...

...
M.

piątek, 1 września 2017

'64

Jeśli większość moich wpisów kręciło się wkoło gotowania, kotów (nawet jeśli tymi kotami byłam ja), chwalenia stanu staropanieńskiego i pisania w piżamie i najczęściej nie było w nich żadnych zmian, to teraz zmian jest od groma.
I jeśli myślałam, że jadąc w maju do Warszawy będę w niej tylko pracować, gadać z koleżankami po fachu, a w wolnej chwili czytać, pisać, kreślić labirynty i nie gotować to byłam w błędzie.
Zaczęłam i owszem od rozkoszowania się czasem wolnym po pracy, jednodniowej szalonej wycieczki nad morze z koleżanką, kiedy najwięcej frajdy miałam z nic nie robienia, słuchania rozbijających się o brzegi fal, skrzeczących mew, oddychania, brodzenia w lodowatej wodzie i przebierania piasku między palcami, czytania i pisania, ale potem zrewolucjonizowałam całkiem wszystkie plany. To znaczy gdzieś wtedy zaczęła się faza na nieplanowanie.
I tak o ile zjeżdżać do domu nie chciałam i nie zamierzałam, bo to męka, bo kombinowanie, żeby się z kimś zgrać, bo jazda w wiele osób i wiele bagaży, bo niewygodnie, bo rodzice muszą mnie zgarniać z Rzeszowa, bo ile ja mam lat, żeby mnie rodzice tak wozili, bo to bez sensu, żeby jechać po to, żeby zaraz wracać, bo to się w ogóle nie opłaca to rzeczywiście do domu nie zjeżdżałam. W ogóle.
To, że pierwsze chwile rzeczywiście spędzałam na wyjadaniu truskawek z miski, kiedy czytałam książkę na ławce albo pisząc sobie rozczochrana w łóżku to prawda.
A to, że już po paru tygodniach mi się odmieniło i przestałam jeść truskawki i czytać, a zaczęłam bawić się w związek, a w zasadzie w dom to inna prawda ;).
I kiedy skończył się miodowy miesiąc, a właściwie dwa, a do tego doszło trochę wolnego, które udało się idealnie zgrać w czasie, wyjazd na wakacje, wolne i weekendy i nagle okazało się, że jestem stworzona do prowadzenia koczowniczego trybu życia. Że koncert w Krakowie, że wycieczki po Warszawie. Że wakacje to trzydniowe Węgry, bo tylko tyle wolnego udało się wysupłać. A jak wakacje to takie, na które jedzie się samochodem z bagażnikiem załadowanym jakby jechała nim rodzina z trójką dzieci, w tym biorąc pod uwagę liczbę kocyków - co najmniej dwoma niemowlętami. Że na wczasy zabiera się też namiot, leżaczki, kapelusz ze wstążką, przenośną lodówkę, rozmienione pieniądze, bikini i swoją mamę, której chce się zapewnić rozrywkę, opiekę i podnoszenie na duchu. Że można mieć problem ze znalezieniem noclegu dla jednej osoby, w miejscach gdzie dobrze mówią po angielsku oferują trzyosobowy pokój z łóżkiem małżeńskim i dziecięcą dostawką, a ostatecznie zaczyna pojawiać się ryzyko, że na noc wyląduje się w trzy osoby w dwuosobowym namiocie. I kiedy zaczyna się robić cieplutko, ale wciąż ma się dobry nastrój i poczucie, że robi się dobrze, cudownym zbiegiem okoliczności, sympatyczności recepcjonistki i swoim umiejętnościom budowania angielskich pytań, znajduje się miejsce na campingu.
Camping okazuje się być jak z filmów - domki, namioty, zbiorowe ubikacje i prysznice, ale i zero komarów, błota, deszczu czy pająków, miejscówka dla mamy jest barakiem, ale przynajmniej czystym, z łóżkiem, gniazdkiem do ładowania telefonu i dmuchania materaca, bez pająków, łazienki i innych wygód tego świata, których nie docenia się dopóki się ich nie ma. Basen najczęściej jest basenem ciepłym, o ile nie cieplejszym albo najcieplejszym, bo jest się zmarzluchem, w basenie jest tyle samo małych dzieci co osób starszych i od razu planem wakacyjnym nr jeden są wakacje w miejscu ze znakiem "Dzieciom wstęp wzbroniony". Bo dzieci to hałas, wrzask, płacz, rozchlapywana namiętnie woda i brak upragnionego spokoju, co dla bezdzietnych par nieprzyzwyczajonych do reżimu rodzicielstwa lub/i/do tego po latach bawienia dzieci jako niania płacz, jęki i miauczenie jest już tak męczące, że ma się ochotę przebywać tylko w dorosłym gronie. Zabijcie mnie wszyscy rodzice ;).
Wieczory to z kolei wychodne, jedzenie w plenerze i zdjęcia.
A noce to namiot. Namiot jest idealny dla dwóch osób, idealnie mieści się w nim materac i idealnie nadaje się do niego kombinezon zabudowany z góry na dół plus dwa koce.
A kiedy po "wakacjach" okazuje się, że ma się 4-5 dni wolnego, łata się wolne dni do kupy i obiera kurs Warszawa - dom do tego stopnia, że większość czasu spędza się w trasie, pakuje się na wyjazd z zamkniętymi oczami, a w domu jest się gościem ;)
I że non stop plener, łazęgi, bluza w pasie, karmienie wiewiórek i pozowanie w słonecznikach.


Więc co oprócz zmian w statusie, miejscu zamieszkania, poglądach i organizowaniu czasu wolnego?
Jestem jak chorągiewka na wietrze. Zawieje mi to wsiadam do autobusu i jadę.
Pisanie leży odłogiem, w pokoju leżą nierozpakowane torby, mam trzy szczoteczki po trzech domach, wszędzie mnóstwo szamponów (a ja i tak najczęściej ląduję pod prysznicem z męskim żelem Nivea) i zaległego prania (Zaległe pranie! Dla kolekcjonerki białego Cocolino, które w liczbie trzy butelki stoją zwykle w łazience!).
Chciałabym powiedzieć - zostaję, opróżniam filcowe kosze z praniem, idę poodkurzać pokój i posprzątać bałagan w swoim życiu, ale z przykrością stwierdzam, że torby leżą wciąż otwarte, zwarte i gotowe ;)















































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz