Kiedy śpię, one śpią. Kiedy się budzę, leżą majestatycznie po obu stronach łóżka, jak lwy kamienne, strzeżące mnie i termometru. Duży bawi się, zatykając łapką wylot od solnego nawilżacza powietrza. Mała wywraca się w niebieskim, wysłużonym legowisku pod gołym, bez firanki oknem.
Jedząc śniadanie, karmię je królikiem z puszki. Jak piję kawę z filiżanki, one pacają się łapkami po łebkach. Plączą się pod nogami. Ruby bawi się troczkami od szlafroka, który muszę nosić, bo miałam stawiane bańki. Idzie za mną do gabinetu, bo teraz to pokój zabaw i przygód. Chwilowo pełni rolę magazynu, bo nie mamy szafy, jest w nim pełno pudeł i ubrań, których ja nie jestem w stanie ogarnąć. Koty są zadowolone. Pełno tu nowych schowków, które można eksplorować. Chodzić w labiryncie stosów bluz i piżam.
Gdy odpalam inhalator, Młoda ucieka, ale przychodzi Duży. On to lubi te opary solne; gorzej, że Nebbud też lubi. Ja w maseczce, on obok, na biurku. Trąca mnie łebkiem w maseczkę. Jak zajmuję pozycję w sypialnianym łożu, one lokują się po koszyczkach. Albo tulą do mojego cieplejszego niż zwykle ciała, zadowolone, że nabrałam kociej ciepłoty. Jak zalegam w salonie na kanapie, one patrzą na mnie z wysokiego drapaka. Jak śpię w ciągu dnia, Rubka wchodzi mi pod koc, a Blue trąca mnie łapką.
Cały dzień mi towarzyszą. Cały dzień są ze mną. I mimo, że ani covidy, ani krztuśce ani RSVki nie są mile, te małe gałgany pomagają to wszystko przerwać w zdrowiu psychicznym ❤️.






















Komentarze
Prześlij komentarz