...

...
M.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Pieszczotliwy ;]


Żeby być twarda, zahartowana i nie do zdarcia – wyznawałam zasadę: „Zero pieszczenia się ze sobą”.
Zero wymówek, zero okazywania słabości, zero podniecania się pierdołami.
Zero łez, zero mówienia, że nie dam rady, zero proszenia o litość.
Zero bycia żałosną, zero proszenia, zero bycia milutką.
Zero.

Jak leczenie zębów to bez znieczulenia, żeby móc ponapawać się swoją odpornością na ból.
Jak kręcenie hula hopem z wypustkami to na goły brzuch, żeby było bardziej czuć. I na następny dzień też kręcenie, żeby poprawić siniaki.
Jak chodzenie na siłownię to dzień po dniu, żeby mięśnie błagały o litość.
Jak ćwiczenia to do upadłego.
Jak zumba to nie raz, a cztery razy w tygodniu.
Jak siłownia to nieważne, że zmęczona, głodna czy chora.
Jak zajęcia grupowe to mało istotne czy muszę na nie iść na piechotę czy jechać autem w śnieżycę. Nieważne też jaka faza cyklu czy który dzień przeziębienia.
Jak zaczynałam się ślizgać na macie, bo była śliska od potu - brałam drugą.
Jak miałam kontuzję nadgarstka – ćwiczyłam w opasce elastycznej.
Jak nie mogłam przesilać nóg – ćwiczyłam brzuszki.
Jak się spociłam podczas pierwszej godziny fitnessu, to oblatywałam jeszcze kolejne dwie, bo i tak przecież byłam mokra.
Jak zrywałam z facetem to bez sentymentów.
Jak oglądałam coś wzruszającego to się nie wzruszałam.
Jak oczy mnie piekły i wiedziałam, że powinnam sobie popłakać – kupowałam sól fizjologiczną do oczu.
Jak było mi z jakiegoś powodu przykro to wyżywałam się idąc pobiegać.
Jak ktoś mnie niesprawiedliwie oceniał, mówiłam „Chrzanić to”.
Jak chciałam coś robić to to robiłam. Nieważne, że musiałam się przy tym namęczyć.
Męczyć też się nie bałam.
I nawet bardzo to lubiłam, a zmęczyć mnie było ciężko.
Jak nie miałam sił biec to biegłam szybciej.
Jak nie miałam sił skakać – skakałam wyżej.
Jak nie chciało mi się ćwiczyć to nie ćwiczyłam. A potem ćwiczyłam podwójnie ;)
Jak coś mi nie wychodziło – próbowałam dalej.
Jak ktoś na mnie krzyczał – odkrzykiwałam mu albo zakładałam na siebie nieprzepuszczalną kapsułę, po której wszystko spływało jak kaskady wody po fontannie w parku.
Jak coś mnie bolało - nie brałam leków przeciwbólowych. No Spę wzięłam trzy razy w życiu i do dziś szczycę się tym tak, jakbym zdobyła Mount Everest.
Siniakami podniecałam się bardziej niż nową bluzą, przyglądając się im z podziwem i błyskiem w oku.
Ranami też się jarałam i do lekarza chodziłam na ogół wtedy, jak przez jakieś schorzenie czy uraz nie mogłam ćwiczyć ;).

Nie pozwalałam sobie na słabości.
Nie kierowałam się emocjami.
Nie poddawałam się.
Nie przejmowałam się głupotami.
Nie przejmowałam się niczym.

Wszystko pięknie się posprawdzało i choć dziś wszyscy śmieją się z mojego wzrostu i gabarytów (ej Wy, nie ważę 43 kilo, nawet bez cycków, butów i obiadu! ;>) to wszyscy mówią, że po niebezpiecznym błysku w oczkach i pobudzonych ruchach widać, że jest ze mnie mały harpagan, chodzący charakter i temperamentna istota.
Nikt nie mówi, że jestem "słodziutka" albo "milutka", choć oczy wciąż mam tak samo przejrzyście niebieskie, a dołki jeszcze głębsze niż miałam.
Nikt nie mówi, że jestem słaba, bo skaczę po bloku jak króliczek Energizera, a oprócz uśmiechu chętnie pokazuję też pazurki.
I usłyszałam nawet, że jestem wredna co ucieszyło mnie chyba nawet bardziej niż te komplementy odnośnie pisania (;]), bo wredna jestem i doskonale o tym wiem, a to, że wszyscy mają mnie za aniołka, bo szczerzę się radośnie do wszystkiego co się rusza to już insza inszość.

To co śmieszy mnie najbardziej to to, że choć nie pieściłam się ze sobą psychicznie i nie oszczędzałam fizycznie to zrobiłam jeden mały, malutki błąd.
Pieściłam się ze sobą pod względem odpoczynku i nauki ^^.
Spałam zdrowe 8-9 godzin na dobę, a jak spałam krócej - nie umiałam normalnie funkcjonować.
Jak nie wyspałam się w nocy - spałam w ciągu dnia.
Jak miałam zarwaną nockę - nie robiłam potem nic bardzo obciążającego.
A do nauki siadałam tylko i wyłącznie w "warunkach sprzyjających".
Wyspana, wypoczęta, najedzona.
W ciszy, spokoju, względnym porządku.

Nigdy nie uczyłam się rano przed egzaminem.
Nie uczyłam się w autobusie, jak jechałam na studia.
Nie uczyłam się na korytarzu przed klasą.
Do nauki potrzebowałam idealnych warunków i terroryzowałam wszystkich (głównie domowników - jak zawsze), którzy przeszkadzali mi we wchłanianiu wiedzy.
Miałam swoje kolorowe zakreślacze, czyste notatniki, porządek wkoło i zakładki indeksujące.
Miałam ciszę i spokój, a jak jej nie miałam to się o nią upominałam.
Nie siadałam do nauki głodna, zmęczona, chora.
Nigdy ;P.

Dlatego dziś sytuacja przedstawia się następująco:
Nie mam żadnych zakwasów w brzuchu, nogach, pośladkach czy gdziekolwiek indziej (w rękach po pompkach – były, ale się zbyły).
Mam masę siniaków i drobnych zranieniem. Zaklejam je plastrem jak sobie o nich przypomnę (czyli najczęściej jak się w nie drasnę i zaczynam zalewać krwią).
Boksować się nie umiem i pozycji odpowiedniej złapać też nie umiem, ale kopać, biegać i skakać mogę do oporu.
Psychicznie nie idzie mnie złamać ani stresem, ani pośpiechem, ani obciążeniem psychicznym ani koniecznością podporządkowania się.
Nie denerwuję się, nie irytuję, nie frustruję, nie smucę, nie tęsknię, nie mażę, nie zmulam, nie stresuję…
ale łamie mnie brak snu i przeciążenie umysłowe ^^.

Nie umiem się skupić, nie umiem się uczyć, nie przyswajam wiedzy.
Mogę się udzielać, trajkotać jak karabin maszynowy, kiedy mamy zajęcia w grupie, zgłaszać się do scenek i gadać coś, o czym nie mam jeszcze pojęcia, ale nie umiem wyuczyć się na pamięć regułek i definicji.
Siedzę więc nad notatkami starając się ignorować tępe pulsowanie w głowie i lekceważyć kolejne osoby, wpadające do pokoju albo śmiejące się na korytarzu i próbuję wchłonąć wiedzę.
Która wchodzi mi równie opornie co zimna herbata bez cytryny ;).
Uczę się i uczę, robię notatki i koloruję definicje na zielono, ale nawet pachnące markery nie pomagają i nie odtykają mi zatkanego przewodu, który łączy to co czytam z moją pamięcią, choćby nawet krótkotrwałą.
Spać mi się chce, głowa mnie boli, drażni mnie hałas, irytuje brak optymalnych warunków do nauki.
Oczy się kleją, szczęka opada na podłogę od ziewania, w skroniach ćmi, a potrząsanie głową daje mniej więcej tyle co wkładanie pod poduszkę notatek, żeby nauczyć się tego, co w nich jest.
Zasypiam na siedząco, jestem otumaniona i nie wiem nic z tego, co czytam.
Nic ;].


Tak więc pukam się w główkę i śmieję sama z siebie, patrząc triumfalnie na przegub, który jeszcze wczoraj wyglądał jak jeden wielki siniak i nie czując najmniejszego nawet pulsowania w tyłku po wszystkich tych godzinach ćwiczeń, równocześnie ziewając jak smok i w głowie mając tak namacalną pustkę, że myśli kręcą w niej potrójne salta, taką tam mają przestrzeń… ;]


PS Zaliczyłam nieszczęsne prawo, z którego miałam pałę. Po tym, ile czasu (i nocy) spędziłam na nauce powinnam się wstydzić, że dostałam trzy, a nie pięć, ale po tym jak zbladłam kiedy zobaczyłam pytania - jestem szczęśliwa, że w ogóle zdałam ;P.

PPS Równocześnie po kilku powiedzmyżepełnowartościowych nockach i dwóch niedzielnych drzemkach w ciągu dnia, w dziesięć minut przyswoiłam sobie 34 znaki ostrzegawcze wraz z opisami numerycznymi (A21 - tramwaj, A 17 - uwaga dzieci A...), które wprawdzie mi się jeszcze nie przydały (chyba że po to, żeby wyrecytować je tacie - instruktorowi nauki jazdy - przez telefon), ale udowodniły, że mam mózg, tylko trochę przeciążony ;)















1 komentarz: