...

...
M.

poniedziałek, 8 lutego 2016

2:0

Jeśli myślicie, że nic nie piszę, bo zasuwam na bieżni jak chomik w kołowrotku to się mylicie.
Nic nie piszę, bo napisałam już kilka postów o katarze i chciałam przerwać tę nudę czymś nie trącącym hipochondryczeniem.
Czekałam aż cudownie ozdrowieję i wrzucę coś na szybko, między pracą a siłownią.
Jeśli myślałam, że wyzdrowieję tak szybko to się myliłam.
Jeśli myślałam, że grypa to koniec świata to też się myliłam.
Grypa nie jest końcem świata.
Jest nią grypa żołądkowa!!!


Ja się pytam czemu w dniu, w którym zjadłam normalny obiad i przestałam sączyć krew z nosa (zatokowy katar hard level), wylądowałam w łóżku z awaryjnym czerwonym szafliczkiem (*nie przydał się. Pewnie dlatego, że z racji emetofobii załatwiałam sobie na gwałt - w sensie o dziesiątej wieczorem u zaprzyjaźnionego doktora - leki przeciwwymiotne), pięcioma szklankami z miętą (każda o innej temperaturze) i ustami czarnymi od węgla w tabletkach...?
Ja się pytam, czemu w sobotę w ciągu dnia czułam się już prawie dobrze (yhm), a wieczorem musiałam faszerować się medykamentami, żeby spokojnie (yhm) przespać  (yhm) całą (yhm!) noc...?
Ja się pytam czemu niedzielę spędziłam między łóżkiem swoim (spanie), a siostry (filmy), z głową ciężką od kataru i uczuciem jakbym pół dnia spędziła na karuzeli...?
Czemu?
No czemu, noooo?
Aż do znudzenia jest pisać kolejny wpis o chorobie.
Już nie mogę się doczekać, kiedy napiszę coś, co nie będzie miało w sobie słowa: "katar".
Póki co trzeci weekend siedzę w domu.
Trzeci weekend!

Staram się oddychać głęboko, afirmować i myśleć pozytywnie.
Docenię wartość zdrowia.
Spędzam więcej czasu z rodziną (patrzą na mnie podejrzliwie, jakby się bali, że moje zarazki przeskoczą na nich jak tylko będą za długo ze mną przebywać).
Odpoczywam.
Nadrabiam filmowe zaległości.
Unikam patrzenia na jedzenie.
I jeszcze się głupia cieszę, że dzięki katarowi (wciąż tak samo upierdliwemu, choć mówię już na szczęście swoim głosem) nie czuję większości zapachów, od których mnie nie mdli...
Ogólnie to wyglądam równie fatalnie co się czuję.
Jestem już i tak ciut mniej blada niż w piątek, ale wciąż nie wyglądam zbyt zdrowo.
Poleciałam z wagi po kilogramie za każdy tydzień.
Jeden na siłowni i diecie, jeden na grypie, jeden na żołądkówce.
Podejrzewam, że gdybym porządnie wydmuchała nos byłoby to cztery kilogramy mniej, ale póki co mocniejsze dmuchanie mogłoby się skończyć niedotlenieniem i zesłabnięciem, więc to niezbyt dobry pomysł.
Sam spadek wagi byłby okej, przecież po to latam na siłownię, ale mimo wszystko wolę być smuklejsza i wysportowana niż chuderlawa i blada jak ściana...
Wiem, że te chorobowe kilogramy szybko wrócą (co nie napawa mnie znowuż aż takim szczęściem^^) i że wróci też humor, siłownia i optymizm, ale póki co snuję się skrzywiona między lekką zupą z kaszą jaglaną, a waflami ryżowymi i oglądam do znudzenia album z rasami psów (nie mogę czytać, bo ruchy gałek ocznych to istny rollercoaster, a większość książek które posiadam to thrillery z opisami sekcji zwłok albo morderstw, a czytanie tego na pusty zemdlony żołądek to niezbyt dobry pomysł...).

Obiecuję i solennie przyrzekam, że jak już będę zdrowa to co rano będę wyskakiwać z łóżka z dziecięcym entuzjazmem, robić radosne piruety wkoło kuchennej wyspy podczas śniadania, przez miasto będę pląsać na palcach nucąc pod nosem jakąś wesołą piosenkę, a wieczory będę spędzać na błogosławieniu każdej chwili przeżytej bez złego samopoczucia ;).
No a póki co idę spakować zapas chusteczek do pracy i ubrać jakieś ubranka, ładnie podkreślające moją alabastrową cerę i czerwony nos.
Koniec wpisu.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz