...

...
M.

wtorek, 1 marca 2016

Dziwny ;)

Ten tydzień jest bezkonkurencyjnie dziwny.
Dziwny do tego uczucia niepewnego dreszczu na policzku, ściskaniu w żołądku, kiedy nie wiemy czy jesteśmy podekscytowani czy poddenerwowani i uczucia słabości przy jednoczesnym zastrzyku energii.

Dziwnie było iść w poniedziałek rano do szkoły, żeby wręczyć wypowiedzenie i jeszcze dziwniej było po paru godzinach jak gdyby nigdy nic wejść do niej znowu i prowadzić zajęcia.
Dziwnie było otwierać ciężkie drzwi szkoły, wycierać nogi w wycieraczkę, wdrapywać się na piętro do pokoju nauczycielskiego i iść do klasy z dziennikiem pod pachą.
Dziwnie było wchodzić do klasy, świecić światło i uchylać okno, kiedy wie się, że robi się to ostatni tydzień.

Dzieci jeszcze nie wiedzą - nauczyciele wiedzą już chyba wszyscy.
Jutro mam spotkanie z rodzicami i wciąż jeszcze nie wiem, jak im to powiem.
Nie wiem też, jak powiem to dzieciom.
Nie wiem i nie przeżywam tego zbyt mocno.
Wiem, że w czerwcu czekałoby nas gorsze pożegnanie, bo bylibyśmy ze sobą jeszcze bardziej zżyci.
Odcinam się więc emocjonalnie i oczy wcale nie zachodzą mi łzami, kiedy maluchy pytają czy będę ich uczyć w drugiej klasie i czy będę w szkole jutro, pojutrze i w piątek (urwałam temat, żeby nie doszły do poniedziałku...).
Miewałam chwile roztkliwiania się swoją nauczycielską misją, kiedy pracowałam.
Wzruszałam się dziecięcą wrażliwością, tym ich podziwem do mojej osoby, bo pokazałam im, że dodawanie jest przemienne i tę miłością w ich oczach, kiedy mogły się do mnie przytulić na przerwie.
Teraz, kiedy wiem, że odchodzę - oddzielam emocje grubą ścianą pt. "Zdrowy rozsądek".
Wiem, że tak trzeba.
Wiem, że muszę.
Wiem, że to najlepsza decyzja.
I chociaż wiem, że za chwilę skończy się zabawa z pisaniem po tablicy i dyktowaniem zadań z treścią, wciąż tak samo przykładam się do pracy. A może nawet bardziej ;)
Po pierwsze - wciąż pracuję.
Po drugie - kocham tę pracę.
Po trzecie - chcę się nią nacieszyć i wyssać jak soczystą cytrynę. Każdą chwilę, minutę, sekundę.

Książki, które pożyczyłam na feriach są naszpikowane kolorowymi zakładkami indeksującymi, bo chcę przerobić z dziećmi tak dużo zabaw uczących empatii, rozwijających wyobraźnię i podnoszących poczucie własnej wartości, ile zdołam.
Już planuję odpuścić sobie piątkowe zajęcia komputerowe, żeby nacieszyć się dziećmi.
Żeby zamiast odpalić im Painta - wziąć na dywan i pobawić się w coś fajnego.
Żeby zrobić coś w stylu ostatniego piątku przez feriami, kiedy miałam w klasie dziewięcioro uczniów i kiedy wszyscy siedzieli koło mnie, kiedy czytaliśmy pół "Detektywa Pozytywki" i kiedy rozdawałam dzieciom cukierki, a trudne zadanie rozwiązywały u mnie na kolanach przy moim biurku.

Po dwóch tygodniach feriowej przerwy odwykłam całkiem od gadania i krzyku (trzeba było więcej krzyczeć na domowników :D), więc poniedziałek skończył się bólem gardła.
Choć staram się i spinam - póki co zabawy z chodzeniem na wewnętrznej stronie stóp, kląskanie jak konik, "mycie okien" (zębów językiem), zabawę w skojarzenia i masowanie plecków ("Robienie ciasta") udało mi się zrobić tylko na zajęciach wyrównawczych.
Z resztą się nie udało, bo jesteśmy zawaleni programem.
W tym tygodniu wypadło mi zorganizowanie konkursu recytatorskiego w klasie i przeprowadzenie pierwszego sprawdzianu z całego półrocza.
Sprawdzian zajął nam prawie trzy lekcje, bo większość poleceń była dla dzieci niezrozumiała i nagle po dwóch tygodniach wolnego okazało się, że klasa pierwsza zapomniała co to znaczy "przepisz", "połącz" i "zaznacz" ;)
Cała sterta arkuszy czeka na mnie do poprawienia i chociaż poprawianie sprawdzianów w domowych pieleszach to jeden z najgorszych nauczycielskich obowiązków, to ja cieszę się tym, bo to moje pierwsze i ostatnie sprawdziany.
To mój pierwszy i ostatni raz, kiedy poprawiam coś na czerwono i daję ocenę.
To moje ostatnie nauczycielskie podrygi.

Czy mi szkoda?
Jasne, że tak.
Uwielbiałam pracę w szkole.
Tak sobie wymarzyłam, tak chciałam.
Nie sądziłam, że rząd cofnie obowiązek szkolny dla sześciolatków i naiwnie myślałam, że jak nie zostanę z moją klasą - znajdę pracę gdzieś indziej.
Teraz już wiem, że choćby dyrektor stanął na rzęsach - nie da pracy mi, skoro będzie miał kilka nauczycielek wczesnoszkolnych i jedną, lichą klasę (około 13 osób).
Teraz już wiem, że w większości szkół będzie pogrom i że mnóstwo nauczycielek straci pracę minimum na rok.
Jeśli teraz odrzuciłabym ofertę przyjęcia do Policji - w czerwcu byłabym już bezrobotna.
A w tym nie potrafiłabym się odnaleźć.
Nie, kiedy zaczęłam sama się żywić, nie kiedy zaczęłam widzieć, ile kosztuje życie.
Nie, kiedy poznałam co to znaczy mieć ładną sumkę na koncie i markową bieliznę w szufladzie.
Okej - obeszłabym się bez Kleina i Bencha w szafie.
Może odpuściłabym sobie siłownię i codziennie robione smoothie.
Mogłabym może żyć pisaniem, czytam książek i wspomnieniami o szkole, a może nawet mogłabym idealistycznie zmieniać świat czekaniem, aż znów znajdzie się dla mnie praca.
Ale z czegoś musiałabym żyć, coś jeść i coś robić.
A pytanie zasadnicze brzmi: CO?
No i przecież nie złożyłam papierów do Policji za karę.
Może i większość etapów przeszłam bez problemu, bo podchodziłam do tego nad wyraz wręcz lajtowo, może i nie spinałam się Multiselectem ani rozmową kwalifikacyjną.
Może i nie było to jakieś bardzo trudne.
Ale wymagało cierpliwości, zaangażowania, uporu i wytrwałości.
A te tygodnie rzucania piłką lekarską na podwórku, kontuzja nadgarstka od ćwiczeń, masakrowanie materacy na tarasie, branie antybiotyku, kiedy choróbsko złapało mnie tuż przed sprawnościówką, to wałkowanie notatek do testu wiedzy, choć miałam wtedy sesję i obronę za pasem...?
Te szczepionki na wściekliznę, jak przed Multi użarł mnie kot, te jazdy na rozmowy, ubieranie się w sztywne grafitowe garsonki i buty na obcasie, te badania, wielokrotne jazdy do Rzeszowa i kłucie się średnio raz na trzy tygodnie, żeby wstrzelić się leukocytami w wymagane normy...?
Te całe trzy lata biegania z papierkami, dodrukowywania czegoś na ostatnią chwilę, poprawiania, dzwonienia po znajomych policjantach i zawracania im du**, stresu, latania za lekarzami, dzwonienia do Sekcji Doboru, dowożenia dokumentów i przede wszystkim - trzy lata czekania? ;).

Wiatr hula mi po pokoju, bo wdarł się przez uchylone okno.
Na komodzie leży przewieszona błękitna koszula, bo jutro rano jadę zawieźć dokumenty na komendę, a po szkole mam spotkanie z rodzicami.
Na stoliku przewalają się dokumenty do Policji, na łóżku leżą sprawdziany i przewodniki metodyczne dla nauczycieli.
Gryzę ołówek, którym smaruję w kalendarzu ważne spotkania i wydarzenia.
Za oknem mokro, szaro i brzydko.
Deszcz bębni w dach poddasza.
Chłodne powietrze omiata mi plecy i mimo ciepłej bluzy czuję lekki chłód.

Do piątku będę nauczycielką, od poniedziałku policjantką.
Dziwne, prawda...? ;]



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz