...

...
M.

piątek, 23 października 2015

Niiiiice ;]

Dziś mam zdecydowanie dobry dzień ;).
Od rana wszystko układa się idealnie.
Wstałam prawą nogą, wyspana mimo bezsenności, chudsza niż wczoraj mimo niesprzyjającej fazy cyklu, szczęśliwsza, chociaż dalej zakatarzona i mówiąca przez nos.
W szkole było tylko dwanaścioro moich uczniów.
Wszyscy byli grzeczniejsi niż zwykle, więc na każdej lekcji piałam z zachwytu nad ich przykładnym zachowaniem.
Oczywiście paru łobuzów tradycyjnie rozrabiało i cierpiało na dziwną głuchotę nieznanej etiologii (w sensie - nie słuchało, co się do nich mówi), ale oprócz tego w klasie było tak cicho, że łapałam się na tym, że mówię za głośno, żeby przekrzyczeć dzieciarnię, której nie trzeba było przekrzykiwać.
Na zajęciach komputerowych żaden komputer nie odmówił mi posłuszeństwa, a pierwszaki były mega podniecone faktem, że mogą namalować sobie domki i pieski w Paintcie.
Na korytarzu wszystkie dzieci ładnie się ze mną witały, nie spoufalając się ponad granice przyzwoitości (czyt. znajome dzieci nie wołały do mnie "Cześć, M., a pozostałe nie wieszały się po mnie i nie obłapiały mnie w pasie od tyłu, kiedy niczego nie świadoma rozdzielałam handryczących się uczniów).
Po czterech lekcjach byłam mniej zmęczona niż wczoraj po dwóch.
Załatwienia na mieście obskoczyłam na jednej nodze.
I w nowych butkach, które są tak samo ładne jak i wygodne ;)
W domu zjadłam porządny (kupiony w Rze) obiad, zagryzłam czekoladą, zdążyłam wypić herbatę przed korkami, a po korkach odkurzyć pokój.
Do tego po raz pierwszy od dwóch miesięcy postanowiłam jednak złożyć swoją kanapę i chyba będę musiała robić to częściej, bo dzięki temu mam o wiele więcej miejsca w pokoju.
A więcej miejsca w pokoju to więcej szaleństw z ćwiczeniami.
Na szczęście ostatnio ćwiczenia znów zagościły w moim dziennym rozkładzie zajęć i chociaż nie mogę powiedzieć, żebym przytyła chociaż gram bez treningów, to jednak o wiele lepiej czuję się z ćwiczeniami niż bez nich.
Nawet jeśli potem chodzę ozdobiona sińcami ;P.
Plany pójścia na basen spaliły się na panewce, bo wyglądałabym jak ofiara przemocy (zgięcie w łokciu też lekko zasiniałe po pobieraniu krwi).
Przeziębienie weszło już w tę fazę, kiedy choć dalej jestem pociągająca (nosem) i z lekko błyszczącymi oczami, czuję się normalnie i normalnie funkcjonuję nie zajmując się głównie leżeniem i smarkaniem ;).

Piątek zapowiada się więc idealnie, podobnie jak idealnie zapowiada się sobota i niedziela, podczas której mam zamiar ćwiczyć do upadłego, hulahopić, nie przejmując się siniakami, czytać, aż dojdę PRZYNAJMNIEJ do połowy książki i spać, ile będę w stanie.
No właśnie.
Z tym spaniem to może być problem.
Nie chcę się jeszcze martwić, bo martwienie jakoś nie należy do moich ulubionych zajęć, ale od jakiegoś tygodnia znów zaczęły się dla mnie bezsenne noce i powoli zaczynam wracać do starych nawyków kombinowania przed snem.
Oznacza to mniej więcej tyle, że łóżko już zaczęło mi się źle kojarzyć i że znów zaczęłam przeciągać moment pójścia spać z obawy przed bezsennością.
Standardowo nie mogę zasnąć przed północą i budzę się koło drugiej albo trzeciej, kręcąc się w pościeli i urozmaicając sobie czas wycieczkami do wc i myśleniem o głupotach.
Ostatnio brak snu przeciągnął się do tak długiego okresu, że zdążyłam nawet zekranizować w myślach książki, których nie zdążyłam napisać, więc osiągnęłam już apogeum bycia zmęczoną niespaniem ;).
Póki co rano wstaję wypoczęta i nie odsypiam nieprzespanych nocek w dzień, ale po zeszłorocznych atrakcjach z desperackimi próbami zwalczenia bezsenności (kupienie tabletek na sen i plan napisania ogłoszenia o osobie towarzyszącej do łóżka, która zapewni mi zdrowszy i spokojniejszy sen) nie chciałabym mieć powtórki z rozrywki...















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz