...

...
M.

sobota, 7 maja 2016

Nauczona doświadczeniem... ;]

Nauczona doświadczeniem wiem, że wpisów nie pisze się po kawie. Zwłaszcza małej czarnej.
Po spaniu też nie.
Ani po długim odpoczynku.
Z gorączką lub tuż po niej.
W nocy ani tyle.

Pechowo jest noc, a ja nie powinnam się rozsypiać, bo za dwie godziny muszę być na tyle przytomna, żeby ubrać buty (żegnajcie kozaki, witajcie Air Maxy!) i wytargać walizki przed dom. A o pierwszej w nocy to jest wyzwanie.
Pechowo przez weekend piłam kawę i choć od jej wypicia minęły już dwa dni to czuję ją do dziś w zbyt szybko poruszających się palcach i stopach, którymi tupię jak królik.
Pechowo odpoczywałam cztery bite dni, nie robiąc absolutnie nic, więc to samo w sobie brzmi już nieprzyzwoicie.
Pechowo gorączkowałam przez dwa dni (choć moje pożal się Boże gorączki to dla normalnych ludzi normalna ciepłota ciała) i mimo tego, że wróciłam do swoich hipotermicznych magicznych 35 stopni to dalej mam wrażenie, że jestem lekko zamroczona.

Gardło też już mnie nie boli, bo jak zwykle ból zszedł niżej i złapała mnie krtań. Oczywiście oznacza to, że każde moje chrząknięcie i jęknięcie brzmi jakbym zmieniła się w Minotaura, a kiedy się odzywam, pierwsze trzy słowa są nieme i tylko fakt, że poruszam ustami świadczy o tym, że mówię. Powinnam dodawać, że mój głos brzmi jak coś pomiędzy szczekaniem, a dudnieniem?
Ale dobra, dobra... Wiedziałam co robię jadąc na zumbę z gorączką, więc nie ma co się podniecać ^^.

Wpisów nie pisze się też, kiedy nie ma się o czym pisać, ale przecież wiecie, że dla mnie to akurat nie jest problem.
Ja nigdy nie mam o czym pisać, więc zwykle piszę o niczym i tak mi się to podoba, że nie wiem czy kiedykolwiek się to zmieni ;P.

Przez weekend nie zrobiłam prawie nic co chciałam zrobić.
A zamiary miałam baaardzo ambitne.
Plan obejmował głównie spanie, gotowanie codziennie makaronu ze szpinakiem i przeczytanie do końca książki, którą męczę drugi miesiąc.
Spać spałam, ale tylko w nocy.
Nie odsypiałam nic w dzień, nie odpoczywałam ani chwili.
Gotować zaczęłam dopiero w ostatni dzień wolnego, bo wcześniej nie byłam głodna i nie chciało mi się stać przy garach.
Czytać czytałam. A jakże... Szkoda tylko, że jedną stronę. Mistrzostwo świata ^^.
Książki podziwiałam podczas ścierania kurzy (nie mogłam się oprzeć, podobnie jak poskładaniu ciuchów w szafie. Czy to już świadczy o jakiejś chorobie psychicznej? Można uzależnić się od wycierania kurzu? A może od Pronta? Od układania też...?) i patrząc na nie z daleka, siedząc na łóżku.
Nie zrobiłam nic co chciałam. Tak jak zresztą podejrzewałam ;].

Spotkałam się za to z rodzinką, znajomymi z dziećmi, czterema koleżankami (z każdą osobno, każdej poświęcając odpowiednio dużo czasu, przemilczę to, że te najdłużej znane z nich siedziały u mnie, kiedy pakowałam dresy i mundur do torby), byłam na zumbie (po dwóch miesiącach przerwy i wyżej wspomnianej kawie myślałam, że adidasy mi spadną tak żywiołowo skakałam) i na kilku spacerach z psem, podczas których wspinałam się, grzęzłam przez las i brudziłam jasne buty w błocie ;)
Jadłam też swoje celebrowane płatki (czy ktoś tak jak ja nie wyobraża sobie życia bez płatków na śniadanie?), ciasto marchewkowe (sezon ma nadmiar karotenu uważam za rozpoczęty) i sojowy jogurt borówkowy z borówkami. Zero ziemniaków i białego pieczywa ^^. Słuchałam muzyki, pisałam, podniecałam się paczką z Zalando, chociaż doskonalne wiedziałam co w niej będzie, przymierzałam nowy wisiorek i faszerowałam się Neosine (które mi nie pomogło).

W ogólnym rozrachunku weekend był więc udany.
A tydzień zajęty - i najlepiej świadczy o tym fakt, że weekendowy wpis wrzucam w sobotę. A sobotę miałam dziś "pracującą". W sensie mieliśmy zajęcia do czwartej, co jest dość męczące zważywszy na fakt, że jestem zachrypnięta, zakatarzona i osłabiona (choć ponoć tego po mnie nie widać).

Jutro za to mam wolne i zamierzam płodzić, płodzić i płodzić dzieła, wpisy, bestsellery (chociaż znając życie to będę musiała się uczyć i będę spać na trzy raty w ciągu dnia^^) .
Oczywiście nie mogę się oprzeć nawrzucaniu niczego nie wnoszących zdjęć rozciągniętego na całą długość kota, pływających w jogurcie borówek i płatków, ale je wrzucam, bo kto zachrypniętemu zabroni? ;)

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz