Jestem z marca, mój mąż jest z marca i nawet nasze koty są marcowe. Uwielbiam marzec. Nie dość, że pogoda czasem powieje wiosną, tak jak w tym roku, to jeszcze mamy w domu wysyp urodzin.
I tak, kocie urodziny to przeważnie prezenciki w postaci drapaczków albo zabawek. Rok temu Ruby pojechała w urodziny dla weta na steryd (przewlekłe problemy z jelitami, just like me), a w tym roku na kilka dni przed urodzinami Blue, miał zabieg czyszczenia zębów pod narkozą. Hm. Ale dostali dwa razy paczkę zabawek (używają połowę z nich).
Potem są moje urodziny. Tuż przed Dniem Kobiet. Jestem więc zasypywana kwiatami, tulipanami i bukietami. Bajecznie. Napływa do mnie zalew telefonów, życzeń i wiadomości. W tym roku trochę dostałam, trochę sobie kupiłam. Bransoletki z różowym złotem, kosmetyki, książka (ubrania).
W dniu urodzin świeciło wiosenne słoneczko, a dzień był ciepły. W tych dniach byłam bardzo rozpieszczana i czułam się bardzo, bardzo przez wszystkich kochana 😁.
A potem przychodzą dłuższe dni, wieczory przy serialach z M. ("Pluribus", "Porwanie") i filmach (F1). Dużo pracy zawodowej albo i przymusowy odpoczynek. Zdążyłam założyć sukienkę i sztruksową bordową kurtkę, zdążyłam kupić lniany miętowy żakiet (jest boski), nagromadzić zapasy i wypróbować nowości kosmetyczne. Czekam na dwie książki z kolejnego wydania Harrego Pottera, które też miały być na urodziny, ale jeszcze nie było ich premiery 😅.
***
Nie pamiętam takiego marca, kiedy mogłam wytargać poduszkę na fotel i czytać Harrego Pottera w słońcu. Przez chwilę myślałam, że to fejk, więc siedziałam na samych prętach, aż mąż mi napisał o poduszce. W bawełnianej parce, w starych okularach przeciwsłonecznych, grzejąc zatoki do słońca.
Nasza nowa rzeczywistość wkrótce się zmieni, bo oto będziemy mieć garderobę. A raczej dużą szafę. I zabudowę w pralni, więc posypki do żwirku i zapasy żelu pod prysznic na promocji nie będą stać na pralce. Bardzo mnie to cieszy i jak na razie świetnie radzę sobie nie układając co chwilę od nowa ubrań (jak często lubię robić) tylko trzymając ciuchy na łóżku w miętowym pokoju. Uuh ;))
***
Końcówka marca była niestety bardzo kapryśna. Choć dzień się wydłużył, zrobił to chyba tylko po to, żeby cały dzień chmurzyć, a ja oglądałam to wszystko zza brudnego okna, gnębiona w domu przez wirusa RSV, atakującego oskrzela i układ oddechowy.
W oddali, nad rzeką, widzę pierwsze seledynowe pąki na krzaku czarnego bzu i to mi daje nadzieję, że jak wyjdę z domu, zacznie się wiosenny vibe + ZERO WIRUSÓW fruwających w powietrzu...




























































Komentarze
Prześlij komentarz