...

...
M.

środa, 25 listopada 2015

Taka gibka, taka wysportowana ;]

Plusem niespania jest to, że nie trzeba się rano budzić ;P.

Po prostu wstaje się i zaczyna nowy dzień.
Nawet jeśli jest parę minut po piątej...

Taa...
Niech będzie, że "pełnia".
Dziś obyło się bez "Titanica" i bez frustracji.
I nawet nad ranem zdążyłam przeturlać całe swoje łóżko wzdłuż i wszerz, przyjmując każdą możliwą pozycję w każdym możliwym miejscu, czego nie zrobiłam od sierpnia.
A potem było śniadanie (super smakuje jedzone wpół do szóstej, kiedy jest zimno i ciemno ;P), pakowanie się, szykowanie.
O siódmej wyjechaliśmy spod szkoły.
Ja, kierowca i czwórka wspaniałych, czyli szachiści, którzy jechali na turniej do Leżajska.
Nie pytajcie mnie, co nauczycielka pierwszej klasy robiła na zawodach szachowych z dziećmi z klasy szóstej.
Zostańmy przy wersji, że zostałam wytypowana nauczycielem miesiąca i że w nagrodę oddelegowali mnie na turniej ;P.

Droga była całkiem spokojna, jeśli nie liczyć telefonów od nadgorliwych rodziców, którzy umilali nam drogę rozterkami: "Ale dlaczego jedziecie tą drogą" i "Ale dlaczego nie jesteście jeszcze na miejscu?" (Aż się chciało odpowiedzieć, że pojechaliśmy na wycieczkę do wesołego miasteczka...).
Potem była szkoła w Leżajsku, zapisy na zawody i przepiękne wejście smoka.
Czyli moje ;P.
Bo okazało się, że nie dość, że byłam jedyną wczesnoszkolną (sami wuefiści, przecież szachy to sport, w dodatku ekstremalny), to jeszcze byłam jedyną młodą w kadrze.
Co przestaje mnie już jakoś dziwić... ;].
Ale komentarz: "A czemu Ty nie siedzisz z dziećmi przy szachach" prawie mnie zabił.
Podobnie jak zabiły mnie trybuny pełne uczniów, zapatrzonych w siedzących przy stole graczy, opierających się na łokciu i robiących znudzone miny.
Nie wiem, co mieli robić ci uczniowie?
Kibicować?
Dopingować?
Wołać: "Skoczek na F5", "Goniec do akcji"?
Poznałam się z mamą jednej szachistki (spoufaliłyśmy się nawet do tego stopnia, że siedziałam przed nią na podłodze, a ona plotła mi kłosa), wypiłam herbatę i obejrzałam muzeum szkolnictwa.
Zjadłam na obiad mnóstwo sałaty (z domowych zapasików), posłuchałam, jak starszy pan śpiewa mi piosenkę o zakochaniu się w niebieskookiej dziewczynie mieszkającej koło Leska, której (piosenki) refren brzmiał: "Mój koń, mój koń, mój koń. Polubił siana woń" (WTF?! Istnieje w ogóle coś takiego?) i po trzeciej zaczęliśmy zbierać się do domu.
Oczywiście byłoby za nudno, gdyby nic się nie działo, tak więc najpierw pani M. zgniotła du** czekoladę, którą dostała, potem jedna dziewczynka rzuciła jabłkiem w chłopca, nabijając mu tym samym limo pod okiem, a na koniec główna bohaterka - ponownie pani M. nastraszyła się dziwnego syku i prawie nie wskoczyła na siedzenie kierowcy, pytając:
- Co to?! Co tak syczy?
...
A syczał spray.
Spray do odrdzewiania, który był schowany w drzwiach koło siedzenia pasażera.
Na siedzeniu pasażera siedziałam ja.
Zaplątana w swoje odnóża, z wywiniętymi rękami, poskręcanym tułowiem.
Nogą wcisnęłam spray, zagazowując cały bus.
I jeszcze narzekałam, że mi niedobrze od smrodu...

Brawa, oklaski, fanfary...
... bo taka, taaaaka jestem gibka i wysportowana ;P.

PS Piosenka istnieje. Sprawdziłam...
http://ukobiety.blogspot.com/2014/03/piekne-i-rozciagniete-dziewczyny.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz