...

...
M.

wtorek, 14 lutego 2017

Chory, chorszy

Odkąd wróciłam ze szkółki, największą misją była misja "Nie chorować".
Było więc picie czystka, branie suplementów, czosnek i cebula w każdej postaci.
Zawsze czapka, zawsze termoaktywne gacie, zawsze ciepłe buty.

Przetrwałam trzytygodniową infekcję taty, który rychał tak jakby miał wypluć płuca.
Przetrwałam epidemię w domu.
Przetrwałam pierwsze chłody, pluchy, przemarznięcia.
Przetrwałam mrozy, które sięgały ponad -25 stopni.
Rozłożyłam się na Święta i w Święta poszłam do pracy.
Chrypiałam trzy tygodnie, po tygodniu "zdrowia" znów coś złapałam.
Podleczyłam się w styczniu, złapałam coś nowego w lutym.
Trzeci raz lekarz był nieugięty. L4, siedzenie w domu, picie płynów i dbanie o zatoki, migdałki i ucho.
Więc dbam.

Weekend był spokojny, bo nie miałam sił.
Skończyły się te pompeczki, udka, brzuszki, które ledwo się zaczęły, bo wcelować z ćwiczeniami między te moje infekcje nie jest łatwo.
Zaczęło się picie do oporu i picie cały czas. Herbatki, malinki, cytrynki, wapno.
Gardło jakoś poszło, katar trzyma.
Dzięki temu, że nie wychodzę z domu, tym razem oszczędziłam krtań.
Po dwóch dniach jeszcze nie jest mi lepiej, za to tyle ile w ostatnim czasie siedziałam, czytałam i pisałam to chyba w pół roku tyle nie robiłam ;)
Oczywiście w łóżku wytrzymałam tylko do południa, potem zaczęły się drobne porządki, pranie, składanie ciuchów. Boże, jestem kurą domową, jarają mnie porządki, chodzę i psikam blaty spray'em, hobbystycznie układam spodnie w szafie.
Tato za mnie zamiata, mama robi mi herbatę, siostra warczy jak zwykle, żeby mi za dobrze nie było.
Wiem, że za dwa dni będę tęsknić do pracy tylko po to, żeby pracować, ale zdrowy rozsądek podpowiada: odpoczywaj, zdechlaku.
No więc odpoczywam.
Strategicznie rozmieszczone kubki wartują na stoliku, laptop nie stygnie, ja mam brzuch opity ziółkami z imbirem, a książki piętrzą się na regale i każda z nich krzyczy: "Weź mnie, mniee!".
Sosnowa sól do kąpieli sama wciąga mnie do wanny, krople inhalujące czuć w całym domu, głowa nie waży już tonę, ale mój nos jest wyeksploatowany do takiego stopnia, że po chorobie chyba będę musiała go amputować.

Napisałabym więcej "mądrości", ale mózg mam zawalony przez smarki i nie chce mi się myśleć.
Pozdrawiam, śle zainfekowane buziaki, idę pisać, moczyć nogi w gorącej wodzie z solą, wertować książki do poduszki i wazelinować nos maścią, bo rano znów obudzę się jak upośledzona rybka z otwartymi ustami, suchym podniebieniem i uczuciem, że coś nie do końca jest tak jak być powinno ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz