...

...
M.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Ósma ;]

Poranny, poranny! ;]
Wstać przed ósmą w poniedziałek brzmi nieprzyzwoicie, kiedy do pracy idzie się na dwunastą czterdzieści, nieprawdaż? ;].
Jeśli jednak zbudzi nas chłód, głód i ochota na poczytanie w łóżku - przyczyny wczesnej pobudki stają się w pełni uzasadnione.

Zastanawiam się tylko po co rozsiadłam się z pełnym już brzuchem (kanapki z wegańskim serem i pomidorem po raz pierwszy ^^) pod szarą satynową kołdrą z kubkiem zbożowej kawy i próbuję coś napisać, skoro mam kilka gotowców na bloggerze, ale to chyba kolejny fenomen -  gotowce mogą być użyte wtedy, kiedy mam na to wyraźną ochotę.
A teraz mam ochotę na gadanie głupot ;).
Szczególnie tych weekendowych.
Bo weekend był...
Zajęty ;)

W piątek był nieadekwatny do przymiotnika odpoczynek.
Z książką i kolorowanką.
I wieczornymi ćwiczeniami, oczywiście.
Ostatnio ku mojemu zadowoleniu, jestem zdecydowanie mniej zmęczona po pracy.
Nie wiem, czy to efekt przyzwyczajenia się do specyfiki pracy nauczycielki, czy zaaklimatyzowanie się dzieci i ich większe ogarnięcie się czy może fakt, że zaczęłam sypiać po nocach, stąd większa tolerancja na stres i zmęczenie, a także mniejszy poziom ogólnego sfrustrowania ;)
Tak więc pochłaniałam thriller Tess Geritssen, kolorowałam wstęp do Tajemnego Ogrodu, a potem katowałam matę.
Już nawet nie pamiętam jakim zestawem ćwiczeń ;).
Pamiętam za to, że kiedy zeszłam na żer (tak przeważnie oznajmiam rodzince powody do zjawienia się w kuchni wieczorną porą, kiedy zmachana i spocona opadam ciężko na kuchenny taboret, nasypując do miski płatki i zalewając je sojowym mlekiem), moja kotka ukradkiem wpełzła mi do pokoju i gdy do niego wróciłam, zastałam Kiarę czającą się na mnie spod maty.
Zobaczyć błyszczące ślepka pod zrolowaną matą w ciemnym pokoju po przeczytaniu thrillera ("Dolina umarłych") - bezcenne ;P.

W sobotę odwiedził mnie kolega i jego odwiedziny zmotywowały mnie do ogarnięcia nieładu twórczego w pokoju.
Wprawdzie jak już wszyscy wiecie, pokój mam wysterylizowany do czysta, jednak kubki, rozbebeszone sportowe torby, sól fizjologiczna tu i ówdzie, a także książki, paczki z Zalando, poduszki i poćwiczeniowe ciuchy rządzą się w moim pokoju swoimi prawami.
Wieczorem zaś pojechałam na koncert.
Koncert za połowę ceny, bo organizowany przez szkołę.
W sensie pracę :)
Jeśli wydaje się Wam, że pójście na "Czerwone Gitary" jest stratą czasu, to chyba Wasi rodzice nie puszczali Wam piosenek Czerwonych Gitar, kiedy bawiliście się na dywanie ani nie śpiewali "Małego Misia" do Waszych uszek przed snem ;).

Niedziela była dniem całkowicie niemalże całkowicie wyjazdowym.
I to nic, że wstałam po dziesiątej, skoro już o jedenastej ruszyłam na wycieczkę z mamą i siostrą.
Pojechałyśmy do Krosna do nowo otwartego Leroy Merlin po ozdoby na choinkę, kupiłam sobie pęd bambusa w OBI, zjadłam obiad w Jasiu Wędrowniczku.
Oczywiście szkoda, że nie widzieliście mojej miny, jak zobaczyłam kartę dań (same mięsne) i minę kelnera, jak powiedziałam: "Będę dla pana wyzwaniem. Jestem wegetarianką".
Ogólnie weganizmem nie chciałam straszyć. Uznałam, że trzeba mieć serce dla kelnerów.
Dlatego jak już zrobił minę pt. "Hmm, czym by wykarmić to biedne odmawiające normalnego jedzenia dziewczę" spytałam czy można połączyć makaron i szpinak, ulokowany w dodatkach i skomponować z nich danie i zamówiłam grecką z awokado, zamiast fety, na co kelner prawie odetchnął z ulgą ;).
Ostatecznie jako jedyna zjadłam cały swój posiłek (choć nie jadłam potem nic do dziesiątej wieczorem), nie narzekając na twarde mięso i tłusty sos ;].
W drodze powrotnej zaczął mnie nużyć sen, więc zakupy w Kauflandzie pamiętam jak przez mgłę (chociaż polowanie na płatki kukurydziane, odżywkę do włosów Nivea i szukanie oleju z pestek winogron Borgesa zakończyło się pełnym sukcesem), a droga do domu jest nieco zamazana, to jednak wieczór spędziłam w kinie z przyjaciółką, podskakując na każdą gwałtowniejszą scenę podczas ostatniej części "Igrzysk śmierci".
A potem czytałam do jedenastej kolejny thriller, również z doliną w nazwie ("Rajska dolina").

Pięknie.
Ja tu gadu gadu, a to już dziewiąta ;>.
No nic.
Plan na dziś wygląda tradycyjnie, czyli dwie lekcje, zajęcia wyrównawcze, korepetycje z angielskiego, urodziny cioci i dwie godziny zumby.
Lecę gotować krem z zielonego groszku i kombinować jakiś obiad, żeby mieć jakiegoś gotowca między tym wszystkim.
W odróżnieniu od postów - wcześniej zrobione jedzenie zawsze łatwo mi przychodzi ;)
Miłego tygodnia! ;]







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz