...

...
M.

środa, 21 grudnia 2016

Staropanieński ;]

Będę starą panną.
Kurde, będę ją jak nic.

Kota już mam.
Chociaż nie wiem, czy kotka, która myśli, że jest lwem bo ma lwie imię się liczy.
Nie wpylam wprawdzie co wieczór pudełka waniliowych lodów do babskiego filmu i nie mam w szufladzie przy łóżku nic sztucznego o dziwnym kształcie (* chyba, że liczą się małe ampułki z solą fizjologiczną do oczu, bez których chyba bym umarła), ale i tak spełniam wszystkie staropanieńskie kryteria.
Nic, naprawdę nic nie wskazuje na to, żebym zmieniła nastawienie, styl bycia czy życia.
I z kobiecością też u mnie średnio.
Ani nie "zsubtelniałam" ani się nie ułożyłam.
I w ogóle z kobiety to mam tylko upośledzenie do techniki i bałagan w torebce.
Dalej zero tiu tiu z koleżaneczkami, zero imprez, zero flirtów i trzepotów rzęs, ę ą, make up'u i tym podobnych.
Usilnie próbuję wyciągnąć kogoś na maty, dalej szczerzę się kiedy mogę się z kimś powywracać, nawet jeśli to ja jestem wywracana, gdzie nie wejdę tam się wespnę i wskoczę, drzwi otwieram z buta, a przez bramkę skaczę.

Noo, może noszenie munduru wycisnęło ze mnie nędzne resztki kobiecości i zaczęłam bardziej uważać na to, co ubieram i jak wyglądam.
A przynajmniej pilnuję się, żeby ciuchy były w miarę ładne.
Dopasowane dżinsy (połów w Rzeszowie zakończył się upolowaniem trzech par - zielone na leśnika i dwie pary dżinsów, jedne bardziej obcisłe od drugich), dopasowane bluzki, dopasowane sweterki.
Te śliczne koszule, które sobie kupiłam też sobie często przymierzam póki co szpanując nimi tylko w pokoju, ale wierzę, że nadejdzie dzień, kiedy będę miała okazję wyjść w nich do ludzi.
Może jakiś wieczorek autorski, czerwony dywan, nagroda Nobla, te sprawy - sami rozumiecie ;)

Mam za to wenę do pielęgnacji i oprócz tego, że latam do fryzjera jak tylko włosy zaczynają mi płowieć to chodzę też do kosmetyczki, która wyciska ze mnie w równym stopniu zaskórniki, co i łzy, kiedy pastwi się nad moim nosem albo brwiami.
Znów zumbuję i to tyle ile się da, więc nawet do czterech razy w tygodniu, także kremy do sponiewieranych stóp i peelingi też na stałe włączyłam do kosmetycznego menu.
Biorąc po uwagę to, ile czasu zajmuje mi prysznic, balsamowanie się jak egipskie zwłoki z góry na dół, wszystkie te kremy i pierdolety podziwiam dziewczyny, które jeszcze spędzają tyle czasu na makijażu, bo ja pasuję i dalej jest tusz, tusz i tylko tusz. Ewentualnie kreska, która nawet nie jest kreską, bo jest tak cienka jak ja w liczeniu w pamięci.
Ostatnio jakbym trochę zmalała, buźka i ramiona mi zdrobniały i reszta w sumie trochę też, więc mam wrażenie, że składam się głównie z włosów, które za to mi bujnęły, przez co wyglądam jak elf ze spiczastym nosem i rozpuszczoną czupryną.
Dość okiełznaną zresztą, bo odkąd kupiłam spray prostujący i prostownicę, włosy mam naprawdę proste.
Trochę jaśniejsze, bo machnęłam pasemka, żeby coś zmienić, trochę krótsze, żeby wzmocnić.
No i błyszczące.
Błyszczą i błyszczą, a w sumie to jakby świecą.
Świecenie wszystkich nęciło i wszyscy pytali, czemu tak świecą.
Z tego wszystkiego to dopiero wtedy zaczęłam o nich myśleć i się z nimi pieścić.
Odżywki w liczbie milion (a w sumie to pięć) w zależności od nastroju, prostownica z keratyną (?) i inne pierdoły, chociaż ja tam i tak twierdzę, że nic nie robi im tak dobrze jak jedzenie na potęgę nasionek, awokado i duża ilość snu ;)
Paznokcie dalej krótkie i bez migdałowego kształtu.
Miałam sumienny plan się nimi zająć, ale jak skoro nie kręcą mnie małe dzieła sztuki na paznokciach? No i jak tu ćwiczyć, pisać czy obierać marchewki...
Miałam ambitny plan na rzęsy.
Odżywić, wydłużyć, wzmocnić. Misja roku.
Torturowałam je odżywką, ale jak trzecia z kolei mnie uczuliła, dałam sobie spokój.
Ogólnie to moje oczy są ostatnio dość problemowe nawet bez odżywki i przeważnie poranki spędzam wywalona rozkosznie w fotelu, z płatkami kosmetycznymi nasączonymi herbatą.
W fotelu też wykładam się z książką i choć trochę mniej czytam, to i tak czytam.
Tak więc bóstwa z siebie nie zrobiłam, nie robię i raczej nie zrobię, skoro zamiast filmików jak zrobić kreskę na powiece ja serwuję sobie kolejny thriller.
I tu nawet święty Boże nie pomoże, chociaż - o - w Kościele byłam i to nawet dwa razy.
Raz, żeby zachęcić idącą w maju do komunii dziewczynkę do pobożnego uczestnictwa we mszy (*siedziałam w pierwszej ławce otoczona dziećmi, z co najmniej jednym na kolanach, a moja babcia wychodząca z zachrystii - tak to się pisze? - prawie zachłysnęła się ze szczęścia na widok swojej cnotliwej wnuczki tkwiącej pokornie w pierwszym rzędzie, w dodatku otoczonej stadkiem małych istot, wpatrzonych w nią jak w Matkę Teresę), a drugi kiedy w pierwsze śniegi brnęłam po słabo odśnieżonym chodniku, co skończyło się mokrymi skarpetkami i szczękaniem zębami przez całe nabożeństwo, w związku z czym nie wiem z niego nic.

Z jedzeniem wydziwiam i wymyślam takie fanaberie, że głowa mała.
Gotuję i jem jeszcze dziwniej niż wcześniej.
Plus teraz jeszcze mało.
Wymyśliłam sobie za to suplementy.
Magnez mam wszędzie - w domu, w pracy i w torebce.
Coś tam na włosy i na odporność.
Na odporność to w ogóle - kolejna misja - do wszystkiego co gotuję wrzucam czosnek i na potęgę piję czystek.
Wszystkie kubki i zaparzacze zabrały zielonkawego nalotu, bo paradoksalnie jak na czystek to zielsko masakrycznie brudzi.
Czasem piję też kawę, czasem ją nawet słodzę, jak chcę, żeby mnie skopało.
O i Coli już nie pijam.
Za to mam cocacolową pomadkę.
Jest! Jest jeden niestaropanieński pozytyw - mogłabym sprzedawać całusy smakujące Colą. Może nawet byłoby to w stanie zrekompensować to, że nie odżywiam się jak reszta świata.
Bo nie odżywiam.
Na tapecie znów koktajl z jarmużu, gotowana pietruszka, zupa z brokułów i nieśmiertelne płatki.
Aaa, i surowa gorzka czekolada, a najlepiej migdały w czekoladzie, bo jak burżuj to burżuj ;)
Nie chcę - nie jem, kręcę na wszystko nosem i ogólnie do jedzenia średnio mi po drodze.
Do pisania za to i owszem.
Piszę jak nawiedzona.
Pracując nie mam za bardzo kiedy, ale w wolne dni stukam i stukam, często gęsto w piżamie nawet o dwunastej w południe.
Znów jest pisanie po przebudzeniu i pisanie do poduszki.
Raczej marny byłby ze mnie pożytek, skoro siedzę głównie zawinięta w literkową kołdrę i płodzę słowa, które mają mniej więcej tyle sensu co ten wpis.
Śpię w skarpetkach.
Kombinezonie z polaru.
Z trzema kocami.
Bez termoforu.
Mam jeszcze flanelową piżamę w kratkę.
I długą koszulkę która wprawdzie nie za dużo zakrywa, ale ma za to całkiem niepociągającego Chipa i Dala na przodzie.

Dalej nie plotkuję z koleżaneczkami, dalej wali mi co, kto, gdzie z kim, dalej nie podnieca mnie wizja kołysania wózka butem i dalej mam drgawki na myśl o pierścionkach czy obrączkach.
Dalej śluby jawią mi się jako coś kosmicznego, a wizja siebie z brzuchem to w ogóle mnie śmieszy, bo na mnie ładownice na magazynki się nie mieszczą i wyglądają jakby były jakieś strasznie wielkie, więc co dopiero brzuch z dzieckiem, wodami płodowymi i resztą...

Chwilę, tzn. parę tygodni (aż trzy) byłam bardzo spokojna.
Nienaturalnie wyciszona wręcz.
I mniejmówna ;]
Niestety to szczęście też nie trwało zbyt długo i znów robię wkoło siebie mnóstwo hałasu i bałaganu, wymyślam sobie masę rzeczy do zrobienia, wiecznie jestem w biegu, w locie, pędzie, jak nie biegam to tańczę, a jak tańczę na zumbie to jeszcze wieszam się po pasach do TRXów i albo się podciągam albo koleżanki huśtają mnie tak, że bujam się przez pół sali.
Ale jest w tym mniej więcej równowaga i na jeden pierd***nięty dzień przypada z półtora spokojnego.
Są dni, kiedy mnie nosi, są kiedy jestem nienaturalnie wyciszona i są takie, kiedy normalna.
No, o ile można być normalnym skoro wolny czas spędza się czytając, pisząc, kolorując albo kamuflując, ewentualnie męcząc planszówki ze znajomymi.
Kamuflować nie kamufluję już tak natrętnie, chociaż mam zrywy, że chce mi się pomyśleć logicznie i poukładać miśki.
Udało mi się pooglądać nawet jeden film i usiedzieć na tyłku na tyle, że obejrzałam trzy odcinki "Gry o tron". Trzy pod rząd i wcale nie musiałam być związana ;).
Tak poza tym to nadal zero telewizji, zero ogarnięcia telefonu czy innych osiągnięć technicznych.
Noszę za to drewno, migam się od palenia w piecu i sprzątam jak potłuczona.
Sprzątam tak, jakbym miała jeść z podłogi.
Najbardziej to w swoim prywatnym bunkrze czyli pokoju.
Tu to w ogóle mam wszystko co potrzebne do szczęścia.
Książki, poduszki, ołówki, bluzy, "Kamuflaż".


Nic nie spoważniałam, nie wydoroślałam.
Wyglądam wręcz strasznie dziecinnie.
Boże ja naprawdę tak dziecinnie wyglądałam czy teraz tak odmłodniałam, jak zaczęłam jeść tyle brokułów i grejfrutów?
Przecież ja się kwalifikuję do gimnazjum ze swoją twarzą i gabarytami, a to, że podrywają mnie licealiści to już zakrawa na jakiś absurd.
Próby postarzenia się przynoszą odwrotny efekt, bo wyglądam zwyczajnie śmiesznie.
No i przecież nie da się postarzeć twarzy, jeśli nie używa się całej artylerii kosmetyków, pudrów, podkładów czy produktów, których nie potrafię nazwać, a jak ich nie potrafię nazwać to co dopiero użyć.


O i właśnie.
Zdarza mi się, że marudzę i obrażam bez powodu.
Nawet strzeliłam focha.
I to co najmniej ze trzy razy.
I piszę wpis w marudnym tonie o czymś, co mi się podoba i co mnie cieszy.
Bo nawet nie wiecie jak cudownie bezpieczny, beztroski i spokojny jest ten staropanieński stan bez spiny, stresu i niedomówień, z kombinezonami i skarpetkami na czele ;)
Ileż to czasu na ćwiczenia, głaskanie włosów prostownicą i bawienie się w pseudoartystkę ;)

A czy zechcę zmienić ten stan na inny to już się okaże.
W czasie bliżej nieokreślonym ;).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz