...

...
M.

piątek, 28 października 2016

Leniwy ;)

Lubicie, oj lubicie wynaturzenia ;)
Lubicie ckliwe teksty, lubicie prywatę, lubicie jak wypływa coś emocjonalnego.
Lubicie.
A figę ^^.
Dziś nie będę się wynaturzać.
Dziś będę pisać o niczym.

Dziś mam wolny dzień, luźny i beztroski do granic możliwości.
Jeden z tych, kiedy wstaję kiedy chcę i chodzę po domu w przydługawej koszulce z Kłapouchym aż zdecyduję się wziąć prysznic, a po nim łażę po domu w ręczniku w czarno białe kropki.
Gdybym miała ogrzewanie podłogowe pewnie chodziłabym boso, patrząc jak drobinki kurzu przyklejają mi się do stóp - bo oczywiście dziś nie mam weny do biegania z mopem - ale że nie mam to chodzę w futrzastych skarpetkach.
Też bardzo stylowo.


Dziś mam jeden z tych dni, kiedy idę na łatwiznę.
Kubki piętrzą się w zlewie, kable od prostownicy, suszarki, laptopa i ładowarki splątały się niepokojąco na podłodze, a podłoga choć wolna od kurzowych kotów i błyszcząca od mycia nosi na sobie ślady bytności w postaci porzuconych gdzieniegdzie kapci, skarpetek i chustek.
A ja sobie siedzę.
Siedzę, piszę, nawijam włosy na palce, gotuję warzywa na parze i zupę pachnącą ziołami prowansalskimi.
Nie urządzam generalnych porządków, jakie zrobiłam jakieś dwa tygodnie temu, kiedy po domu fruwały zużyte ścierki i kiedy czas odmierzałam kolejnymi partiami brudnej wody wylewanej do kibla.
Nie robię przemeblowań i remanentów w szafach, garderobie, kuchennych szafkach i książkowych półkach.
Nie wlewam połowy cytrusowego płynu do wiaderka i nie psikam całego domu detergentem w spray'u.
Ostatnio po moim porządkowym szaleństwie, kiedy rozprawiałam się z pajęczynami pod sufitem, pudełkami na ganku i osadem na kuchennych meblach, kiedy wyodkurzałam cały dom wodnym odkurzaczem, wymyłam wszelkie możliwe powierzchnie obrotowym mopem, starłam najmniejsze kurzowe pyłki i kiedy wyrzuciłam połowę połamanego badziewia, ręcznie lepionych mało udolnych (między innymi przeze mnie) garnuszków z gliny, moja mama załamała ręce i pożaliła się, że wyrzuciłam jej ulubione plecione (połamane) koszyczki i żebym więcej nie robiła w domu rewolucji.
Szkoda.
Bo rewolucja przydałaby się niejedna.
Czasami mam wrażenie, że w moim domu mieszka wielodzietna rodzina, bo ilość butów, ubrań i naczyń - naczyń, które nie mieszczą się na półkach, suszarce i szafkach - jest zatrważająca.
W pokoju też mam za dużo badziewia i przyznaję to bez bicia.
Oczywiście pomijając książki i długopisy, bo tych to nigdy nie za dużo.
Ciuchy ostatnio przesiałam i oddałam, niech mają swoje drugie życie.
Ale poza tym na pewno przydałoby mi się zrobić porządek w dokumentach, bo wciąż mam masę papierzysk ze szkoły, ze szlaczkami i poradnikami metodycznymi na czele ;).
Chociaż całkiem szczerze to chyba bardziej podobają mi się domy z klimatem, z lekkim nieładem, rozciągniętym na kanapie kotem niż takie, gdzie wszystko lśni jak w muzeum.

Ostatnie wolne dni spędziłam na odwiedzaniu znajomych, rodziny, zakupach, załatwieniach albo porządkach właśnie, więc teraz jak nie jestem w pracy to głównie nic nie robię.
Pochodzę czasem po koleżankach - do południa! Cóż za burżujstwo - gdzie popijam herbatę z jaśminem albo z pomelo i zakładając nogi po turecku rozsiadam się na krześle, fotelu czy podłodze, w zależności od tego czy plotkuję z przyjaciółką czy z sąsiadką z trójką małych dzieci albo połażę na spacerki z psem.
A jak spacery to też w domowym stylu - nieco flejowato w dresach, które wyglądają średnio wyjściowo, w butach, które zbytnio do dresów nie pasują, w kurtce, która nadaje się do prania i z psem, który jest lekko przypasiony i kudłaty jak niedźwiadek.
Do domu wracam wysmagana wiatrem, z każdym włosem w inną stronę i z psem, który zostawia błotniste ślady łap.
Moje zwierzaki to już w ogóle ewenement i większość dni, kiedy siedzę sama w domu szczerzę się do nich albo sama do siebie, bo jedno przechodzi drugie.
Kotka wspina się wszędzie tam, gdzie wydawać by się mogło wspiąć się nie da, śpi wszędzie tam, gdzie jeszcze nigdy nie spała, a wieczorami biega po domu, chowając się za meblami, zza których błyska ślepiami i poluje na mojego tatę, który nieopatrznie pomacha gołą stopą podczas oglądania wiadomości na kanapie.
Pies chodzi za to krok w krok za mną, liże mnie po rękach i nogach, a najlepiej to już po wszystkim i ciągnie mnie na podwórko za każdym razem, kiedy na zewnątrz jest tak buro, że najchętniej oblałabym niebo tęczą.
Pogoda, niepogoda - to mi akurat wszystko jedno.
Póki co jestem wyspana, zadowolona, odkarmiona sałatą i gotowanymi brokułami.
Póki co oprócz paru incydentów z kofeiną i bąbelkami dalej jestem grzecznie wyciszona.
Póki co powoli wracam na siłownię i bieżnię.

Póki co wrzucam wpis z niepamiętam kiedy, w dzień, kiedy miałam zajęcie non stop, bo przez dom przewinęło się 13 osób, w tym troje małoletnich, a jedno, najmłodsze z nich bawiłam od rana, zgrywając ogarniętą ciocię.
Aaa, póki co ostatnio mi się ostatnio gadać, stąd pewnie lekka awersja do pisania i cisza na blogu.
Myślę, że po elaboratach, dygresjach, codziennych wpisach i zdaniach wielokrotnie złożonych to miła odmiana ;).









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz