...

...
M.

czwartek, 10 marca 2016

Taki przeskok ;]

Wiem, wiem - codziennie coś piszę, więc mogłabym odpuścić, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że na szkółce nie będę miała jak pisać, więc wyżywam się teraz ;].

Wszyscy pytacie o ostatnie dni w szkole i o to, jak nastawiam się do nowej roli bycia policjantką.
W sumie to wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie mam czasu się "nastawić".
Sami wiecie, że między staraniem się do Policji, a dostaniem się do niej było za mało czasu na cokolwiek.
Sam proces rekrutacji trwał i trwał, a ja sama też nie robiłam nic, żeby coś drgnęło w tej sprawie.
Nie robiłam prawka na ciężarówkę ani tysiąc pięćset kursów ratownika, żeby mieć o dwa punkty więcej.
I nie sądziłam, że się dostanę, bo nie miałam "pleców".
Żyłam normalnie, studiowałam, a potem pracowałam i chociaż Policja gdzieś tam sobie tkwiła z tyłu mojej czaszki, to jednak nie zajmowała mnie dłużej niż jakiś mały przebłysk raz na jakiś czas.
Telefon o przyjęciu zburzył mój spokój i spowodował niemały mętlik w usystematyzowanym jak dotąd życiu.
Niby powinnam przyzwyczaić do zmian, bo to nie jest moje pierwsze odrzucenie czy rezygnacja z pracy, a jednak to pierwszy TAKI przeskok.
Zwykle miałam więcej czasu i mniej wątpliwości, jak postąpić.
Tu miałam dylematy, bo dzieci, bo dyrektor, bo poczucie obowiązku.
Decyzja nie była prosta i została okraszona bezsennymi nocami i skurczami w żołądku.
Nawet kiedy postanowiłam, że pójdę do Policji, pracę w szkole dociągnęłam do piątku i przez cały tydzień byłam maksymalnie wciągnięta w życie szkoły.
Konkurs recytatorski, sprawdzian, zajęcia, spotkanie z rodzicami, pożegnanie z dziećmi, uzupełnianie dziennika, przekazywanie informacji o dzieciach, zamykanie wszystkiego, co wymagało zamknięcia...
Do tego gdzieś tam kiedyś w międzyczasie musiałam odwiedzić komendę Policji, donieść właściwe dokumenty i zdjęcia, zapoznać się z tym, co będę robić w pracy i załatwić sobie delegację na poniedziałek.
Uwierzycie, że na delegacji mam wpisane: "Policjant - wydział Prewencji i Ruchu Drogowego? Kurczę. Dopiero byłam panią M. z I d, a tu nagle "policjantka" .
Posterunkowa M. i moje nazwisko ;].
Wszyscy oczywiście zadają mi mnóstwo pytań, które prawdę mówiąc w równym stopniu mnie cieszą, co i męczą.
Fajnie, że wszyscy gratulują, fajnie, że są ciekawi i pozytywnie nastawieni, ale chwilami brakuje mi sił do gadania, bo po pierwsze - sama mało wiem, po drugie - nikt nic nie wie odnośnie szkółki, a wszyscy pytają gdzie i kiedy jadę, a po trzecie - Oj, legitymacja jak legitymacja. Blaszka jak blaszka... Nic takiego... ;].

Staram się brać wszystko na spokojnie.
Okej - jestem pozytywnie nakręcona i podekscytowana, ale nie podniecam się za dużo, nie stresuję, nie robię w swoim życiu większego mętliku niż powinnam.
Póki co jestem wyluzowana.
Powiedzmy ;)
W sumie to odkąd się obroniłam w lipcu, w zasadzie nie miałam żadnych powodów do stresu.
No, może jakieś małe odchylenie w cyklu, albo jakiś spór z ówczesnym chłopakiem ^^.
Potem remont, przeprowadzka, nowa praca i od września właściwie sielanka.
Po paru tygodniach ogarnęłam na czym polega praca nauczycielki (i tylko raz zapomniałam zaprowadzić dzieci na obiad, ups), w czym pomogły mi wcześniejsze praktyki i pół roku pracy w prywatnym, ale jednak - przedszkolu.
W październiku żyłam już całkiem na luzie, w ogarniętym pokoju, gdzie wszystko miało swoje miejsce i gdzie książki stały równo dosunięte do brzegu półki.
Coraz mniej czasu poświęcałam już na przygotowywanie się do lekcji, bo wiedziałam co do czego.
Nie stresowałam się wywiadówkami, przeważnie improwizując na spotkaniach z rodzicami.
Od listopada zaczął się sezon na relaks.
Czytanie, pisanie, leżenie i obijanie się, znajomi i rodzinka, zumba i siłownia.
Milion zdjęć kota w telefonie, spacerki z nóżki na nóżkę, poranny prysznic, który przeciągałam w nieskończoność, a i tak miałam na wszystko czas.
Boże, miałam nawet czas na sortowanie skarpetek i układanie ciuchów w szafie według kolorów!
Gdybym miała zobrazować Wam ten czas, podsunęłabym obrazek, na którym czytam książkę machając kapciem albo wyciągam się na całą długość na łóżku, chrupiąc kostkami.
Powiedziałabym, że to błogi okres budzenia się w zgodzie z naturalnym biorytmem (budzik używałam tylko we wtorek jak miałam na ósmą i wtedy, jak musiałam jechać rano na badania), jako czas jedzenia ciepłych posiłków i jako czas niczym niezmąconego poczucia przewidywalności i bezpieczeństwa.
Co zresztą możecie sobie łatwo prześledzić śledząc wpisy na blogu ;).
Teraz zacznie się nowość.
To, co będę tam robić przed szkółką to jedna wielka niewiadoma. Bo co mogę robić, skoro nic nie wiem? Pewnie przekładać papierki i robić ogólnie dobre wrażenie.
Kurs BHP, odbiór mundurów i uroczyste ślubowanie w środę. Tym się akurat lekko stresuję ;).
No i ostatnie, zasadnicze - szkółka.
Szkółka... ;)
Szkółka jest póki co na tapecie i szkółki boję się póki co najbardziej.
Z jednej strony jest dla mnie równie pociągająca jakbym miała pojechać do Hogwartu, z drugiej strony budzi we mnie lekki niepokój.
Cieszy mnie to, że będę miała wyzwania. To mnie naprawdę cieszy.
Wolę, żeby mnie kopano po tyłku niż głaskano po główce, więc przyda mi się taki wycisk i poniewierka.
Zdecydowanie skorzysta na tym mój charakter i zdecydowanie nabiorę dzięki temu samodyscypliny.
Skończy się turlanie w satynowej pościeli i otulanie pięcioma kocykami, a zacznie tarzanie w błocie i bieganie w deszczu.
Będzie ciężko i może nawet uda mi się uronić łezkę albo dwie (ale gdybym dalej nie umiała się rozpłakać to mam już dwa opakowania soli fizjologicznej w razie w ^^), wspominając jak mogłam siedzieć w ciepełku przy biureczku z założoną nóżką i sprawdzać obecność w czerwonym dzienniku ;).
Cieszę się więc, że wyjadę, że poznam nowych ludzi, że będę mogła się sprawdzić i będę mogła sprawdzić swoją siłę i charakter, ale równocześnie jak każdy - obawiam się tego, co nieznane...


                                                                               *** 

Nie zdążyłam wrzucić tego wpisu.
Ostatnie dni zaczynam między 3, a 5 rano, w porywach do 6 ;).
Mam już część mundurów, wielkie toporne buty i twarzową czapeczkę z daszkiem (dobrze, że zima się kończy, bo zimowa czapka to koszmar ^^). Miałam też ślubowanie w Komendzie Wojewódzkiej i oficjalnie zostałam policjantką ;].
Dziś byłam pierwszy dzień w pracy i póki co jestem przezadowolona.
Podoba mi się wszystko - od szkoleń, przez pokój socjalny, w którym robiłam i jadłam sałatkę, po wklepywanie danych do komputera, słuchaniu o negocjacjach na szkoleniu i policyjny żargon.
Nie nudzę się ani chwilę, bo cały czas coś się dzieje.
Pomagam trochę w papierologii, podaję kadrom swoje dane, numer konta i te sprawy, zapoznaję się z policjantami.
Ostatnie dni były ciut męczące przez mało snu (za to wieczorem zasypiam jakby mi ktoś nasączył poduszkę chloroformem), dużo biegania i jeżdżenia, nowe zadania do wykonania.
Wieczorem i tak zdążyłam dwa razy skoczyć na zumbę, ale wiecie że nawet jakbym ledwo widziała na oczy - aktywności fizycznej nie odpuszczę :)
No i tyle chyba.
Uciekam się regenerować, bo oczy mi się zamykają, a jutro znów witam dzień po piątej, żeby po szóstej być ogarnięta.
Pozdrawiam! ;]



 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz