...

...
M.

niedziela, 15 maja 2016

Dla zdrowej równowagi ;]

Dla zdrowej równowagi piję gorącą herbatę z cytryną, a nie przestudzony czaj, który zaparza się rano i który wciąga się duszkiem kiedy wraca się sponiewieranym do pokoju.
Dla zdrowej równowagi mam na sobie skudłaczoną bluzkę z Myszką Minnie i dziurą gdzieś w okolicy pępka, a nie czarną bluzkę z napisem "Policja".
Dla zdrowej równowagi pasowałoby mi napisać post o niczym konkretnym.
Ostatnie parę wpisów było dość pojechanych (ciągle zastanawia mnie fenomen ile podtekstów można świadomie bądź mniej świadomie zmieścić w pozornie błahym wpisie), a kolejne przygotowane na zaś wpisy (tzw. gotowce) są mocno tematyczne.
Nie mówiąc już o tym, że zawsze jak sznuruję usta i nie piszę co się u mnie dzieje na bieżąco, macie dziwne wyobrażenie, że coś się stało.
Nie, nic się nie stało - jestem cała, zdrowa i nawet w dobrym humorze.
Ostatnio miałam parę dni kiedy nie strzelałam uśmiechem jak zawsze i byłam dziwnie małomówna, ale nie wynikało to z żadnego problemu tylko raczej z dylematu.
Czasami chciałabym wiedzieć, jaki algorytm postępowania z ludźmi albo samym sobą byłby dla nas najlepszy.
I czasami dziwię się, że może nam się przydarzyć coś przyjemnego a mimo to można się tym martwić albo stresować ;).
Co jeszcze?
Byłam trochę chora i chrypiałam półtora tygodnia, a subtelne zaciąganie zostało mi do dziś, jednak czuję się dobrze i mogę normalnie oddychać podczas biegania bez obawy, że zaduszą mnie własne smarki.
Pozaliczałam też większość przedmiotów, a w przyszłym tygodniu zaliczam boks, bo nie poszło mi za pierwszym razem. Jak nie zdam to pakuję walizkę i jadę w wycieczkę dookoła świata (dobrze, że umiem sprawnie pakować torbę i całkiem przyzwoicie funkcjonuję na wegańskich batonach na bazie daktyli). Potem zaszywam się w Bieszczadach w jakimś zapyziałym drewnianym domku ze skrzypiącymi oknami i trawą po pas, gdzie będę uprawiać swoją marchewkę i pisać książki w hamaku, wiszącym przy strumyku.
Jest to jakaś alternatywa, prawda...?
Prawda.
Wiadomo jednak, że wolałabym zdać ten nieszczęsny boks, zwłaszcza, że to sprawa twardości i charakteru, której akurat w przypadku sztuk walki mi brakuje.



Kończy się właśnie mój czas spędzony w domu i nie zaskoczę Was niczym nowym, bo weekend jak zwykle był jednym wielkim pasmem rozpieszczania.
Nie zrobiłam nic poza to, co robię zawsze.
Znów od środy zaczęłam zasypywać mamę prośbami co ma mi kupić tylko po to, żeby potem siedzieć wśród jedzenia i przymulić się po dwóch kęsach.
Znów były zakupy - oczywiście ciuchowe. Czarne szorty, luźna koszulka na ramiączkach "Just do it" i czarny sportowy top na pewno mi się przydadzą do biegania, ale kolejne miętowe fatałaszki (których większość śmiertelników nie ma okazji zobaczyć z racji tego, że fatałaszki te są zbyt blisko ciała) to już lekkie przegięcie. Od kiedy jestem na szkole non stop wzbogacam zasoby swojej szafy i komody (okej. Głównie komody), nie mówiąc już o tym, że namiętnie maluję pazury u nóg na czerwono (w sam raz na koszary) i że podniecam się kosmetykami, jakbym wyszła z buszu i nie widziała na oczy peelingu do stóp...
Taaa... Rozpieszczanie to mój priorytet na weekend i zwykle stawiam na nogi cały dom, żeby w pokoju czekało na mnie łóżko pościelone konkretną pościelą. Teraz przyszła faza na pisarskie klimaty i mikrofibrę. Chyba po to tylko, żeby zaciskać zęby, że muszę odpychać od siebie wenę i ignorować pomysły, których nie mam czasu realizować. Oprócz tego, że pościel jest mocno literkowa jest też mega miękka, więc najchętniej w ogóle bym jej nie opuszczała. Jedyny minus jest taki, że budzę się równo o szóstej, nawet jeśli na siłę przymykam oczy żeby liznąć jeszcze trochę snu. Tak mi się czujnik snu przestawił dzięki porannym zaprawom ;)
Zarówno sobota jak i niedziela leci mi nie wiadomo kiedy i nie wiem nawet co dokładnie robię.
W ten weekend zaliczyłam fryzjera (zdecydowałam się na ciemniejsze włosy; pasemka sprawiały, że wyglądałam za słodko i za młodo) i dwie biblioteki. Nie, nie łudźcie się, że mam czas czytać. Byłam oddać 11 książek, które zalegało na półkach od lutego (to ten czas, zanim życie przewróciło mi się do góry nogami ;]), bo groziła mi kara za przetrzymanie książek. Kara za przetrzymanie książek u książkowego mola! Koniec świata ;D. Pożyczyłam sobie chyłkiem trzy książki i byłoby miło gdybym jednak przez kolejne cztery miesiące szkółki wykrzesała z siebie na tyle sił, żeby jednak poczytać coś zanim padnę jak długa w białą koszarową pościel...

A teraz też niczym Was nie zaskoczę, bo idę pakować manatki i szykować się na kolejne 7 godzin jazdy, kolejne 6 dni wzmożonego wysiłku i kolejne 4 miesiące koszar ;).
Pozdroooo!








1 komentarz:

  1. Gratuluję zdanego egzaminu z boksu. Na szczęście możesz kontynuować naukę w szkółce A wycieczka dookoła świata musi poczekać a w Bieszczadach zaszyjesz się po zakończeniu szkółki😘💜

    OdpowiedzUsuń