...

...
M.

sobota, 28 listopada 2015

Kolorowe kredki ;)

Z całą swoją rozrzutnością - miewam momenty refleksji nad zakupami.
Jak na przykład dziś.

Ogólnie od jakichś dwóch tygodni chodzą za mną kredki.
Drogie kredki.
Niby zwykłe, ołówkowe, ale 72 sztuki, schowane w metalowym opakowaniu, przyprawiające o zawrót głowy swoimi kolorami (miętowe i błękitne wywołują u mnie przeciągłe westchnięcie).
Od jakiegoś czasu oglądam je w Internecie i ślinię się nieprzyzwoicie, widząc te kolory.
Mniej się ślinię, widząc ceny.
Jednak mimo to - kredki wciąż siedzą mi w głowie.
Wiecie jak to ja... Najpierw się na coś napalam, potem chodzę i o tym myślę, a ostatecznie za parę tygodni mam swoją zdobycz i jaram się nią jak dziecko.
W tym jednak przypadku miałam mieszane uczucia.
Kredki kredkami, są ładne, ale...
Ale.
Są profesjonalne.

Na blogach widziałam artystów, którzy za ich pomocą wyczarowywali barwne dzieła.
I to przy użyciu takich kolorów, którymi ja namalowałabym pewnie tęczę...
Mina mi zrzedła, chęci odleciały.
"Mam kupić takie kredki, żeby kolorować malowanki dla dorosłych...? "- smęciłam.
A kredki dalej siedziały mi w głowie.

W sobotę po porządkach i obiedzie poszłam do swojego pokoju.
Miałam ambitny plan przeczytania książki, którą zaczęłam parę dni temu.
Zanim jednak zlazłam z kanapy, żeby poczłapać do regału z książkami, pomyślałam: "Narysuję coś kredkami".
Ponieważ rysować kredkami nie umiem, bo na ogół używam ich do kolorowania, miałam ładną łamigłówkę - co narysować.
Przypomniało mi się jednak, że gdzieś tam kiedyś sto lat temu widziałam rysunek husky'ego namalowany białą i popielatą kredką na szarym papierze. Oczy miał oczywiście lodowato błękitne.
Zaczęłam szukać w necie.
Szukać.
Szukać.
Szukać...
Wreszcie zaczęłam wpisywać angielskie frazy.
I dalej nic nie znalazłam.
Mało tego - te wszystkie huskie, które udało mi się wyguglać były jakieś takie... brzydkie.
Ostatecznie udało mi się znaleźć jednego, który wyglądał przyzwoicie i dosyć prosto.
Ot, parę kresek ołówkiem.

Ołówków mam akurat sporo, większość Steadtlerowskich (uwielbiam), żółto czarnych w paski.
Są dość drogie jak na ołówki, chociaż szału też nie ma (ok. 3 zł za sztukę).
Gumkę posiadam, temperówkę/ strugawkę/strugaczkę - jak zwał tak zwał - również.
Miałam problem ze zlokalizowaniem czystych kartek, ale po chwili miałam już cały plik.
Zaczęłam szkicować.
Najpierw zupełnie naturalnie, lekko i pewnie.
Zaczęłam od lewego ucha.
Rysunek szybko zaczął nabierać konkretnych kształtów, więc ucieszyłam się, że może coś z tego będzie.
Zaczęłam energiczniej kreślić ołówkiem, naciskać lżej, mocniej, grubiej.
Złapałam drugi, bardziej miękki ołówek, dałam się ponieść i pocieniowałam co nieco.
Wszystko szło tak wspaniale... Do momentu, kiedy zaczęłam rysować oko.

Oko wyglądało cudownie na obrazku w necie.
Na moim - nie.
Husky na laptopie robił wrażenie.
Mój husky wyglądał na nieco zdezorientowanego.
Zmazałam mu więc zdezorientowane oko i spróbowałam raz drugi.
Wyszedł na nieco upośledzonego, więc ponownie zmazałam co miałam zmazać.
Zaczęły się próby.
Chociaż próbowałam zrobić to szybko jednym ruchem, powoli, pastwiąc się nad każdą kreską, dokładnie, wlepiając gały w laptopa i byle jak, puszczając wodze fantazji, główny bohater rysunku wyglądał kolejno na przyćpanego, oszołomionego, pijanego i nieco zwichrowanego.
Po pewnym czasie zaczęłam się frustrować, że wszystko poszło, a oko jak nie chciało wyjść, tak nie wychodzi.
Bo nie wychodziło.
Ewidentnie czegoś mu brakowało i za cholerę nie wiedziałam czego.
Myślałam, że chodzi o za grubą kreskę i zbyt czarną obwódkę, ale oryginalny husky miał oko ciemne jak noc listopadowa, a mój wyglądał jakby pomalował się eyelinerem...


Poprawiłam kreski na reszcie obrazka.
Machnęłam parę grubszych kresek ołówkiem 2B i zaszalałam z 5B.
Poprawiłam proporcje uszu i odległości między kolejnymi kaskadami sierści.
Pokręciłam młynka palcami, żeby je rozgrzać.
Napiłam się łyka jaśminowej herbaty.
Zrobiłam nawet pięć podskoków i łyknęłam świeżego powietrza zza okna, myśląc, że to może opary farby z nowego stolika zatykają mi artystyczne oko, ale...
Ostatecznie po którejś z kolei próbie skapitulowałam.
Oko zostawiłam je takie, jakie jest.
Nie umiałam doprowadzić go do oczekiwanego stanu.
Nie wiem jakim cudem na oryginale wygląda inaczej, ale mniejsza z tym ;).


Koniec końców mój husky przypomina wilka.
(W sumie dobrze, że nie lwa albo iguanę... ;]).
Jest chudszy niż oryginał, za to ma bardziej kosmatą sierść (zwłaszcza na uszach) i trochę więcej sierści ogółem ;).
Jest lepiej przygotowany na zimę po prostu ;).
Ma też trochę za długi nos i parę innych niedociągnięć (jak np. niedorobione oko), ale poza tym jest moją chlubą, dumą i radością.
Jest moim ambitnym rysunkiem, narysowanym po X latach.
Jest rysunkiem z biegu, z marszu, ze spontanicznego pomysłu.
Jest rysunkiem narysowanym w zasadzie jednym ołówkiem, chociaż narysowanie go miało świadczyć o tym, jak bardzo potrzebuję 72 kredek... ;]













2 komentarze:

  1. rzeczywiście bardziej przypomina wilka, ale spoko, jest spoko :D :*
    Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję ;D. To może dobrze, że przypomina wilka ^^. Wilk jest groźniejszy i jakiś taki bardziej mroczny niż pies pociągowy o wyblakniętym spojrzeniu ;P.

    OdpowiedzUsuń