...

...
M.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dzień Książki

Wymyśliłam sobie, że kupię dwa szynszyle.
Dwa, żeby nie było, że jeden, no a trzy to za dużo.
Plan był spontaniczny, wzięty z du**.
Nie miałam zbytnio okazji, ale okazja szybko się nadarzyła.
23 kwiecień. Dzień Książki i Praw Autorskich.
Jeden miał być na jedno, drugi na drugie. Banał.
Najwięcej problemów miałam z wyborem potencjalnych imion, bo chciałam dwa pasujące do siebie, a z racji tego, że ubzdurałam sobie ostatnio, że wszystko co puszyste będzie się zwało Bounty (*dobrze, że nie Rafaello na cześć mojej ostatniej diety opartej na białych kulkach. Na szczęście skończyła się promocja na białego Fiata 500, skończyła się i dieta), drugi mógł dostać z urzędu Cookie albo coś równie słodkiego, co będzie się ładnie komponowało z pierwszym (I tak podejrzewam, że Bounty wołany byłby Bounty Srounty, albo zwyczajnie "Kokosowy" podobnie jak "Borys" nigdy nie był Borysem tylko "Borysiatym", "Szynszylastym" i "Gamoniastym").
Przygotowania zaczęłam od podniecania się puszystością szynszyla koleżanki, zabraniem numeru do hodowli i myciem klatki.
Klatka stała nieumyta od dwóch lat, kiedy to moje złote rozpuszczone nieznośne szynszylowate dziecko - Borys - zmarło zakopane w trocinach w jej dolnym poziomie.
Dotknięta traumą nie zbliżałam się do klatki, a oprócz kotki, która kiedyś do niej weszła i pajęczyny sugerującej tymczasową bytność jakiegoś pajęczakowatego nie istniało w niej żadne życie.
Plan zakupu szynszylątek obejmował więc ogarnięcie klatek.
Najpierw musiałam wyrzucić z niej wszystkie miski, pudełka, pokarmy i wapienka. Z racji choroby szynszyla połowa była utaplana śliną i piaskiem, połowa śliną i pokarmem, więc bez namysłu zabawki i akcesoria poszły w kosz. W kosz poszły też zbrylony piasek, zwietrzała karma i troty, a klatka została  z niemałym trudem (i pomocą taty) zniesiona triumfalnie "na dół".
Na dole zaczęła się zabawa.
Aaaa, wróć.
Zabawa zaczęła się na tarasie, bo musiałam wyzamiatać porozwiewane przez wiatr trociny...
Potem wróciłam na podwórko i zaczęłam doprowadzać klatkę do stanu używalności.
Woda tryskała ze szlaucha, ja machałam drucianą szczotką, tato szykował metalową szczotkę do rdzy.
Po szorowaniu mój rodzimy stwierdził, że klatkę trzeba pomalować.
Pojechaliśmy po farby i zamiast zielonej - jak pręty - tato wziął czarną ("Będzie jak znalazł na ogrodzenie!").

Już podczas malowania przestał mi się podobać fakt, że farba śmierdzi jak sto nieszczęść.
Tato malował, mówiąc mi jak mam to robić, a choć wyciągałam nieśmiało rękę, wciąż mnie instruował i wciąż malował sam.
Ostatecznie zabrałam na zewnątrz lakier do paznokci i wymalowałam pazury u rąk i nóg, co by nie siedzieć bezczynnie.
Klatkę pomalował tato.
Wyglądała tak jak klatka pomalowana na czarno chociaż powinna być zielona...
I śmierdziała farbą.
Od razu naszła mnie myśl, że w takiej prowizorce szynszyle będą się czuły jak w Gryzoniowym Domu Dziecka, no i zaczęłam się cykać o możliwe zatrucie farbą.
Już zaczęło mnie ściskać w brzuchu i zaczęłam zagryzać wargi.
Poza tym ciężko mi było wyobrazić sobie, że ulokuję coś tak brzydkiego w tak ładnym pokoju, gdzie wszystko jest albo białe albo wypindrzone.
No i ta myśl, że jest tyle ładnych wolierowych klateczek, a ja fundę szynszylom taki badziew...
Próbowałam więc lekko napomknąć machającemu pędzlem tacie, żeby może jednak nie malował tak ochoczo i dokładnie, bo pewnie kupię coś nowego, ale on tylko z zapałem poprawiał okulary na nosie i wycierał pot z czoła, zaaferowany pracą.
Mruknęłam więc pod nosem coś w stylu "przecież mam jakieś pieniądze", na co przez chwilę taksował mnie wzrokiem i w końcu uśmiechnął się ironicznie.
Ojcowie. Faceci. Mężowie. Żyjecie w błogiej nieświadomości. Może i wiecie, że hybrydy i biżuteria kosztują, ale nie przyjdzie Wam do głowy ile można zapłacić za bluzy z kapturem i dżinsy ^^.
Milczałam jednak wpatrując się w wiśniowe paznokcie u stóp, tato wciąż malował pogwizdując.
- Nie wiem czy ta klatka to dobry pomysł - wymruczałam posępnie, patrząc na czarne kleksy na rdzawych prętach i zwisający smętnie kawałek drutu.
- Dobry, dobry - zapewnił mnie tato.
- A może... Mmm... Zaczniesz hodować SOBIE jakieś króliki czy coś, a ja kupię nową klatkę... - stwierdziłam, otwierając z trudem zepsute drzwiczki.
- Niee, no coś ty. Na co mi króliki...
- Do jedzenia - wzruszyłam ramionami, kopiąc bezmyślnie w ławkę bosą stopą, chociaż wiadomo, że prędzej zaczęłabym płakać i załamywać nad nimi ręce niż pozwolić je obedrzeć ze skóry i przerobić na pasztet.
- Eee, opowiadasz. Nie podoba ci się klatka? Wygląda jak nowa!
Czarna farba błyszczała w słońcu, klatka pyszniła się na trawie, krople wody mieniły się na jej źdźbłach.
Pedro parskał, kopiąc pod tujami, ja próbowałam nie robić min jak zblazowana małolata (choć w za dużej bluzie, getrach i wywracająca oczami właśnie tak wyglądałam) a tato z podziwem patrzył na swoje dzieło.
- To co, kiedy kupujesz tego szynszyla? - spytał, kiedy wnieśliśmy klatkę pod daszek.
Zbyłam pytanie milczeniem.


Klatka - bez pajęczyn, bez brudnych misek i starego piasku za to z nową czarną farbą na zielonych prętach stoi w altance.
Plan szynszyli został przełożony, bo odkąd znów pracuję na nocki dochodzę do wniosku, że zatłukę wszystko co żywe i co ośmieli się zakłócać mój błogi sen, a poza tym nie wiem czy chcę dwie małe kotwice, nawet jeśli będą one najbardziej puchatymi kotwicami na świecie...

Ale na Dzień Książki i Praw Autorskich kupiłam sobie wielką puszkę aromatycznej Lavazzy (Lava to też ładne imię. Takie pretensjonalnie kocie. Idealnie dla pretensjonalnej rudej kotki ;P) i dostałam tabliczkę gorzkiej czekolady. Wszystkim co kokosowe już rzygam.
A Fiata 500 sama sobie kupię.
Miętowego! ^^






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz