...

...
M.

wtorek, 15 grudnia 2015

Morelowy ;]


Wysiłek kojarzy mi się z wieloma rzeczami.
Z mokrym odbiciem spoconych rąk na panelach.
Z łaskoczącą kroplą potu, spływającą po czole, żeby zahuśtać się na nosie.
Z trzęsącymi się rękami, nie mogącymi poradzić sobie z odkręceniem butelki z wodą.
Ze sponiewieraną matą do ćwiczeń i fruwającymi po panelach farfoclami z karimaty.
Z przyśpieszonym oddechem.
Z policzkami, które są słone od potu.
Z mocnym i miarowym biciem serca.
Z bólem łydek.
Z wilgotną koszulką, którą można wyciskać i myć nią podłogę.
Z włosami mokrymi od nasady po końcówki.
Z twarzą, która nie przypomina mi mojej twarzy, bo jest obrzęknięta i czerwona.
Z oczami, które wyglądają jak rozgorączkowane, choć wcale nie jestem chora.
Ze smugami rozmazanego tuszu na powiekach.
Z wywieszonym językiem.
Z trudnościami w podnoszeniu się z maty.
Z koszulką klejącą się do pleców. 
Ze ślizganiem się na macie, mokrej od własnego potu.
Z bólem mięśni, objawiającym się niemożnością chodzenia.
Z zakwasami.
Z frottową opaską na rękę.
Ze sportowymi butami.
Z zapachem moreli ;).
Taaak.
Szczególnie z tym ostatnim.
Bo choć morele umieściłam na końcu tej listy, o morelach myślę na początku.
Bo dla mnie wysiłek pachnie morelami.
Słodko, orzeźwiająco, przyjemnie.
I paradoksalnie – pachnie nie z przyjemnego ani subtelnego powodu.
Nie dlatego, że mam morelowy odświeżacz powietrza albo morelową świeczkę zapachową.
Morelowy mam… szampon.
Najintensywniej pachnie podczas nakładania go na włosy.
Potem, po spłukaniu i wysuszeniu, włosy praktycznie zostają pozbawione zapachu.
Zaczyna się on wydzielać, kiedy spocona od ćwiczeń, czerwona od wysiłku i drżąca ze zmęczenia, jestem tak mokra, że włosy zaczynają oddawać zapach szamponu.
I dopiero czując ten zapach, zaczynam czuć satysfakcję.
Satysfakcję, samozadowolenie i szczęście.
Kiedy mieszkałam w Rzeszowie i chodziłam regularnie na siłownię, największą satysfakcję czułam dopiero wtedy kiedy mocniej od zmęczenia czułam morele.
Dopiero wtedy na trzęsących się nogach schodziłam z bieżni.
Przecierałam czoło ręcznikiem, a urządzenie świstkiem papieru skroplonego płynem dezynfekującym.
Ściskając do połowy pustą butelkę wody, niezdarnie złaziłam po schodach, czując jak pracują mi wszystkie mięśnie.
Uśmiechałam się do mijanych osób.
Uśmiechałam się do recepcjonistek.
Uśmiechałam się do dziewczyn w przebieralni.
I nie przeszkadzał mi zaduch w damskiej szatni.
Intensywny i niezbyt przyjemny zapach rozgrzanych i spoconych ciał.
Zimny pot spływający po tyłku.
Ani kolejka do WC.
Grunt, że pachniałam morelami.

Teraz nie mam siłowni o rzut beretem.
Nie mam całomiesięcznego karnetu, na który wchodziłam ile i kiedy chciałam.
Ale wciąż mam matę, ciężarki i możliwość zumbowania cztery razy w tygodniu.
Mam nowe czarne Reeboki do tańca, mam grafitowe dresy i nie niebieski T-shirt, a czarny podkoszulek, a mimo to jedno jest takie samo.
Motywacja, którą czuję za każdym razem jak wskakuję w sportowe buty.
Może nigdy nie będę wyglądać tak jakbym chciała albo tak jak wyglądają inni.
Może nigdy nie będę mogła pochwalić się brzuchem z wyćwiczonymi mięśniami.
Ale nikt nie zabierze mi endorfin, satysfakcji i zapachu moreli ;).

PS Wpis archiwalny, lekko tylko poprawiony.
PPS Morelowy szampon został wycofany z obiegu i chociaż upolowałam dwie ostatnie butelki, używam go bardzo oszczędnie. Przeważnie przed wysiłkiem fizycznym, który planuję skończyć ślizgając się na macie... ;).

http://www.ofeminin.pl/odchudzanie/cwiczenia-na-klatke-piersiowa-s1134514.html



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz