...

...
M.

czwartek, 4 czerwca 2015

W ciszy jaskółek ;]

Nie sądziłam, że będę tak zadowolona, siedząc sama w czterech ścianach i cały dzień nadganiając zaległości...
A jednak.
Jestem zadowolona.
Nawet więcej. Okropnie się cieszę, że zostałam na Boże Ciało w Rzeszowie.
Dlaczego?
Bo wreszcie "naciągnęłam" dobę ;).

Wczoraj po zajęciach, pracy i zakupach ostro wzięłam się za pisanie pracy magisterskiej.
Niestety przemęczony wysiłkiem, stresem i upałem mózg średnio chciał ze mną współpracować.
Koniec końców późnym wieczorem rzuciłam wszystko i poszłam biegać.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz to robiłam. Chyba jeszcze styczniu na siłowni. A może było to w lutym albo marcu. Gdzieś między przeziębioną nerką, a rotawirusem, które odsunęły mnie na jakiś czas od ćwiczeń...
W każdym razie - bieżnia bieżną, bieganie na powietrzu to inna bajka.
Nogi same odnajdują rytm, serce zaczyna mocniej bić, endorfiny zaczynają swoje tańce.
Biegłam niesiona energią, którą nie wiem skąd czerpałam.
Słyszałam tylko świst swojego zachrypniętego oddechu i miarowe łupnięcia sfatygowanych butów do biegania na chodniku.
Widziałam wszystko dokładniej niż za dnia.
Czułam ciepło powietrza, lekko schłodzone nocą.
I byłam tak bezgranicznie zadowolona z tego, że biegnę, że czuję to tępe pulsowanie w głowie i że czuję to upierdliwe pieczenie w udach, że nie macie pojęcia ;).
A potem dysząc jak zmachany pies, wdrapałam się na czwarte piętro swojego mieszkania, drżącymi dłońmi otworzyłam drzwi i walnęłam się na łóżko, czując jak wilgoć spoconych włosów przesiąka moją świeżo wypraną pościel.
Co już nie napawało mnie takim entuzjazmem jak późnowieczorna przebieżka ;P.

Prysznic - kolejna banalna sprawa, a jakie ukojenie.
Ciepły strumień zmył pot, gorący rozpuścił zmęczenie, chłodny orzeźwił, zimny ochłodził.
Balsam dopieścił ciało, powietrze z otwartego okna wystarczyło mi za suszarkę i ręcznik, a gładkie od przepisowego picia półtora litry wody dziennie ciało zbuntowało się przeciwko kołdrze i piżamie.
Ze skórą wciąż lekko wilgotną po kąpieli, niewysuszonymi włosami i całkowicie nieubrana położyłam się na chłodną, czystą pościel i tak bezkarnie nieogarnięta zasnęłam w ciągu paru minut od przytknięcia głowy do poduszki.

Nad ranem obudziła mnie burza.
Wdzierający się przez otwarte szeroko okno wiatr, przeciągłe grzmoty, pojedyncze błyski.
Poprzymykałam okna, znów wskoczyłam na łóżko, tym razem nakrywając się lekkim i miękkim kocykiem, przykrywającym mnie jak druga skóra.
Spałam do dziesiątej.
Bez budzika, bez drzemek, bez ponagleń, bez natrętnych myśli: "Wstawaj, bo zajęcia!", "Szybko, bo idziesz bawić dziecko!", "Nie trać czasu, masz tyle do zrobienia!".
Wyślizgnęłam się spod koca, przeciągając się aż do trzeszczenia kostek.
Zarzuciłam na siebie szlafrok, dalej buntując się przeciwko jakimkolwiek ubraniom.
Ziewając na całą rozpiętość szczęki zrobiłam sobie śliwkową owsiankę.
Gmerając łyżką w talerzu pogadałam przez telefon z mamą.
Leżąc na łóżku i nawijając włosy na palec wskazujący porozmawiałam z K.
A potem zasłoniłam zasłony w pokoju, ubrałam przewiewną łososiową sukienkę w jaskółki, zsunęłam z nóg pantofle i odpaliłam laptopa.

Z czystym, wypoczętym umysłem, nową energią i motywacją.
Przez kilka godzin tylko pisałam.
Robiłam niezbyt długie przerwy na łazienkę, picie wody, zjedzenie pomidorów z mozzarelą (tłusta plama z oliwy na sukience...) i wypicie herbaty.
Przed trzecią nastawiłam warzywa na obiad. Młody ziemniak w mundurku, brokuł, groszek z marchewką.
Odmówiłam wyjścia z koleżankami na Rynek.
I pisałam dalej.
Koło czwartej siłą odkleiłam się od komputera i zjadłam obiad.
Ledwie odsunęłam od siebie talerz - znów zaczęłam stukać.
Nie odrywałam się ani na chwilę.
Ani na sprawdzenie poczty, ani na zerknięcie na fb czy bloggera.
Skończyłam przed szóstą.
W efekcie mam 50 stron, całą teorię, metodologię, która jest skończona w 85% i gotową ankietę.
Poprawiłam też przypisy i dopisałam parę stron teorii.
Przede mną kosmetyka i analiza badań własnych.
Zostawię ją sobie na weekend, licząc na pomoc dokładniejszej i bardziej precyzyjnej kuzynki.

Wyłączając laptopa byłam nabuzowana jak po kawie.
Energię spożytkowałam na odkurzenie mieszkania, umycie podłogi w kuchni, wybielenie prysznica, umywalki i toalety, pościeranie kurzy.
Potem tradycyjne czyszczenie i pielęgnowanie butów, standardowe składanie ubrań w równą kostkę (obsesja, słowo daję...) i wreszcie zasłużony odpoczynek.
Rozłożona na całą rozpiętość w łóżku.
Z grubą warstwą kremu ochronnego na dłoniach, podrażnionych przez detergent, jedną polarową poduszką pod głową, a drugą między kolanami i wyszczerzoną poduszką Little Miss Naughty gdzieś w okolicy karku.
Z podwiniętą sukienką, której nigdy w życiu jeszcze nie nosiłam, a w której szorowałam kibel i przez którą odcisnęłam sobie drewniane szczeble krzesła na tyłku od wielogodzinnego siedzenia...


W mieszkaniu  panuje niczym nie zmącona cisza.
Dziś nie odezwałam się słowem, pomijając rozmowy przez telefon.
Choć gaduła ze mnie wzorowa - nie strzępię języka na gadanie do siebie i mówienie na głos tego, o czym myślę. Może to i dobrze. Sąsiedzi będą zdrowsi bez moich myśli ;).
Regeneruję krtań, nawilżając ją odpowiednio ciepłą herbatą malinową i kremowym smoothie (z lodówki ^^).
Stopy wymoczyłam w wodzie z ziołową solą, złuszczyłam peelingiem, nasmarowałam kremem, który spełnia chyba wszystkie możliwe standardy idealnego kremu do stóp, pielęgnując, nawilżając, chłodząc, likwidując obrzęki, nagniotki i pewnie też sprawiając, że stopy będą zabezpieczone przed brudem na tydzień ;P.
Moje oczy mają dziś odpuszczony makijaż, bo przy laptopie często musiałam je częstować solą fizjologiczną.
Okno wciąż mam uchylone, więc słyszę przejeżdżające samochody, ludzkie głosy, dziecięcy śmiech i raz na czas docierające do moich uszu ptasie nawoływania.

To nic, że jutro o ósmej idę bawić roczne dziecko, a zaraz potem lecę do przedszkola na sześć godzin.
To nic, że potem wracam do domu i znów czeka mnie jazda do biblioteki, domowe obowiązki, nauka na egzaminy i pisanie pracy.
To nic, że K. pewnie przybierze naburmuszony wyraz twarzy, kiedy powiem, że nie mam czasu albo że jestem zmęczona i że nie będę mogła spędzić z nim tak dużo czasu, ile by chciał.
To nic, że potem znów będzie powrót do Rzeszowa, wstawanie o szóstej w poniedziałek, praca, pisanie pracy, egzaminy...

Grunt, że czuję się pewniej, bo jestem do przodu z pracą.
Że cieszę się, że chora krtań nie przeszła w nic gorszego.
Że stopy mam wypieszczone jak nigdy.
Że łazienka, dywan w pokoju i moje półki z ciuchami lśnią.
I że mam uczucie załamania czasoprzestrzeni i naciągnięcia doby.
Przy wtórze stukania palców na klawiaturze, świergotania ptaków za oknem i widoku upojonych wolnością cichych jaskółek na mojej sukience ;)


http://www.vinted.pl/kobiety/krotkie-sukienki/1088964-sukienka-jaskolki

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz