...

...
M.

sobota, 25 lutego 2017

Grzeszny ;)

Jestem złą, rozpustną dziewuchą.
Grzeszyłam cały dzień, przy czym było i dalej jest mi z tym bardzo dobrze.
Było to połowicznie przyjemne, połowicznie męczące, bardzo poprawiające humor i jeszcze bardziej satysfakcjonujące.
Szczególnie po dłuższej przerwie.
Szczególnie po zaszyciu się w małym mieście.
Szczególnie po pracy, obowiązkach i chorobach.
Tak.
To było całkiem miłe i odświeżające doznanie, ale szybko go nie powtórzę, bo mi szafa pęknie ;).


Ostatni raz byłam na zakupach trzy miesiące temu.
Popełniłam wtedy trzy pary spodni z Calzedonii (służą) i bieliznę, której i tak nie noszę.
Od tej pory z zakupów to tylko warzywniaki, mleko albo jogurty sojowe (tak, wiem, że niezdrowe).
Tak więc przyznaję bez bicia, że jadąc do Rzeszowa plan był jeden.
Przesrać pieniądze ;)

Ogólnie to ja ciułam, ciułam, ciułam. Aż przychodzi moment, że mam ochotę roztrwonić pieniądze na przyjemności. Nie na owoce, nie na tabletki na zatoki i nie na kremy do rąk.
Wsiadłam w samochód, puściłam głośno muzykę, kupiłam na Orlenie małą czarną i pojechałam na podbój miasta.
Najpierw zgarnęłam zimowy mundur (myślałam, że w sam raz pod koniec zimy, ale jak na służbie ręce zgrabiały mi z zimna, a uszy prawie poczerniały to zmieniłam zdanie), nabyłam pagony i Magnumy (buciory) do pracy (jak i one będą mi przemakać to zacznę pakować stopy w foliowe reklamówki), a potem?
Potem uderzyłam na galerię ;).
Cóż.
W tym nie ma zbytniej filozofii, bo ja zwykle działałam mało subtelnie, bez ceregieli, bez spokojnego rozglądania się po półkach.
Wiedziałam co chcę więc szłam, mierzyłam i brałam, a potem wstukiwałam pin.
Przerwa na koktajlik z suszoną śliwką i długa w sklepy.
Byłam w miarę rozsądna i nie kupiłam żadnych zbędnych fatałaszków, zero skarpetek i książek, chociaż uhahana na początku tournee po sklepach wzięłam pod pachę "Alias" damsko męski (co było średnio mądre, bo potem naciągałam się z grą po wszystkich sklepach).
Upolowałam sobie dwie pary spodni, wąskich i przylegających (plan na wiosnę: uda!); grafitowe na gumce i czarne z wysokim stanem i rajstopy z kotem imitujące pończochy.
Dorwałam oliwkową koszulkę, oliwkową koszulę i oliwkową parkę, na którą chorowałam już długo, dłuugo.
Złapałam prostą ciemnoszarą i tak samo prostą granatową bluzkę z długim rękawem, dwie chustki - kominy (ciemnoniebieska w jeszcze bardziej ciemnoniebieskie gwiazdki i biała w koty), kocią torbę, polarową opaskę na łepetynę (za duża, ale co tam, coś się wymyśli).
Jeszcze jakaś bluzka niebluzka, którą nie wiem jak nazwać, oprócz tego, że jest duża, luźna, szara, długa z tyłu, krótsza z przodu, wiązana trochę niżej pępka czarną kokardką, więc całkiem urocza ;).
I sukienka. Szara, prosta, z wycięciami na ramiona. Wąska, w miarę krótka, dopasowana.

Odpuściłam sobie bluzy. Miętową 4F z bólem serca, z Małą Mi, bo była wielka jak męska.
Butów też w ogóle nie było w planie, więc sklepy obuwnicze ominęłam szerokim łukiem.
Manewrowanie po sklepach było już dość kłopotliwe. Torby powoli mi ciążyły, bo miałam ich już chyba z osiem, a chociaż specjalnie zaparkowałam auto w galerii żeby nie dźwigać i tak nie chciało mi się ich zanieść.
Ostatecznie ustaliłam sobie limit "Ile uniosę".
Cóż.
Pcheły wysoko skaczą, ratlerki najgłośniej ujadają, a mrówy potrafią nieść ciężar większy niż same one. No to nosiłam, mierzyłam, kupowałam dalej.
Udało mi się jeszcze wejść do herbaciarni i nic nie potłuc, a przy okazji kupić kawę z miętą i czekoladą (jak łaskawie zmielę to zaproszę), pu erh z czymś tam czymś tam i dwa rooibosy - pomarańczowo - cynamonowy i malinowo - rabarbarowy. Przez te chorowania zaczęłam wydziwiać z herbatami i nie wystarczy mi czarna z cytryną tylko jakieś wymysły, więc teraz oprócz picia na potęgę piję co chwilę coś innego.
Zakupy kończyłam triumfalnie niosąc torby omdlewającymi rękami, jedząc warzywa na wagę i wracając do domu w największe korki, największy deszcz i najgorsze warunki.
(* Przy okazji pozdrawiam ludzi bez wyobraźni, którzy spacerują sobie niewłaściwą stroną bez odblasków - nie no co wy, wcale a wcale nie wyglądacie jakbyście nie wyglądali, jesteście widoczni jak pryszcz na czole...)
Po drodze kupiłam jeszcze żarcie, więc do domu wchodziłam na cztery raty.
Zawaliłam wyspę ciuchami, podłogę usłałam torbami.
Zdążyłam tylko skolekcjonować paragony (nie odważyłam się ich podsumować), ogarnąć spożywkę i zanieść ciuchy do pokoju, a potem umyć się, zebrać i wyskoczyć poskakać na zumbę.
Obiad do pracy gotowałam o dziesiątej z turbanowym ręcznikiem na głowie, nad pomarańczowym smoothie i resztką metek.
Ambitny plan przymierzania po pracy spełzł na niczym, bo z pracy zamiast o ósmej wróciłam o pierwszej w nocy (bywa), ale rano między robieniem prania, a kawą na którą zaprosiłam koleżankę udało mi się zrobić parę przymiarek i pochować ciuchy do szafy.

Chciałabym choć raz zrobić jakieś słit focie w lustrze i pokazać jaka to ze mnie specjalistka, znawczyni mody i tak dalej, ale ciulowo wychodzę na zdjęciach, brak mi podstawowych umiejętności robienia sobie selfie, a tak w ogóle to nie mam swojego telefonu (chlip, chlip, zje*** się, nie mam listy kontaktów, pozdrawiam wszystkich serdecznie i zawiadamiam, że nie będę pisać desperackich wiadomości na fejsie, za to będę siedzieć, pachnieć i czekać aż ktoś napisze oklepane: "Cześć, co u Ciebie?" albo "Miłego dnia" i tym samym wskoczy na listę kontaktów) a ten pożyczony nie ma kabelka.
Kiedyś (jedno z moich ulubionych słów) zrobię zdjęcia zawartości szafy i powrzucam tu z dokładnym opisem, radami modowymi i profesjonalnymi minami do zdjęć, a najlepiej to zmienię nazwę bloga na MeAndMyAmazingClothes i będę nagrywać filmiki jak mówię pretensjonalnym, zgrywającym się głosem.
Kiedyś.
Ale chyba jeszcze nie dziś xD.
W każdym razie - portfel chudy, nowe ciuchy cudowne, a ja pewnie będę głodować do końca tygodnia, żeby sobie odbić, ale jak tak patrzę na tę śliczną parkę i na te koty na chustce to mmm, mhm, ommmm... ;)




PS Czyżby to było moje pierwsze zdjęcie na blogu, które nie jest moimi stopami ani dłonią...? ;] 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz