butter yellow


Jedyne czego nie rozumie mój mąż, to kwestia życia i śmierci w sprawie konkretnych zakupów.

I nie dociera do niego, że to nie była kwestia przypadku, że ja coś kupiłam, tylko że AKURAT to było upragnione, wyczekane i często szczęśliwie trafione.

Na przykład sweter, którego nie było w ofercie przez dwa miesiące i ktoś go zwrócił (i ja też ostatecznie zwróciłam, ale dobra). Albo wyczekana, masełkowożółta dżinsowa kurtka.

Masełkowożołty to już w ogóle inna sprawa. Jasne - mięcie NIC nie jest w stanie zagrozić, ale żółty też ma miejsce w moim serduszku. Mówicie, że od tego roku moda? Co Wy tam wiecie o mojej osobistej tragedii, gdy dwa lata temu ulubiony mini mini zakreślacz został na noc niedomknięty i przestał pisać... Eh. Taką miałam dramę, że przestałam się uczyć francuskiego. Dobrze więc! Niech wraca moda na maślany kolor! Może doczekam się takiego koloru zakreślacza do notatek, a nie tylko fluo i fluo...

Szpilki, szpilki też zamówiłam pastelowożółte. I zrobiłam takie pazury z okazji kwietnia. To chyba na pociechę tych RSVek i innych nieprzyjemności.

(Szpilki za duże, bye bye). 

***

Mamy kwiecień. Cieszę się jak wariat. Może statystyki wirusowe są wtedy lepsze. Jest też więcej słońca. Może trafi się jakaś wiosenna burza; taka w sam raz do czytania Harrego Pottera. Na trawniku za domem oprócz wysypiska kretowisk, kwiatuszki. Nie znam ich nazw, kwiatuszkowa to ja zbytnio nie jestem chociaż jakieś pomarańczowe tulipany na Wielkanoc mogłabym pyknąć. Zniosłam ze strychu trochę wielkanocnych dekoracji. Ot, biało - złota kurka na patyku do doniczki z bazylią, parę miętowych zajęcy. I koszyczek. 

Ach, ale z kwietnia to nie cierpię Prima Aprilis. Nikt od dawna mnie nie nabierał i ja też nikogo nie nabieram, ale nawet nie chodzi o to. Chodzi o te nieszczęsne SM, które wrzucają tego dnia bzdury. O białych liskach, żubrach czy innych zwierzakach w zoo. Nie wiem jak Was, ale mnie strasznie irytuje wszechobecne AI i takie newsy tylko mnie drażnią.

Generalnie próbuje jak najwięcej ŻYĆ, jak najmniej scrollować. Kończy się czasem tak, że jak rano dostanę nagły telefon o wizycie u lekarza to potem nie ma ze mną kontaktu, bo rozładowuje mi się telefon (who cares), ale trudno. Tak; telefon też mnie wciąga. Mam blokady czasowe, żeby nie spędzać więcej niż 30 minut na Instagramie. Uwielbiam oglądać cudze wystroje domu (ja nie mam do tego mocy przerobowej; wolę pochłaniać kolejny kryminał) i kotki. Ale staram się żeby więcej było normalnego życia. Książki (na chwilę obecną: 19 w tym roku), koty, spacery. Moje życie społeczne i relacje międzyludzkie leżą i kwiczą. Albo wybieram pracę albo samotnię. Albo jestem chora, o. Ten typ tak ma. Mogą też to być gotowanie wartościowych posiłków, rysowanie, ćwiczenia. Życie zamiast oglądanie życia. 

I więcej  ciszy, więcej refleksji, czasem trochę samotności (także od Święta).


***

Udało mi się lekko zwolnić tempo ciuchowych zakupów, inwestując w dobre dermokosmetyki (choć po chorobach tej ziemistej buzi chyba nic szybko nie pomoże ^^) i właśnie od paru dni stałam się skromną właścicielką iPhona; mąż albo został w marcu przy moich urodzinach, albo myśli o czerwcowej rocznicy, albo ma litość do swojego zdechlaczka albo po prostu dostał dobrą ofertę nie do odrzucenia. Więc przestawiam swój świat, ucząc się iOSa, skoro maślanożółty zakreślacz nie zakreśla już obcojęzycznych słówek.





Komentarze