałabym tam całkiem sama, no i miałam już kolejną listę must have.
W piątek późnym popołudniem wyjechałam ze szkoły z czterema kolegami (ochrypłam ze śmiechu przez sześć godzin jazdy), a z Przemyśla, gdzie jechał znajomy zgarnęli mnie rodzice.
Mama spakowała mi piknikowy koszyk, więc o północy napychałam się jeszcze owocami ;).
W pokoju miałam zimno jak w psiarni (na ogół tak lubię, więc siostra z mamą chcąc mi zrobić dobrze zakręciły kaloryfery... ) i jak tylko wbiłam się w piżamę, poczłapałam do pokoju siostry i wślizgnęłam się bezszelestnie pod kołdrę. Znów były rozmowy do ochrypnięcia i ziewanie na całą rozpiętość szczęki.
W sobotę spałam do dziesiątej i obudziłam się bardziej połamana niż witając dzień o piątej.
Pół dnia zajęło mi kompletowanie tego, co mi niezbędne do przetrwania (buty do ćwiczeń, bo te z zumby są z poślizgiem, rękawiczki i czapka do biegania, czarne wysokie skarpetki, żeby nie mieć sznitów od butów na łydkach, sportowy bidon do picia, posuszka rogalik na podróż, kolejna termoaktywna bielizna - tym razem bluzka z długim rękawem).
Potem odwiedzałam wszystkich i wszyscy odwiedzali mnie, jakbym wróciła ze studniowej wycieczki  ;). W efekcie byłam u cioci na herbacie, u mnie na herbatę przyjechał kolega, a przed dziesiątą wieczorem wylądowałam jeszcze u koleżanki. Też na herbacie ;)

Przez weekend miałam okazję pojeździć samochodem, zjeść ciepły posiłek w ciszy i względnym spokoju ("M., opowiadaj!", "M. a powiedz...", "M.!"), wyspać się w dla odmiany kolorowej i mięciutkiej pościeli.
Przez weekend zostałam odkarmiona, wyspana i wypytana o wszystko, o co można wypytać osobę wracającą z koszar.
Przez weekend jadłam tylko to co lubię, oblizując się na widok tofu i renet jak kot po śmietance.
Przez weekend zregenerowałam siły i nabawiłam się bólu gardła (chociaż może bieganie na teście sprawnościowym w zimne marcowe południe też miało coś na rzeczy^^).
Przez weekend przymierzyłam kilka sukienek i chodziłam w rozpuszczonych włosach. Dobrze, że nie wpadłam na pomysł paradowania po domu w szpilkach ;].
Przez weekend nic nie przeczytałam, nic nie rysowałam, nic nie pisałam.

Przez tydzień nie miałam czasu myśleć o domu, oglądać się w lustrze, malować ładnie rzęs i pieścić się z używaniem batalii kremów i balsamów.
Przez tydzień biegałam, latałam, latałam i biegałam, próbując ogarnąć wszystko to, co było do ogarnięcia.
Przez tydzień nie miałam czasu zadzwonić do mamy, siostry czy przyjaciółki.
Przez tydzień uczyłam się żyć w koszarach, poruszać całym plutonem dwudziestu dwóch osób, pokrywać i wyrównywać w szeregu, poprawiać guziki i kołnierze, żeby wyglądać porządnie, meldować i pisać naście stron bez miauczenia.
Przez tydzień dostałam ksywki Malutka, Maleńka, Maleństwo, Mała Mi, Mała (czyli dalej pozostajemy przy "M." ;]), chociaż to "Malutka" brzmiało inaczej w poniedziałek kiedy nie mogłam dotargać walizki do pokoju, a inaczej kiedy zaliczyłam test sprawnościowy ;].
Przez tydzień zostałam rozpuszczona przez kolegów noszących mi zgrzewki wody ze sklepu i oddających mi bluzy, żebym nie zmarzła podczas biegania w koszulce i stałam się najcenniejszym skarbem na stołówce, kiedy okazało się, że chętnie rozdaję chętnym przydzieloną mi szynkę, ciasta i desery ;).
Przez tydzień było męcząco, ale bardzo pozytywnie.
I tym pozytywnym akcentem kończę i idę się ubierać, uczyć i ogarniać.
Za tydzień też wrócę, bo Święta.

Życzcie mi kolorowych snów w białej pościeli, wysypiania się mimo małej ilości snu, pełnego brzucha mimo stołówkowego jedzenia i dalszego entuzjazmu ;).
Pozdrawiam ;)

http://swag333.pinger.pl/p/2







środa, 16 marca 2016

Z jak zmiany ;]

Wcale nie stresuję się tym, że w czerwcu zostanę bez pracy.Wcale, ale to wcale.
No okej - ta racjonalna część mnie (biegająca wkoło na siłownię, żeby czasem nie przytyć, zażywająca magnez jak jej tika powieka i ubierająca ciepłe buty, żeby nie przeziębić pęcherza) lubi rutynę, przewidywalność, obowiązki i regularne zarobki.
Lubi, bo wie, że to dojrzałe i mądre.
Lubi rano wstać, kiedy wie, co do niej należy.
Lubi wykazać się na polu, na którym umie się wykazać.
Lubi, bo lubi dostawać pensyjkę na konto, zacierać rączki, że jest ich tam więcej i udawać, że "to nie jest tak, że tylko ciułam i ciułam pieniążki i wcale mnie to nie cieszy".
Cieszy. No, cieszy no.
Najważniejsze jest dla mnie zdrowie, szczęście i ludzie, ale dobre buty do biegania i jogurt sojowy za 14 zł (wykończy mnie ta dieta :D...) też są dobre ;].

Jest jednak taki mały, malutki szkopuł.
Nazywa się: schematy.
Bo moi drodzy musicie wiedzieć, że Wasza ulubiona panna M. (zwana tak coraz częściej, przez co pewnie za niedługo przestanę reagować na swoje imię, a zacznę czekać na krótkie: "Em!") lubi się wyłamywać.
I tak, owszem - 5 porcji warzyw dziennie, zero nałogów, czytanie książek, kontko w banku i czapeczka na uszy, ale są kwestie, które mnie drażnią, mrowią, mierzwią.
Więc na przykład boję się wpadnięcia w schemat, który będzie mnie męczył.
Nie chcę całe życie mieszkać z rodzicami.
Dostosowywać się do kogoś, mieszkać u kogoś, być na czyjejś łasce.
Chcę się usamodzielnić, ale nie chcę płacić krocie za wynajem pokoju.
Chcę mieć pracę, ale taką która da mi satysfakcję.
Chcę być niezależna i mieć bezpieczne zaplecze finansowe, ale też chcę być szczęśliwa i spełniona.

Więc póki co jest też jedna sprawa, która mnie korci, nęci, kusi.
Zmiany.
I myślę, że kolor włosów czy nowe majtki mi tu nie pomogą.
Ja chcę ZMIANY, nie tyle przez duże Z, co przez wszystkie duże litery ;)
Coś w stylu - zmienić styl życia (nie no spoko weganizmie, jesteś bezpieczny).
Albo nawet - spakować się i wyjechać.
I niekoniecznie w Bieszczady tylko raczej gdzieś, gdzie musiałabym machnąć paszportem (którego nie mam, shit!).
Bo niby czemu nie?
Nie mam też faceta, domu, kredytu, dzieci ani stałej pracy.
Nie mam nawet swojego zwierzaka ani kwiatka w doniczce, którym muszę się zajmować.
Mam świrniętą kotkę - własność całego plemienia (czyt. mojej rodzinki), która poluje na wszystko co się rusza (najchętniej na moje kostki u nóg) i która najczęściej śpi jak moja siostra (dużo, długo, często) albo zachowuje jak ja po kawie (latanie wkoło i chodzenie po meblach) i psa, ale mój szyszyl nie żyje, a bambus którego kupiłam dla ożywienia pokoju stoi na parapecie w kuchni, bo drugi miesiąc kupuję dla niego wazon.
Taż to się samo prosi, żeby stąd śmignąć, byle dalej!

W stracie pracy - jakkolwiek lekkomyślnie to teraz zabrzmi - ja wietrzę szansę.
Nie uda się zostać w szkole?
Trudno.
Będę miała powód, żeby stąd wyjechać.
I skończy się słuchanie, że mamcia załatwiła mi pracę, bo pracuje w GMINIE.
Tak.
GMINIE.
Przez duże G i wszystkie inne literki...
Jezu, gdybym wiedziała, że tak to działa, nie starałabym się głupia o stypendium naukowe i nie marzyła o karierze pisarki. Mam mamę w GMINIE małego miasteczka (Opieka Społeczna, nawet nie wiecie, ileż można zdziałać pracując w opiece...), przecież ona mi wszystko była w stanie załatwić. Stypendium rektora i wydanie książki też...

Nie dygresując i nie plując jadem (bo aż sobie merde laptopa z podniety oplułam ;P) - chciałabym spożytkować moje pieniądze na coś innego niż kredyt hipoteczny albo samochód, do którego musiałabym chyba sikać, żeby móc jeździć.
Chcę coś zmienić.
I rozkładam to powoli na czynniki pierwsze.
Chcę, bo to mnie podnieca.
Chcę, bo nie lubię nudy.
Chcę, bo mam warunki.
Chcę, bo mogę.
Chcę, bo chcę ;P.
Coś czyli nie do końca sprecyzowałam jeszcze co.
Może być zachowanie, fryzura, a może miejsce zamieszkania.
Może zawód, praca, kraj.
Zmienić, bo wietrzę w tym coś dobrego, nieprzewidywalnego, ryzykownego, a równocześnie uczącego mnie więcej niż studia podyplomowe, wplątanie się w nowy związek z niedojrzałym facetem albo wynajęcie kawalerki z grzybem na ścianie.

...

Okej.
To był gotowiec.
Pisany na parę tygodni przez ZMIANĄ przez duże Z i wszystkie inne literki.
Dziś jestem na szkółce, uczę się nowej roli policjantki, a plany rzucenia wszystkiego i wyjechania mogę sobie włożyć między wiersze. Albo między cokolwiek innego ;].
Wiem, że wszyscy są ciekawi, jak na szkółce. Szkółka jak szkółka. Czyli jak w wojsku. Zaprawy, mundury, dyscyplina.
Z jedzeniem... Hm... Jedzeniowo różnie. Jednego dnia na śniadanie jem suchy chleb i piję słodką herbatę, a na kolację wcinam roszponkę z pomidorkami i awokado. I nie - nie dają takiej na stołówce ;]. Mam też suchy prowiant (wafle ryżowe, te sprawy), owocowe deserki dla dzieci (chwała Panu za słoiczki ^^) i bakalie. Szał by night ;P.
Ogólnie jest w porządku, choć jest inaczej.
A na weekend jak dobrze pójdzie pojadę do domu, bo wszyscy jadą, więc nie będę gorsza.
I najem się w domu sałaty na zaś ;]
Pozdrawiam zielono - czarno (bo granatowo będzie jak wytrwam tu pół roku).

PS Ostatecznie to jednak są ZMIANY przez duże literki.Choć trochę się różnią od wyjazdu na Bali ^^.







sobota, 12 marca 2016

500 +

Większość moich stanów idealnie odwzorowuje mój pokój.
Kiedy wszystko jest normalnie, a ja mam dużo wolnego czasu - kosmetyki są ułożone w skomplikowanym układzie, książki wyrównane do brzegu, a ubrania pogrupowane kolorami.
Kiedy jestem zaganiana i chodzę na siłownię pięć raz w tygodniu - na kaloryferze i na fotelu przewalają się sportowe ciuchy, a buty jeśli nie wietrzą się na tarasie to przeważnie turlają się gdzieś między oknem, a szafą.
Kiedy mam wenę i piszę - stolik jest zawalony przez puste kubki.
Kiedy jestem chora - obok łóżka jest wyeksponowany chustecznik, maść majerankowa i Vicks.
Kiedy spodziewam się gości - oprócz ładu na półkach podłoga dodatkowo lśni jak lustro, a w pokoju pachnie orzeźwiającym odświeżaczem.
Kiedy mam wolne wieczory - łóżko i stolik są zajęte przez książki, zakładki, kredki i ołówki. Ołówki, co warto podkreślić - mają tak mocno zatemperowane łebki, że można się na nich skaleczyć.

Teraz ołówki są ciut przytępawe, bo piszę non stop listy, co mam zrobić, a co kupić i nie mam ani chwili, żeby poszukać strugawki.
Teraz nie rysuję, bo skończyło się zbijanie bąków i udawanie artystki.
Teraz w pokoju mam całą kolekcję kubków
Teraz mam w pokoju bajzel.
Istny bajzel ;)

Zaczynając od łóżka (które opuściłam dziś po dziesiątej, usiłując odespać te wczesne pobudki - praktycznie cały tydzień budzik dzwonił przed piątą)... Łóżko jest sponiewierane, a kołdra w sowy doszczętnie zmierzwiona. Gdzieś między pościelą, a poduszkami wala się ładowarka do telefonu, czarna gumka do włosów i piżama. Wywrócona oczywiście na lewą stronę.
Na komodzie koło łóżka leży kubek (tylko jeden), prostownica, teczki z dokumentami, notes, który dostałam na komendzie, legitymacja i blaszka.
Na ceramicznej podstawce leży osamotniona biżuteria z nieskończonością, bo odzwyczajam się od bransoletek i pierścionków, skoro mam śmigać w stroju moro i pocić się w aseksualnych granatowych szortach, w których wszyscy będziemy wyglądać jak dzieci PRLu.
Stolik wygląda całkiem przyzwoicie (tylko trzy kubki, żaden nie ma śladów pleśni), podobnie jak szafa, z której wysuwa się tylko jedna para ciemnych dżinsów. W końcu większość czasu przechodziłam w mundurze - cywilne ubrania nie były mi potrzebne.
Parapet wygląda jeszcze w miarę normalnie, bo oprócz poduszek znalazły się na nim tylko ubrania z siłki i jedna jasnoszara bluza z wielkim komino kapturem i miętowym napisem.
Za to połoga...
Podłoga to jest szał ;)
W jednym kącie trzy paczki z Zalando z trzema pudełkami z Nike, a w każdym pudełku taka sama para miętowo - szarych butów do biegania, każda w innym rozmiarze. Póki co nie przymierzyłam żadnej.
Obok torba z siłowni i buty, które pałętają się gdzieś tam koło niej. Akurat siłownię udało mi się zaliczyć raz, za to porządnie. Zumbowałam dwa razy.
Od drzwi do łóżka trzeba iść lekkim slalomem, omijając rzucone przez mamę ciuchy z prania, rzucone przeze mnie ciuchy do prania, czajnik bezprzewodowy, torbę z laptopa i pudełko po butach.
Pod regałem wielkie pudło z ręcznikami, mundurem, policyjnymi ciężkimi buciorami i czapeczką policyjną.
Koło mnie stoi torba z rzeczami kupionymi na wyjazd, a nakupiłam tego tyle, że w trzy godziny wyczyściłam konto z 5 stówek ;)
Połowę wydałam na rzeczy sportowe, połowę na kosmetyki i leki.
Nie żałowałam ani grosza, szastając dla swojego dobra.
Obkupiłam się więc w termoaktywną bieliznę, getry i cienką czapkę, chroniącą przed wiatrem. Wygląda trochę jak czepek na basen, ale grunt, żeby nie przewiać głowy. No a bielizna to oczywiście z myślą o nerkach, bo bieganie w mokrych rzeczach na pewno nie sprzyjałoby ich zdrowiu. A nie zaszkodzi mieć taki zestawik, skoro i tak biegam i skoro planowałam więcej chodzić po górach i nauczyć się jeździć na nartach ;).
Nabrałam też masę skarpetek, wszystkie mocne, oddychające, bawełniane - ciensze, grubsze, stopki i niestopki. Plus ochraniacz na nadgarstek. Tak w razie w.
No i cała masa pierdół. Cetaphil do mycia twarzy. Żele, dezodoranty, cała gama kosmetyków Scholla do stóp, stos plastrów (z naciskiem na te odciskowo - pęcherzowe), mokre chusteczki dla dzieci i nici do zębów. Miniaturowe spraye odświeżające, żele dezynfekujące i plastry na ból głowy. Węgiel leczniczy, maść na zakwasy, żurawiny i wszystkie te z "uro" w nazwie. Coś przeciwgorączkowego, woda utleniona, tabletki na gardło... Cały wysyp medykamentów i środków pielęgnacji, które są must have jeśli będzie trzeba dużo biegać i ćwiczyć.
Jeszcze tylko muszę przygotować materiały piśmiennicze (długopisy i czyste notatniki już się trzęsą z podniecenia), zdecydować, które ciuchy ze sobą zabrać i znaleźć jakieś miejsce na parę opakowań bakalii i batoników truskawkowych, żeby nie paść tam z głodu i będę mogła zacząć się pakować.
Teraz idę ogarniać ten stos rzeczy z podłogi, bo słabo mi się robi na ich widok.
Porównując aż nazbyt perfekcyjnie ułożone książki na półkach i wszystkie te walające się po ziemi części garderoby można wywnioskować, że mój obecny stan to "niezdrowo podniecona, równie zaaferowana, co niepewna. Pozytywnie nastawiona".
Nie wiem, kiedy kolejny wpis.
Czekajcie, trzymajcie kciuki, żebym nie wróciła ze szkoły ze szkorbutem, jak nie będą tam mieć sałaty i żebym dała radę.Tak ogólnie. Psychicznie, fizycznie, całokształtowo.
Pozdrówka! ;]

PS Od poniedziałku witam progi Szkoły Policyjnej, jak ktoś nie w temacie ;]





czwartek, 10 marca 2016

Taki przeskok ;]

Wiem, wiem - codziennie coś piszę, więc mogłabym odpuścić, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że na szkółce nie będę miała jak pisać, więc wyżywam się teraz ;].

Wszyscy pytacie o ostatnie dni w szkole i o to, jak nastawiam się do nowej roli bycia policjantką.
W sumie to wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie mam czasu się "nastawić".
Sami wiecie, że między staraniem się do Policji, a dostaniem się do niej było za mało czasu na cokolwiek.
Sam proces rekrutacji trwał i trwał, a ja sama też nie robiłam nic, żeby coś drgnęło w tej sprawie.
Nie robiłam prawka na ciężarówkę ani tysiąc pięćset kursów ratownika, żeby mieć o dwa punkty więcej.
I nie sądziłam, że się dostanę, bo nie miałam "pleców".
Żyłam normalnie, studiowałam, a potem pracowałam i chociaż Policja gdzieś tam sobie tkwiła z tyłu mojej czaszki, to jednak nie zajmowała mnie dłużej niż jakiś mały przebłysk raz na jakiś czas.
Telefon o przyjęciu zburzył mój spokój i spowodował niemały mętlik w usystematyzowanym jak dotąd życiu.
Niby powinnam przyzwyczaić do zmian, bo to nie jest moje pierwsze odrzucenie czy rezygnacja z pracy, a jednak to pierwszy TAKI przeskok.
Zwykle miałam więcej czasu i mniej wątpliwości, jak postąpić.
Tu miałam dylematy, bo dzieci, bo dyrektor, bo poczucie obowiązku.
Decyzja nie była prosta i została okraszona bezsennymi nocami i skurczami w żołądku.
Nawet kiedy postanowiłam, że pójdę do Policji, pracę w szkole dociągnęłam do piątku i przez cały tydzień byłam maksymalnie wciągnięta w życie szkoły.
Konkurs recytatorski, sprawdzian, zajęcia, spotkanie z rodzicami, pożegnanie z dziećmi, uzupełnianie dziennika, przekazywanie informacji o dzieciach, zamykanie wszystkiego, co wymagało zamknięcia...
Do tego gdzieś tam kiedyś w międzyczasie musiałam odwiedzić komendę Policji, donieść właściwe dokumenty i zdjęcia, zapoznać się z tym, co będę robić w pracy i załatwić sobie delegację na poniedziałek.
Uwierzycie, że na delegacji mam wpisane: "Policjant - wydział Prewencji i Ruchu Drogowego? Kurczę. Dopiero byłam panią M. z I d, a tu nagle "policjantka" .
Posterunkowa M. i moje nazwisko ;].
Wszyscy oczywiście zadają mi mnóstwo pytań, które prawdę mówiąc w równym stopniu mnie cieszą, co i męczą.
Fajnie, że wszyscy gratulują, fajnie, że są ciekawi i pozytywnie nastawieni, ale chwilami brakuje mi sił do gadania, bo po pierwsze - sama mało wiem, po drugie - nikt nic nie wie odnośnie szkółki, a wszyscy pytają gdzie i kiedy jadę, a po trzecie - Oj, legitymacja jak legitymacja. Blaszka jak blaszka... Nic takiego... ;].

Staram się brać wszystko na spokojnie.
Okej - jestem pozytywnie nakręcona i podekscytowana, ale nie podniecam się za dużo, nie stresuję, nie robię w swoim życiu większego mętliku niż powinnam.
Póki co jestem wyluzowana.
Powiedzmy ;)
W sumie to odkąd się obroniłam w lipcu, w zasadzie nie miałam żadnych powodów do stresu.
No, może jakieś małe odchylenie w cyklu, albo jakiś spór z ówczesnym chłopakiem ^^.
Potem remont, przeprowadzka, nowa praca i od września właściwie sielanka.
Po paru tygodniach ogarnęłam na czym polega praca nauczycielki (i tylko raz zapomniałam zaprowadzić dzieci na obiad, ups), w czym pomogły mi wcześniejsze praktyki i pół roku pracy w prywatnym, ale jednak - przedszkolu.
W październiku żyłam już całkiem na luzie, w ogarniętym pokoju, gdzie wszystko miało swoje miejsce i gdzie książki stały równo dosunięte do brzegu półki.
Coraz mniej czasu poświęcałam już na przygotowywanie się do lekcji, bo wiedziałam co do czego.
Nie stresowałam się wywiadówkami, przeważnie improwizując na spotkaniach z rodzicami.
Od listopada zaczął się sezon na relaks.
Czytanie, pisanie, leżenie i obijanie się, znajomi i rodzinka, zumba i siłownia.
Milion zdjęć kota w telefonie, spacerki z nóżki na nóżkę, poranny prysznic, który przeciągałam w nieskończoność, a i tak miałam na wszystko czas.
Boże, miałam nawet czas na sortowanie skarpetek i układanie ciuchów w szafie według kolorów!
Gdybym miała zobrazować Wam ten czas, podsunęłabym obrazek, na którym czytam książkę machając kapciem albo wyciągam się na całą długość na łóżku, chrupiąc kostkami.
Powiedziałabym, że to błogi okres budzenia się w zgodzie z naturalnym biorytmem (budzik używałam tylko we wtorek jak miałam na ósmą i wtedy, jak musiałam jechać rano na badania), jako czas jedzenia ciepłych posiłków i jako czas niczym niezmąconego poczucia przewidywalności i bezpieczeństwa.
Co zresztą możecie sobie łatwo prześledzić śledząc wpisy na blogu ;).
Teraz zacznie się nowość.
To, co będę tam robić przed szkółką to jedna wielka niewiadoma. Bo co mogę robić, skoro nic nie wiem? Pewnie przekładać papierki i robić ogólnie dobre wrażenie.
Kurs BHP, odbiór mundurów i uroczyste ślubowanie w środę. Tym się akurat lekko stresuję ;).
No i ostatnie, zasadnicze - szkółka.
Szkółka... ;)
Szkółka jest póki co na tapecie i szkółki boję się póki co najbardziej.
Z jednej strony jest dla mnie równie pociągająca jakbym miała pojechać do Hogwartu, z drugiej strony budzi we mnie lekki niepokój.
Cieszy mnie to, że będę miała wyzwania. To mnie naprawdę cieszy.
Wolę, żeby mnie kopano po tyłku niż głaskano po główce, więc przyda mi się taki wycisk i poniewierka.
Zdecydowanie skorzysta na tym mój charakter i zdecydowanie nabiorę dzięki temu samodyscypliny.
Skończy się turlanie w satynowej pościeli i otulanie pięcioma kocykami, a zacznie tarzanie w błocie i bieganie w deszczu.
Będzie ciężko i może nawet uda mi się uronić łezkę albo dwie (ale gdybym dalej nie umiała się rozpłakać to mam już dwa opakowania soli fizjologicznej w razie w ^^), wspominając jak mogłam siedzieć w ciepełku przy biureczku z założoną nóżką i sprawdzać obecność w czerwonym dzienniku ;).
Cieszę się więc, że wyjadę, że poznam nowych ludzi, że będę mogła się sprawdzić i będę mogła sprawdzić swoją siłę i charakter, ale równocześnie jak każdy - obawiam się tego, co nieznane...


                                                                               *** 

Nie zdążyłam wrzucić tego wpisu.
Ostatnie dni zaczynam między 3, a 5 rano, w porywach do 6 ;).
Mam już część mundurów, wielkie toporne buty i twarzową czapeczkę z daszkiem (dobrze, że zima się kończy, bo zimowa czapka to koszmar ^^). Miałam też ślubowanie w Komendzie Wojewódzkiej i oficjalnie zostałam policjantką ;].
Dziś byłam pierwszy dzień w pracy i póki co jestem przezadowolona.
Podoba mi się wszystko - od szkoleń, przez pokój socjalny, w którym robiłam i jadłam sałatkę, po wklepywanie danych do komputera, słuchaniu o negocjacjach na szkoleniu i policyjny żargon.
Nie nudzę się ani chwilę, bo cały czas coś się dzieje.
Pomagam trochę w papierologii, podaję kadrom swoje dane, numer konta i te sprawy, zapoznaję się z policjantami.
Ostatnie dni były ciut męczące przez mało snu (za to wieczorem zasypiam jakby mi ktoś nasączył poduszkę chloroformem), dużo biegania i jeżdżenia, nowe zadania do wykonania.
Wieczorem i tak zdążyłam dwa razy skoczyć na zumbę, ale wiecie że nawet jakbym ledwo widziała na oczy - aktywności fizycznej nie odpuszczę :)
No i tyle chyba.
Uciekam się regenerować, bo oczy mi się zamykają, a jutro znów witam dzień po piątej, żeby po szóstej być ogarnięta.
Pozdrawiam! ;]



 



poniedziałek, 7 marca 2016

Mała, mocna ;]

Przyjęcie do Policji w swoje 25 urodziny to całkiem fajny prezent ;].
Wstawanie 25 po 4, żeby jechać 90 km na szkolenie BHP brzmi mniej fajnie, ale też jest do przeżycia. Jazda samochodem przed piątą rano to jedna z rzeczy, które lubię (ale nie pytajcie mnie czemu).
Znalezienie miejsca parkingowego pod komendą też brzmi przyzwoicie.
Mniej przyzwoicie jest wtedy, kiedy okazuje się, że szkolenie będzie o 9, nie o 8.
Czytanie książki na hallu i przyciąganie miliona spojrzeń na swoją skromną osobę ("Co to za dziewczę siedzi i co ona do cholery czyta?") nie jest takie złe, kiedy tak dobrze wciągnie się w fabułę dobrego thrillera, że nie rejestruje tego, że jest się obserwowaną z każdej strony.
Szkolenie, które przeciąga się do kilku godzin i które oprócz bezpieczeństwa i higieny pracy obejmuje także ochronę przeciwpożarową, przeszkolenie z zakresu antykorupcji i tajnych danych byłoby lepsze, gdyby nie głośne burczenie brzucha. Ale na szczęście mój żołądek był na tyle subtelny, że ograniczył się do poinformowania tylko jednej osoby, że śniadanie jadłam wpół do piątej.
Jabłko zjedzone na drugie śniadanie nie potrafi niestety zaspokoić głodu, nawet jeśli tym jabłkiem jest Gloster, ale może na chwilę przytkać i uciszyć burczenie ;).
Poznanie nowych znajomych i spotkanie "starych" (tych, z którymi biegało się za lekarzami z obiegówką) jest miłe, ale jeszcze milsze jest dostawanie masy smsów z życzeniami, nawet kiedy nie można za bardzo odpisać.
Odrzucając ukradkiem kolejne połączenia śmiałam się sama z siebie, bo sama zapoczątkowałam dzwonienie do bliskich z okazji urodzin, więc nie ich wina, że dzwonią, kiedy nie mogę odebrać ;]
Szukanie magazynu, w którym wydają mundury okazało się być pestką, skoro ma się fajnych nowych kolegów, ciężkim orzechem do zgryzienia były panie, które mi munduru nie wydały.
Obiad, którego nie jest w stanie się zjeść, bo jest się przegłodzonym można wziąć na wynos.
Na wynos można też kupić małą mocną kawę na Orlenie, choćby po to, żeby wylać ją na wycieraczkę w samochodzie ;].
To, że kawa pobudza dopiero, jak jest się już w domu i jak planuje się odpocząć to mały pikuś, bo przecież od spania jest noc.
To, że jest się tak zmęczoną, że aż pobudzoną ze zmęczenia (i z kofeiny) można zapisać jako kolejne ze swoich dziwactw.
A pobudzenie można spożytkować pakując zabawki do szarej torby i jadąc na zumbę, żeby wyrównać endorfiny do adrenaliny i wyskakać z siebie znużenie ;)


PS Dziękuję za życzenia! ;] ;** .