...

...
M.

środa, 28 października 2015

Poprawić kucyk

Dziś Dzień Odpoczynku dla Zszarganych Nerwów.
Z tej okazji zdarłam sobie gardło, krzycząc na dzieci, które przez trzy lekcje sumiennie targały moje nerwy nie słuchaniem i przeszkadzaniem.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że niektórzy mówią, że promienieję, odkąd pracuję w szkole, a inni, że mówię jak stara nauczycielka, która upomina, bo ktoś bawi się długopisem albo niepotrzebnie coś gada.
Oj, jak chętnie postawiłabym wtedy taką osobę przed siedemnaściorgiem dzieci i kazała przeprowadzić lekcję, kiedy każde dziecko robi coś, co zagraża zdrowiu/bezpieczeństwu/powoduje hałas/powoduje, że dziecko nie słucha, a potem pyta, co ma zrobić z tą niebieską kredką i gdzie właściwie jesteśmy w ćwiczeniach.
Jak to możliwe, że idąc rano do pracy, kiedy jestem zmęczona po nieprzespanej nocy i nie mam humoru z powodu zmęczenia niewyspaniem, dzieci, ich przytulanie, powitania i uśmiechy stawiają mnie na nogi i jak to możliwe, że kiedy wychodzę ze szkoły, z ulgą witam samochód, odpalam sobie muzykę na fulla i wpadam do domu, całując płytki na korytarzu ze szczęścia?
Jak to możliwe, że w środę cieszę się, że już środa, w piątek, że jest weekend, a w niedzielę wieczorem cieszę się, że jutro idę do pracy?
To się dopiero nazywa paradoks.

Ogólnie paradoksów mam ostatnio więcej.
Na przykład - mam śliczny, przyjemny pokoik z wygodnym twardym łóżkiem i pościel, która kosztowała tygodniówkę z korepetycji, a mimo to nie mogę zasnąć i w efekcie kręcę się w tej pościeli, narzekając na jej gładkość, bo po paru godzinach i nocach z rzędu bez snu zaczyna drażnić wszystko, nawet cena pościli i jej komfort, mimo których I TAK NIE MOŻNA ZASNĄĆ.
Coś sobie obiecuję i sama łamię swoje postanowienia, czując się wtedy tak głupia jak bezmózga meduza.
Marzę o rzeczach, bez których da się żyć, a żyję dzięki temu, o czym niektórzy mogą sobie pomarzyć.
Martwię się czymś, na co nie mam wpływu.
Zaczynam nawet trochę mięknąć i chyba wolałabym umieć rozpłakać się z powodu faceta niż bać się o czyjeś zdrowie.
Nie wiedziałam, że choroba kogoś bliskiego, a niespokrewnionego może tak w kogoś wsiąknąć, że cały czas myśli się o tej osobie i o tym, co by się oddało, żeby wytrząsnąć dla niej zdrowe i sprawne narządy.
W chwilach, kiedy szukam po sklepach kolczyków z symbolem nieskończoności albo kupuję nową szaro białą czapkę i komplet Dalii w kolorze capuccino, cały czas myślę o szpitalu, operacji, bólu.
Nie swoim, bo nie mam nic chorego, a mimo czuję ból tak cholernie mocny, że ściska mnie w dołku.
I boli mnie coś, czego nie potrafię odkryć.
Gdzieś mnie gniecie, mierzwi, drażni.
Wybieram awokado, szukam mleka sojowego, kupuję ciemny chleb.
Myślę o transplantacji.
Robię coś, co robię codziennie, myślę o czymś, o czym nie myślałam nigdy.
A głównie myślę o tym, że jestem okropną szczęściarą skoro mogę pracować, prowadzić bezstresowe życie, nie martwić się zdrowiem i nie spędzać 1/3 życia w białej szpitalnej pościeli.
I myślę, że to nie fair, że ja mogę sobie chodzić, kupować ciuchy, czytać książki, dawać korki, wychodzić do znajomych, a ktoś musi czekać i modlić się, żeby jego narządy robiły to, co do nich należy, chociaż zdrowy normalny człowiek na ogół o takich rzeczach nie myśli.
To takie cholernie niesprawiedliwe.
Takie przytłaczające.
I takie prawdziwe.



Dzisiaj wstałam koło dziewiątej, zmęczona, niewyspana i ziewająca.
Zmusiłam się do wzięcia prysznica i zjedzenia śniadania, żeby nie wpaść w błędne koło odsypiania nocek.
Wyodkurzałam cały dom, umyłam podłogę, wywietrzyłam dom, umyłam okno w pokoju, wypicykowałam półki i panele w swoim królestwie.
Wszystko to do głośnej muzyki, która i tak nie umiała zagłuszyć myśli.
Gdyby nie to, że musiałam iść do pracy, pewnie przewróciłabym dom do góry nogami, bo robiąc coś miałam złudne wrażenie, że przynajmniej zajmuję czymś ręce, skoro myśli zająć nie mogę.
Niestety kiedy wskazówki zegara zaczęły niebezpiecznie przesuwać się na porę, o której zwykle wyjeżdżam z domu, rzuciłam wszystko, ubrałam chabrową bluzkę z ważką i małe kolczyki ważki.
Popatrzyłam na siebie w lustrze, poprawiłam na szyi łańcuszek, poprawiłam kucyk, jakby to mogło pomóc przestawić myśli na inne tory.
Jakbym dzięki temu mogła przestać się martwić, głowić, przejmować.
Jakby to pomogło wyrzucić z głowy niechciane myśli i zmartwienia.
Zacisnęłam mocno gumkę, jakbym chciała sama przekonać się o własnej sile, z którą i tak nic nie mogę zrobić.
Potem wsiadłam do samochodu, pojechałam do pracy.
Rozebrałam się w pokoju nauczycielskim z czarnej (zimowej już) kurtki, dałam się wyściskać dzieciom na korytarzu i weszłam ze swoją klasą do sali.
Przez trzy godziny sprawdzałam dzieciom zadanie, pokazywałam, jak poprawnie napisać literkę "K", pisałam wyrazy do przepisywania w zeszytach, czytałam o zajmowaniu się zwierzątkami domowymi, uciszałam hałasujących, uspokajałam płaczących, opieprzałam przeszkadzających, uśmiechałam się do przytulaśnych, wymyślałam nowe, nie oklepane jeszcze zabawy ruchowe, realizowałam program, uzupełniałam dziennik.
Robiłam milion rzeczy, a mimo to myślałam o tym, o czym myślę od prawie roku, z różną tylko częstotliwością i natężeniem.
O tym, co obecnie jest dla mnie najważniejszą rzeczą, o tym, co obecnie jest największym marzeniem.
O tym, że tylu z Was przejmuje się pryszczem na czole, tym,  że mamy dużo pracy, a mało pieniędzy, że mamy katar albo alergię na orzeszki, że ktoś nas wkurza, a ktoś inny zlewa, że mamy za mały samochód, a za duży dom i niesymetryczny uśmiech a za bardzo symetryczną grzywkę.
Przejmujemy się takimi głupotami, kiedy inni marzą, żeby mieć takie problemy, a jedyne co mogą zrobić to poprawić kucyk, żeby wyrzucić z głowy myśli, których nie da się wyrzucić i zacisnąć frotkę równie mocno co zęby, kiedy można tylko siedzieć i czekać.


http://theevampirediaries.pinger.pl/m/20335231





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz