W piątek zaczęło mnie porządnie ścinać. Nie, że niespodziewanie, bo brało mnie cały tydzień, ale chciałam dostać plakietkę pracownika miesiąca i tak to się właśnie kończy.
W sobotę, chrypiąc z godziny na godzinę coraz gorzej, poszłam na charytatywny bal w liliowej sukni i czarnej ramonesce. Tańczyłam, mówiłam, a potem już nie. Ale tańczyłam dalej. Wróciliśmy szybko, bo Kopciuszek w końcu stracił głos i źle się poczuł.
W niedzielę był dramat, ale podłączyłam się do inhalatora i łykałam neosine, podlewając je wodą z miodem i imbirem, booo:
W poniedziałek (przypomnę: pierwszy dzień wyczekanych ferii po ciągłej pracy do wieczora), pojechałam do Krakowa. Trochę po samochód (denim blue!💙), trochę na shopping. I tak - galeria, a zwłaszcza outlet mają na mnie wpływ terapeutyczny. Bezgłośnie, ale szybko i sprawnie penetrowałam sklepy. Miałam dużo sił do biegania po ulubionych zakątkach, a zakupy poszły tak dobrze, że wieczorem zamawiałam jeszcze dużą komodę na Ikei. Wieczorem zaczęłam też czuć się źle, no bo wiadomo; choroba tak lubi. Poza tym spadła zakupowa adrenalinka.
- Mam pomysł: może ja się położę na łóżku, a Ty wysypiesz na mnie te nowe ubrania i resztę pieniędzy, które mi zostały? Jestem pewna, że to pomoże!
Wtorku nie pamiętam... 🤔
W środę poszłam do lekarza. Wróć. W środę mąż zawiózł mnie do lekarza nowym autem. Rysia żadnego nie widziałam, ale może dlatego, że mocno się dusiłam. Popłakałam się - wcale nie przez brak rysia; zużyłam całą paczkę chusteczek i zaśmieciłam nimi całą wycieraczkę tego wychuchanego, wyczekanego Volva.
Na poczekalni był lekki zgon i Harry Bosch, od spraw zamkniętych.
- Nie jest tak źle, jak wygląda! Zakomunikowałam ulubionej lekarce na wstępie, bojąc się, że zwlekałam ze zwolnieniem lekarskim i że teraz skończy się antybiotykiem, a się z dziadem nie lubimy, zwłaszcza jak lądujemy potem na zakaźnym.
Pół dnia spędziłam podłączona do inhalatora. Drugie pół dogorywałam (bo ślubny zaciągnął mnie jeszcze rejestrować autko), ale z tylko lekką gorączką, więc po zużyciu sprayu z solą morską, zaczęłam oddychać.
Mój M. troszkę się też załamał, jak podsumowaliśmy paragony z outletu. A ja wcale nie kupiłam tak dużo, jak na moje możliwości! W końcu źle się czułam, tak? Walczyłam o oddech, nie było mi łatwo biegać, bo wtedy zaczynałam kaszleć! Nie byłam nawet w Empiku i nie kupiłam nic kocim dzieciom...
(W sumie to byłam w tej galerii pod koniec października i wtedy był troszkę szał... 😈).
Potem załamał się drugi raz, bo go zaraziłam.
Na razie się leczę. "Męczę" podpowiedział słownik. Co fakt to fakt. Z domu tak szybko nie wyjdę. I musiałam odwołać zabiegi na plecki, na które czekałam od jesieni, bo czekałam "na wolne". Leżę, oglądam Boscha, dewastuje chusteczniki. Mój towarzysz niedoli smarka razem ze mną. Nowe auto stoi pod domem i się z nas śmieje ;).

Komentarze
Prześlij komentarz