...

...
M.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Namiętnie aż do bólu ;]

W dni, kiedy wrzucam na bloga wpisy o glucie, życzyłabym sobie, żeby nikt nie pytał mnie: "A o czym jest Twój blog? ;P.

Dziś spytał mnie o to ortopeda, wykręcając równocześnie moją dłoń na wszystkie możliwe sposoby, kiedy przyznałam mu się do swoich występków przeciwko nadgarstkowi, a więc:
a) częstemu masakrowaniu maty z Mel B.,
b) jednorazowemu spieraniu legwanowych defekalii z tylnego siedzenia samochodu kolegi, kiedy jasne popołudniowe słonko zaczęło chylić się ku upadkowi, a powietrze robiło się bardziej mroźne niż czyste. Oczywiście lekarzowi wspomniałam tylko, że myłam auto i że było zimno; nie pochwaliłam się, że podczas opieki nad legwanem sprawowanej na spółkę z kolegą, mój towarzysz (kolega, nie legwan) wpadł genialnie na pomysł wsadzenia delikwenta do samochodu, na co delikwent (legwan, nie kolega) osrał tylne siedzenie...,
c) incydentowi w sypialni sprzed paru tygodni, kiedy to podczas trudnego do zidentyfikowania napadu somnabulistycznego schiza (na polski - akcja lunatykowanie...), wylądowałam na podłodze z wylaną herbatą i obolałą ręką,
d) częstym sesjom pisaniowym, którym namiętnie się oddaje praktycznie codziennie, a nawet po kilka razy dziennie, co tłumaczę nagłym przypływem czasu (niech żyje etat na 3/4, brak chłopa i dzieci, długie jesienne wieczory) i weny.

Taa...
Mydlę Wam i mydlę, a prawda jest taka, że musiałam się w końcu skusić na prywatną wizytę u lekarza.
Za często robiło mi się słabo z bólu, którego nie czułam.

Od zeszłego weekendu, kiedy w nocy chciało mi się płakać z bólu (na chceniu się skończyło, gdyż niestety uwsteczniła się moja zdolność skraplania emocji i nie umiem wydusić z siebie nic więcej niż parę kropli do zwilgotnienia oczu) trochę się polepszyło, ale nie mogę powiedzieć, że jest całkiem normalnie.
Rękę wciąż czuję.
Tzn. czuję coś pomiędzy uczuciem nieprzyjemnym, a dziwnym.
Jak mi się przypomni i głębiej się zastanowię, to okazuje się, że boli.
Muszę się jednak nad tym głębiej zastanawiać, bo:
1) Nauczyłam się sięgać po ciężkie rzeczy i otwierać drzwi lewą ręką, więc mniej lub bardziej świadomie oszczędzam tę prawą,
2) Jestem pierońsko odporna na ból i najczęściej spotykam się z wielkimi jak spodki oczami lekarzy, mówiących: "Ojoj, rodzące już kiedyś kobiety mdleją nam tu z bólu, a pani ani drgnie" podczas niemiłych i bolesnych zabiegów (ale nagród ani naklejek za to niestety nie dają ;P),
3) Jestem małym skurczysynkiem i harpaganem i na ogół nie podniecam się, że coś mnie boli, strzyka, piecze czy whatever, tylko gonię, lecę, pędzę aż... 
4)... bywa, że z bólu pojawiają mi się gwiazdki przed oczami.

No i były już gwiazdki.
Były też momenty grozy i chwile słabości.
Dosłownej.
Takiej wciągającej w pościel i powodującej zimny pot na tyłku...
Ale już jest w porządku.
Coś tam pobolewa i promieniuje do łokcia, ale momentów słabości jest zdecydowanie mniej.
Pierwsze dni bólu były najgorsze.
Wszystkie czynności dziwnym trafem polegały na uruchamianiu tych części dłoni, które piekielnie mnie bolały.
Ubieranie się, odkręcanie pasty do zębów (o płynie do płukania ze swoim skomplikowanym mechanizmem naciskania i kręcenia równocześnie aż się boję wspominać, bo przechodzi mnie dreszcz), otwieranie drzwi, rozkładanie i składanie łóżka, czesanie się, prostowanie włosów, nakładanie pościeli na kołdrę, malowanie rzęs, obieranie marchewek, przenoszenie laptopa z szafki na łóżko, ściąganie kubków z suszarki do naczyń, segregowanie skarpetek z prania....
Prysznic i wszelkie czynności związane z szeroką gamą sięgań po żel, szampon, mydło, maszynkę do golenia, a także balsamowanie i kremowanie to była jedna wielka porażka i robiło mi się gorąco na samą myśl o rozbieraniu i wchodzeniu pod prysznic.
Było więc obfite nacieranie ręki maściami rozgrzewającymi, a jak zrobiło się już ostrzej (czyt. jak nie czułam żadnej poprawy i musiałam zaciskać zęby z bólu) - maściami ze środkami przeciwbólowymi.
Pokusiłam się nawet o zażycie Nurofenu (toż ci dopiero kryzys), ale ponieważ nic nie pomógł, nie zdecydowałam się na kolejne dawki.

Tak więc dziś wieczorem pojechałam na wizytę.
Z mamą do towarzystwa (czyt. żeby pokazała mi gdzie jest ten nieszczęsny gabinet, bo szczęście w nieszczęściu jeszcze mnie u chirurga nie było), z książką Charlotte Link pod pachą.
Na poczekalni byłam jedyną osobą zadowoloną z opóźnień (w domu muszę przygotowywać się do lekcji, dawać korki etc, a tam mogłam bezkarnie czytać ;P).
A sama wizyta?
Przebiegła całkiem miło.
Początkowo nie wiedziałam, z których informacji zwierzać się lekarzowi (fakt, iż dwa lata temu przeciążyłam nadgarstek ćwicząc rzuty piłką lekarską jest ważny czy nie? To, że dziesięć lat temu miałam sine i lodowate palce alarmujące lekarzy jest ważne czy nie? To, że jakiś czas temu wyłożyłam się na długa na panelach jest ważne czy nie, skoro prześwietlenie nic nie pokazało?), odwagi nie dodawała mi też chrypka, która z wczorajszej seksownej, głębokiej przeszła już na tony skrzecząco - ropusze.
Koniec końców - lekarz pomachał moją ręką (w tak kreatywny sposób jaki nie przyszedł mi do głowy, kiedy sama kontrolnie kręciłam młynka i wykręcałam nadgarstek, sprawdzając czy będzie mnie bolało), a potem ponaciskał też dłoń w różnych dziwnych miejscach rejestrując wszelkie bóle i mrowienia.
Ostatecznie dzięki badaniu USG (M. Kamienna Twarz cały czas mówiła, że ją nic nie boli przy najróżniejszych formach karuzel i ucisków) odkrył coś nie do końca halo w pechowym prawym nadgarstku.
Zabijcie mnie co.
Jakąś zmianę, nieprawidłowość, maź albo brak mazi, nie zapisałam to nie wiem ;P.

Teraz mam leki przeciwzapalne, skierowanie na badania specjalistyczne (pod kątem reumatologicznym) z krwi, zakaz ćwiczeń z użyciem rąk (obiecałam, że będę używać ręki tylko do odpalenia filmiku na You Toubie) i ogólne polecenie nieforsowania się.
Aaa, i wizyta kontrolna już z cudownego NFZ w grudniu.
O pisaniu nic pan doktor nie wspominał, więc choć teraz dopieszczam wpis i idę się kłaść, od jutra wracam do swojego namiętnego bombardowania klawiatury w napadzie szalonej weny twórczej ;)
Mam nadzieję, że za X lat jako znana i poczytna pisarka będę mogła przeczytać to zdanie z rozrzewnieniem i łezką w oku.
I może nawet uda mi się rozpłakać ;P.
Kolorowych!

http://candiess.pinger.pl/p/51


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz