...

...
M.

piątek, 15 lipca 2016

Kamyczki, wstążeczki ;]

Miałam pomysł na tematyczny wpis (oczywiście nie powiem o czym ^^), ale wiem, że jeśli nie napiszę czegoś luźnego teraz, po powrocie na szkołę będzie mi ciężko.
W zasadzie to nie mam nic ciekawego do napisania.
A może i mam, ale o tym pisać nie będę.
W każdym razie...
Odpoczęłam ;)
Głównie psychicznie, ale o to właśnie chodziło.
Codziennie chodziłam do pracy na ósemki, a mimo to czuję się bardziej wypoczęta niż przez ostatnie trzy miesiące.
Zapomniałam już jak to miło budzić się w swoim łóżku, w swoim pokoju, swojej pościeli.
Jak fajnie mieć czas, żeby rano umyć głowę, wyprostować włosy, zjeść spokojnie ciepłe śniadanie i nawet wypić parę łyków gorącej herbaty z cytryną.
Budziłam się po szóstej, po siódmej wyjeżdżałam do pracy.
Wskakiwałam w mundur i patrolowałam dzielnie ulice.
Uczyłam się dla odmiany praktyki, nie teorii, a potem usatysfakcjonowana wracałam do domu.
W domu się zbytnio nie przemęczałam (kurze starte, ciuchów na podłodze brak, w szafie równe stosy, jedynie pod łóżkiem koty takie same jak były ;P) i w sumie...
Co ja to robiłam?
Ach tak.
Wykładałam się w bieliźnie na łóżku, przeczesywałam włosy palcami, spędzałam czas na beztroskich pogaduszkach przez telefon i fb.
I uzależniłam się od telefonu, o.
Wreszcie miałam czas, żeby pisać, pisać i jeszcze raz pisać do znajomych, więc skwapliwie z tego korzystałam.
A że jeszcze miałam nadmiar energii (szkoda, że nie wykorzystałam jej na ćwiczenia ud albo pośladków... Gdzież się podział mój zapał co ćwiczeń, no gdzie...?) to wytracanie jej przez natrętne sięganie po komórkę było całkiem dobrym rozwiązaniem.
Jak nie miałam pod ręką telefonu, chętnie bawiłam się długopisami (popisane ręce - codziennie), kubkami z herbatą (wylane płyny kilka razy dziennie) albo bransoletką.
Bo bransoletkę i łańcuszek też mogłam nosić. I nosiłam ;]
Poza tym dostałam (brakuje mi tu przymiotnika. Cudowny? Wspaniały? Genialny?) album z mojej półrocznej kariery nauczycielki i - uwierzcie mi, że się wzruszyłam. Nie no wiadomo, że nie płakałam, bo nie płaczę, ale... Fajne uczucie ;] Moje - niemoje smyki, pasowanie na ucznia, ważniejsze chwile z życia dzieci i podziękowania za wszystko. Mega. No po prostu mega ;)
Byłam u babci, która o dziwo nie powiedziała mi, że przytyłam (^^) i z którą wreszcie spędziłam dużo czasu. To nic, że musiałam większość rzeczy powtarzać dwa razy i że pytała, czy "Mam jakąś sympatię na tej Szkole Policyjnej". Jadłam czereśnie, plułam pestkami do kubka i uśmiechałam się szeroko, kiedy mówiła, że cieszy się, że przyjechałam,
Zostałam też porwana przez moją eks podopieczną (tych eks podopiecznych to ja mam już całą masę), do której mam słabość przez chochliki w oczkach i łobuzerski uśmiech (u facetów niestety też na mnie działa taki lekko diabelski look, co zwykle nie wróży dobrze), która postanowiła przeskakiwać przez moje ogrodzenie, kiedy zobaczyła, że tak wchodzę do domu, którą podnosiłam do góry, żeby zrywała listki, która trzymała na smyczy mojego psa i dziwiła się, że nie ma siły za nią biec i która wręczała mi do rąk wszystkie papierki, wstążeczki, kamyczki i inne zabawki, które przeszkadzały jej w zabawie ;]
Byłam z koleżankami i ich dziećmi w kawiarni, piłam mrożoną kawę, jadłam jagodowe ciasto (skoro i tak przytyłam to co mi szkodzi...).
Poza tym coś tam pisałam, co najlepiej widać po nagłym ruchu na blogu, kupiłam sobie sukienkę, nie otworzyłam żadnego zeszytu ani książki i nie zaczęłam się nawet pakować ^^.
A w niedzielę to już zrobiłam całkowity miks wszystkiego i najpierw poszłam ze znajomą (i jej dziećmi, zawsze mówiłam, że będę dobrą ciocią ^^) na kawę (proste, że mrożoną), w domu przebrałam tylko sukienkę na szorty i wybyłam z drugą koleżanką (i jej synkiem ;]) na spacer. Wspólnie odwiedziłyśmy moją 80letnią ciocię babcię, która była zachwycona, że nie dość, że odwiedzam ją ja to jeszcze gratisowo przynoszę ze sobą półtoraroczniaka z masą energii w małych nóżkach, a odprowadzając koleżankę z wózkiem (dobra bezdzietna ciocia pchała dzielnie całą drogę), poszłam do jeszcze innej koleżanki. Bez dzieci ;]. Wyciągnęłam ją na spacer "po szpinak", bo jakoś tak dziwnie wyszło, że nie zdążyłam zjeść obiadu. W drodze do sklepu koleżankę złapała kuzynka, a mnie jej córa i siostrzenica, które (pewnie widząc moje wyskakanie w twardych łydkach) napaliły się, żeby wziąć mnie na trampolinę. Nie wiem co cieszyło je bardziej - moje wysokie loty, to, że podbijałam je mocno w górę, fakt, że umiem być spontaniczna i że znam wszystkie słowa z piosenki: "Mam tę moc" czy fakt, że zbierałam na czarne skarpetki niebieskie farfocle z folii, które poniewierały się na trampolinie. Ostatecznie po szpinak dotarłam gdzieś po szóstej, a wracając do domu dostałam telefon, że córeczka znajomej (^^) nie zaśnie, jeśli mnie dziś nie zobaczy, więc odpuściłam sobie obiad (w sumie pora kolacyjna się zaczęła), zjadłam dyniową zupę z Biedronki i pojechałam na bananowe muffinki i herbatę miodowo imbirową i na porcję przytulasów z ową córeczką znajomej.

Jeśli miałabym więc podsumować ten tydzień w domu, podsumowanie brzmiałoby tak:
Najlepsze z najlepszych było tradycyjnie łóżko, drugie po nim jagodzianki, ale inny wymiar przyjemności miało liczne grono znajomych, znajomych i nieznajomych dzieci, okruszki w wózku, wstążeczki w dłoni i kamyczki w kieszeni.
Koniec ;]



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz