...

...
M.

piątek, 8 lipca 2016

Złote, Białe i Różowe

Nie mam parcia na Złoto.
Nie lubię złota ani nic co jest złotego koloru.
Złoto w ogóle na mnie nie działa.
A zwykle kiedy pomyślę o Złocie - przechodzi mnie dreszcz.  Jeden z tych mało przyjemnych jak podczas gorączki.

Nie mam parcia na Białe.
Lubię biały kolor, ale tylko wtedy kiedy białe są trampki albo szorty w czarne palmy.
Choć kolor biały jest kompletnie niepraktyczny to jeszcze byłby w miarę przyzwoity, gdyby nie to, że Biel wcale mnie nie kręci.
A wręcz robi mi się słabo na jej myśl.

Nie mam parcia na Różowe.
Różowy kolor wywołuje u mnie ciarki, a jak kiedyś ubiorę na siebie coś różowego (i nie będą to łososiowe wstawki na szarej bluzie, butach czy majtkach) to będzie to znak, że kompletnie mi już odbiło.
Do Różowego jestem się jednak w stanie zbliżyć.
Na bezpieczną odległość, na chwilę.
Taaak. Choć różu nie cierpię najbardziej, Różowe mogę śmiało podpiąć pod kategorię „Słodkie, miłe i kochane”.

„I co ona znowu wymyśliła?” – pomyślicie.
Jak nie dzikie bieszczadzkie koty to kolory, które nic nie mówią.
I weź tu z niej wyjdź!
Spokojnie.
Na szczęście nie musicie ze mnie wychodzić.
Przecież to tylko blog.
Głupia pisanina i czcze gadanie.
A kolory to oczywiście metafory.
Życiowe.
Mądre.
Mocno decyzyjne.

Tak więc na początek Złoto.
Wiecie, co to jest Złoto, prawda?
Nie wiecie?
Ajjjjć!
To nic.
Grunt, że mnie do niego nie ciągnie.
A nie ciągnie mnie do niego, bo „zaręczyny” brzmią dla mnie równie strasznie co „pajęczyny” ;].
Taaa… Zaręczyny ^^.
Choć mam dość bujną wyobraźnię, nie wyobrażam sobie sytuacji, że ktoś wyskoczyłby przeze mną z pierścionkiem.
I to nie daj Boże padł na kolana ze służalczym wyrazem na pysku i różą w zębach albo zrobił szopkę w stylu musicalu i jeszcze zaangażował do pół miasta, które z uciechą oglądałoby to widowisko…
Nie wiem co jest bardziej prawdopodobne. To że posikałabym się ze śmiechu czy to, że padłabym na zawał.
I to nic, że póki co nie ma takiego Ktosia.
Grunt, że nawet gdyby był to musiałby być mega odważny, żeby pokusić się na takie szaleństwo ;).
Romantyczna to ja zbytnio nie jestem.
Bawi mnie cała ta śmieszna oprawka romantyzmu i trzepotania rzęsami, a nazbyt romantyczny facet to już jest całkiem niedobry znak. Bukiet tulipanów dla ożywienia stołu w jadalni czy kupienie czekolady, jak mam fazę cyklu sugerującą zwiększone zapotrzebowanie na żarcie to jeszcze rozumiem. Ale słodkie misiowanio – pysiowanie, mówienie "kocham" co dwie minuty (*jeśli jest się poza łóżkiem, bo w łóżku to można zwalić na nagłe niedotlenienie mózgu z powodu odpłynięcia krwi do innych części ciała) czy patrzenie maślanym wzrokiem to już jest lekkie przegięcie…
Wracając do Złota.
Nie wiem czy w ogóle byłabym w stanie przełamać się co do idei zaręczyn.
Może gdyby ktoś wykazał się wyjątkową inwencją twórczą albo trafił na mój dobry dzień?
Może.
Ale sam fakt bycia zaręczoną i noszenia pierścionka byłby dla mnie mniej więcej tak przyjemny jak słuchanie skrobania pazurów o tablicę.
Więc jak już gdzieś tam ktoś mnie wyhaczy (155 cm - będzie ciężko), zakocha się w moich wadach (z takim kompletem jak mój to na pewno ;D) i mnie złapie (powodzenia!^^) to będzie musiał zmienić moje myślenie o 180 stopni. No, chyba, że mnie zaknebluje, zwiąże i w między czasie wciśnie na palec złoty krążek z błyskotką. Co też przy moim buntowniczym nastawieniu i ciskaniu z oczu gniewnych gromów na słowo "stała wiążąca relacja” wydaje się być cudem jak przemiana wody w wino w Kanie Galilejskiej ;] 

Biały.
O białej sukience nie marzyłam nigdy.
O sikającej lalce bobas, o seterze irlandzkim, o pójściu do Hogwartu, o butach kształtujących pośladki, o drewnianym domku z bali, o miętowym Fiacie 500  – i owszem.
O białej sukni – niet.
Ani jak miałam lat pięć, ani jak piętnaście, ani jak dwadzieścia pięć.
Sam fakt wbicia się w sukienkę i uważania, żeby jej nie pobrudzić albo żeby się w niej nie zabić trąci dla mnie lekkim szaleństwem.
Noszę sukienki.
I nawet całkiem je lubię.
Ale jak już je na siebie wciskam to są one proste, zwiewne, sportowe albo krótkie. Nie długie, sztuczne, błyszczące jak śnieg i nadające mi wygląd Elsy z „Krainy Lodu”.
I jeszcze te buty.
Boże… Buty.
Przecież ja bym połamała nogi w szpilkach (pomijając fakt, że szpilki to ja mogę ubierać tylko wtedy, kiedy nie trzeba w nich chodzić, a wyglądać) i w sukience, kłębiącej się pod stopami!
Chyba, że byłaby na tyle długa, że mogłabym pod nią wcisnąć Air Maxy ^^.
Ale nie.
Nieeee.
To by mnie tylko zmotywowało, żeby zawinąć się spod ołtarza i uciekać, gnać, pędzić przed siebie ;)
Więc może lepiej bez tych Air Maxów.



Różowe, malutkie, pulchniutkie jest niemowlę.
Idealne jak reklamy Gerbera.
Pachnące, obdarzone bezbłędnym bezzębnym uśmiechem, miękkim puszkiem na główce i uroczymi zagłębieniami w łokciach.
Przeznaczone tylko i wyłącznie do schrupania.
No, może jednak nie, skoro jestem pseudo weganką.
Ale dzieci są kochane.
To trzeba przyznać.
Cudowne, rozkoszne, pełne wdzięku i słodyczy.
Tyle tylko, że ja nie lubię słodyczy...
Ani zobowiązań. Ani wiązania się z kimś w tak odpowiedzialny i definitywny sposób.
Plus nie ufam facetom, a już na pewno nie na tyle, żeby połączyć się z kimś dzieckiem.
O.
To podstawowy argument.
I jeszcze ten, że jestem egoistyczna i samolubna, a do tego rozzz-puuu-szczooo-naaa.
A poza tym nawet jak mocno wsłucham się w ciszę to słyszę tylko „bzzz”, „bzzzzz”, „bzzzzzzzzzzzz”, jak przepalają się moje synapsy i impulsy przeskakują mi w mózgu płodząc kolejne głupie pomysły na wpisy albo bestsellery, które zrobią furorę po mojej śmierci (a profity będą z nich czerpać bezdomne zwierzęta w schronisku, bo skoro nie będę mieć dzieci to jak typowa wariatka przepiszę spadek na kotki), a nie „tik, tak, tik, tak”, oznaczające tykający zegar biologiczny.
Hyhy.
Zegar biologiczny ^^.
Zegar biologiczny to ja mam rano, żeby iść się wysikać.
A póki co potrzebę posiadania potomstwa czy przekazywania tajemnej wiedzy o wszechświecie pozostawię bardziej ogarniętym i tym, którzy rzeczywiście tego chcą, albo którym faktycznie coś tam tyka.
I tylko nie wiem, czy to ja jestem mocno dziwna  czy między wiersze można sobie wsadzić teorię, że  kobiety chcą faceta, którego można prosto z łóżka zaciągnąć do ołtarza i na porodówkę.
Chyba i jedno i drugie ;)

Tak samo więc jak czuję kiedy zapalenie gardła przechodzi mi w zapalenie krtani (specyficzne, nie dające się z niczym pomylić drapanie) i tak samo jak czuję, że zbliżam się do górnej granicy limitu długich zdań w poście (alarm brzęczał mi jakiś tysiąc znaków temu); czuję, że istnieje duże prawdopodobieństwo że będę starą panną.
„Nie, nie. Przecież jesteś młoda, z wyglądu nie wyglądasz na takie ditko jakim naprawdę jesteś, z pewnością ktoś się połakomi i złapie się na te niewinne oczka” – powie ktoś chcąc dodać mi otuchy.
Nie no, spoko.
Nie musicie mi jej dodawać.
I lepiej żeby nikt na te oczka nie leciał.
Chyba, że na te błyski i iskierki, które w nich fruwają.
Tak dla zdrowej równowagi, żebym była znośna dla otoczenia ;]
A z kolorów zostańmy przy lubianej przeze mnie swego czasu czerni i bieli, dzięki której wszystko jest jasne i proste, stonowanej optymalnej szarości, kiedy nie wszystko da się wrzucić do wora czarne/białe i nieodwołalnej miłości do mięty, do której póki co pałam miłością największą. I która jest zdecydowanie bardziej ciesząca oko niż złoto, żywsza niż biel i bardziej orzeźwiająca niż słodko – mdlący róż ;]


PS Tak, tak - jestem zgorzkniała, bo nie śpię z facetem, nie słyszę codziennie, że jestem piękna i nikt ni przynosi mi gorzkiej czekolady (wróć - niezawodny kolega z plutonu i owszem :D), ale i tak zamiast ślubnego wianka póki co bardziej kręci mnie wizja domku z pięcioma rodzajami foteli, w których można się zaszyć z laptopem albo książką i podpisywania książek na wieczorku autorskim... Mmm...  ^^





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz