śniegowce


Mam takie wspomnienie.

Lipiec, upał, wiatrak chodzi na okrągło, moja mała kotka wścieka się w tunelu, aż ten zwija się i szeleści. Jesteśmy na wynajmowanym mieszkaniu i wiem, że kolejna zima będzie już w nowym domu.


Jest ten nowy dom, który wygląda trochę jak budowa i jesteśmy my. Zakochani, kochani, szczęśliwi, totalnie pierd*****ci na punkcie (naszych) zwierząt. 

Podłoga wciąż jest szara zamiast brązowa, niezależnie od tego ile razy dziennie ją umyję, ja celebruję początek nowego życia kwitnąć na zwolnieniu z giga opryszczką na pół gęby, infekcją i katarem, koty okupują schody.

Jest fajnie.

Po tygodniu mieszkania budzimy się olśnieni bielą za oknem. Jest tym bielsza, że nie mamy prawie żadnych firanek ;). Jemy wspólne niedzielne śniadanie, parówki (moje w wersji vegan). Oprócz tego sztucznie hodowana sałata, ciepła herbata malinowa. Solniczka w kształcie muchomorka. I ja w polarowej różowej piżamie z Tuptusiem, z zapuchniętymi po śnie oczami. 

I nagle, pyk. Brak prądu. Brak ogrzewania. Lodówka pełna żarcia. M. narzekający. Ja trochę zmarznięta, trochę szczęśliwa. Będzie lepiej - myślę, bo nie wiem jeszcze, że na wiosnę przeżyjemy inwazję kun.




Teraz.

Wstajemy znowu w białej rzeczywistości i nie jesteśmy zdziwieni, bo takie były prognozy. 

M. idzie odśnieżać, ja jem wolne śniadanie i piję kawę w filiżance. Zbieram się do wyjścia, czapka szalik, śniegowce. Nie czuję w ogóle tego, co zaraz nastąpi.

Auto zapala bez problemu, ale śniegu jest dalej tyle, że boksuje w śniegu. Nie mogę nim wyjechać z podwórka. Ba, nie mogę przejechać choćby paru metrów tymi mini kółkami.

- Moje jest cięższe, ja pojadę najpierw - mówi M.

Jego auto też się klinuje. Oba samochody kotłują się w śniegu. To nieważne, że spędził tyle czasu odśnieżając. Śniegu spadło naprawdę dużo.

One. Zaraz. Się. Stukną - myślę, przerażona, patrząc na toyotę niebezpiecznie zbliżającą się do mojego uwięzionego maluszka.

- Nic z tego - M. wyskakuje z auta.

Łopatujemy aż smarki mi lecą do bladych z zimna ust, oddycham otwartymi ustami, jesteśmy czerwoni jak buraki. Sypiemy kamyczki pod ślizgające się na lodzie koła, zacieramy ręce - ja nie mam nawet rękawiczek. Po kolei próbujemy ruszyć mój samochód. 

Jedno nie patrzy na drugie. Czujemy się jak bohaterzy jakiegoś filmu o nieudacznikach. Nasze oddechy parują, auta boksują, oczy bolą od bieli.


Po pół godzinie  M. wyjeżdża oba samochodami, co przy tym ile było lodu pod śniegiem, uważam za mały cud. Auta się nie pukły. Wpadam do mojego mini samochodziku zziajana, z kołtunem na głowie i dwoma czerwonymi plackami na policzkach. Jadę ogłupiała. "Co tu się właśnie wydarzyło?!". 

Nie wiem, czy warto wspomnieć, że akurat JA nie jadę do pracy, na ważne szkolenie albo do szpitala z chorym dzieckiem, tylko zadbać o sobotnią strefę beauty.

...

Ekhm.


Jadę, jakoś jadę. Mijam ludzi stojących na parkingach i walczących z zakopanymi albo nie odpalającymi pojazdami.

Na miejscu nie ma gdzie zaparkować, wszędzie stosy śniegu, z budynków się sypie. No armagedon. 

Ale wracam do domu odpi****lona. 

Nie ma prądu, a ja marzę o gorącej herbatce. Jem zimna płytę - focaccie i piję kiszony barszczyk, idę czytać do łóżka. Śpię, aż obudzi mnie puknięcie urządzeń, które mówią, że prąd wrócił.


Jadąc do pracy w śliski poniedziałek, zastanawiam się, czy ludzie nie mogliby jak miśki i Muminki zapadać w sen zimowy. Drzewa są przygniecione brzemieniem wielkiej ilości śniegu, wiele z nich jest połamanych.


Potem jest praca, szybkie urodzinki po sąsiedzku, bordowa sztruksowa spódniczka i termiczne rajstopy kupione na Black Friday'u.

A właśnie dziś świętujemy rocznicę mieszkania w naszym domku; próbuję namówić męża na nowe świąteczne poszewki. Z dwoma kotami się udało, więc kto wie... ;)





























Komentarze